*** Quo vadis, raperzy? ***


Oglądając w telewizji i słuchając w radiu o wyczynach polskich ludzi, których ktoś kiedyś przez pomyłkę nazwał artystami muzycznymi, zastanawiam się, czy alternatywa wyjechania do Nepalu i prowadzenie życia jako koza jest lepszym rozwiązaniem od siedzenia tutaj, w Polsce, i słuchania, co na blokach piszczy.

Hip-hop kiedyś był tak chcianym rytmem muzycznym w popkulturze, jak teraz są niemal wszystkie rodzaje metalu. W szkole, do której chodził mój brat, od czasu do czasu można było zaobserwować dwóch kursujących, jak to się wtedy określało, brudasów ze spodniami ze słynnym już i groteskowym krokiem w kolanach. Dziś coraz częściej występujący ludzie w glanach określani są analogicznym mianem brudasów. Różnica między nimi polega na małym podobieństwie ubioru i przede wszystkim słuchanej i tworzonej przez nich muzyki.

Wracając do tematu... Hiphop rozrasta się z szybkością superszybkiej błyskawicy. Nie sposób naliczyć dzisiejszych ziomów, którzy wywijają rękoma na koncertach, rymują o swoim osiedlu i uznawani są za artystów. Większość znana jest z hipokryzji wielkiej jak miejski autobus, a to za sprawą ich działalności, która polega na lirycznym tępieniu komercji, podczas gdy wydając płytę napełniają swoje portfele. Paranoja. Nie da rady wypowiedzieć się teraz w mediach negatywnie o hh i nie zostać skontrowanym na kawałku któregoś z rymujących szermierzy (vide płyta Peji). Chłopaki nie odpuszczają krytykom i obiektywnym obserwatorom, gdyż doskonale wiedzą, że dzięki temu budują sobie coś, na co Perfect, Hey czy T.Love pracował nie poprzez ustne walki, a pracę, która polegała przede wszystkim na graniu. Prestiż - o to chodzi. Cynizm i sarkazm sprzedaje się jak prezerwatywy w kioskach, o czym doskonale może powiedzieć Kubuś Wojewódzki, Peja, 52Dębiec, 18L czy jakiś tam inny ktoś, ukrywający się pod enigmatycznym cyferkowo-literkowym pseudonimie. I właśnie dzięki szermierce złośliwości i tworzeniu kontrowersyjnych wierszy z muzą w podkładzie hiphopowcy wchodzą w szołbiznes jak kiełbaska w ciepły bigos.

Udaje im się to. Niestety. Niestety dla polskiej branży muzycznej, która dzięki takim właśnie zabiegom, jakie stosują polscy emsi, powoli przypomina karykaturalny cyrk fonograficzny, opierający się na jeżdżeniu po wszystkich nie-miłośnikach muzyki spod blokowisk.

Moja lizana niekiedy językiem amnezji pamięć pamięta czasy, kiedy Paktofonika czy Fenomen grały pełną parą. Polska scena hiphopowa wyglądała jak prowincjonalna estrada, którą zbito ze spróchniałych desek, tuż przed rozpoczęciem festynu "Złotego Ziemniaka". Była ona malutka, skromniutka, trzymała się ledwo i pachniała niewinnością. I wg mojego subiektywnego zdania były to dla niej najlepsze czasy. Wtedy chłopaki robili to z pasją, chcieli tworzyć muzykę, a nie stawiać prestiżowych cegiełek, na której walną grafitti ze swoimi ksywami. Nie twierdzę, że dzisiejsi rap-kowboje robią to bez pasji. Na pewno robią to z entuzjazmem i pragnieniem, ale napędzane jest to chęcią bycia popularnym, rozpoznawalnym, sławnym i ważnym. Wszystko to daje coś, czego pragnie dzisiaj polski raper - respekt. I to taki, który trzaska w powietrzu wokół niego. Mając w szołbiznesie respekt i poszanowanie, mają to, czego pragnie każdy na Ziemi - pieniądze. A te gadki, jakoby robili to wszystko dla idei, nie dla pieniędzy, można wcisnąć w bajki Walta Disneya.

Zaglądając w przyszłość, nie widzę tam przyszłości hipohopu. Wyparuje sam. Wykończy go nieubłagany, niepokonany wróg sztucznie płodzonych i lansowanych utworów - czas. Zauważcie, że "Autobiografia", "Niepokonani" Perfectu, czy "List" Heya uwielbiane są nadal przez ludzi, stacje radiowe i - rzadziej - telewizyjne. Natomiast przeboje spod mikrofonu blokersa nie wytrzymują kilku miesięcy, nie mówiąc już o latach. Tak więc spokojnie. Do dwudziestki zostaje mi jeszcze ponad dziesięć miesięcy, więc do niedołężnej starości została mi długa droga. Do tego czasu z hip-hopu pozostanie tylko kwaśne wspomnienie.


© Michał Chmielewski <eric_wu@wp.pl>