HITY NA CZASIE
Synonim tandety
Do 21 sierpnia byłem przekonany, iż jako tako jestem na bieżąco z większością muzycznych wydarzeń w naszym kraju. Tego dnia bowiem TVP2 relacjonowało na żywo finał letniej imprezy "Hity na czasie". Po tytule, organizatorach (m.in. radio Eska) i znajomości masowego znaczenia "letniego hitu" domyśliłem się, o jaki repertuar będzie chodzło - o "hity" z "s" na przedzie. I to było świadectwo mojej nieomylnej percepcji.
Tuż przed koncertami dwaj prezenterzy - Marcin Wisiorek i Michał, którego nazwiska nie spamiętałem - powiadomili niedoinformowaną publiczność przed telewizorami, w tym mnie, jakie gwiazdy zagoszczą na scenie. Wtedy mi się odechciało. Ale postanowiłem zostać i zdać relację.
Na pierwszy plan poszła In-Grid ze swoim starym i nowym przebojem, Mamamia. Tym, którzy preferują muzykę bardziej ambicjonalną, nie muszę mówić, o jakości tych przebojów. Pani In-Grid dostaje w tym miejscu literkę [P], którą obdażę jeszcze kilku wykonawców, a jej znaczenie objaśnię pod koniec.
Na drugi ogień wbiegli ulubieńcy spaczonych hiphopowych gustów - 18L. Nikt w polskich blokowiskach ich nie lubi. Ja również, choć w bloku już nie mieszkam. Chłopaki "rapowali" kawałkiem "Smak zwycięstwa". Tak, pomarzyć sobie mogą.
Tuż po hip-popolowcach wparował Stachursky. Zaprezentował kawałki "Taki raj" i "Jesteś moim przeznaczeniem", które bardzo podobały się zgromadzonej pod sceną publiczności (ok. 60 tys). Ale nie mnie. Mieszankę popu z disco słuchałem na przełomie zerówki i pierwszej podstawówki.
Prezenterzy w międzyczasie prowadzili ze sobą konwersację, zapewne mającą w założeniu rozbawić publiczność. Dołączył się do nich Paweł Pawelek, nowy reżyser tego cyrku. Ale ich dowcipy jakościowo nie wzrosły. Na scenę wszedł Bartek Wrona - były członek polskich Backstreet boysów - który podbija serca młodych dziewcząt, namiętnie studiujących każde wydanie ich osobistej biblii - Bravo. Już o popie i disco się wypowiedziałem, więc nie będę się powtarzał. Bo właśnie to prezentuje jego hit "Maria".
Ann Winsborn była dla mnie całkowitą nowością. Nigdy o niej wcześniej nie słyszałem. A po tym, co pokazała na scenie, nie ma potrzeby o niej pamiętać. Zaśpiewała dwie nudne piosenki i oddaliła się w dal. I dobrze. Mandaryna była następna. Odśpiewała coś, co ktoś kiedyś nazwał hitem o nazwie "Evry night", a następnie "Bad name", który jest coverem Bon Jovi. Panią Wiśniewską ogólnie uważam za nie tyle nieutalentowaną, co totalnym brakiem minimalnego wyczucia w tworzeniu muzyki dance. A w prezencie ode mnie - [P].
Nastąpiła dziesięciominutowa przerwa, podczas której poleciały reklamy i prognoza pogody. W drugiej części na scenę wszedł - o matko! - Denzel, finalista belgijskiego Idola. Wpierw odśpiewał kiczowate "Put your hands up in the air" - tytuł i prawie cały tekst piosenki, która trwa cztery minuty. A potem "Pump it up" - to samo, co wyżej, prawie cały tekst kilku minutowej piosenki. I wielka literka [P] dla kolejnego dyskotekowego kalekę.
Pierwszy artysta, który mi się szczerze podobał. Szymon Wydra z kawałkiem "Życie jak poemat". Chociaż kłuje mnie o oczy literka [P], to uznaję go za najlepszego wśród całej imprezy. Następnie publiczność przywitała rapera Raptila - Niemca, który przywitał się z publiką po polsku, a śpiewał angielskim językiem. Czyżby ktoś miał kłopoty z solidnym wpojeniem sobie jednego konkretnego języka? Tego nie wiem, ale wiem na pewno, iż jego rap jest podobny do polskiego - nudny i kozacki, dzięki czemu można wmówić sobie, że jest się kimś ważnym i mającym respekt. I jeszcze [P].
Lerek i Nowator - "Moja panienka". Jak tak wygląda polska scena hiphopowa, to ja zmieniam narodowość. Rozumiem pop z disco, ale żeby rap z disco? Wysokokaloryczna i niestrawna potrawa dla ludzkiego ucha. W dodatku propagująca trójkąciki (dwaj chłopcy nawijają o jednej klijentce). Techno słucham odświętnie. Lubię Global DJs, ale dzięki [P] chyba trochę zmienię zdanie. Ekipa zaprezentowała coverowe "What a feeling" i "Sound of SF", a później obdarowała skromną część publiki swoimi płytami. Szoł muzycznego kaleczenia zamknęła Virgin nowym "Znakiem pokoju" i nieco starszą "Dżagą". A teraz dostała [P]. Poza tym nie uznaję jej muzyki za chłam ani coś fajnego. Ale nad rankiem w niedziele mogę jej posłuchać.
Teraz wyjaśnienie. To [P], co to jest? Nie twierdzę, że mam fenomenalną zdolność zapamiętania akustycznych szczegółów, ale potrafię spamiętać sporo detali w jednym kawałku. Szczególnie w wokalu, na który kładę duży nacisk w słuchaniu. Prawie wszystkie oznaczone tą literką kawałki słuchałem po kilka razy wcześniej. I problem jest z tym, iż muzykanci śpiewali dokładnie, nuta w nutę, chrypka w chrypkę, jęknięcie w jęknięcie identycznie jak w nagraniach. A tak być nie powinno. Słyszeliście kiedyś kawałek Mansona "Beutiful People" w nagraniu i na żywca? Ja tak. I wiele innych w ten sposób słyszałem. Poza tym z pewnych źródeł wiem, że zaśpiewanie identycznie dwa razy jest niemalże niemożliwe. Zawsze trafi się gdzieś różnica. Minimalna, ale różnica. Lekki fałsz, mocniejsza bądź słabsza chrypka - o takie różnice mi chodzi. I właśnie tego brakowało przy kawałkach oznaczonych [P]. Nie mam uprawnień, by dowiedzieć się, czy moje podejrzenia są trafne, ale jestem święcie przekonany, iż "artyści" ci zastosowali najbardziej ograny, trywialny i - co najważniejsze - najmniej skutecznym trikiem publiczność. Tak zwanym Playbackiem. To było widać. Aż oczy piekły. I słychać, aż miód w uszach gęstniał. Co więcej mogę powiedzieć? Wstyyyyd!
Jeszcze zanim na scenę wbiegli wykonawcy piosenek miałem w głowię myśl, żeby oglądnąć to przedstawienie, a później podsumować to sarkastycznym komentarzem. Muzyka tam prezentowana nie leży w moich horyzontach muzycznych, nie trawię jej, więc prawdopodobieństwo, że "Hity na czasie" przypadną mi do gustu, były ciupeńkie. Mimo to było warto oglądnąć. Zobaczyłem marne przedstawienie z wielkimi gwiazdami muzycznymi na światową skalę, które za sprawą playbacku wyglądałoby smutno, gdyby nie było żałosne.