MANDARYNA
"Mandaryna.com"
Mąż nazwany przez "Pani domu" polskim Majkelem Dżeksonem, pieniądze, dużo chęci i mało talentu - idealne warunki do zmarnowania tysięcy czystych płyt CD, na których umieścić można swoje ambitne piosenki w celach komercyjnych. A na takie właśnie warunki trafiła znana na całą Polskę Marta Wiśniewska, znana także jako Mandaryna.
W chwili pisania tej recenzji głośniki męczone są dźwiękami z sidika nazwanego "Mandaryna.com" - mam nadzieję, że kiedyś mi to wybaczą. Słuchanie tej płyty nie jest dla mnie męczarnią - od takich rzeczy mam współczesny hip-hop - jednakże gdybym miał np. zaszczyt udania się na imprezę przy dźwiękach pani Wiśniewskiej, byłaby to najprawdopodobniej najgorsze doświadczenie od czasu, kiedy na dziesiątych urodzinach mojego kumpla rodzice zaserwowali nam Tank do picia. Cała płyta, wszystkie jej kawałki, bez żadnego wyjątku, robione są tak sztucznie, tak mechanicznie i "na odwal się", że ho-ho (nie mam na to lepszego określenia, darujcie). Piękna i bardzo blond Mandaryna postanowiła udowodnić Polskim melomanom, iż zna dużo słówek w języku angielskim. Artystka ta - cha, cha - zapomniała jednak, że znajomość słówek jest przydatną rzeczą tylko wtedy, kiedy zna się ich znaczenie i ma się wyczucie odpowiedniego ich używania. Bo powtarzać przez pięć minut "dżast kis mi" to i ja potrafię, chociaż z angielskiego mam naciągniętą do granic wytrzymałości dwóję. Przydałoby się jej również wiedzieć, o czym śpiewa - taka umiejętność jest ponoć bardzo przydatna, kiedy chcę się zostać piosenkarzem/piosenkarką. Nie wiem, nie próbowałem. Żeby nie było, iż tekst ten jest antyreklamą plastikowej Mandarynki, wtrącę o jej przeboju - zapewne określonym go w ten sposób przez samą Wiśniewską and kompany - mającym nazwę "Here I go again". Utwór nie wywołuje mrocznych wizji o przyszłości polskiej muzyki rozrywkowej, prawdę mówiąc, słucha mi się go całkiem dobrze. Co prawda wysiada on przy najgorszym kawałku Groove Coverage, ale na tle całego albumu prezentuje się przyzwoicie. A właśnie - Groove... Zdaje się właśnie, że żona Michała Czerwonego Kapturka wzięła inspirację do swojej płyty właśnie z twórczości ww. Groove. Zresztą są one/oni (nie wiem, czy Groove to określenie zespołu, czy tej wokalistki, i co mnie to obchodzi) powiązane/powiązani ponieważ jedna odwalała support na koncercie drugiej/drugiego. To wiele wyjaśnia. Gdybym więc miał podsumować płytę jednym zdaniem, powiedziałbym, że Pani Marta Wiśniewska vel Mandaryna wydała płytę, która jest tanią i bezbarwną imitacją Grów Kowerydż. Jestem ponadto przekonany, że gdyby nie przychylność męża, jej płyta nigdy nie doczekałaby się miejsc na półkach sklepów muzycznych. Bowiem płyta ta prezentuje cały polski szajs, którym my, polscy słuchacze, jesteśmy atakowani ze wszystkich stron. Słuchanie piosenek można porównać do zmysłowej kąpieli w przestrzennej wannie, z dużą ilością świec i gorącą wodą. A słuchanie "Mandaryna.com" jest jak kąpiel - i to przymusowa - w Bałtyku, w pięć minut przed nowym rokiem. Nie znajduję, drodzy Czytelnicy, żadnego (liczbowo: 0) powodu, dla którego miałbym Was przekonać do tej płyty. Marta Wiśniewska zrobiłaby lepiej dla obecnie marnego polskiego rynku muzycznego, gdyby zajęła się sprzedażą płyt, ale czystych - na pewno znalazłby się kto inny, kto lepiej by wykorzystał ich pojemność. I to jest moje ostatnie zdanie na ten temat.
Aha, ocena, no tak. Płyta jest nudna, płytka, fascynująca jak worek kartofli, które trzeba obrać. W skali 1-10 fundnę jej 3. Czemu nie jeden? Słuchałem w życiu gorsze badziewie, a na jedynkę to u mnie naprawdę trzeba sobie zapracować. Tenk jo for etenszyn.
Ocena: 3/10