WAKACYJNY ARTYKUŁ
Czyli o tym jak Anger (s)pędził wakacje


Oj, tegorocznych wakacji nie będę wspominał zbyt dobrze (pod warunkiem oczywiście, że mój system obronny nie wymaże ich w ogóle z pamięci!). Nie jednak dlatego, że przedstawicielki płci przeciwnej zaczęły nagle nosić spódniczki o pare centymetrów dłuższe, gdyż zauważyłem raczej tendencję przeciwną. Są inne powody. Po pierwsze nigdzie nie wyjechałem. To jednak jeszcze nic! Pomyślałem sobie jednak, że skoro się nudzę i nie mam nic do roboty (bo z popularniej dziś pracy w czasie wakacji też nic nie wyszło) to chociaż zasłużę się dla KM i napisze pare dobrych tekstów. Spiąłem się, przez cały lipiec przesłuchiwałem ciekawe i warte polecenia płytki, by napisać ich recenzję. Zaowocowało to powstaniem ośmiu niezłych, moim zdaniem, recek. Zresztą możecie ocenić to sami, gdyż siedem z nich wysłałem do Hexa. I tu jest właśnie (kolejny) pies pogrzebany. Moje recenzje nie doszły do Naczelnego! Mało tego, jak zapewne wiecie z sierpniowego Kącika wyszły nici czyli nic, gdyż tekstów było aż tak mało. No tak, to ja tu ciężko pracuję, a reszta się obija! Hex w Turcji przygląda się prezentującym mu taniec brzucha seksownym tancerkom, PhantoM opala na Wyspach Kanaryjskich, zaś Palownik biega pewnie jak zwykle po tatrzańskich lasach uzbrojony w swoją ciupagę, a ja... przy klawiaturze! Dlatego właśnie w sierpniu postanowiłem się zbuntować i nic nie napisać. W końcu jednak się złamałem i piszę właśnie ten tekst, w którym opowiem Wam co nieco o jasnych stronach moich wakacji i płytach wartych zainteresowania.

Co więc najczęściej gościło w moim odtwarzaczu w czasie wakacji? Ano przede wszystkim same klasyki metalu. Venom ze swoimi trzema pierwszymi albumami zawsze dobrze poprawia mi humor. Nie dość że Mantas, Cronos i Abaddon grają na nich z takim wykopem jak dziś już prawie nikt, to jeszcze nie brak im poczucia humoru. Te ich jajcarskie teksty! I pomyśleć tylko, że jakieś 20 lat temu taki np. liryk do "Teacher's Pet" bulwersował co wrażliwszych osobników. Oprócz Venom polecam wszystkim oczywiście Slayer. "Show No Mercy" i "Reign In Blood" potrafię słuchać nawet pare razy pod rząd. Podobnie zresztą jak "Kill'Em All" Metalliki. Ostatnio uświadomiłem sobie także, że właśnie do debiutu zespołu wracam najczęściej spośród wszystkich płyt Ulricha & Co. Właściwie to nie przypominam sobie kiedy ostatni raz słuchałem "Master of Puppets" czy "Ride the Lighting" nie wspominając już o ostatnich dokonaniach grupy. Sprawy mają się podobnie jeśli chodzi o Kreatora. Zgadza się, ich ostatni krążek "Enemy of God" to na prawdę kawał porządnego thrashu, ale i tak przy "Pleasure To Kill" i "Extreme Agression" wypada tylko dobrze. Może to przez to, że do tamtych płyt mam większy sentyment albo to magia lat 80.? Podobnych dylematów nie mam jeśli chodzi o Marduk. Nadal uważam "Plague Angel" za ich najlepszą płytę, zaraz po "Panzer Division Marduk". Nie brakuje mi nawet Legiona, który zresztą, jak zapewne przynajmniej część z Was już wie, wypiął się na black metal i razem z B.Warem założył zespół heavy metalowy. Granie blacku znudziło się także już jakiś czas temu Abbathowi z Immortal. Nie wiem co się teraz z gościem dzieje, może odszedł do swojej mitycznej krainy Blashyrkh i prowadzi teraz wojnę na śnieżki z zimowymi demonami. Ważne jednak, że pamięć o jego zespole jeszcze długo nie umrze, choćby dzięki takim dziełom jak "Battles In The North" i "Blizzard Beast". Z muzyki zawartej na nich aż wieje chłodem i zimnem. Toteż wspaniale ochładzałem się nią w upalne lipcowe dni. Pewnie niewielu z Was wie (a najprawdopodobniej nikt), że Immortal był pierwszą kapelą black metalową, jaką dane było mi usłyszeć. To także dzięki tej grupie, a zwłaszcza "Battles In The North" i utworowi "Balshyrkh", zainteresowałem się tym nurtem metalu. Choć jak już wspomniałem ja zaczynałem od ich trzeciej płyty, "Battles...", to na początek wszystkim zainteresowanym muzą Nieśmiertelnych polecam "Blizzard Beast". Zespół gra tu o wiele melodyjniej niż na poprzednich krążkach, ale oczywiście równie brutalnie. To na czwartym albumie grupa wreszcie w pełni zdefiniowała swój styl. Oprócz wyżej wymienionych ze "staroci" często słuchałem jeszcze min. "Live In Leipzig" Mayhem (czyli słowiczy śpiew Deada + zjeb***e gitary Euronymousa, za które należałoby mu się biczowanie mokrymi ręcznikami), "Under A Funeral Moon" Darkthrone (ten szatański klimat!), "Code Red" Sodom (oldschool w natarciu!) czy "Antichrist" Gorgoroth.

Nie zadowalałem się jednak tylko starymi (ale jarymi) klasykami (a Wy myśleliście że czym?), skrobnę więc może jeszcze coś o zespołach, które choć znam od niedawna już zaskarbiły sobie mój szacunek. Przede wszystkim - Nile. Przedtem słyszałem o nich wiele dobrego, ale jakoś nie było okazji (i kasy) by zainteresować się ich dokonaniami. Teraz oba te czynniki się znalazły i przez kilka dni w kółko molestowałem się "Amongst the Catacombs of Nephren-Ka" i "Black Seeds of Vengeance". Gdy słucham takich cacek jak te wyżej wymienione albumy zaczynam wierzyć, że nawet w tak konserwatywnej i zamkniętej muzyce jak death metal można powiedzieć jeszcze coś ciekawego, a nie tylko kopiować Morbid Angel czy Cannibal Corpse. Naprawdę polecam! Tak samo zresztą jak Witchmaster, recenzowany dwa numery temu przez MORTA. Ich kasetkę "Witchmaster" nabyłem właściwie przypadkiem w moim ulubionym (i MORTA też) sklepie muzycznym. Od razu po włożeniu jej do kieszeni w magnetofonie i naciśnięciu przycisku "play" szczęka opadła mi po kolana, a gdy goście zaczęli śpiewać dotarła nawet do stóp. Po pierwsze nikt mi nie wmówi, że oni nagrywali te kawałki na trzeźwo, a po drugie odnoszę wrażenie, że muzykom Witchmaster rodzice zamiast kołysanek śpiewali chyba kawałki Venom, a na adapterze zamiast winylu Fasolek puszczali "Welcome To Hell". Przecież muza Mantasa, Cornosa i Abaddona wylewa się hektolitrami z tych nagrań! Witchmaster brzmi także jak wczesny, ale znacznie podrasowany, Venom. Ja marzę jednak, by goście Ci wpadli do mojego miasta i bym mógł odśpiewać z nimi "Never Stop Madness" (tytuł adekwatny do muzyki), "Kill the Lord of Lies", "666 Dominatrix" i... a zresztą wszystkie pozostałe kawałki. Wprost muszę zdobyć ich pozostałe albumy, a wy ten opisywany przeze mnie! Innym zespołem, który poznałem dopiero w wakacje był Azarath. Ich "Infernal Blasting" całe podziemie zachwycało się jakieś dwa lata temu. Wtedy jakoś nie uległem tym wszystkim "achom" i "ochom", ale ostatnio widząc tą kasetę bez namysłu ją kupiłem (razem z "Witchmaser" zresztą, więc jak widzicie w jeden dzień dokonałem dwóch dobrych zakupów). W tym przypadku szczena nie opadła mi jednak tak szybko. Może dlatego że nie jestem fanem Morbid Angel, którym to zespołem album jest przesiąknięty. Azarath gra bardzo techniczny death metal, który wszystkich fanów twórczości Trey'a Azagthotha powinien powalić. Na szczególną pochwalę zasługuje także Inferno (tak, ten z Behemoth i udzielający się także w... Witchmaster), który nagrał chyba najciekawsze bębny w całej swojej dotychczasowej karierze. Gitary także świetne: ciężkie i w ogóle kopiące po mordzie. Do tego jeszcze głęboki, gardłowy growl. Jak widzicie Azarath również jest warty polecenia, ale głównie fanom Mordidów. Ja jednak czuje, że do tej pozycji będę wracać niejednokrotnie...

Metal to jednak nie tylko płyty, ale także, a może właśnie przede wszystkim, koncerty. Tych niestety w moim mieście było jak na lekarstwo u emeryta 2. grupy. Czyli mało a jak były to dość drogie. Na całe wakacje w Bielsku-Białej odbyły się jednak tylko dwie ciekawe tego typu imprezy. Rudeboy Club najpierw 15 lipca zaprosił Sceptic, a potem19 sierpnia Horrorscope. Na obu koncertach więc jak widzicie nie wypadało nie być. W przypadku tego pierwszego po raz kolejny zaprezentował się jednak, i to w pełnej okazałości, mój wakacyjny pech. Ale zacznijmy może od początku. Koncert rozpoczął się o godz. 19. Ja oczywiście, licząc na tradycyjne opóźnienia, specjalnie się spóźniłem, czego potem żałowałem. Gdy bowiem wkroczyłem dziarskim krokiem do Rudeboy Clubu na scenie produkował się już pierwszy zespół - Gilotyn. Chłopcy grają taki sobie death metal. Choć ich autorskie kawałki w ziemię mnie nie zgniotły, to musze przyznać, że cover Sepultury "Inner Self" wyszedł im całkiem nieźle. W ogóle świetnie wypadł także w swoim solo perkusista. Później grupa zaczęła grać jeszcze "Raining Blood" Slayera, ale niestety gitarzyście pękła struna, albo cytując wokalistę: "zjebało się". Zamiast klasyku Slayer usłyszeliśmy jednak fragment klasyku... Kreatora. Poleciało oczywiście "Under the Gillotine", po którym Gilotyn zeszło ze sceny. W czasie przygotowań do występu kolejnej kapeli - Bastard - zauważyłem ciekawie wyglądającego osobnika. Otóż wyobraźcie sobie facet wyglądał jak przerośnięty niemowlak w dodatku z długimi, kręcącymi się włosami. Pewnie kapujecie już kto to. Tak, był to Jacek Hiro ze Sceptic. Nie mogłem z takiej okazji nie skorzystać. Podszedłem do Hiro, przedstawiłem się (Cześć Jacek! Jestem Jacek!) i spytałem jeszcze o której godzinie jego zespół zacznie swoje "misterium". Okazało się, że jeszcze przed 10. "Ok, spoko. Może i nie zobaczę całego występu, ale chociaż część" – pomyślałem. Musicie bowiem wiedzieć, że ostatni autobus do domu miałem trochę po 10. Bastard zaś przygotowywał się do koncertu, i przygotowywał, i przygotowywał... Wreszcie chyba po blisko pół godzinie muzycy wkroczyli na scenę i zaczęli robić to, co do nich należało czyli napierdalać. O ich koncercie nie mogłem zapomnieć przez jakiś następny tydzień, a to za sprawą... cholernie bolącego karku. Zespół zagrał jednak bardzo dobrze, w jego secie nie zabrakło także "Raining Blood", tym razem zagranego bez żadnych "zjebań". Po tym jak Bastard zakończył już swoje show zerknąłem na zegarek i... no, właśnie 10! No to trzeba spierniczać na autobus. A wszystko przez obsówę spowodowaną przez Bastard! Nie powiedziałem im jednak tego prosto w twarz, gdyż wokalista, przypominający Phila Anselmo z okresu "Reinventing the Steel", nie wyglądał na kogoś, kto lubi słuchać, jak ktoś mu mówi, że zrobił coś źle, więc grzecznie wyszedłem i skierowałem się w stronę przystanku autobusowego.

Nie lepiej było miesiąc później na koncercie Horrorscope. Tym razem, usiłując wyciągnąć wnioski z moich wcześniejszych doświadczeń, przyszedłem nawet przed czasem. Niestety pierwszy zespół, Secret of Pain zaczął grać dopiero po półtorej godziny! Gdy jednak muzycy weszli już na scenę nadal nie zaczęło dziać się nic ciekawego. Grupa wykonywała mariaż deathu i blacku. Niestety średnio przekonywujący. Do tego dochodził jeszcze imidż wokalisty. Cóż, wiem, że teraz prawie każdy stara się być oryginalny, ale żeby być wokalistą metalowym i mieć ogolony łeb, ubrane jajognioty oraz białą podkoszulkę w dodatku bez rękawów! Dziwnie to wyglądało. Podobnie zresztą jak zachowanie frontmana Secret of Pain na scenie, który tylko stał i klepał się rączką po nóżce. Żadnego pogo czy moshu. Zresztą tą łysą pałą i tak wiele by nie zdziałał. No ok, dość tego narzekania, gdyż występ kolejnego zespołu, Psilocybe, który swoim death metalem, mocno zainspirowanym "gwiazdami" z Florydy, wgniótł mnie w ziemie. Nareszcie także publiczność zaczęła także żywiej reagować i rozpętało się nawet małe piekiełko, czyli to co metalowe misie lubią najbardziej. Najlepsiejszym punktem setu Psilocybe był oczywiście cover, zapowiedziany przez wokalistę jako "klasyk polskiego rocka". Na początku pomyślałem, że faktycznie, muzycy pewnie chcą zajajczyć i zagrają fragment jakiegoś kawałka Prefect czy innego tego typu syfu. Całe jednak szczęście myliłem się. Poleciało bowiem świetnie wykonane "Symbolic" Death. Yeah! Oki, pobrykałem trochę i czas było wychodzić, gdyż ostatni autobus odjeżdżał za kilkanaście minut. Szkoda że nie zobaczyłem jeszcze w akcji Dig Up, a zwłaszcza Horrorscope. Nie ma się jednak czym przyjmować, gdyż już 14 września w Rudeboy Clubie wystąpią Mess Age i Demise, zaś w E-Clubie ma ponoć pojawić się Katharsis, Beleth i jeszcze jeden zaproszony przez nich zespół. Oby był to Besatt!

Dobra, pora kończyć ten artykuł, który i tak pewnie nikt nie przeczyta do końca. Mam nadzieję, że Wam wakacje udały się lepiej, choć i tak nie mogę chyba narzekać. W końcu byłem na dwóch fajnych koncertach, poznałem kilka niezłych kapel oraz przeczytałem ciekawe książki, o których teraz nie będę wspominał bo w końcu jest to Kącik Muzyczny, a nie Książkowy.


© Anger