| :: WIOSENNE GALARETKI PEKTYNOWE | |||||||
|
Pacjentka: Hrabina Klara von Rezaff
Adres: samotne zamczysko śród transylwańskich wrzosowisk* Dolegliwości: przewlekła depresja spowodowana zbyt długim życiem, uzależnienie od krwi Terapia: sesje ze specjalistą i uspołecznianie się, spotkania ze zwykłymi śmiertelnikami Zapiski pacjentki z postępu terapii: Jaki cel mają te wywody? Żaden. To moja prywatna autoterapia. Dlaczego muszę nią katować drogich czytelników? A co mi szkodzi kilka bredni zapuścić? Proszę bardzo. Podaję trzewia własne na srebrnej tacy. Zwróćcie państwo uwagę jak pięknie parują. Och, ta woń... Patrzcie ludzie! Chłońcie ten niesamowity widok. Gniją na waszych oczach. Uwaga, proszę się odsunąć, zlatuje się robactwo. Pozwólmy muchom złożyć jaja. To niesamowite, nie minęło kilka sekund a już naszym oczom ukazują się białe larwy. Jakie one są głodne, jak zajadają! Czy to nie słodkie? Takie malusie larwy, tak się wiją biedaczki, a przebierają gębusiami jak szalone. Zaiste, dziwny i intrygujący to widok. Nie ma już nic. Zjedzone. Trzeba umyć tacę. Widzę las rąk. Proszę, pani w kwiecistej chustce wymyje. Niech pani nie dziękuje tak wylewnie, to drobiazg. Dobrze droga wycieczko, przejdźmy dalej. Za mną proszę, nie dotykać eksponatów, nie ścierać kurzu i uważać, by nie pozrywać pajęczyn. To bardzo ważne. Nie ma to jak porządny wystrój wnętrza. Tak, to ta owalna sala. Ładny mam fresk na suficie? Nie, to nie ja go malowałam. Bałam się, że to za duże wyzwanie. Ale pokażę państwu co innego. Proszę spojrzeć, tu na stole leży. Czy każdy widzi? Ależ proszę nie rozmawiać! Tak, wiem, że to piękne, później pan opowie o wrażeniach, teraz raczy pan słuchać. Cóż to takiego? Każdy widzi. Pomarszczona kartka pobrudzona farbą. To moje. Tymi rękami tworzyłam. Już mówiłam, po co; żeby zapomnieć. Kilkaset lat życia - wielkie brzemię. To akwarela. Co na niej jest? Proszę spojrzeć uważniej. Tak pretensjonalny temat, czyż nie? Tak uważam. To nie miał być anioł. Anioły są głupie. Ale skrzydła mają fajne. To dorysowałam. Kto to jest? Chyba ja... Siedzę na ziemi przed płytą nagrobną. Nie, nic na niej nie pisze, zresztą widać ją od tyłu. Mogłam jakiś bluszcz dodać dla efektu, nie? Czyj to grób? Niczyj. Żaden symbol. Mówiłam, że pretensjonalne. Ale coś chciałam pokazać za pomocą tych bazgroł, prawda? Nie mogę ocenić czy mi się udało. To chwila przed ekshumacją. Tak, tam pod ziemią leży smętnie ukojenie. Czy coś takiego. Wiecie państwo jacy są artyści. Po co ta krew? Potrzebna. Znaczy, nie wiem, do czego. Ale pasuje. Racja, trochę za jasna. Wiem, że to sztucznie wygląda. Ale kolorystycznie jest spójne. Proszę zobaczyć, tylko pięć kolorów. Biała skóra, szary kamień, czarny kir, czerwone niebo, brunatna ziemia. Mogłabym rzec, że ta wizja poraża... Lecz to nie prawda. Nie, to nie mogę być ja, to jakaś kukła. Zaraz padnie na plastikową twarz. Już się nie podniesie. To brzydkie i bez sensu. Do takiego doszłam wniosku po tej dogłębnej analizie. Wyrzuciłabym ten papier, ale mi szkoda. Dawno nic nie namalowałam. Pani w kapeluszu widzi, tu, na prawej dłoni mam ślad po farbie. To urocze i rozczulające. Teraz krótka przerwa na posiłek. Za mną, do kuchni proszę. Uwaga, stopień. Nie zwracać uwagi na szkielet w kącie. Też się go boję. Nawet dotknąć. Inaczej już dawno bym się go pozbyła. Nie jest prawdziwy. Niech pan się przyjrzy dokładniej; na czole wyraźnie pisze: Made in China. Chodźmy dalej. Musimy zejść na dół. Tak, to jest kuchnia. W dzień zwiedzania służba ma wolne. Kucharze też. Taki mam kaprys. Lubię świadomość, że jestem sam na sam ze zwiedzającymi. Muszę się powstrzymywać. Proszę się nie bać, nic państwu nie grozi. W końcu jestem na odwyku... No, tu możemy usiąść. Niech się państwo nie krępują. To galaretki. Piękne mają opakowanie, nieprawdaż? Wiadomo, że moje zmysły są bardziej wyostrzone, jestem zatem wrażliwsza na piękno. Na pewno bardziej niż zwykli śmiertelnicy. Cha, cha, jestem w końcu artystką! Ale skupmy się. Czy ktoś z państwa lubi kolor żółty? Nie, ja nie przepadam. Sami wiecie, słońce i w ogóle. Ale tutaj jest w porządku. Kwiaty. Otaczają napis. Bardzo ładny, przyznaję. Liście soczyste, błękitne płatki, pomarańczowe. Prawdziwą wiosnę czuć! To działa. Kto to wyprodukował? Solidarność? Nie znam. Mówicie państwo, że to znana firma? Zapewne. Nie bardzo się w tym orientuje. Cha, cha, znają państwo mój tryb życia? To wielce zabawne. Nie odbiegajmy od tematu! Na trzy cztery wchłaniamy duszą całą pozytywną energię. Uwaga, trzy...cztery! Już! Aaaah... Że to dziwne? Nie pasuje mi? Kto powiedział, że wampiry się tak nie zachowują? No, czekam. Nikt już nie ma wątpliwości? To dobrze. Spójrzmy, co jest z tyłu. Zieleń. Jasna i ciemna. Czerwone paseczki. I rysunki. Każda galaretka jest zapakowana w osobny papierek. Mamy klucz. Złote papierki, każdy smak inny. Kwiat pomarańczy, soczysta wiśnia, różowe płatki brzoskwini, tłusta śliwka węgierka. I kwiaty na papierku od malinowej. Dziwne. Ale nic to. 200 g toto waży! O, proszę spojrzeć, co tu pisze: POLSKA DOBRA ŻYWNOŚĆ. Ciekawe, wielce ciekawe. Lublińska firma, ta Solidarność. Podoba mi się. Tak, mamy tu jakiś tekst do poczytania. Co to za języki? Niech sobie przypomnę... Och, rosyjski. Przypominam sobie, hrabia Nikita... Miał zamczysko w syberyjskiej głuszy. Ciekawe co on teraz porabia? Francuski... Ych, arystokratka jedna, Żenewiew jej było. Już dawno oberwała kołkiem. Dobrze jej tak. Brytyjski? Co to za język? Nie kojarzę. Jakieś nowe państwo? Czeski? Nie, niechże wspomnę tą hołotę! Karel, panicz od siedmiu boleści. Myślał, że jak sto lat jest wampirem, to może się mądrować. Nieprawda, drodzy państwo. Coś jeszcze? Niemiec Sigurd mi się przypomina... To była bestia. Głowę ucięli mu. I bardzo dobrze. Cha, cha, wiecie państwo, nie znoszę konkurencji. No, jest tez kilka słów w polskim języku... Galaretki pektynowe w czekoladzie... Owoce kandyzowane, no proszę! Prawdziwe owoce. Syropy, woda, środki jakieś, nie znam się za bardzo na alchemii. Żałuję. Nie nudzą się państwo? Rozgadałam się, to fakt, wszystkim już pewnie ślinka leci. Ale ja tak rzadko miewam gości... Lubię mówić. A przecież sama do siebie gadać nie będę. Nadszedł czas na konsumpcję. Mniam! Sam zapach powala. Pięknie pachną te galaretki. Owoce, cukier, czekolada. Proszę się częstować. Śmiało. Pomarańczową spróbuję... Intensywny smak, nie ma co. Na dodatek ta skórka kandyzowana. Poezja! Śliwkowa też taka dobra? Tak, czuć owocową wkładkę. To samo można powiedzieć o wiśniowej i brzoskwiniowej. Też są dobre. Niestety, te maliny takie jakieś są... No, nie mają smaku. Nic to. Zapomniałabym dodać, że czekolada jest wyśmienita. Trochę przesadzam, ale pyszne są te galaretki! Zgadzacie się ze mną państwo? Najedzeni? Szczęśliwi? Ja także. Myślę, ze na tym skończymy naszą wycieczkę. Owszem, wiem, że miały być jeszcze dzikie ogrody i złowieszczy cmentarz, ale przełożymy to na jutro. Wszystkim pasuje? To dobrze. Jakaś taka senna się zrobiłam. Czas na drzemkę w trumnie. Do zobaczenia!
Fauske
[fauske@interia.pl]
*Zakładając, że są tam jakieś wrzosowiska | |||||||
| © COPYRIGHT BY LODÓWA CENTER. ALL RIGHTS RESERVED. | |||||||