GORGOROTH
"Antichrist"
Gorgoroth ostatnimi czasy w naszym kraju stał się bardzo popularny (szczególnie u pozerów niestety). Oczywiście wszystko przez ich pamiętny krakowski występ, którym zbulwersowali wszystkich "porządnych" obywateli. Nie zapominajmy jednak, że Gorogroth to przede wszystkim świetny zespół black metalowy, który w swoim dorobku ma kilka na prawdę zajebistych płyt. Jedną z nich jest właśnie "Antichrist".
"Norwegian Black Metal" - głosi napis na okładce płyty. I faktycznie, choć w chwili gdy norwescy muzycy płodzili swój drugi album, słynna norweska scena już praktycznie nie istniała to jednak pomimo tego, Infernus z kolegami nagrali materiał mogący śmiało konkurować z najlepszymi krążkami takich tuzów black metalu jak Darkthrone, Mayhem czy Satyricon.
"Antichrist" jest niezwykle krótki (trochę ponad 24 min.) i mało "pojemny" (tylko 5 utworów + intro), ale to nic. Liczy się w końcu jakość, a nie ilość. A ta stoi na bardzo wysokim poziomie. Cały album posiada niepowtarzalny klimat, wręcz szatański urok, który stale puszcza do nas oczko i zachęca do ciągłego odsłuchu. W czym zaś tkwi ten jego czar? Do końca nie wiem, choć osobiście uwielbiam ten album za gitary i riffy. Gdy się w nie wsłuchacie okazuje się, że są bardzo melodyjne. A trzeba Wam wiedzieć, że nie jest to łatwa sprawa napisać i zagrać ekstremalny i cholernie szybki riff nie gubiąc zarazem jego melodyki. Ta sztuka nie udała się np. Dark Funeral, przez co ich debiut, choć bardzo ekstremalny nie ma tej charakterystycznej i potrzebnej w black metalu melodii. Tam cały materiał wręcz zlewa się ze sobą. Na drugim albumie Gorgoroth nie ma o tym mowy i chwała zespołowi za to. Najlepszym przykładem mojej tezy niech będzie instrumentalne "Heavens Fall", najlepszy black metalowy kawałek instrumentalny jaki słyszałem. Melodia zaklęta w riffach, choć nie nachalna i słyszalna dopiero po staranniejszym odsłuchu, przynajmniej mnie, zauracza.
Na osobny akapit zasługuje wokal Hata (na albumie śpiewa także, ale tylko w jednym kawałku, Pest). "Antichrist" był jego pożegnalnym albumem z Gorgorth, więc facet postanowił się postarać, by pozostawić po sobie dobre wrażenie. Najlepiej ta sztuka udała mu się w "Gorgortoh", gdzie nie tylko growluje, ale także czysto śpiewa. I to w dodatku jak! Słychać w jego czystym wokalu inspiracje Atillą z Mayhem. Zawsze gdy słucham tytułowego nagrania z "De Mysteriis..." przechodzą mnie ciarki gdy wspomniany Węgier w nim śpiewa. Podobne odczucia mam przy słuchaniu wspomnianego "Gorgoroth" i jeszcze wieńczącego płytę "Sorg". Nowy wokalista zespołu, Pest, choć śpiewa tylko w jednym kawałku, również nieźle drze japę.
Tak właściwie mam mały problem z wystawieniem oceny temu albumowi. Niby nie widzę w nim żadnych wad (naprawdę!), ale jednocześnie nie potrafię wystawić mu 10, gdyż to oznaczałoby postawienie go na równi z legendarną "De Mysteriis..." Mayhem. Zresztą albumów doskonałych nie ma i pewnie każdy nie-fanatyk Gorgoroth bez problemu wytknąłby Infernusowi i spółce średnie brzmienie (ja akurat lubię takie zabrudzone, ale to kwestia gustu) itp. Trochę subiektywnie stawiam więc 9.
Ocena: 9/10