THE THE
Dusk
Zapada zmrok. Wszystkie grzeczne dzieci obejrzały już dobranockę, niegrzeczne dzieci trenują zapasy pod kołdrą. Obszerny na co dzień pokój zmniejsza rozmiary pod wpływem zalewającej go ciemności. Przestrzeń zdaje się być kreowana przez jedyne źródło światła - ogień w kominku. Dorzucamy trochę drzewa, siadamy w fotelu i... włączamy The The.
Wszystko trzyma się starej, dobrej britpopowej konwencji - czyżby? Wątliwości związane z tym słowem nachodzą nas szybciej niż komornik z nakazem eksmisji. Od wszelakich radiowych łbów, rozmyć i zimnych nut czy chodników różni tę muzykę sporo. Spokojna melodia, nie zastanawiaj się teraz nad tą łągodnością. Lepiej popłyń na jej fali. Tak wygodniej, tak lepiej. Wydaje Ci się, że to zwykły łagodny szmelc? Poczekaj do zmroku. Wyłącz światło. Wczuj się.
Dźwięk wypełnia coraz więcej przestrzeni - typowo typowe Love Is Stronger Than Death i wszystko jasne. Elegancki, nienachalny fotrepian, odrobina syntezatorów. To tu, to tam, jakieś smyczki po drodze. Przyjemniackie? Oczywiście. Zaaranżowane ze smakiem - płyta chyba spodoba się smakoszom win. Na tym bazuje Marc Johnson, głowa, ręka, tyłek i szyja całego tego projektu. Wymienianie muzyków po kolei sensu by nie miało, a i reckę by wydłużyło. Jego maniera wokalna i musicalowe skłonności są rozpoznawalne równocześnie z momentem wejścia pierwszej partii w True Hapiness This Way Lies. Utworze tak dziwnym, jak na The The, że z miejsca można się w nim zakochać.
Optymizm unosi się w powietrzu. Delikatne, akcentowane nuty fortepianu(This Is The Night), cieplutkie linie basu(Sodium Light Baby), smutniacka trąbka(Bluer Than Midnight) - a i to nie wszystko, co Marc dla nas przygotował. Co jakiś czas jesteśmy skłonni wyłapać smaczek, któryśmy przegapili poprzednio. Smaczkiem numer jeden jest tu gośc specjalny - jeden z moich ulubionych gitarzystów-kompozytorów. Siłą rzeczy więc wplata on w aranże swoje ulubione, znane z jego macierzystego zespołu motywy, np. harmonijkę ustną w rytmicznym Dogs Of Lust. Dobra, co was będe w niepewności trzymał - Johny Marr i wszystko jasne.
Płyną sobie te dźwięki. Raz szybciej - bawi nas gitara ze skłonnością go reagge' owania, troszkę instrumentarum klawiszowego, czy rzeczona harmonijka. Raz wolniej - z głośników sączą się elektroniczne, delikatne brzmienia, wypełniane dęciakami, podkreślane hammondem... W obydwu przypadkach nie odstępuje nas wszechobecny fortepian. Zawotnych temp mimo wszystko się nie spodziewajcie - to nie płyta na imprezę. Prędzej na pidżamowe party. Ni krztyny niezdrowego, balladowego patosu, nie wspomijnając o Krainie Łagodności. Ot, płynie sobie to po prostu, aż w końcu - mimowolnie - ląduje na naszych ustach.
Jeśli już o tym mówimy - zamierzony tekstowy infantylizm i świadome balansowanie na granicy kiczu trafia w moje potrzeby w stu procentach. Ciężko się nie zakochać w tych bezpretensjonalnych, lekko dziecinnych lirykach. Fakt, pachnąć mogą czasem(niezdrowo!) dokonaniami Chłopców Z Kaliforni - chciałbym jednak by każdy z nich, zaśpiewał te słowa, selekcjonując emocje w taki sposób. Generalnie - The The dystansują się do rzeczywistości, w której połapać się nie mogą. Ten brytyjski infantylizm, z nutką sarkazmu komponuje się z wymową płyty przesadnie dobrze.
Ta niezwykle przystępna, choć momentami wręcz oniryczna muzyka, niejednego może posłać w objęcia Morfeusza. Ale cały pic polega na tym, że jest to kolejne założenie z owej Idei Koncepcji Założeń. Dziwnym może się wydawać całkiem spore zróżnicowanie stylistyczne - nie uświadczymy nudy! Najdziwniejsze jest to, że osłuchawszy się z materiałem, znalazłwszy odpowiedni czas na słuchanie - rzadko mamy ochotę na jakiś konkretny utwór. Wolimy raczej puścić całość. Rozpłynąć się, usiąść wygodnie - bez obaw i trosk - to ostatnie, czego mogłaby nam dostarczyć taka muzyka.
Dręczyć może nas w sumie tylko jedno - znikoma oryginalność wszystkich zagrywek. Czasem stają nam przed oczyma The Smiths, tacy jak w Last Night I Dreamed That Somebody Loved Me. Jednak i to przykrywa płaszczyk starannej, typowo brytyjskiej aranżacji oraz ciepły głos Johnsona(czepię się - czasem łapie rejony Morriseya). Nie można się czepić nawet brzmienia - jest wyjątkowo klarowne i poprawne. Za prawdę objawioną weźmy jeszcze, że walory rozrywkowe tej płyty, sprowadzają się raczej do wprowadzenia nas w stan lekiej zadumy i odrealnienia. To nie krązek na słoneczny letni poranek - raczej na długi zimowy wieczór. Przy kominku oczywiście.
Ocena: 9/10
© Obywatel(obywatelsix@go2.pl)