:: ZLOT LODÓWY CENTER OKIEM SIR_NICKA
Zlot Lodówy Center... Ech, to brzmi dumnie! ;P Jak sobie o tym przypomnę, to od razu robi mi się jakoś tak weselej! Postaram się teraz spisać specjalnie dla Was wrażenia z owego spotkania. Na pewno nie uda mi się oddać do końca klimatu zjazdu, pewno pominę wiele ważnych rzeczy, ale cóż ja mogę poradzić? Pamięć jest ulotna...

Może należałoby zacząć od tego, skąd w ogóle wziął się pomysł na zorganizowanie zjazdu. Prowodierami spotkania nie byłem (o dziwo) ja, czy Pantera (czy którykolwiek z innych redaktorów Lodówy). Otóż Dregor, moderator naszego lodówowego forum, postanowił zorganizować sobie tournee po Polsce przed jego wyjazdem do Irlandii. Chciał także przyjechać do Pszczyny, czyli miejscowości sąsiadującej z moją wioską, Goczałkowicami, ażeby spotkać się ze sqnxem (niegdyś piszącym do Lodówy pod ksywą SjerGej, teraz również moderator na forum, a prywatnie mój najlepszy kumpel). Obaj panowie znają się z Oldsqla (no wiecie, taki kącik na Cover CD w CD-Action). Ot, chcieli się spotkać po prostu. Po jakimś czasie padł pomysł, ażeby to spotkanie zorganizować w Tychach (gdzie mieszka Pantera Północy) i mnie tam wciągnąć przy okazji. OK, czemu by nie? :) Ale pomyślałem sobie, że skoro już mamy się spotkać, to czemu by nie zrobić z tego większego spędu bydła i nie zrobić z tego oficjalnego zlotu Lodówy? Co ciekawe, pomysł padł niecały tydzień przed zjazdem. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że Dregor, z bardzo ważnego powodu zresztą, musiał z owego spotkania zrezygnować. Dlaczego najśmieszniejsze? Bo to miało być jego przywatne spotkanie ze sqnxem, które przerodziło się w rasowy, super extra hiper cool zlot Lodówy Center. :D

Ech, trochę to zagmatwane, ale cóż. Wszystko zostało już ustalone - spotykamy się w Tychach w piątek 08.07.05. Umówiłem się z Panterą, że przyjadę do Tychów wraz ze sqnxem i Helą (moją dziewczyną ;)) pociągiem przed 11. Jednak dzień przed wycieczką zadzwonił do mnie telefon... Hmm... Numer nieznany - to Sato! Rozmowa niezbyt się kleiła... Zapamiętałem z niej tylko, że ma on przyjechać przed 9 (no, jeszcze jedno: "Wiesz, dzwonię z budki. A chcesz wiedzieć dlaczego? Pies zjadł mi kabel od telefonu!" ;) Cały Marcin! :D). No to ja szybko napisałem SMS'a do Pantery, czy nie mógłby poświęcić się i wyjść po Sato 2 godzinki wcześniej. :) Oczywiście Łukasz nie był zbyt ucieszony, ale cóż miał poradzić, chyba nie każe na siebie czekać koledze z tak daleka?

Piątek, dzień wyjazdu. Z samego rana, około 9 dostałem kolejny telefon. Znowu nieznany numer, tyle, że tym razem to ktoś z okolic, bo i kierunkowy taki sam jak u mnie. "No cześć, tu Sato. Jestem już w Pszczynie, prawdopodobnie jedziemy tym samym pociągiem do Tychów..." ŻE CO?!? W Pszczynie? (Dla nieobeznanych, Sato jest z Oławy koło Wrocławia i do Tychów musiał tak czy siak dojechać z przesiadką. Takowa nastąpiła w Pszczynie, czyli miejscowości znajdującej się po drodze z mojej wiochy do Tychów). Ech, no tak, chyba się nie dogadaliśmy. :) No to Pantera nas zabije! Bo trochu chłopak na nas już czekał. :) Ale nie uprzedzajmy faktów.

Parę minut po dziesiątej. Ja, Helen i Marek (sqnx) dojeżdżamy pociągiem do Pszczyny. "Do pierwszego wagonu wsiadaj", powiedziałem Marcinowi (Sato). A tu dupa, nikogo nie ma! Wypatruję kto wsiada do pociągu, rozpoznać w tym tłumie ludzi go nie potrafię. Wiedziałem jak on mniej więcej wygląda, bo widziałem jego zdjęcie (wysłane na konkurs "Redaktory" z 13 numeru LC). Zdawałem sobie sprawę, że może on trochę inaczej wyglądać, bo zdjęcie wyglądało na niezbyt aktualne. W tym momencie słowo "trochę" nabiera całkowicie nowego znaczenia, gdyż człowiek, który przyczłapał do pierwszego wagonu parę chwil później miał tyle wspólnego z tym dzieciakiem na zdjęciu ile ja z Kajli Minok. :) Wysoki, dość potężny, w okularach - w życiu bym na ulicy go nie rozpoznał.

Rozmowa na początku nie była zbyt składna, lecz po paru chwilach złapaliśmy wspólny język. Trochu obawiałem się tego kolesia, parę razy gadałem z nim telefonicznie i za Chiny nie potrafiliśmy się porozumieć! :) A tu proszę, człowiek do rany przyłóż - jak dla mnie był on ewidentnie gwiazdą zjazdu! Ale o tym trochę później.

O umówionej porze dojechaliśmy do Tychów (tzn. Sato był umówiony z Panterą już 2 godziny wcześniej, ale to szczegół! :)). Na dworcu miał już czekać Łukasz (Pantera Północy), Piotrek (47) i Ania (Fauske). Chcieliśmy już jakiegoś przechodnia w okularach i z dziewczyną zaczepić (żem myślał, że to Pantera i Fauske, tacy podobni jacyś :)). Ale nic. Przeszliśmy w czwórkę do wyjścia dworca, naszym oczom ukazały się trzy strudzone/przygnębione/znudzone twarze. "To na pewno oni!" - pomyślałem. Ale pewien nie byłem. Kontakt wzrokowy nawiązany! Wtem Łukasz, z miną a'la "no dobra, przyjechaliście, też mi radocha" :) pomachał do nas nieśmiało. Rzeczywiście, jacyś niemrawi ci redaktorzy... Pantera, widać, znudzony był prawie dwugodzinnym czekaniem na dworcu (nie dziwię mu się ;)), Fauske trochę zniesmaczona nami, a 47... sorry Piotrek, muszę to napisać, 47 był wyraźnie wystraszony na nasz widok. :) Szczególnie jak podskoczyłem do niego ze sqnxem, żeby złożyć mu życzenia (dzień wcześniej miał urodziny). O mało zawału chyba chłopak nie dostał! :)

Dobra, było nas już siedmiu. Czekaliśmy jeszcze na dwie osoby - na Varmacka (czytelnika, redaktora Games Cornera (widzisz Artur, robię Ci darmową reklamę! :)) i Aleeex. Varmack się zjawił, Aleeex nie. Powoli zaczynała rozkręcać się konwersacja. Już wtedy Sato dał się nam poznać jako niesamowity kompan do rozmowy ("Ej, czy jak mężczyzna zmieni płeć, to czy będzie mógł mieć miesiączkę? Bo ostatnio taką jedną książkę czytałem..." * :)). W międzyczasie jakiś pacan podszedł spytać o ogień. A gdy postanowiliśmy w końcu wyruszyć na podbój miasta, wydawało mi się, że zobaczyłem... miekkiego! Ale to nie był miekki, tylko jakiś zwykły koleś z tanim winem w ręku. :)

I szliśmy, szliśmy, szliśmy, szliśmy, szliśmy, szliśmy... (...) szliśmy, szliśmy. Upał jak cholera, a ja na dodatek w glanach przyszedłem (bo moje letnie adidaski nie nadają się do publicznych wypadów, a poza tym miało padać). No cóż, głupi jestem. Hela (BTW: pozdrawiam Cię Kotku! :)), jako nasz nadworny fotoreporter, cały czas pstrykała nam fotki. A potem szliśmy, szliśmy, szliśmy, szliśmy, szliśmy...

Pierwszym obiektem, który zwiedziliśmy było siakieś tyskie muzeum. Ot, same tradycyjne eksponaty, stroje regionalne - tego typu klimaty. Wstęp był darmowy, więc czemu mielibyśmy nie skorzystać. Chcieliśmy zwiedzić muzeum browarnictwa, jednak do tego wszyscy musieliby być pełnoletni, a nasza wizyta odpowiednio wcześniej zapowiedziana. Po wejściu do muzeum poczuliśmy wszyscy orzeźwiający chłód klimatyzacji. Poza tym zostaliśmy przywitani z niezłą pompą (chyba wzięli nas za jakąś zorganizowaną wycieczkę, bo pani z muzeum była wyjątkowo miła, mówiła też coś o jakimś przewodniku... :)). Eksponaty nie były jakieś ciekawe (jakoś nigdy nie byłem miłośnikiem starych, regionalnych gadżetów), choć jeden z nich zwrócił moją szczególną uwagę. Chodzi mianowicie o taką starą, elektroakustyczną gitarę. Zaciekawiła mnie dlatego, że mam w domu prawie identyczną (stary, czerwony Defil z roku '71, ech co za rzępol :)). Co prawda ta była pomarańczowa, zrobiona chyba przez jakiegoś lutnika (a nie przez Dolnośląską Fabrykę Instrumentów Lutniczych ;)) i pewnie, w przeciwieństwie do mojej, była SPRAWNA, ale to pikuś. =) Wszędzie wszystko przypominało nam naszego redakcyjnego kolegę, Beherita (napisy "69" na różnych wystawach itp. :P). Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie dostali ochrzanu od ochrony za siadanie na zabytkowych kanapach (a wyglądały na nowe... :)). Przy wyjściu z muzeum pewien Bardzo Sympatyczny Strażnik zrobił nam jedyne zdjęcie grupowe, na którym znajduje się cała ta nasza hołota (bo większość fotografii, jak już wcześniej wspominałem, robiła Hela, przez co prawie w ogóle nie ma jej na fotkach, nad czym ubolewam ;)).

Po wizycie w muzeum znowu szliśmy, szliśmy, szli... no dobra, wiadomo. ;D Kolejnym, można by rzec, że kulminacyjnym punktem wycieczki, była wizyta w ekskluzywnej restauracji, jaką okazała się tyska Telepizza. To tutaj wreszcie mogliśmy spokojnie przysiąść i pogadać. Z początku zamówiliśmy napoje, gdyż widząc horrendalne ceny pizz daliśmy sobie (przynajmniej na razie) spokój. O dziwo, z alkoholów zostały zamówione jedynie dwie puszki piwa (za sprawą Sato i Varmacka), wódek/ win/ nalewek/ koniaków/ whisky/ brandy/ denaturatów itp. itd. etc. nie stwierdzono. O czym gadaliśmy? O wszystkim i o niczym, o sobie, o zainteresowaniach, o głupotkach... W każdym bądź razie nie było ani chwili ciszy. W takim towarzystwie naprawdę nie da się nudzić. Najciekawszą gadkę oczywiście miał nasz oławianin - Sato. :) Przytaczanie jego wypowiedzi co prawda trochę mija się z celem (na piśmie nie da się oddać po prostu całego "klimatu" wypowiedzi), ale takie na przykład "Co mi to kładziesz na tomik?!" automatycznie wywołuje uśmiech na mej twarzy. O taki - :).

Po pewnym czasie jednak zamówiliśmy pizzę (no w końcu co będziemy sobie żałować - redakcja Lodówy nie może głodować :D). Zamówiliśmy 2 margherity z ostrym sosem, każdy miał po 2 kawałki. Fauske zjadła tylko jeden, więc trza się było jakoś podzielić ostatnim... Wszyscy chętni (czyli WIĘKSZOŚĆ ;)) zagrali w marynarza - ten kto wygrał, mógł delektować się gratisowym kawałkiem pizzy. Niestety (z bólem serca podkreślam NIESTETY :)) wybór padł na sqnxa - nie no, gdyby to dostał PanteR (BTW: Łukasz strasznie nie lubi, jak się go tak nazywa, szczególnie z tą pisownią... =)), czy inny Sato to spoko, ale sqnx? Tego już za wiele, ja tego kolesia osobiście znam i wiem, że nie zasłużył na takie dobrodziejstwa. :) Ale od czego mam dziewczynę? Hela poprosiła Marka o ten kawałeczek pizzy (na sekundkę, sqnx myślał pewnie, że chce sobie ugryźć), a ona... podsunęła mi go pod nos. Efekt? Ponad pół kawałka znikło za jednym gryzem, hłe hłe. =)

Przyszedł czas na opuszczenie tego lokalu i udanie się na dworzec PKP, w celu pożegnania Fauske :(. No cóż, nie wszyscy mogą pozwolić sobie na siedzenie do wieczora w obcym city (a może po prostu już miała nas dość? :)). Jednak nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło: Po drodze sqnx wdepnął w gówno (i pachniał zgodnie ze swoją ksywką :)). W międzyczasie zmył się też 47 (ot tak, po prostu sobie poszedł, nawet nikt nie zorientował się kiedy), nie podał nawet nikomu dłoni na pożegnanie... Dziwne... :) W uszczuplonym składzie postanowiliśmy przejechać się pod pomnik jakiejś tajemniczej "Żyrafy" (która podobna była zupełnie do niczego... a już na pewno nie do żyrafy :D). Co ciekawe, środkiem lokomocji wybranym do podróżowania w owe miejsce był trolejbus (jezusicku, pierwszy raz w życiu jeździłem takim cudem! :)). Normalnie pojazd żywcem wzięty z filmów George'a Lucasa! Jak się poruszał to robił takie "łzit" i puszczał iskierki z kabelków - normalnie iście StarWarsowy efekt! :)

Pod "Żyrafą" porobiliśmy sobie kilka zdjęć (i 2 durne filmiki ;)), posiedzieliśmy chwile, pogadaliśmy... W międzyczasie dostałem SMS'a od Beherita SMS z pozdrowieniami dla zjazdowiczów (bardzo miły gest z jego strony, szkoda, żem go już skasował, mogłem go przepisać)...

<Ta relacja jakaś długa mi wychodzi, trza ją trochę skrócić :)>

... Pod żyrfą opuścił nas Pantera Północy, gdyż nie opłacało mu się już wracać na dworzec PKP (jego dom znajdował się blisko "Żyrafy", szkoda, że nie mieliśmy przyjemności do niego zawitać, ponoć ma różowe ściany, czyż to nie zabawne? :)). Na dworcu PKP zostaliśmy: ja, Hela, sqnx, Sato i Varmack. Czekaliśmy na pociąg Sato, Varmack zmył się w międzyczasie (pojechał autobusem do domu, w końcu mieszka niedaleko)... potem przyszedł czas i na nas... I takim oto sposobem I Oficjalny Zlot Lodówy Center dobiegł końca. Czy żałuję, że się na nim znalazłem? Ani trochę! Czekam z utęsknieniem na następny!

A teraz kilka słów odnośnie uczestników zlotu:

Sir_Nick: O sobie chyba pisać nie będę, co nie? :)
Helengold: O mojej dziewczynie też nie, bo nie potrafię być obiektywny. :D
sqnx: O tym dałnie (moim przyjacielu z przedszkola :)) też nie mam zamiaru się rozpisywać...
Pantera Północy: Łukasz okazał się super kolesiem. Cichy, spokojny, opanowany... Tego można się było spodziewać!
Sato: Jak dla mnie gwiazda zlotu! :) Takie hasełka może puszczać tylko on! :)
Fauske: Szkoda, że Ania okazała się taka zamknięta w sobie. Odniosłem też wrażenie, że zlot jej się nie podobał. :( Ale i tak uważam, że jest spoko!
47: Również nie pogadaliśmy zbyt długo (jedyną osobą, przy której się otworzył był Łukasz)
Varmack: Rozkręcił się dopiero koło "Żyrafy"...

... Zresztą co ja plotę, wszyscy zjazdowicze są super-hiper-kul-extra-giga-wpasione-ziomy-jołjołjoł! :)
Sir_Nick [sir-nick@o2.pl]

* Wszelkie wypowiedzi uczestników cytowane z pamięci. Pewnie wiele poprzekręcałem, choć sens wypowiedzi pozostał ten sam.
© COPYRIGHT BY LODÓWA CENTER. ALL RIGHTS RESERVED.