:: FRUKS
Pewnego pięknego, szarego i zwykłego dnia szkolnego, gdy jeszcze było zimno jak diabli, a topniejący śnieg robił świetną breję, ja, skromny człowieczek, choć niezwykle mądry i inteligentny (to tak przy okazji) zapragnąłem czegoś słodkiego. Tak bywa dosyć często... Niestety jak się okazuje kieszenie masz puste, więc trza kasę pożyczyć (czyt. wyżulić). Oczywiście pożyczanie nie jest łatwe, gdyż już wiele osób wcześniej pożyczyło ci tę kasę, a ty po prostu nie oddałeś, zresztą kto by pamiętał o tych 10 groszach. Znajome prawda? No cóż, ja dziś miałem to szczęście że miałem przy sobie CAŁE 140 GROSZY! (nałogowi żule wiedzą, że 40gr to cała fortuna, przynajmniej w szkolnym świecie, niestety gorzej jest poza matrixem...). No więc miałem tą kasę, ale jak to zwykle bywa w takich chwilach, nie wiedziałem co kupić. Zresztą wiedziałem, że nie opłaca pokazywać się w sklepiku przed dzwonkiem, oczywiście o ile chce się mieć kasę. Nagle ujrzałem kolegę z klasy, który udawał że haftał. Heh fajnie to wyglądało, ale osobiście wolę się nie przyznawać, że chodzę do klasy z niektórymi... Wiecie jak jest... Zaczaiłem się na dzwonek, oczywiście przed nim musiałem jeszcze zgubić małą grupkę żuli. Jest to dosyć ciężkie zadanie, ale po kilku minutach zawsze dają spokój. Nagle usłyszałem dzwonek. Dostałem kopa w nogach i już po chwili byłem w sklepiku. Tak... Nareszcie... kupiłem owy produkt, którym haftał qmpel, a było to...

Co to jest i z czym to się je?

... Fruksy. A dokładniej zwykła oranżada w proszku, o smaku truskawkowym. Jednak jeśli zapytalibyście się kogoś o fruksy, to nikt nie wiedziałby o co chodzi. Formalnie to nazywa się koksik... Oranżadka ta wielkim przełomem nie jest, w końcu oranżadki takie wymyślono już wiele lat temu... Jednak musiały mieć coś w sobie (lepiej nie wiedzieć co), gdyż w ciągu dwóch dni stały się przebojem szkoły. Sądzę, że to może mieć powiązanie z... a zresztą, ja i ta moja bujna wyobraźnia. To po prostu pewnie było i jest modne, dlatego smakuje. Sukcesem fruksów może być ich wielofunkcyjność. Tych funkcji jest przynajmniej trzy. Przynajmniej tyle udało mi się znaleźć. Może wam uda się znaleźć więcej. Pierwszą z nich jest wsypanie do szklanki zawartości paczki, a następnie zalaniem tego ciepłą, zimną lub letnią wodą, jak kto woli. Później trzeba wymieszać no i oczywiście wypić (widzicie? Napisałem właśnie przepis...). Niestety większość, a raczej wszyscy nie próbują tej opcji... Ciekawe dlaczego... Oczywiście mamy WC, ale jakoś nikt tam nie wchodzi, a po drugie skąd weźmiemy sobie szklankę?
Drugą opcją jest jedzenie na sucho. Otwierasz paczkę i wsypujesz zawartość do ust. W tym miejscu masz dwie możliwości, albo połykasz, albo czekasz chwilę, aż piana wypełni Ci usta (poznasz to bardzo szybko) wtedy wypluwasz oranżadę, oczywiście wydając odpowiednie odgłosy natury (nie, nie chodzi o te!). I tak właśnie w tym momencie napisałem poradnik. Trzecia opcja jest... no... dziwniejsza. Rozsypujesz trochę oranżady na ZESZYT i wdychasz przez nos, po czym czasami kichasz. Opcja ta jest dla mnie mało rozsądna, bo cóż ci przychodzi po wdychaniu oranżady? No może tylko klejący nos, łzy w oczach i czerwoną ślinę. Dla mnie nie jest to zbyt rozsądne. Lepiej użyć kwasku cytrynowego (nie mylić z kwasem solnym!) ;)

Takie śmieszne małe coś...

Dobra już dosyć tych głupot, czas na recenzję właściwą, a swoją drogą większość tych recenzji (nie tylko moich, choć w większości moich) jest raczej opisami niż recenzjami... Jak to jest pantero północy i sir nicku?

[Wiesz, mnie się wydaje, że recenzja jest zwykle opisem subiektywnych odczuć recenzenta powstających podczas zajmowania się w jakikolwiek sposób obiektem do "obróbki", a więc siłą rzeczy musi być tymi dwoma rzeczami jednocześnie. :) - PP]

No cóż mniejsza z tym zacznę opisorecenzję od opakowania. Otóż jest, a raczej nie jest (spox kiedyś się zdecyduję) normalne... Właściwie to nie jest ani normalne, ani nie jest oryginalne. Wyglądem przypomina piramidę (pomysł z tttaaakkkąąą brodą, przecież już Egipcjanie robili opakowania w kształcie piramid... a może właściwie to nie było opakowanie?) [Jeżeli to były opakowania, to nie chciałbym zobaczyć ich zdemumifikowanej zawartości na żywo... znaczy się na martwo. :P - PP]. Następnie opakowanie to użyła firma "emeemsów" no wiecie m&m, w takim małym nieopłacalnym opakowaniu... Całe to opakowanie jest żółte. Z przodu, znaczy się z boku, a może z dołu? Gdzieś tam jednak widzimy napis, koloru białawego pt. Fruks. Cóż on może oznaczać? Tego nie wiem, przypuszczam jednak że jest on spolszczeniem od słowa fruit, czyli owoc (wow), a nazwa ta jest tylko spolszczeniem, a jak wiadomo polonizacje bardzo często wychodzą skopane. Możemy więc przypuszczać, że polonizacją zajęła się Cenega i skopała tłumaczenie. Tak więc zamiast owoców mamy fruksy... Uff... Pod mizernym tłumaczeniem widać obrazek przedstawiający truskawki, a jeszcze niżej dopisek "truskawkowy". Cóż to oznacza? Tego znowu nie wiem, więc pewnie zagadką tą zajmą się specjaliści, a ja zajmę się recką, chyba recką... Na dalszej ściance opakowania widzimy wyraźnie kto jest producentem tegoż zaskakująco tajemniczego produktu spożywczego artykułu (TPSA). Niżej podany jest adres, numer telefonu i numer komórki! Wow! Jakaż ta firma musi być bogata, że zarobiła nawet na komórę, oby to nie był najnowszy model nokii, "sentertel"... Niżej widzimy podpowiedź, że jest to oranżada (i znów wow) truskawkowa (biedni specjaliści stracili już pewnie w tym momencie pracę...). Jest nawet skład... Ale jednak mam pewne wątpliwości, czy jest to Polski produkt (min. brak spirytusu w składzie...). Jest za to E-124 (czyżby nowy rodzaj wina?). Niżej znajduje się masa netto... Tja... za dużo to oni tego nie dają... całe 15 gramów... Normalnie na odsysanie tłuszczu pójdę jak to zjem... hmm... zaraz, o co ja widzę! Jest instrukcja obsługi... Ogranicza się niestety tylko do sposobu przygotowania, a nie ma tam nic o sposobie spożycia... Jednak mimo tej wady instrukcja jest bardzo dobrze przetłumaczona. To tyle jeśli chodzi o opakowanie...

A smak?

Dobra, czas otworzyć to... Ech... hympf...umpf...uf... Jeszcze chwilkę... Piiii... rękami się nie da, spróbuję moimi ząbkami... Grrr... AAaa... mofa ftufna fszcęka, czas użyć nożyczek. No nareszcie, ale oberwie się za to temu opakowaniu... W tym momencie miałem wrażenie, że pudełko (?) jest wzmocnione min. centymetrową warstwą ołowiu... Troszku się tego wysypało. Hm... wygląda jak... Sproszkowana oranżada, o smaku truskawkowym i o różowym kolorze. Słyszeliście o tym, że Ruscy sproszkowali kiedyś wodę? Nie mieli tylko w czym rozpuścić... Pytacie się po co ja to piszę? Sam nie wiem, po prostu tak mi się przypomniało.... Dobra nie zanudzam was... Więc po włożeniu pewnej ilości proszku do ust poczułem jak coś zaczęło musować. Językowi memu objawił się nagle słodko-kwaskowy (zawsze to lepiej brzmi niż słodko-słony. Prawda?) smak. Można to porównać do tego jakby ktoś do kwasku cytrynowego dosypał troszkę barwników i aromatu truskawkowego. Nic więc specjalnego. A jednak stało się hitem szkoły... Według mnie była to prosta reakcja łańcuchowa (niestety nie zdoła zniszczyć świata...)

Chwilę, chwilę, że ilę???

Nie wiem po co to piszę. Znaczy się po co piszę te no... śródtytuły. No nie wiem. Ale wiem że proszek ten kosztował 40 groszy! normalnie chamstwo. Taką małą ilość sprzedawać za tak wiele? Zdzierstwo... Nie chodzi nawet o te piętnaście gram, choć i tak wiem że tam nawet 15 nie ma... A jeszcze znając życie, pani sklepikarka wietrząc niezłego interesa, podniesie cenę... Takie jest życie...

SMAK:
50/70
ILE KOSZTUJE?:
0,40 PLN
CENA:
10/20
OCENA KOŃCOWA:
64%
OPAKOWANIE:
04/10
Blue Gryf [blue_gryf@op.pl]
© COPYRIGHT BY LODÓWA CENTER. ALL RIGHTS RESERVED.