| :: ZBIERACTWO | ||
|
Ostrzeżenie: osoby z IQ powyżej 89 proszone są o wyjście. [No, wreszcie sobie coś poczytam! :) - SN] Po co kupować jedzenie, skoro można je zebrać? Na śmietniku chociażby. Każdy wyrzuca jakieś odpadki organiczne. Wystarczy tylko wyciągnąć rękę. Wszystko zależy od miejsca zamieszkania. Mieszczuchy mogą wyjść przed blok, przyczaić się, założyć wiaderko na głowę i na paluszkach podbiec do śmietnika udając, że się nic takiego nie robi. Jeśli śmietnik nie jest ogrodzony żadnym murkiem, trza uważać na przypadkowych przechodniów pętających się dookoła. Będą chcieli się przyłączyć. A na to nie możecie pozwolić. Ucztowanie w samotności będzie sprzyjać waszemu trawieniu. Zresztą można się łatwo zakrztusić w walce o co lepsze kąski z postronnymi. Idealnie więc jest, jeśli śmietnik nie tylko jest ogrodzony, ale ma także daszek i starą kanapę. Jest brązowy, odór da się wytrzymać, a napis białą farbą głosi "wszyscy równi". Nie wolno o tym zapominać i podzielić się ze szczurami lub nie całkiem trzeźwymi osobnikami w zarzyganych wełnianych spodniach. Jeśli upewnimy się, że nikogo nie ma w pobliżu można zdjąć wiaderko i po cichutku uchylić klapę. Warto mieć klamerkę do prania w zanadrzu. Inaczej nawet nie wytrzymamy pierwszych pięciu minut. Bezszelestnie przetrząsamy wnętrze kontenera. Wyjąwszy, to, co nam się spodoba, możemy przejść do konsumpcji. Nie zrażając się atmosferą rozkładu wygodnie mościmy się na kanapie. Trzeba tylko pamiętać o jednym ważnym szczególe - w żadnym wypadku nie wolno nam zahaczyć o równiutki rządek szklanych butelek po siarofrucie. To może wszystko zepsuć. Szkło się potrzaska, ludzie wystawią głowy przez okna, zaczną się wyzwiska i pogróżki. Do tego nie można dopuścić. Jeśli wszystko poszło gładko można się w spokoju najeść. Jeśli czujemy pewien niedosyt, możemy spróbować nałapać much mięsnych czy jakiś innych, co se w pobliżu zapewne latają. Dobra, ale nie wszyscy trudzą się wyrzucaniem śmieci na zewnątrz, bowiem jak wynika z moich tajnych informacji w niektórych blokach znajdują się takie dziwy jak zsypy. Niezły wynalazek, ale nie próbowałabym stamtąd czegokolwiek wyciągać. Na wiosce to nieco trudniej jest. Należy się włamać do sąsiada i posznupać mu w wielkim kontenerze lobbe. Co to za sztuka przeskoczyć przez zardzewiałą furtkę? Nic prostszego. Nie wolno jednakże zapomnieć o pupilkach sąsiada. Warto wziąć jakieś narzędzie obuchowe, ale może być też broń sieczna. Każdy z pewnością trzyma w komórce bądź garażu łom, kilof, łopatę, siekierę, piłę maszynową i zwykłą, wiertarkę na baterie, lutownicę, krowiak z kolcami, worek kartofli, silnik od Nyski, śrubokręty, nożyce do żywopłotu, wąż ogrodowy, czerwony kask górnika, młot gumowy, puszkę bejcy, betoniarkę, metalowe rurki, proszek do prania, powróz i sierp (namalowany). Nie potrzebujemy tych wszystkich akcesoriów, ale kilka z nich by się przydało. Nie ukrywam, że ja najchętniej przecięłabym irytującego pieska sąsiadki piekielnie ostrą szabelką, niestety tego w szopie na narzędzia nie znalazłam. Tak po prawdzie wystarczy nam brzozowy kostur. Nie jest lekki, ale idealny do ćwiczenia fechtunku, toteż bierzemy tego kijora i idziemy zdzielić pieska po łbie. Gdy już leży nieprzytomny, a jego radioaktywna posoka ścieka do najbliższego kąpieliska, otwieramy z rozmachem plastikowy kontener lobbe. Niestety, często możemy natknąć się na grubą warstwę gruzu, popiołu i starych egzemplarzy "Niedzieli". Ale nic straconego. Wystarczy udać się w głąb posesji, tam na pewno znajdziemy jakieś wątłe drzewko i kupę kompostu pod nim. W większości będą to zapewne ćwiartki cytryny i szynka z puszki, ale człek jest wszystkożerny, więc nie powinniście narzekać. Opcjonalnie można zabrać się za przeszukiwanie śmietników od restauracji lub supermarketów. Osobiście nie polecam koszów na śmieci przy prowincjonalnych spożywczakach. Nie ma tam nic ponad papierki i puszki po piwie. Skrupulatnie wyssanych do ostatniej kropli. Nie zadowalają was obierki po ziemniakach? Nie smakują wam zgniłe marchewy? Czyli że wybredne macie gusta. Ale śmietniki to nie jedyny sposób na napełnienie żołądka. Zdarza się, że żarcie leży na ulicy. Nie za często, a jednak. Taki rozjechany kot na poboczu. Śnięta ryba nad rzeką lub jeziorem. Bażant porażony prądem. Gołąb pod ławką. Pies sąsiadki. Niestety, owe żarcie jest najczęściej mocno nieświeże, a co lepsze kąski to i tak rozkradły insekty. Ale czy na bruku bądź ścieżce leśnej tylko mięso znaleźć można? Jedzcie gówno, tysiące much nie może się mylić. Żart z brodą, ale coś w tym jest. Okej, wiem, że to głupi pomysł, toteż się zamknę. Jadło można też pożyczyć [Nie pytam zatem w jaki sposób i W JAKIM STANIE to żarcie należy oddać z powrotem... :) - SN]. Na prowincji to niestety niewykonalne. Łatwiej zaj**ać chrupki w spożywczaku niż doprosić się cukru od baby naprzeciwko. Nie próbowałam co prawda, ale jestem przekonana o swojej racji. Lecz w takim bloku to różnie bywa. No chyba, ze mieszkacie na parterze zaraz obok sklepu. Wtedy nikt wam nie pożyczy. Ale zawsze można wprosić się z wizytą i nakarmić kawą oraz ciastkiem. Zapewne jest tez kilka innych sposobów. No fakt, w supermarketach zdarza się, że karmią za darmo. Nie wszyscy mogą z tego korzystać, jeśli bowiem najbliższy oszołom jest dziesięć kilometrów stąd... To idziemy się nażreć do lasu. W zasadzie to właśnie o tym miał być ten tekst, ale jego cel rozmył mi się po drodze, więc wybaczcie. Las bezpieczny nie jest. Wyprawa w głąb to wyzwanie, któremu tylko nieliczni mogą stawić czoła. Tysiące komarów, pajęcze sieci, truchła saren, lisy z wścieklizną, podmokłe parowy i zdradliwe jary... Zwalone pnie, krzaki cierniowe, naostrzone pale... Każdy krok niesie ze sobą ryzyko głębokich ran szarpanych bądź złamania jakiejś kończyny. Trza być twardym, by wytrzymać takie coś. Po co więc wkraczać do tej mrocznej puszczy? By zobaczyć występ żubra? Niekoniecznie. Przynajmniej u mnie za miedzą takowe nie występują. Człek się decyduje i idzie. Jesteście w błędzie, jeśli myślicie, że wystarczy zagłębić się kilka kroków w gęstwinę, zebrać co tam rośnie i uciekać. Takie coś jest zarezerwowane dla zaawansowanych. Pierwszy kilometr traktujemy więc jako rozgrzewkę. Możemy natknąć się na Leśne Dzbany (o wiele bardziej popularne od Wiśniowych lub Tropikalnych Dzbanów) czy plastikowe butelki od Ananasa leżące tu i ówdzie. Czasem jakiś wyjątkowo finezyjny menel powiesi karton od Muszkietera na gałęzi, co mnie się kojarzy jako żywo z choinką. Czyli atmosfera jest. Za żarciem możemy rozglądać się dopiero, gdy łeb mamy omotany pająkami, kończyny poranione i do pasa tkwimy w zalanej lisiej norze. Czego szukać? Na początek jagód. Niezła jazda. Pełzając w poszukiwaniu tych niskich roślinek można się natknąć na zadziwiające robaczki. Dopiero po chwili sokoli wzrok może zauważyć fioletowe kuleczki dyskretnie schowane pod zielonym listkiem. Wtedy nie bacząc na konsekwencje rwiemy owoców ile się da i do pyska ładujemy. Najadłszy się do syta wyobrażamy sobie pana Zdzisia, który na nasze jagódki naszczał. Alternatywą jest nawrzucanie jadła do kubeczka (najlepiej metalowego z wygrawerowaną kotwicą) a następnie umycie tego pod bieżącą wodą. Co tam jeszcze w buszu znajdziemy? Żurawinek można se nazbierać, smaczne na surowo nie są, ale da się z nich zrobić sosik do mięsiwa (wiewiórkę złapaną na miejscu podpiekamy na rożnie). Żurawin jest trochę mniej niż jagód, ale to żadna strata. W lesie rosną o wiele fajniejsze rzeczy - maliny i jeżyny. Często występują obok siebie. W malinach niestety często kryją się dziwaczne mutanty, a i pokaleczyć się można przy konsumpcji. Ale czy to nas może powstrzymać? Insekty są takie pożywne... Jak biedronka. Najedliśmy się już do syta, plątamy się po lesie cali zafarbowani naturalnymi barwikami owocowymi i nie bardzo wiemy, co ze sobą począć. Iść już czy zostać? Oczywiście, że zostać i grzybów naszukać. Co prawda ja osobiście za grzebaniem w mchu i paprociach nie przepadam, jako słabo widząca wymiguję się jak mogę, a jak mi się jakiś grzyb nawinie to zazwyczaj psi. Ale znam takich, co to lubią. Ja tam wolę jeść. Więc bierzemy ze sobą jakiś frajerów, żeby nam grzybów nazbierali, następnie nokautujemy kosturem i uciekamy w siną dal. Na przykład do chatki na kurzej stópce, gdzie całe to świństwo można odpowiednio i według upodobań przyrządzić. Ale zaraz! Koło chatki też coś rośnie... Poziomki! Delikatesy leśne, nie są często spotykane, ale jak już się trafią, to nie wolno tej okazji zaprzepaścić. Można takie coś wymieszać z tymi jagodami, malinami i jeżynami, dolać śmietany, cukru dosypać i mamy wyżerkę. Cukier pożyczany, śmietana kradziona. To wszystko, co można w lesie znaleźć? Niekoniecznie. Trafiają się też truskawki i czerwone porzeczki. Taki ewenement na moim podwórku. Wśród sosen zazwyczaj takie coś nie rośnie. Ale pomyślcie sobie, jaka dobra taka truskawka! Zwłaszcza z naturalnym wsadem ze ślimaka. Konkretne żarcie. Warto by jeszcze przytoczyć sposoby zdobywania jabłek, agrestu, śliwek, gruszek i czegoś tam jeszcze, ale to banalne, a poza tym mój blaszak jest już czerwony jak cegła i rozgrzany jak pies [Mam nadzieję, że chciałaś napisać "piec". ;) - PP], więc pora kończyć, nim straci przytomność. Jak mu kupię jakiś ładny wiatrak to pogadamy. A na koniec Was wyśmieję, że czytając to marnujecie czas w tak beznadziejny sposób. Takie szity czytać... Cha cha cha! [Za to mi płacą... :/ - SN] [Do niedawna Ty płaciłeś, więc nie narzekaj. ;) - PP] Fauske
[fauske@interia.pl]
| ||
| © COPYRIGHT BY LODÓWA CENTER. ALL RIGHTS RESERVED. | ||