| :: STRASZLIWY POJEDYNEK CZEKOLAD III | |||||||||||||||||||||
|
No nie... Słyszę jęki i buczenie. Po raz trzeci to samo. Jak mi nie wstyd korzystać po raz kolejny z niezwykłej konwencji, która była pomysłowa i odkrywcza w części I, a teraz to już robię mąkę z chleba. Co? Nie wiem. Owszem, wstyd mi jest cały czas, przysięgam z ręką na sercu, ale co ja na to poradzę, że tyle czekolad czeka na recenzję? Przynajmniej korzystam ze swojego pomysłu... Czy część trzecia dorówna jedynce (bo o dwójce lepiej zapomnieć, sequel był tragiczny)? A ja wiem? Nie sztuka napisać osiemnaście kilobajtów o czterech produktach. A ile dzisiaj wezmę na warsztat? W poczekalni siedzi siedem, ale bez przesady... Na razie mogę przebadać tylko trzy pacjentki. Biedaczki potrzebowały fachowej pomocy wykwalifikowanego psychiatry (albo psychiatryczki-amatorki, tak, to ja), jednak przypadkiem trafiły na łódzkie pogotowie, na sygnale dowieziono je do mojego gabinetu, a że szewc bez butów chodzi... To psychiatra jest psychiczny. Bywa i tak, a w tym momencie jest właśnie tak, na pewno. Wiem, że w takim wypadku próba pomocy czekoladzie nie w pełni władz umysłowych, to jest istny taniec na krawędzi wulkanu, lecz psychiczność zobowiązuje. Przyodziawszy się w kombinezon żaroodporny i maskę spawalniczą, można wpuścić pacjentki. Zorganizujemy im sesję zbiorową, przynajmniej taką będą miały radość z życia. Może się zaczną pocieszać nawzajem, a ja nic nie będę musiała robić. Tylko skrupulatnie zapiszę nazwiska i po pracy beztrosko wypuszczę jakieś wstydliwe fakty z ich życia. Siedzenie w pustym gabinecie umeblowanym na socjalistyczną modłę zaczęło mi się już przykrzyć, więc zadzwoniłam do sekretarki, żeby przekazała jakiejś pielęgniarce, ażeby ta przysłała do mnie salową. Po około piętnastu minutach, zza drzwi wyłonił się krowi pysk salowej, która spytała się, co ma zrobić. To jej kazałam jej zawołać odpowiednie ofiary. Zapytawszy, o które konkretnie mi chodzi, oberwała plikiem kart pacjenta. Z trudem odcyfrowała znaczenie koślawych literek, jakie na owych kartach nastawiałam z wyjątkową pieczołowitością, by uprzykrzyć życie popieprzonym współpracownikom. W końcu krowa zaczęła wzywać babiszony po nazwisku, krzycząc donośnie. Niestety, biedaczka nie wiedziała, że te trzy niepozorne kobiety rzężące pod drzwiami mojego gabinetu, to właśnie te o które mi chodzi. Oczywiście, mogłabym je zawołać sama pół godziny temu, ale pomyślałam, że nie docenią moich diagnoz, jeśli się porządnie nie naczekają. I mogłam je potrzymać dłużej, ale pod koniec tygodnia, miałam już przeczytane wszystkie gazety, a krzyżówki zaj**ały mi pielęgniarki. Powłaziły te moje ofiary z pewną dozą nieśmiałości. Rozglądały się trwożnie po wnętrzu, zatrzymawszy na chwilę wzrok na kaftanie bezpieczeństwa w gablocie. A może gapiły się na mały portrecik Mao Tse Tunga zawieszony powyżej? Tak czy owak, zauważyły pewnie, że oprócz mojego kręconego fotela, w pomieszczeniu nie ma żadnych krzeseł. Radośnie potwierdziłam ich obawy, a następnie uśmiechnęłam się od ucha do ucha i zakomunikowałam, że krzesła mogą sobie przynieść z recepcji, dwa piętra niżej. A winda nie działa. Kobieciny zbladły, ale nie śmiały się sprzeciwiać, myślę, że sprawił to mój śnieżnobiały wykrochmalony kitel. Trochę mi się nudzić zaczęło. To zadzwoniłam do sekretarki, żeby zaprzęgła jakąś pielęgniarkę, co by mi kawy zrobiła. I nieważne, że wszystkie pielęgniarki mają dyżur. Najwyżej jedna zapomni powymieniać kaczki na oddziale. Wielkie mi rzeczy. Nic się nie stanie. Nim dostałam swoją upragnioną kawę, dotoczyły się moje zasapane pacjentki taszcząc wyjątkowo ciężkie taborety. Nie wiedziały biedaczki, że w pokoju obok jest co najmniej kilka o wiele lżejszych krzeseł. Alem sobie pomyślała, że po wysiłku baby nieco zobojętnieją, dzięki czemu nie będą ich dziwiły moje rady i komentarze. Kazałam im pobieżnie wyłożyć swoje problematyki i zamiast słuchać, tych bredni, co gadają, przyjrzałam się ich ciuchom. Do głowy wpadła mi myśl, że może pierwszy raz w swojej karierze spróbuję im pomóc. To będzie medycyna niekonwencjonalna, psychoanaliza na podstawie ubioru. Pisali kiedyś o tym w jakimś czasopiśmie, bodajże w "Kumoterce". Albo w "Pani Chlewu". Nie pamiętam, już mi sprzątaczki zabrały. - Alpen Gold Nussbeisser - Czekolada pełnomleczna z całymi orzechami. Ta mi na pierwszy rzut oka wyglądała na nauczycielkę w średnim wieku. Zaciśnięte usta i wyłupiaste oczka prorokowały, że ta kobita niedługo strzeli samobója, a wykończą ją środki uspokajające. Przepiszę jej kilka mocniejszych na lewo i przywalę pieczątkę kolegi z naprzeciwka. Oczywiście mogłabym ją z tej deprechy wyciągnąć, alem leniwa. A to zawsze cieszy jak pacjenci ze sobą kończą. Gada i gada, cała blada i przejęta, pasuje tylko na cmentarz. Może mi znajomy zakładzik pogrzebowy odpali parę złotych za skórę. Każdy grosz się przyda, wiadomo, że czasy ciężkie, a beemwicę można by już wymienić. To, w co się nasza nieboszczyczka ubrała? Tekturowe wdzianko z szybką, u góry tło w odcieniu kości słoniowej i pozłacany napis "Nussbeisser", z lewej zaś granatowe logo Alpen Golda. Niżej tło czerwone, w pobliżu wala się kilka orzechów laskowych, z prawej dali nawet obrazek z kostką czekolady. Wyjątkowo ładną, z płaskorzeźbą przedstawiającą te zakichańcze orzeszki. Boki mamy czerwone i nic ciekawego na nich nie pisze, konkrety czekają nas z tyłu. Skład po polsku i po niemiecku: cukier, orzechy laskowe (23%), tłuszcz kakaowy, śmietanka w proszku, miazga kakaowa, mleko w proszku, laktoza, serwatka w proszku, emulgatory (E322, E476), aromat identyczny z naturalnym: wanilina. Może zawierać śladowe ilości białek pszenicy, innych orzechów. Masa kakaowa nie mniej niż 28%. Masa netto to równe 100g, a wartość odżywcza w tych gramach to 574 kcal, prawie 8g białka, 44g węglowodanów, 40g tłuszczu, 3g błonnika i 0,08g sodu. Na dokładkę mamy jeszcze adres producenta (Kraft Foods Polska), kod kreskowy i ten klimatyczny obrazek z kostką czekolady. Całość potwierdza moje przypuszczenia. Babka idzie spać snem wiecznym. Ale nie ma sprawy! Ja jej to załatwię. - E.Wedel Czekolada Mleczna Jogurtowo Truskawkowa - Ta pulchniutka pani tylko pozornie wygląda na serdeczną matkę polkę. Fioletowe wory pod oczami zdradzają nieprzespane noce. Różowa bluzka w kwiatki to wyraźny akt desperacji. Wszystko jasne, mąż w pierdlu, a garstka maluszków z blond loczkami czepia się sukienki domagając się jedzenia. Ja już niemal widzę bliznę po powrozie na bladej szyi. Od razu wygląda na taką, co z taboretu chętnie skoczy. Trochę samolubnie, potomstwo wyśle do bidula, a sama będzie się bujać z wiatrem. A potem z sufitu będą spadać tłuściutkie larwy tak jak w jednym odcinku "Archiwum Iks". Czy przyjdzie Mulder je pozbierać? Tego nie wiem, ale myślę, że zakład "Czarna Róża" się ucieszy. Niechże tylko znajdę ich numer... Z babą jest źle. Papierowy ciuch, lewo i góra zajęte przez granatową plamę z białym logiem E.Wedla, czerwona wcina z napisem "Nowość!", dlaczegóż nie novinka? W centrum blady róż jogurciku, wielka matka truskawa i kawałki truskaw_eczek córeczek zbiegłych z jogobelli. Niżej na stosownym tle informacjona na temat smaku i tak na dnie ni to z lewej ni to z prawej trzy kostki czekoladieny, jedna uszczknięta przez ząb czasu zapewne. Z tyłu walą konkretami gustownie dość przedstawionymi. Skład najważniejszy jak zawsze (available also in English): czekolada mleczna 55% (cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, mleko pełne w proszku, tłuszcz mleczny, serwatka w proszku, emulgatory: lecytyna sojowa i E476, aromat: etylowanilina), cukier, tłuszcz roślinny częściowo utwardzany, jogurt w proszku (5,3%), mleko pełne w proszku, serwatka w proszku, chrupki truskawkowe (0,3%), proszek truskawkowy (0,2%), maltodekstryna, emulgator: lecytyna sojowa, aromat, regulator kwasowości: citric acid, owocowy koncentrat barwiący. I różne takie ciekawostki, które pominę. Czekolada waży standardowo 100g, co daje nam 535 kcal energii, 4,4g białka, 54g węglowodanów i 33,5g tłuszczu. Z prawej powtórzony motyw truskawy zagłady (co jako żywo kojarzy się z sentencją "zagładowniczo głupi" czyli wolne tłumaczenie słowa dumm zmiksowanego z doom), kod kreskowy i adresik Cadbury Wedela. Oczywiście, nie mogłam się mylić. Pod koniec wizyty wręczę kobicie wizytówkę sklepu z narzędziami. Za tą drobną usługę dostaję rabaty, na przykład na glebogryzarkę czy łańcuch do piły mechanicznej. - Fazer - Czekolada z nadzieniem o smaku Rumu Malibu. Ta to pewnie krewna tej prostytutki, co się na dworcu wykrwawiła. Niedługo się spotkają. W piekle albo gdzieś tam. To klasyczny przypadek. Wybiła się z klasy średniej, jakiś gangster fundnął jej wczasy na Karaibach i przypadkiem popadła w alkoholizm oraz nałóg tytoniowy. Widać, widać jak jej się upierścienione łapska trzęsą. Silna nerwica, bez dwóch zdań. Wpakuje sobie kulkę, idę o zakład. Na pewno trzyma w apteczce jakiś klimatyczny rewolwer w stylu retro. Wstawi się lekko rumem i ubrana w wieczorową kieckę wyjdzie na balkon. Bum! I mózg się wyleje na kafelki, może wiater tak zawieje, że za barierkę zwłoki padną z piętra jedenastego. A na dole już będzie czekać ekipa "Mamy Cię". Tym razem dam zarobić zakładowi "Inferno", zawsze dostaję od nich jakieś egzotyczne trunki, a w sobotę imieniny ciotki Klotki, wypadałoby coś przynieść. No a pacjentka ma dość eleganckie łaszki. Dostojny granat z pozłacanym logiem "Fazer", z obu boczków pasy złote, granat się odgina by ukazać cieniowany błękit, dwie czekoladki, z jednej się wylewa jakaś bladożółta ciecz gęsta, w tle kieliszek z parasolem, połówka kokosa i liść palmowy. Z tyłu literkami ze szlachetnego metalu mamy skład w różnistych językach, takich jak angielski, czeski, słowacki, rosyjski, bułgarski i oczywista polski: cukier, tłuszcz kakaowy, miazga kakaowa, mleko w proszku, tłuszcz roślinny, syrop skrobiowy, spirytus, masło, emulgator (lecytyna sojowa i E476), aromat identyczny z naturalnym (rumowy), inwertaza, wanilina. Masa kakaowa min.25%. Bardziej na prawo mamy kod kreskowy, masa netto 154g czyli dość niestandardowo, błękit z adresem Cloetta Fazer Polska i jedyny adres internetowy spośród całej trójki - www.fazer.pl Pozostaje mieć nadzieję, że pacjentka ma amunicję do swego colta. Muszę jej rzucić kilka aluzji, że niby czas ze sobą skończyć i tak dalej. Kobity chyba powiedziały już wszystko, co wiedziały. Jedna zaczęła pochlipywać nieznacznie. Gapią się we mnie jak w ostatnią brzytwę ratunku, ale chyba pomyliły adresy, bo mnie się żadna z nich z żyletą nie kojarzy. Te są z tych, co mdleją przy pobieraniu krwi. Myślą, że im coś poradzę. Wolne żarty. Rzuciłam kilka ogólników nie na temat, w końcu i tak nie słuchałam ich ględzenia, po czym zrobiłam efektowną pauzę by pomiętolić w ręku bardzo drogie pióro. Przyszedł czas na dojenie, czyli wyciskanie z pacjenta kasy póki żyje. Te i tak nie pociągną długo, więc krzywda im się nie stanie jak jakieś ich oszczędności wpadną do mej kieszeni. To ile zabulą za własną śmierć? - Alpen Gold Nussbeisser - Jak każda nauczycielka narzeka na zarobki, a swoje w norce trzyma. Za konsultacje (jeszcze kilka na wizyt ją umówię, trza jakieś pozory utrzymywać) wezmę 3,9 (tys. oczywista) zł. Jasne, przecież to państwowa służba zdrowia. Ale kobito, życia nie znasz? Rzucisz symboliczną stawkę i ja cię uleczę! Ominiesz kolejki, dostaniesz recepty na trudnodostępne leki. Zobaczysz, będzie fajnie. Nową lodówkę sobie kupię. - E.Wedel Czekolada Mleczna Jogurtowo Truskawkowa - Ona ma słabsze nerwy, te jej cherubinki złotowłose ją wykończą i obawiam się, że zdążę wyciągnąć od niej zaledwie 2,49 (tys. oczywista) zł. Bez dyskusji, specjalna ścieżka terapii dla cię ułożona by myself. Pomogę ci! Obiorę cię z kasy, rozkradnę wszystkie łuski, szkoda, że tak mało kapuchy zgromadziłaś. Moje zarobki są zatrważająco niskie, właśnie przez takie jak ty. No dobra, ostatecznie to ty będziesz gryzła glebę, toteż dam ci taryfę ulgową. - Fazer - Była kiedyś nadziana, ale mafioso zapewne porzucił ją jak psa, bez grosza, jak mniemał. Ale to sprytna bestia była, póki się nie załamała, z portmonetki wyciągała, co trza. I bardzo dobrze, bo mi grzeczniutko odda, to, co mi się należy. Jak jej urządzę sesję prywatną, to wypijemy po kielichu, bardziej się ufna stanie i w ogóle przyniesie mi siano w zębach. Tak, wyspowiada mi się dokładnie, potem ja rzucę jakieś delikatne aluzyjki na temat "policja chciałaby wiedzieć", desperatka wysupła se te oszczędności, myślę, ze wezmę najmniej 4,5 (tys. oczywista) zł. Jasnym jest, że od psów to ja się trzymam z daleka, jeszcze mnie pewność siebie nie zaślepiła, bo jakby wyszły na jaw te moje biznesy, to kurna walizki pakować i do jakiegoś Islamabadu spadać. Czas wygonić je za drzwi i napisać jakąś bzdurną analizę. Ostatecznie przychodzę tu do pracy, chociaż czasem się zapominam. Ale zawsze to jakaś rozrywka, bo zazwyczaj to ja się piekielnie nudzę. Za szybko mi pacjenci zdychają. Muszę sobie jakieś książki wypożyczyć, najlepiej jakieś klimatyczne zbiory opowiadań, tak żeby było dużo rozkładu, hien cmentarnych i zombich odgryzających stopy przedsiębiorcom pogrzebowym. Czasem się zastanawiam, czy nie zmienić specjalizacji, ale w głębszym zastanowieniu dochodzę do wniosku, że lepiej się nudzić i dostawać za to kasę niż śmierdzieć trupem, a nie groszem. No to jakie ja mam odczucia po tych pacjentkach dzisiejszych? - Alpen Gold Nussbeisser - Wszystko na jej temat już zostało powiedziane, a kości rzucone i koniec kropka, z kobieciny by może coś było, gdyby się do mnie głupia nie zgłosiła. A tu masz ci los, Rubikon przekroczony, czas umierać. Jakie to zabawne. Te jej orzechy w całości. I czekolada mleczna. Smaczna jest. Za jednym posiedzeniem można wchłonąć doszczętnie całość. I nie robi się niedobrze. Tania nie jest i w dodatku zagraniczna, ale jakościowo w czołówce. - E.Wedel Czekolada Mleczna Jogurtowo Truskawkowa - Skraj wyczerpania i szczępy człowieka tak zwane. I szczygi się będą karmić jej truchłem. Jak im coś robale zostawią. A wnętrze ma delikatesowe. Masa jogurtowa i chrupki przyjemnie chrupiące, miłe doznania, smak intensywny. Powłoka kakaowa jak to u Wedela na wysokim poziomie. Cud, miód i orzeszki. I wieniec z jedwabną wstęgą "ostatnie pożegnanie". - Fazer - Psychicznie przypomina wydmuszkę, ale fizycznie okazuje się, że coś tam w niej pływa. Zagęszczony jad rumowy całkiem niezły, ze spirytem nie przesadzili, można się delektować deserową czekoladą, która to mleczna raczej nie jest, ale idealnie podkreśla smak trzewi pacjentki. Jest jej sporo, a kostki mają fajny kształt, łatwo się je łamie (zwłaszcza kołem) i można przyjemnie spędzić czas na konsumpcji... Wszystkie trzy psychiczne, każda nie najbrzydsza, drogie nieco, ale smaczne wyjątkowo. Osobiście polecam. Mam nadzieję, że nie zanudzałam zbytnio, ale sami wiecie, na tym łódzkim pogotowiu dość senna atmosfera panuje. Można by już sfinalizować tą robotę. Na koniec zaleję sobie śnieżnobiały kitel resztką kawy, żeby pielęgniarki miały, co robić na nadgodzinach. Robią to za darmo, to co mi szkodzi. Zadzwonimy tylko do recepcji, żeby uruchomić pewne trybiki w tej machinie zwanej służbą zdrowia. Pielęgniarki właśnie do służenia służą. Okej, idę stąd. Czas przedstawić raport:
Fauske
[fauske@interia.pl]
| |||||||||||||||||||||
| © COPYRIGHT BY LODÓWA CENTER. ALL RIGHTS RESERVED. | |||||||||||||||||||||