:: ZLOT LODÓWY CENTER OKIEM PANTERY PÓŁNOCY
"Spotkanie na wariackich papierach", "Flashmob"... tak, na pewno te i podobne określenia pasują jak ulał do czegoś, co zostało zorganizowane w niecały tydzień bez porządnego zaplecza technicznego (naprawdę nie chcielibyście wiedzieć, kiedy razem z 47 układałem plan "wycieczki") i kilka osób, które bardzo chciały się pojawić najzwyczajniej w świecie to przegapiło. :) Następnym razem podamy datę przynajmniej z miesięcznym wyprzedzeniem, obiecuję. :P

Jakby tu zacząć... około godziny 7:40 wylazłem z domku i skierowałem swoje kroki na przystanek, co by się spotkać wcześniej z 47 i poczekać na pociąg, którym miał przybyć Sato około dziewiątej. Przyjechałem na dworzec przed ósmą, idę w umówione miejsce przy wyjściu z peronów... a tam nikogo nie ma. No nic, może zaspał albo co, przecież nic się nie stało. Stoję i czekam licząc w międzyczasie liście na pobliskim drzewie (doliczyłem do 1253 i dałem sobie spokój) oraz odbierając SMSa od Sir_Nicka ("Sato czeka na stacji w Pszczynie i przyjedzie razem z nami o 11:00"), w końcu wybrałem się na poszukiwania - a nuż go dżdżownice wciągnęły do jakiejś nory i nie wypuszczą, zanim się im nie rzuci gumy do żucia? Moją uwagę przykuł pewien chłopak bez żadnego bagażu, który jak odrzutowiec przemierzał całą stację w jedną i w drugą stronę skręcając okazyjnie na perony czy przystając na pięć sekund, by przeglądnąć gazety (i czasopisma :)) na witrynie stojącego nieopodal kiosku. Już chcę go zagadać, a on fruuuuu leci dalej. Znowu go dopadam w innym miejscu, a on zaś fruuuuuu i go nie ma. Nie powiem, zaczęło mnie tu wkurzać :P i gdy mnie po raz n-ty omijał zapytałem wprost, czy zna taką i taką osobę - "tak" - i fruuuuu poleciał gdzieś dalej. :) Nie no, przyznaję mu nagrodę Wesołego Redaktora, jak babcię kocham. :D Tymczasem, skoro była już 09:30, nie pozostało nam nic innego jak zamelinować się przy wyjściu z peronów i czekać na Fauske umówioną na dziesiątą minut cztery. Za kilkanaście takich jednostek czasowych wyszła z dziury w ziemi (czyt. z podziemnego wyjścia z peronów) witając naszą dwójkę słowami pełnymi optymizmu: "cześć... a gdzie transparent? Nie ma? Ale powitanie...". :)

Minęła nudna godzina przepędzona na czekaniu, rozmowie, czekaniu, oglądaniu mapy i czekaniu, aż w końcu po godzinie 11:00 przyteleportowała się do nas grupka pięciu person przypominająca płatnych zabójców (teraz to już na pewno zabójców :P) i łypiąc po nas oczętami rozpoznali nas ("coście tacy zmarnowani?"). Po złożeniu 47 życzeń urodzinowych, ogólnym rozładowaniu atmosfery i małej dyskusji o tym i owym wyruszyliśmy w trasę. Pierwszym punktem była lodziarnia na Starych Tychach, ale niestety nikt z ferajny oprócz Sato, który w ogóle na nic nie narzekał, niczego sobie nie kupił ("łeee, to mają być lody? I do tego takie drogie?"), toteż od razu powędrowaliśmy do muzeum miejskiego (darmowe wejście, to co nie mieliśmy skorzystać ;P). Wewnątrz było całkiem ciekawie, największą uwagę przykuwały ludziki o kwadratowych głowach poubierane w różnorakie stroje, gitara sprzed kilkudziesięciu lat, którą adorował Sir_Nick ;), a także zdjęcie pewnego księdza, w którym wszyscy widzieli pewną znaną osobę, A. L. :) Co się działo przy panoramie miasta opowie zapewne 47, więc nie będę mu zabierał chleba. ;) Następnym punktem docelowym miały być planowo stoły pingpongowe, ale była nim pizzeria, ponieważ 47 zapomniał wziąć ze sobą paletek, a poza tym nikt niby głodny nie był, ale wrzuciłby coś z chęcią na ząb. :)

W Telepizzy siedzieliśmy trzy godziny, z czego pierwszą godzinę zastanawialiśmy się co zamówić, drugą oczekując na złożone zamówienie, a trzecią - wcinając jedzonko wraz z papierowymi talerzami i okolicznymi butelkami. ;) Jednak nie myślcie, że cały czas panowała grobowa cisza, o nie - Sato rzucał nieustannie takimi tekstami, że z krzesła można było spaść: "A wiecie, że w Ameryce jeden człowiek wypił puszkę Coli? No co się śmiejecie, naprawdę!", "Ej, no co mi to kładziesz na tomik?!?" (Hela położyła butelkę na jego mandze), tego nie da się oddać słowem pisanym - dość powiedzieć, że 47 zpluł się totalnie ze śmiechu do swojego kubka z Fantą czy innym Sprite'm. :) Hela robiła zdjęcia, Fauske obdzielała ciasteczkami i podarowała do rozlosowania drugi kawałek swojej pizzy (wygranym sqnx, ale Sir_Nickowe "daj małego gryza" pozbawiło go w sumie nagrody :))... Czas szybko zleciał przy zabawie i po godzinie 16:00 ruszyliśmy w stronę dworca odprowadzić Fauske na pociąg powrotny przybywający na 17:00, po drodze sqnx perfidnie wdepnął w minę i tarł butem o krawężnik przez pięć minut, aby pozbyć się swoich "naturalnych perfumów" jak to Hela zgrabnie określiła. :) Gdy uczyniliśmy swoją powinność Sato zachciało się wyjść za potrzebą i podczas czekania na niego ulotnił się niczym magik FortySeven pozostawiając po sobie tylko echo zdania "no to idę".

Po deczko nieżywej wymianie zdań (wszyscy padali ze zmęczenia... "Pantera weź se usiądź"... no, prawie ;)) zdecydowaliśmy się pojechać trolejbusem (nazwanym przez sqnxa [Ej, to JA wymyśliłem! :P - SN] [Errare panteren est. :P - PP] "starłarsem", bo buczy jak, jak... a nie wiem, jego się spytajcie :P) obejrzeć z bliska pomnik Walki i Pracy, czyli Żyrafę. Gdy dotarliśmy na miejsce majestat budowli po prostu olśnił Sir_Nicka ("no wiesz, jestem zdegustowany, spodziewałem się, że ta Zebra będzie większa" :P), po czym wszyscy co się ostali na placu boju ulokowali się wygodnie na schodkach i zaczęli robić różne dziwne rzeczy, których ja bez pisemnej zgody autorów upubliczniać nie zamierzam. ;) Godzina minęła, jest już pod dziewiętnastą, wybił czas dla mnie, aby do domu się powoli zbierać. Odprowadziłem ekipę na przystanek, pomachałem im jak wsiadali do takiego jednego starłarsa i... no cóż, do przyszłego roku. :)
Pantera Północy [NorthPanther@interia.pl]
© COPYRIGHT BY LODÓWA CENTER. ALL RIGHTS