| :: MRÓWKI POŁYKAĆ | ||
|
Zawsze byłem szczęśliwym bachorem bez żadnych problemów, bez kasy, bez oleju w głowie.
Było mi z tym na tyle dobrze, że do pewnego roku życia nawet nie starałem się tego zmienić, aby stać się jakimś masterem czy innym Bogiem 69. Tak jak już mówiłem do szczęścia nie brakowało mi wiele, nawet nie żuliłem od rodziców kosztownych upominków ani ton słodyczy z jednego powodu. Ojciec pracował w fabryce słodkości i miałem czekolady tyle, że mogłem ją brać na śniadanie do szkoły lub po prostu ja sobie pogryzać bez celu, aby brzucho rosło i rosło i rosło i rosło. Ale wtedy byłem antałkiem, sadełko wręcz ze mnie skapywało kroplami czekolady:). I co tam jeszcze. Aha, dzięki tej szczodrej diecie dorobiłem się nadwagi, którą przez pewien czas zamieniałem w mięśnie. Nabierałem siły, ale brzuszek pozostawał na swoim miejscu, dało się go polubić, ale na swoje nieszczęście posłuchałem w telewizji jednego z programów dla debili, w którym polecano diety cuda, nie widy. Skutkowały na, tyle że zamiast kształtować dalej sadełko zająłem się tymi spedalonymi metodami. Bywały dni, w których zupełnie wyrzekałem się jedzenia. Efekty były piorunujące. Waga leciała całymi dziesiątkami kilogramów... Powiem, że gęsta blond czupryna przerzedziła mi się, a z dawnej mocy pozostało tylko wspomnienie... Całe szczęście, że z tej całej makabry odeszło zmartwienie o doom. Muszę wam powiedzieć, że i dziś nie muszę się o niego martwić, gdyż główny komornik to zarazem wujek ojca chrzestnego mojego ojca (więc przynajmniej doom mam bezpieczny). Dzięki małym bonusikom od sąsiadów i łasce najwyższego komornika miałem czas i siły witalne do zabaw. Bardzo dziecinnych zresztą. Sami zobaczcie:). (bieżcie pod uwagę to, że te rzeczy działy się w różnych przedziałach czasu, od potęgi po chuchro:). 1. Pierwszą fajowską zabawą było założenie elitarnej drużyny "A". Aby się do niej dostać trzeba było zjeść garść trawy, przysięgnąć na księżyc, słońce, chmury, własne słodycze, lojalność towarzyszom oraz bonusowo trza było pokazać ptaszka lub... Ja zrobiłem to i to, więc stałem się jednym z mistrzów nawet o tym nie wiedząc, gdyż zwykle to mnie zrywano z łóżka mówiąc "chcemy się pobawić". A przecież rolą przywódcy jest zwoływanie bandy, a nie na odwrót. Jedno z warunków przyjęcia do elitarnego klubu powtarzaliśmy notorycznie tylko dlatego, że widzieliśmy pewien motyw w bajce "Muminki". Otóż był to obraz Włóczykija, który trzymał w ustach kawałek trawki. Nigdy się z nią nie rozstawał, to i my postanowiliśmy trzymać w ustach trawkę. Ten zwyczaj tak się utrwalił, że co poniektórzy to nadal ubóstwiają trawkę. Ale wtedy to było co innego. My po prostu z tej trawki nieraz wysysaliśmy kropelki soku, bo myśleliśmy ze tak trzeba... Ekchem, to znaczy ja im kazałem wierzyć, że tak trzeba. Gdy się o tym dowiedziała jedna z matek, że bierzemy do ust oszczaną przez psy trawę, to tak nas zbeształa, że już nigdy nie ssaliśmy trawy ani jej nie jedliśmy. Po tym wydarzeniu klub się rozpadł. A ja straciłem lwią część autorytetu. 2. Nie zmartwiło to mnie, bo co prawda nie było przy mnie tłumów, ale najwierniejsze ptaszki i ... przy mnie pozostały. Więc nadal sobie pokazywaliśmy i szukaliśmy nowych przygód, których nie mogły nam dać półki z zabawkami. Pewnego cholernie słonecznego dnia odkryłem pod ogromnym kamieniem wielkie gniazdo mrówek. Było w nim wiele małych kokonów, mrówek robotnic oraz strażników (teraz wiem to dokładnie). Oczywiście nie omieszkałem tego pokazać moim drogim pupeczkom. Razem staliśmy nad nim zastanawiając się, co to do cholery jest. Aby to sprawdzić postanowiliśmy wrzucić w ten cały mętlik coś słodkiego. Na pierwszy ogień poszła moja guma Turbo. W mig została ona przykryta falą małych ciałek. Patrząc na to kretyńskie uśmiechy nie schodziły nam z twarzy. Po prostu byliśmy zafascynowani tym zjawiskiem (nadprzyrodzonym:)). Wszystkie nasze zachwyty skończyły się na tym, jak wszyscy razem wysikaliśmy się na to gniazdo (... z wiadomych powodów nie mogły tego zrobić, a szkoda, chociaż wody i tak wystarczało aby je wszystkie utopić). Ale przedtem rzucaliśmy w nie petardami. Ale jeszcze wcześniej to jedna zalazła mi w nogawkę i boleśnie użarła. I właśnie dlatego straciliśmy dla nich respekt i dlatego musiały odejść. Na zawsze i na wieczność! 3. Wrażeń i tak było nam ciągle mało i mało, i mało, i mało, imadło. Kolejnym testem potwierdzającym naszą dzielność było pokonanie trasy Teksas, czyli kawałka stromego wzniesienia pozostałego po wykopywaniu fundamentów. Było ono całe zarośnięte pokrzywami oraz ostami z drobnymi, lecz bardzo twardymi igiełkami. To dopiero był Meksyk, prawie całe nogi mieliśmy w bąblach, ale każdy przechodził test bez żadnego szemrotania. Byliśmy jak nieustraszone dzieci nocy (lubiliśmy późne godziny zabaw, gdzieś około 20.00, a 22.00 (wtedy to były dla nas astronomiczne godziny)). Gdy taki cały poparzony wracałem do domu mama mi mówiła, że to zdrowo, gdyż sama kiedyś jak zrywała pokrzywę dla kaczek nieraz się poparzyła i dzięki temu prawdopodobnie miałaby się ustrzec zwyrodnień stawów. Dostawałem też herbatę z pokrzywy. Przemieszczając się do teraźniejszych czasów powiem wam, że ostatnio oglądałem program o wędkarzach. Każdy miał przeżyć jedynie z tego, co łowił i z tego, co udało mu się skombinować. Do tego jeszcze pod ocenę były brane ich połowy, ale to nieważne teraz. W pewnym momencie facet zerwał garść pokrzywy wsadził ja do garnuszka podgrzał i powiedział, że to doskonałe rozwiązanie w tego typie wypraw. Jak kaczkom to nie szkodziło, a wręcz pomagało, to czemu taki komandos jak ja miałby tego nie spróbować? W trakcie jednej z wypraw nad piaski nad ognisko zaproponowałem coś takiego, ale na szczęście znalazł się termos z gorącym trunkiem. Więc jedyne, co podsmażyliśmy na ogniu to kilo kiełbasy, kilo kartofli oraz parę żab:))))))). 4. Mimo że zawsze mi niczego nie brakowało to i tak zawsze byłem łakomy na darmochę. I to pod każdym względem. Nieraz potrafiłem spędzić na drzewie całe godziny opychając się wiśniami oraz czereśniami. Nie rozpoznaję tych cholerstw, wiem tylko, że w jednych lęgną się robaki, a w drugich panuje troszeczkę bardziej kwaśnawa atmosfera. Tak czy siak, te drzewo czy tamto, drzewo, moja obecność na nim była pożądana, gdyż chmara szpaków i tak kilka razy więcej zjadała to, co ja, a poza tym odstraszałem je ze wszystkich sił, jakimi wtedy dysponowałem. Poza tym ej, gdy się jest ładnym grubaskiem z blond włosami, z tyłeczkiem przypominającym dziewczęcy, żadna gospodyni domowa nie odmówi ci zgarnięcia "głównej puli". Niestety każda złota gospodyni ma swojego zgreda, więc gdy się na niego trafia lepiej już nie wracać ponownie. A gdy nie ma już gospodyni nawet nie warto zaglądać w takie miejsce, bo z góry wiadomo, że albo zostanie się poszczutym psem, albo po prostu drzewa jako bolesna pamiątka zostaną po krzywemu skoszone na opał (drzewka wiśniowe są najlepsze do wędzenia szynek i boczków:). Gdy tak latałem po Oławie zawsze zdarzały się też gotówkowe bonusy. Aby je dostać zwykle wykorzystywałem moja brutalna siłę fizyczną (kiedy jeszcze ją miałem). Były to prace typu weź, przynieś, zanieś. Pierwszą moją pracą było zniesienie mnóstwa kilogramów z 5 piętra do kontenera. Zarobiłem wtedy na wodnistego loda, ale byłem szczęśliwy:))) 00. Wszystko się skończyło w wieku 15 lat. Sato
[sato50@poczta.onet.pl]
| ||
| © COPYRIGHT BY LODÓWA CENTER. ALL RIGHTS RESERVED. | ||