:: ZLOT LODÓWY CENTER OKIEM FAUSKE
Zjazd LC Tychy 08.07.2005r Oficjalna mocno subiektywna relacja

Świadek: Faus(t)ke (taka mała prowokacja...)

Zacznę od tego, że po powrocie do domu znacznie spadł mi nastrój. Sprawiła to świadomość własnej nierozmowności i nieumiejętności przystosowania się do niecodziennych warunków. Wierzcie mi, chciałabym więcej gadać, ale nie potrafię. Drewniak ze mnie. No cóż, milczenie jest złotem czy coś takiego...

Dobra, zacznijmy od początku. Niesamowitą historię pt. "jak w ogóle doszło do zjazdu" już pewnie wszyscy znają, toteż nie będę jej przytaczać. Zaznaczę także, że osiem relacji z tego samego może być trochę nudne i jak taki czytelnik osiem razy przeczyta o tym, jak SQNX wdepnął w gówno, to może zwątpić. Ale nie uprzedzajmy faktów. Posłuchajcie o tym, jakim cudem ja się tam pojawiłam... Nie warto wymieniać tu wszystkich kłamstw, które naopowiadałam postronnym. Nie wiem zresztą, po co. Zacznijmy od piątkowego poranka, kiedy wszystko było już gotowe. Pełna obaw ruszyłam w stronę stacji. Ptaszki nie śpiewały, wiater nie wiał, kwiatki nie pachły. Przedarłam się przez soczyście zielony busz i trafiłam na peron na stacji w wiosce eM. Słońce świeciło. Nie lubię słońca, ale tego dnia jakoś mi to poprawiło humor. Tymczasem gapiąc się na zegarek niecierpliwie liczyłam sekundy. Pociąg się spóźnił 2 minuty. Ale dojechał i to się liczy. Muszę dodać, że był chyba świeżo po jakimś remoncie, albo w ogóle nowy cały... To znacznie podwyższało komfort jazdy. Co ja tu będę opisywać podróż. Obyło się bez większych ekscesów, chociaż na jednej stacji drzwi przytrzasnęły starowinkę. Zdenerwowało mnie to. Pociąg miał minutę spóźnienia. Dobra, przyszedł czas na przesiadkę w Katowicach. Dla informacji czytelników mogę dodać, że do Tychów mam równo 84 km, i to byle co nie jest. O dziwo dwugodzinna jazda jakoś mi się nie dłużyła. Wracając do katowickiego dworca. Wcześniej słyszałam o nim dosyć negatywne opinie. Jakże różniły się od rzeczywistości! Toż to bardzo przyjemne miejsce. Fajniejszy nawet ten dworzec od częstochowskiego. Spędziłam na nim zaledwie 6 minut, gdyż nie zwlekając wpakowałam się w pociąg do Tychów. Nie było już odwrotu. Znów niecierpliwie zerkałam na zegarek. Tak, o tej godzinie powinnam wysiąść... Ale zaraz! Co to za miejsce? To ma być dworzec główny? Nie wierzyłam własnym oczom. Ale zaryzykowałam. Najwyżej umrę na odludziu. Zbliżała się godzina dziesiąta. Dzięki przejściu podziemnemu dostałam się na powierzchnię, gdzie radośnie i entuzjastycznie powitali mnie Pantera Północy i 47. Zaiste, wielka rezygnacja gościła na ich twarzach. Dobra, może się czepiam, ale swoje się wyczekali na tej stacji. Też bym była lekko poirytowana. Wiedziałam, że nie jestem zbyt biegła w sztuce błyskotliwej konwersacji, ale żeby aż tak?! Owszem, trochę gadaliśmy z Panterą (podczas gdy nieobecny duchem 47 krążył w pobliżu), ale rozmowa wybitnie się nie kleiła. Taka totalnie wymęczona gadka szmatka. Czas leciał, prawda, nic się nie działo. Wyraz twarzy Maskotki Redakcji był jednoznaczny: "Co ja tu, do *^%$# nędzy robię???" W końcu przed jedenastą coś drgnęło. Zajechał pociąg z pozostałymi uczestnikami. Z przejścia podziemnego wyłonili się: Naczelnik, Sato, SQNX i Helen. Jeee, ale super... Naprawdę tak było widać to moje zniesmaczenie? Ja nie chciałam... Maszynka nie zaskoczyła od razu, przynajmniej w moim odczuciu. Niektóre trybiki się nie pasowały... Zapewne autorka tych słów... No i se staliśmy. Wtem podszedł do nas jakiś zdesperowany koleś proszący o ogień. No tak, trza było frajera umieścić w relacji. Na co, a raczej, na kogo czekaliśmy? Na Varmacka i jakiegoś/jakąś Alexxx. Ten pierwszy w końcu się pojawił, 'to' drugie nie. Po pewnym czasie zdecydowaliśmy się na jakieś działanie. Poszliśmy. Gdzie? A tak przed siebie. Szliśmy. I szliśmy. Zaczęły się pamiątkowe zdjęcia. Helen chciała uwiecznić magiczne chwile dla potomnych. Oczywiście marsz był mocno nierówny. Grupa dziwacznie się rozbijała i zbijała. Odległość dzieląca tych na początku od tych na końcu była momentami dosyć duża. Dotoczyliśmy się na rynek w Starych Tychach. Prawie przypominał miasto. Tu czekała nas chwila rozterki: co dalej? Najlepiej zrobić kilka kroków i tam się zdecydować... Miały być lody. Ale nie było. W lodziarni mieli horrendalne ceny (1,30 zł/gałka). Na konsumpcję zdecydował się tylko Sato. Wycieczka ruszyła ku muzeum regionalnym. W całkiem przyzwoitym budynku pooglądaliśmy sobie jakieś szpargały. Dobra, muzea regionalne z ludową kiecką i panorama Tychów to nie to samo, co trup sprzed tysięcy lat owinięty szmatą. Ale ja nic nie mówię. Narzekam? Zdaje się Wam. Czas na kolejną rozrywkę. Wycieczka do Telepizzy. Uch, co tu można napisać? Siedzieliśmy i gadaliśmy. Poprawka. Kto gadał, ten gadał. Przyznaje się ta nierozmowna. W każdym razie, po zamówieniu napojów, prym wiódł Sato. Nie wiem jak inni, ale ja nie do końca mogłam uchwycić ulotny sens jego wypowiedzi. Gdyby tylko potrafił zapamiętać jedno proste słowo - Fauske. Ale nie, w porządku było, Sato ciekawie gawędził. Nawet zaczęło mi się podobać. Naprawdę. W każdym razie, kiedy pizza wjechała na stół było znacznie lepiej. Nie czułam głodu, toteż ofiarowałam swój drugi kawałek chętnym. A chętnych było sporo. Następnie pozbyłam się paczki Hitów. Miałam jeszcze pełen plecak prowiantu, ja naprawdę nie wiem, po co mi było tyle żarcia. Jak się wbiję na zjazd za rok, to już nie będę brać ze sobą niepotrzebnych gratów (takich jak książka, której nie czytałam, a której tytuł był adekwatny do sytuacji ["Droga do szaleństwa"] i kurtka, bo podobnież miało padać). Czas gnał nieubłaganie, minęła szesnasta. Fauske była zmuszona opuścić zgromadzenie. Pociąg o siedemnastej. Mówi się trudno. Akurat, kiedy zaczynało być interesująco. Wycieczka mnie odprowadziła. SQNX wdepnął w gówno... Farsę czas zakończyć, pociąg odjechał, pa pa! I gdzie było machanie? [Jak to nie było!? Przeca Ci machaliśmy! :) - SN] Ja się tak nie bawię. Pojechałam, wszyscy odetchnęli z ulgą. Co zdarzyło się później? Nie śmiem przypuszczać. To może podzieliłabym się ogólnymi refleksjami? Warto było? Tak. Cieszę się, że byłam. Zawsze to nowe doświadczenia, a tych mam jak na lekarstwo. Dowiedziałam się, że jeżdżenie pociągami nie jest takie straszne. I że czas najwyższy, bym się zmieniła. I że istnieją jacyś inni ludzie, niż ci, których od dziesięciu lat, dzień w dzień spotykam w leśnym getcie. W końcu jakieś nowe twarze! Tak sobie myślę, że zjazd nie ucierpiałby bynajmniej z powodu mojej nieobecności. Dobija mnie uczucie, że nic nie dałam z siebie. No, ale dzięki mnie uczestnicy dowiedzieli się, co to znaczy 'niesympatyczność' (nie zaprzeczysz, Łukasz) i to trudne słowo na 'd', którym rzucił Naczelnik [Chodzi o "dekadentyzm" :P - SN]. Chociaż tyle. No i mogłabym, tego, pozdrowić uczestników, ale wątpię czy ktoś byłby rad z moich pozdrowień... No to zrobię im przykrość i pozdrowię, he he. Dziękuję za uwagę w imieniu Związku Niemów Polskich i Osób Zabawnych Inaczej.
P.S. Jakieś pozytywy? Ostatecznie przyjęli mnie do tej lodówowej rodziny. Szkoda tylko, że jestem adoptowana i mam dałna. Ale mnie to nie przeszkadza! Ja się bardzo cieszę.
© COPYRIGHT BY LODÓWA CENTER. ALL RIGHTS RESERVED.