KAT
"Oddech Wymarłych Światów"
W chwili gdy piszę tę recenzję w sklepach jest już pierwsza płyta Kata nagrana bez Romana Kostrzewskiego. Przyznam, że nie miałem jeszcze przyjemności (lub przykrości) jej usłyszeć. Zamiast tego po raz kolejny przesłuchałem przed chwilą "Oddech Wymarłych Światów", według mnie najlepszy album jaki Kat kiedykolwiek nagrał.
W 1987 r. Kat, pomimo tego, że miał na swoim koncie tylko debiut, w Polsce posiadał już statut grupy kultowej, który zawdzięczał nie tylko kontrowersyjnemu zachowaniu i poglądom wokalisty (za co często zespoły stają się kultowe), ale także bardzo dobrej pierwszej płycie oraz koncertom u boku takich gwiazd metalu jak: Overkill, czy przede wszystkim Metallica. Oczekiwania fanów względem następcy "666" musiały być więc niemałe. Ci jednak, którzy sięgnęli po "Oddech..." na pewno się nie zawiedli. Do dziś drugi krążek Kata jest uważany przez większość fanów zespołu za najlepszy w całej jego dyskografii.
Jakie są zaś moje wrażenia po przesłuchaniach (w ciągu 4 lata od pierwszego odsłuchu wracałem do niego na prawdę często) albumu? Jeśli chodzi o inspiracje to właściwie wystarczy jedno słowo: Metallica. Tak, wpływów zespołu Ulricha & Co. słychać tu bardzo dużo. Inspiracje "Ride the Lighting" i "Master of Puppets" aż wylewają się z "Oddechu... ". Zresztą Kat nie odżegnuje się od swojej wierności Metallice. W książeczce Metallica jest jedyną wymienioną kapelą! Nie oznacza to jednak, że Kat kopiuje Amerykanów. Ma nadal swój styl, którego jednak twórczość Metalliki jest fundamentem. Może zabrzmi to dla niektórych jak bluźnierstwo, ale pod względem np. wokalu Kat przewyższa nawet swoich muzycznych idoli. Tak, śpiew Romka nie ma sobie równych na naszym, polskim poletku, a i za granicami mógłby się on równać z najlepszymi. Kostrzewski potrafi mocno zaryczeć, ale także zaśpiewać melodyjnie niczym słowik. Wsłuchując się w jego wokal nie raz przeleciały mnie dreszcze. Do tego dochodzą jeszcze teksty. Nie dość że śpiewane, co bardzo mnie cieszy, po polsku, to jeszcze ich zaśpiewanie i interpretacja przez Romana porażają. Mało kto jak on potrafi włożyć w głos tyle emocji. Liryki mówią zaś o tajemniczych obrzędach, czarnych mszach, co przyznaje, nie każdemu może się podobać, ale zdarzają się też takie o tematyce bardziej powiedziałbym życiowej (polecam "Głos z ciemności"). Słuchając "Oddechu..." większą uwagę zwracam co prawda na wokal, ale warstwa instrumentalna utworów również jest świetna. Mocne, dobrze wyeksponowane bas i perkusja, takież gitary, grające do tego co jakiś czas wyrąbiste solówki. Co do kompozycji to trudno wybrać jednego faworyta. Wszystkie stoją na wysokim poziomie. No, może wyróżnia się wspominany już "Głos z ciemności", piękna ballada, przypominająca te z wyżej wymienionych albumów Metalliki. Tak, jest to taki Katowy odpowiednik "Fade To Black". Może i nawet lepszy od numeru Metalliki... Romek pokazuje nam w nim swoje możliwości w pełnej krasie. Od spokojnego, delikatnego śpiewu przechodzi pod koniec utworu do krzyku, wściekłego ryku. Olbrzymią zaletą zaś wszystkich kawałków są ich melodyjne i szybko zapadające w pamięć refreny. Już po jakichś trzech odsłuchach będziecie chcieli śpiewać z Romanem "Głos z ciemności", "Diabelski dom cz. II" czy "Śpisz jak kamień".
Znaczenia tej płyty nie musze chyba omawiać. Jest najciekawszą pozycją w dyskografii Kata i chyba najbardziej też znaną. Zresztą zespół zawsze na koncertach najchętniej grał kawałki ze swojej drugiej płyty. Nie mieć tego albumu to wstyd.
PS. Nie wiem czy z kupnem tego albumu nie będziecie mieć jakichś problemów, gdyż obecnie zespół sądzi się o prawa do niego z Metal Mind, która wydała go pierwotnie w 1987 r. z numerkiem 0017. Chciaż i tak pewnie 85% z Was ściągnie go z Sieci:-(.
Ocena: +9/10