| :: WAKACYJNE ŻARCIE | ||
|
"Nie do rymu, nie do taktu, wsadź se dupę do kontaktu." Taki będzie ten tekst. Bierzcie z niego radość i pozytywne myślenie. Sól we włosach, brudna sukienka, rany szarpane na stopach, jednym słowem - wakacje! Cieszę się bardzo, że część oficjalną mam już za sobą. Nienawidzę morza, ciepłych krajów, palm, turystów, spania w samochodzie, własnej rodziny, ich głupich pomysłów, tubylców i setek innych rzeczy. Jestem dzikim stworzeniem z pogańskiego lasu i śródziemnomorskie klimaty działają na mnie wielce negatywnie. Taaak, dopiero, co przybyłam z dziwnej pustynnej krainy obsianej twardolistnymi krzakami i kosmicznymi głazami. Hrvatsko. Czy coś takiego. Chwała i dobro doszli. 35 stopni, mordercze słońce, spienione fale, prawda, leżaczki, kamieniste plaże, węgierscy nurkowie, blizna na goleni, traumatyczne przeżycia z głębin, jeżowce, znudzone dziewczynki szukające towarzystwa i moja desperacka ucieczka przed nimi. To z pewnością cudowne potaplać się w morzu i zażerać codziennie gorące kubki, spać w dzień i chodzić po sześćdziesięciu sześciu stopniach. Nie dla mnie. Nie zniosę Południa już nigdy więcej! Pragnę wręcz, by moja stopa nigdy nie dotknęła już rozpalonej ziemi ciepłego kraju. Niech mi ktoś zafunduje one way ticket do Norwegii, będę zobowiązana. Zbuduję sobie chatynkę nad fiordem i będę dokarmiać bezdomne trolle. Czym się człek żywi w zabójczym klimacie? Co apatycznie zajada żółtoskóra dziewczynka, której tak tęskno do ojczyzny, do krzywej sosny z Leśnym Dzbanem u pnia? Nic ciekawego. Dania instant. W jakimkolwiek miejscu byłam, nigdy nie spróbowałam lokalnej kuchni. Z wyjątkiem lapońskich naleśników z supermarketu. I lodów. To właściwie wszystko. Moja rodzina jest bardzo oszczędna i zawsze zaopatruje się w produkty żywnościowe tak, żeby starczyło na cały pobyt. Dzięki czemu co roku mam rozeznanie w konserwowanych makaronach i pastach z młodych kurcząt (z puszki). I teraz nie było inaczej. Z płaczem nadstawiłam nadgarstki, by zakuli mnie w kajdany. Powieźli do dzikiej, upalnej Kroatii, uwięzili na wyspie i cześć. W trakcie drogi, gdy zapadła ciemność, po odniesionym sukcesie (polegającym na przechytrzeniu kilometrowej kolejki do kibla) pamiętam, że posiliłam się keksem i herbatą z termosu. Potem znowu do wozu, usiadłam skulona, z mordą przyklejoną do okna, świdrując mrok niewidzącym wzrokiem. Lecz oto nastał dzień, ocknęłam się z dobrą myślą, nieco obojętna, nie dbałam już o to czy umrę czy przeżyję. Żar lał się z niebios. Beżowa sukienka powiewała niespokojnie na wietrze, gdy wyrzucałam do kosza opakowania po Powerade i Pysiu. W obcym terenie mogłam sobie pozwolić na zdeptanie imidżu. Cholera. Nie miejcie już do mnie szacunku. Chodziłam w słomkowym kapeluszu i różowym kostiumie kąpielowym! To okropne. Nie znajduję innego słowa. Brakowało mi tylko kwiecistych spineczek i lakierków. Nawiasem mówiąc trza wspomnieć cosik więcej o tym zafajdanym Pysiu. Agresywna kampania reklamowa nastawiła mnie dosyć negatywnie do tego produktu. W dodatku tak głupi smok... A jednak. Gdy pominąć głupią butelkę, do której dołączono krzyżówkę dla dzieciaczków do lat siedmiu... Smakowo Pysio jest okej. Polecam. Gęsty marchwiowy zacier łagodził nieco uczucie skrajnej irytacji, gniewu niemalże, znudzenia i bezsilności, gdy apatycznie snułam się po betonowym wybrzeżu w oczekiwaniu na prom. Tak długo czekałam, tak długo! Nie było cienia, matka wyłożyła się na tylnym siedzeniu w gablocie i poszła w kimono. Pochrapując wyraźnie dawała do zrozumienia, że żyję za karę i powinnam zawrócić z drogi grzechu by w pełni docenić wakacje w cudownym, słonecznym kraju naszych serdecznych, ziomalskich Słowian. Oczywiście z góry przekreśliła teorię głoszącą, że Chorwaty przybyły z Iranu. Ignorantka. Nieważne to. Rozedrgana emocjonalnie, wypełniona cierpieniem stanęłam pod krzakiem lawendy lub drzewem, nie kojarzę zbytnio, na biologii nie znam się. Zadarłam kudłatą głowę i gdzieś u krańca świata dostrzegłam 'apartman' w chałupie dobrotliwego dziadka, byłego marynarza. Ojciec uważał, że stary pierdziel jest wielce sympatyczny, ale ja odebrałam go zgoła inaczej. dla mnie mógłby wypaść za burtę. Wniósłszy bagaże na szczyt wysokiego domu, przystąpiliśmy do konsumpcji. Był to bodajże brązowy ryż z klopsikami ze słoika. Nie było to smaczne. Ohydne po prostu. Zapiłam jabłkowo-miętowym tymbarkiem i usiłowałam zapomnieć. 'Ile dałbym, by zapomnieć coś tam...tralalala...tfu!...' W tym miejscu muszę przyznać, że nigdy nie przepadałam za właśnie takim smakiem soku, ale w dzikiej Kroatii było mi już wszystko jedno. Z naiwnym i nieco bezmyślnym uśmiechem podziwiałam widok na skaliste wyspy, pocieszając się, że tydzień to wcale nie tak dużo. Kiedyś wrócę. I miałam rację, po raz kolejny. Nawet teraz mogę z zadowoleniem klepać w klawiaturę o północy, siedząc na twardym krześle w mojej ulubionej piżamie uszytej ze starej szmaty. Jednak ten czas z przed tygodnia przygnębiał mnie. Zbliżała się noc. Zmęczony, ale pełen entuzjazmu ojciec zabrał mnie na rozpoznanie terenu. Noga za nogą, po spękanym asfalcie, wciąż ciepłym, wśród szarego powietrza, pod niebem popielatym dojrzałam półwysep mąk. Żwir i fale rozbijające się o kamienie, leżaczki, kamienna chatko-wypożyczalnia kajaków, betonowe ścieżynki śród drzew dzikich. Ni duszy żywej. Z uprzejmym niedowierzaniem spoglądałam na wysoką skałę służącą za skocznię w lazurową otchłań morskiej bestii. Nie skoczyłam, bo życie mi drogie. W najlepszym wypadku zabiłoby mnie uderzenie o taflę wody. Sen przyniósł ukojenie. Zaraz... Czy był jakiś sen? Były komary i białe światło księżyca. Rano czar prysnął. Ależ tu jest przepięknie, przepięknie! Na takie piękno to ja jestem ślepa. Słońce odwróciło moją uwagę i wspomniało o głodzie. Napchałam żołądek płatkami z mlekiem. Raczej muesli firmy Santo. Polecam, chociaż nie lubię muesli. Jest tanie i dobre. Płatki owsiane, kukurydziane, pszeniczne, sezam, rodzynki, kandyzowane owoce, jakieś tam chrupiące kuleczki. Dobre nawet. Ale niezadowalające. Coś tam jeszcze było na śniadanie. nie pamiętam co. Morze pamięci zamyka się, nie widać tego, co było na dnie, minione chwile i wspomnienia, plusk wody - nie ma kamienia, dymna zasłona, pamięć kona... Fuj, na rymy mi się rzuciło... Za dobra poetka to by ze mnie nie była. I bardzo dobrze! Pamiętam za to marsz ku przeznaczeniu z leżaczkiem pod pachą. Słońce świeci i bawią się dzieci. Woda pluska, ucieka dzikuska... Zwariowałam, że się na takie coś zgodziłam. Nie powinnam. Trza było powiedzieć 'nie' i naprawdę uciekać. Za późno, mleko się rozlało. Ostre skały rozszarpały mi stopy, krew zmieszała się z solą, wypiły ją kraby i ryby, doznały szoku i zmarły. Tymczasem minęło południe, czas na obiad. Bieg na górę, zakurzony leżaczek ufajdał mi kieckę, lecz nie robiło mi to już wielkiej różnicy. Na obiad to samo, co na kolację wczorajszą. Buee. Na deser ćwiartka batonika mlecznego Princessa. Rozpuszczona. Ubrudziłam sobie ręce. Prince Polo lepszy jest, ja wam to mówię. Potem Słodka Chwila. Kisielek malinowy. Bez smaku, bez polotu, bez przyjemności, desperacka zapchajdziura, nieudana próba odcięcia się od rzeczywistości. Powrót na plażę. Nikt się nie utopił, nikt nie stracił głowy ani czucia w kończynach. Bezwładnie unosiłam się na powierzchni turkusowej wody, wchłaniając promienie wielkiej gwiazdy niczym negatywną energię, pozwoliłam mojej skórze na ryzykowną transformację w czerwonego smoka. Dziś odpadają mi łuski. Wdeptuję je w ziemię i śmieję się szyderczo z niewolników, którzy zostali na wyspie. Była też kolacja. Pumpernikiel z tuńczykiem? Być może. Niedobre. Po co jadłam? Kolejny półsen. Majaki, duchy, wydarzenia, które nigdy nie miały miejsca. Poranek i fala gorąca. Tym razem dobry posiłek. Płatki ryżowe z mlekiem. Lubię je. I polecam. W końcu zjadłam coś smacznego. Prawie mi się humor poprawił. Kisielek. A co? Chwilka zapomnienia. Zostało już tylko kilka dni. Jakże długich. Drobne urozmaicenie czekało mnie. Stolica wyspy, średniowieczne miasto, miejsce, w którym urodził się Marco Polo. Skwar niebywały, wąskie uliczki, wcale nie chcę ich widzieć. Niech ktoś zakręci kaloryfer! Nikt nie zakręcił. Na pocieszenie były lody. Jaki smak? Może miętowy... Dało się zjeść. Bardzo mleczne. Za mało mięty. Rudy kot miał turystów w dupie i powolnym krokiem przemierzył kilka schodków, schował się w cieniu. Urodził się w rynsztoku i umrze w nim. Dzicy Chorwaci nie zdążą zrobić z niego pieczeni. Jego zwłoki same będą skwierczeć w słońcu, nim morska bryza nie zrzuci rudego truchła do wody, tam ryby ogołocą biały szkielet z resztek zgniłego mięsa. Temperatura doprowadziła do wrzenia mózgu, drożdże zadziałały i gąbczasta masa rozsadzała mi czaszkę. Ukojenie znalazłam w chłodku sklepu z winem. Tępo przyglądałam się zawieranym tam transakcjom chłonąc mroźne powietrze z wentylatora. W bazie zaś czekało żarcie. Pióra ziemniaczane z knorra. Zapewniam, że są lepsze od tych z Winiar. Potem trochę warzywnej sałatki i kilka zielonych oliwek. Były dziwne. Ich smak był zaskakujący. Dotąd ich nie jadłam. Nie smakowały mi. Tym razem spożyłam aż cztery. Ciekawe doświadczenie. Wpadłam w dosyć refleksyjny nastrój. Jednak nie lubię oliwek. Nadszedł czas na deserek. Gorąca czekolada z proszku. Biała. Wyobrażacie sobie? Biała czekolada w płynie. Wrzuciłam doń kostkę prawdziwej, kakaowej. Zbiła się w grudy. Nie było to zbyt dobre. Nie kupujcie białej czekolady w proszku, dobrze wam radzę. Nastała sjesta. Senna atmosfera zakręciła mi w głowie. Bezwładnie opadłam na łóżko po cichu licząc na teleportację do mojego zatęchłego poddasza. Nic z tego. Nim się obejrzałam znów byłam na plaży. Wiater wiał, kwiatki pachły i tak dalej. Siadnęłam pod drzewkiem na leżaczku i zanurzyłam się w lekturze bezdennie głupiej książki, którą przypadkiem wygrałam na jakimś konkursie. W końcu uświadomiłam sobie, że nie powinnam być w tym właśnie miejscu. A jednak byłam. Nic już nie mogłam zrobić. Pozostawało mieć nadzieję i cierpliwie czekać. I nastał wieczór. Czas kolacji. Co jadłam? Nie pamiętam. Gorący kubek jakiś? Jeśli już, to cebulowy. Tylko takie lubię. I znowuż, tylko te z konrra. Niestety. Ale Winiary i tak zostało wykupione przez Nestle, więc nie ma się nad czym rozczulać. Przebudzenie, chwilowa jasność, przypływ zwątpienia i tego radosnego smutku, złamanego nastroju i biernego oczekiwania na zbawienie. Wielki uśmiech oblał mą twarz, gdy ujrzałam swe skołtunione i pomięte oblicze w zwierciadle. Mina mi zrzedła, gdy przeorałam włosy grzebieniem. Setki z nich poniosło śmierć. Kołtuny mają ten plus, że sprawiają wrażenie dużej objętości czupryny. Zniechęciło mnie to do życia i zdołowana zasiadłam do posiłku: płatków ryżowych zmieszanych z muesli. Zdziwiłam się, alem słowa nie rzekła. Poezja to nie była. A może jednak. W końcu jej nie lubię. Zjadłam kromkę z popieprzonym salami. Niedobre. Fe! Brzydkie. Znowuż się rozczarowałam. Zacisnęłam szczękę, bardzo mocno. Wzięłam, na barki ciężar, jaki niósł ze sobą kolejny dzień. Odwiedziliśmy inną plażę. Śmieci. Nudyści bezwstydni. Brak cienia. Naciągnęłam na oczka bejzbolówkę i udawałam, że nie widzę tych okropności. Insekty atakowały. Trafiał mnie szlag. Woda była zimna. Byłam zniesmaczona. Zażądałam odwrotu, co wyjątkowo spotkało się z wielkim poparciem. Nadszedł czas by upichcić obiad. Bez sił żadnych opadłam na krzesło w kwaterze i czekałam aż matka żarcie poda. Znowu jakieś gówno instant zaserwowała. Makaron z jakimś sosem czerwonym ze słoika. Mnóstwo cebuli, kilka skrawków pieczarek, których producent poskąpił. Porażka. To chyba z knorra było. Nie kupujcie. Niedobre, śmierdzi, obniża samopoczucie. Czas sjesty. Zła byłam. Czekałam na drzemkę jakąś, ale odkąd żyję, nie zdarzyła mi się nigdy żadna. To bieremy leżaczki i w nogi. Uparłam się, ze plecak poniosę. Nienawidzę leżaczków. Na plaży rozczarowanie. Cała kolonia poj... głupich dzieci przyjechała. No tego to ja nie zniesę! Zajęły gnojki miejsca najlepsze. Wodę brudzą. Kipiąc gniewem utopiłam się w leżaczku i pogrążyłam się w oceanie, szukając starożytnym żabo-rybich bóstw. Piorunowałam otoczenie unosząc wzrok znad książki kolejnej. W końcu pożegnania nadszedł czas i zaślepiona nie tyle furią, co czapeczką, przydzwoniłam w gałąź. Pocieszała mnie tylko myśl o tym, że już za minutkę wrzucę coś na ruszt. I rzeczywiście. Wchłonęłam wafla ryżowego z dżemem wiśniowym tymbark 6 g. Dobre było. Nie wiedziałam, że tymbark dżemy produkuje. Zapadał zmierzch... Krótki wyskok do sąsiedniej wioski w celach rekreacyjnych. Lody kupione w supermarkecie. Świńskie. I drogie. Następny dzień, następna ucieczka. Legendarna twierdza Dalmacji. Niezwykle podniecający Dubrovnik, który wcale nie podnieca, przynajmniej mnie. Skwar. Próbuje się ocucić Nałęczowianką. Ledwo żywa po promie, przez półprzymknięte oczy podziwiam monotonny krajobraz. Znaczy góry i morze, góry i morze. Chcę do domu. Wstyd przyznać, wolę wiochę własną. Rojowisko debili, dół po meteorycie, odrzuty kosmiczne, stwory, które wypadły z wiaderka. Czemu nie? A co takiego było w hrvatskim mieście? Najbardziej to mi się podobał strażnik jeden. Przyznaję, bardzo był ładny. Może trochę głupie wrażenie sprawiał jego tradycyjny hrvatski mundurek z kolorowych szmatek. Poza tym był wporzo. Co do architektury, to niewiele zarejestrowałam, chyba ładne było, ale za gorąco, stanowczo. Poza tym ta banda rudych Irlandczyków działała mi na nerwy. Lody kolejne zeżarłam. Jakaś nierozgarnięta dziewoja nie mogła zakminić, o czym ja do niej. Chciała mi nałożyć dwie gałki lodów czekoladowych, tymczasem ja chciałam jedną gałkę czekoladowych, a drugą pistacjowych. Niezłe, nie powiem, ale bywały lepsze. Połaziliśmy jeszcze trochę po tym starym mieście, na oko z piętnaście minut, po czym wpadliśmy do jakiejś kawiarni na kawę i lemoniadę. Lemoniada świńska, kawa nie wiem, ale starzy nie narzekali. Po konsumpcji ruszyliśmy szybkim krokiem w drogę powrotną. Strażnik sobie poszedł. Byłam rozczarowana. Kolejne dwa dzionki spędziłam na usilnych próbach rozpuszczenia się w wodzie. Pływałam se w te i we wte ze zgrozą myśląc, że na basenie to mi już tak nie wyjdzie, bo woda za rzadka będzie. Ludzi znowu tak dużo nie było, lecz niezwykle irytowało mnie takie jedno dziecko rzucające cytatami z kreskówki o spajdermanie. A bym gnoja utopiła. Co chwilę wpadałam na jakieś otyłe mamuśki biegające z kamerą uwieczniając swoje roczne latorośle taplające się z tatuśkami. Starannie planowałam wszystkie swoje posunięcia, co by w kadr nie wpaść. Nie, nie mogli uwiecznić mojego różowego kostiumu kąpielowego! Potem się trochę zestresowałam, bo wypłynęłam na głębinę z maską i rurką do oddychania, do brzegu daleko, a ja miałam wrażenie, ze brakuje mi powietrza. Następnie rozbolał mnie brzuch, gdyż ojciec usilnie namawiał mnie, żeby skoczyć z najwyższej skały. O nie! Niech się wali, niewiastą jestem kruchą i cholera, strachliwą. W końcu miałam dosyć moczenia się, rozorałam sobie goleń i mam teraz ranę na 4 cm długą, toteż usadowiłam się na betonowym nadbrzeżu i pod pretekstem podziwiania krabów obserwowałam poczynania ratownika. Wcale nie był taki ładny, ale inni sobie poszli, to co miałam robić? Jednakże przyszedł czas powrotu do bazy. Żona gospodarza zaserwowała nam tradycyjny posiłek na pożegnanie. Koryto smażonych (?) sardynek i sałatka ziemniaczana z oliwą i jakimś zielskiem. Rodziciele pięli z zachwytu. Jak dla mnie było to ohydne. Sałatka smakowała, jakby gospodyni doń narzygała, rybki suche, śmierdzące i w ogóle fe. Skosztowałam tylko jedną, żeby nie było, że krytykuje, a nie wiem co. Następnie dyplomatycznie przyznałam, ze nie jestem głodna. Było to oczywiste kłamstwo, gdyż nawet po tygodniowej głodówce nie tknęłabym tego morskiego ścierwa. Po konsumpcji bardzo dokładnie zdezynfekowałam dłonie, bo rybi odór skręcał mi flaki. Niemiłe wrażenia chciałam przyćmić sokiem pomarańczowym, jednakże w lodówce znajdowała się zgniła kiełbasa i wszystko nią zaśmierdło, sok także. Zrobiłam se dwa kisielki poziomkowe by się uspokoić. To już ostatni dzionek na tej cholernej wyspie. He he. Podróż do nikąd zaczęła się o piątej rano, skończyła się o tej samej godzinie, 24 h później. W trakcie był posiłek na parkingu - kromki z bardzo, bardzo pysznym keczupem do pizzy Pudliszki. Niegdyś nie lubiłam keczupów. Ale ten jest wspaniały! Dodałabym go do wszystkiego. Następny przystanek był na śmierdzącej stacji benzynowej Ina. Lody z zamrażalnika, niedobre, ale za to bardzo ładni Szwedzi kręcący się w pobliżu. Potem była długa niewygodna droga. Już trzecią książkę czytałam. Dałam za nią 32 złote! Rozbój. Modna powieść sensacyjna, zaćmiło mnie chyba. Tak czy owak dzionek chylił się ku końcowi. Kolacja na obskurnych obrzeżach jakiegoś słoweńskiego miasta. Wrzuciłam w siebie pięć kromek z pastą z młodych kurcząt i keczupem. Jedną nektarynę. Dobre było. Od razu się lepiej poczułam. Zapadła ciemność, straciłam przytomność. Koło północy przystanek w austriackim makdonaldzie. Lody z dżemikiem malinowym za skandaliczną cenę - ojro dwadzieścia! W dodatku głupia matka mi podjadała, aż ją wyzwałam, że swoją kawę ma. I znów w drogę. Cienie, głosy, upierdliwy polski celnik, kij mu w oko. Następna utrata przytomności. Coś przed czwartą rano ocknęłam się bodajże w Bielsko-Białej. Swoją drogą mają tam niezłą pizzerię, Roma się zwie. Polecam. Byłam tam kilka razy, mimo, że mieszkam 140 kilometrów na północ. Nie chciało mi się już spać. Świtało. I nareszcie ujrzałam wiochę swą. I na rzygi mi się zebrało, gdy skapłam się, jakie to gówniane miejsce. Koniec. I niech szatan pochłonie wioskę eM. Fauske *
[fauske@interia.pl]
ps. I co, cholera? Trzecia w nocy dochodzi! To wszystko przez was! *tak, tak, ''nameless'' to debilna ksywa, sama do tego doszłam | ||
| © COPYRIGHT BY LODÓWA CENTER. ALL RIGHTS RESERVED. | ||