:: NARANČA ČOKOLADA KANDIT
Kolejna czekolada. Czy ja nic innego nie jem? Że niby mam się zachwycać smakiem krupniku z kawałkami kości, co zgrzytają w zębach? Śmierdzącym schabowym z padliny i papki ziemniaczanej oblanej zjełczałym tłuszczem? Nieee... No cóż, takie specjały serwuje mi moja babka na obiad. Ma kobita finezję, nie ma co! Ale nie jest tak tragicznie, czasem zdarzy jej się zaserwować coś bardziej zjadliwego. Dziś się jej nie udało. Rybie ścierwo i wodnisty kalafior. Może to nie na temat, ale ja nienawidzę przegotowanego kalafiora! Taką papkę to niemowlęta wpier...jedzą. Ale nie ja. Od czegoś ma się w końcu te zęby, nie? Ludzkość poszła na łatwiznę, ewolucja stępiła nam kły. Chciałabym mieć kły. Achhh, szarpać tak świeżo upolowaną antylopę, rozrywać jej te włókna mięśniowe, pozwalać, by krew spływała ciurkiem po brodzie... I przy okazji wchłaniać to całe gówno wijące się w surowym mięchu. Odpada. Chyba mam za słabe nerwy do tego sposobu konsumpcji. Ostatnio to ja wiłam się w spazmatycznym obrzydzeniu karmiąc kota trzewiami okonia czy innego dorsza. Płyny wydzielające się z pociętych narządów zalały mi ręce. Lecz nic nie pobije truchła kurczaka po kąpieli w rosole. Odór gotowanego trupa... Zbaczam z tematu? Owszem. Na własnym podwórku mi wolno, nie? Musiałam się po prostu wyżalić, ot co. Nieumiejętność przyrządzania mięsa to poważny problem. Przynajmniej dla mojej babki, he he. Jak by mi kto serwował jakieś sznycle, szyneczki chudziutkie i inne takie, to ja chętnie. A tak to jem ten krupnik i trafiam se na kawałek kręgosłupa. I co robię? Wypluwam całą zawartość jamy gębowej nie bacząc na konsekwencje. Stół oblewam, siebie, sufit i co tam jeszcze się da. Dobra, teraz się już przyzwyczaiłam, kostkę odkładam i kontynuuje spożycie. I jem to cholerne mięso jak przystało na drapieżnika. Przepraszam Panterę Północy, jeśli któryś z moich poglądów nie pasował do jego światopoglądu. Naprawdę.

W tym momencie powinnam oberwać, bo o czekoladzie to nie było tu ani słowa. O, przepraszam, chyba nie będzie. Babunia na kolację woła, he he. A wstrzeliła w moment. *kolacja* Cienka herbata i bułki, które miały być prowiantem na zjazd LC. W mordę... Myślmy pozytywnie! Skupmy się na zagranicznej czekoladzie. Są tacy, którzy uważają, że czekolada belgijska jest najlepsza. Jadłam i taką, ale była świńska... Inni twierdzą, że nie ma to jak szwajcarska pełnomleczna. Niby dobra, ale nie powala. Weźmy na przykład takie Toblerone. Smaczne jest, fakt, ale na kolana jakoś nie rzuca. I tak można by jeszcze gadać i gadać. Polska czekolada tez jest dobra. I ja ją lubię. Trochę Wedel mnie wkurza z tą białą masą, ale wytrzymiem i to. A co mogę rzec o čokoladzie hrvatskiej? Nic dobrego. Nic a nic. To nie jest produkt przeciętny. To jest tragedia!

Po kolei. Weźmy najpierw objedźmy miejsce zakupu: prowincjonalny market w nadmorskim miasteczku. Ciasnota, ciemnota i oporne hrvatskie babiszony tarasujące przejście. Sklepowe nie do końca rozgarnięte, zajęte bardziej własną dupą niż klientem. Siedzi taki jędzowaty wieloryb na skrzynce po piwie między półkami i se pisze na karteczce cuś. Nie dociera do babsztyla, że może klient chciałby coś kupić, przejść się chociaż pomiędzy regałami. Zakupy w sklepie owym to przyjemność nie była. Czym prędzej trza było czekoladę porwać i wynosić się.

Nadeszła chwila, gdy można było bliżej przyjrzeć się produktowi. Estetycznie opakowanie plasuje się dosłownie na granicy dobrego smaku. Co wam powiem, to wam powiem, ale se lubię popatrzeć na ładne rzeczy. A papier od słodycza bynajmniej nie zapewnia mi górnolotnych doznań wizualnych. Opakowanko na środku utrzymane jest w żółto-jasno-pomarańczowej kolorystyce, po bokach i u góry mamy czerwone akcenty. U dołu zaś pomarańczowy kwadrat. W oczy rzuca się wytłaczane i pozłacane logo firmy Kandit i ozdobna literka 'K'. Następnie rzucamy okiem na głupią nazwę produkta, zjeżdżamy se niżej, by spojrzeć na paskudnie narysowaną pomarańczę i trzy kostki czekolady. Na koniec dowiadujemy się, że całość waży 100 g. Z tyłu zaś wita na jasno-żółte tło w fale. I mamy serię pierdół, które jakoś ciężko mi przyswoić. Czuwati na suhom i hladnom. To jasne. Kilkaset literek czarnych wita nas i obwieszcza skład. W językach różnych, co ciekawe, w niektórych podaje ino adres dystrybutora. Czytniemy se po hrvatsku, a co nam szkodzi, nie? Jadymy z moim autorskim tłumaczeniem: cukier, mleko w proszku, masa kakaowa, owocowy sok, pomarańcze w proszku (org. naranče u prahu), emulgator (lecytyna), aromat, kwach cytrynowy (org. limunska kiselina, musiałam się dłużej namyślić, nim się skapłam, co to), tłuszcz roślinny (org. blijna mast, tego nie zgadłam, się musiałam posiłkować UK transtlation). Całość daje nam 555 kcal energii. Podobne pierdoły możemy przeczytać także po angielsku, niemiecku, słoweńsku, czesku, słowacku, madziarsku, serbsku, macedońsku (oczywista cyrylicą, czemuż, ach czemuż nie umiem jej czytać?). Po bośniacku mamy tylko adres ekskluzivnego uvoznika. Możemy spojrzeć jeszcze na sreberko: wytłoczone logiem producenta. Ble. Nieładne.

W Hrvatsku płacimy se kunami i lipami, toteż z 9 kun toto kosztowało. Przyjmując, że kuna to 60 gr to daje nam minimalną cenę 5,40 zł!!! Toż to rozbój jest! Tyle kapuchy za taki, nie przymierzając, szajs? Drożyzna. Żeby to jeszcze dobre było. A nie jest.

Czekolada niskiej jakości. Nadzienie ponoć pomarańczowe, smakuje jak próchno. Gdzie te soki ovocne? Hę? Suche, proszkowate, pomarańczy to na pewno nie przypomina. Niedobre to je! Co mogę więcej napisać? Nie kupujta ludzie. Oni w tym Hrvatsku to mają same takie produkty. Amatorszczyzna za grubą kasiorę. Ja się nie zgadzam.

Słowo na niedzielę? Nie bardzo. Już nic nie mam więcej do powiedzenia. Czy kiedykolwiek miałam?

SMAK:
03/70
ILE KOSZTUJE?:
9 kn
CENA:
02/20
złodzieje!
OCENA KOŃCOWA:
7%
Niezły wynik
OPAKOWANIE:
02/10
© COPYRIGHT BY LODÓWA CENTER. ALL RIGHTS RESERVED.