:: CHŁODNIK Z BOTWINKI
Lato: żar, mordercze słoneczne promienie, coś tam jeszcze... Czy ktoś w takich warunkach miałby ochotę na zupę? Gorącą, parującą, z mięsna wkładką? ... Du hast mich gefragt und ich habe nichts gesagt*. Taki mi się tekst nasunął. Kurdę, rozumiem niemiecki ze słuchu! A to ci nowina... Steh auf, wenn du auf den Boden bist... Tak to szło? Przepraszam, że szpanuje. Ja szwabskiego nie kapuję. Znaczy, może cosik rozumiem, lecz rzec nic nie umiem. Nie wiem czemu, ale na początku tekstu to ja się nigdy skupić nie mogę na temacie, tylko jakieś, te, no... 'farmazony' pociskam. Rany, jakie to głupie słowo. Ale jak by każdy sucho i konkretnie walił między oczy, to wiadomo... Nie będę się już wymądrzać, gdyż do tego potrzeba kapkę inteligencji i ociupinkę oczytania, niestety nie posiadam ani jednego, ani drugiego. Sory, nie dzisiaj. Wracając do chłodnika... Tak sobie myślę, że z Niemcami to on jednak ma coś wspólnego... Wszak był sobie kiedyś taki jeden facet, Chlodwig się wabił, co brzmi niemalże jak chłodnik. Pytanie brzmi: czy Chlodwig był Niemcem? Jeśli mnie pamięć nie myli, to coś miał wspólnego z Frankami... Może mądra cenzura coś podpowie z offu. [Przynajmniej kocia cenzura ma dzisiaj wolne w Twoich tekstach, bo czyta w nich najpierw peesy. :) - PP] Ja się tam nie znam. Ale przyznacie, że moja dedukcja jest niesamowita. Czy ten frankijski władca jadał chłodniki? Zapewne w mrokach średniowiecza nie mógł znaleźć łyżki. Ale miał inne rozrywki, mógł jeździć na koniu i machać mieczem. To musiało być fajne. Przyznam się szczerze, że taką szabelką bym nie pogardziła. Jak kto ma na zbyciu, to ja się chętnie zaopiekuję! Model nie ważny, może być kindżał, wakizashi, kadar, dwumetrowy flamberg, czy co tam jeszcze macie, ale preferowałabym jatagan bałkański. Taki mi się podoba. I już**. Oczywiście, ktoś zapyta: a co to ma, kurdę felek kartofelek, wspólnego z chłodnikiem? No już mówię: Chodwig miał miecz i go jadł. Interpretujcie to zdanie dowolnie, dobrej zabawy. No i mi się wątek urwał... Chyba muszę skończyć "pisać głupie rzeczy"***. Czas przedstawić szanownemu państwu tą niecodzienną tytułową potrawę. Kto o zdrowych zmysłach jada chłodniki (prócz Chlowiga, naturliś)? No nie ja. Się nie złożyło. Aż do dzisiaj. Znaczy, patrząc na zegarek, to do wczoraj. Ach, ten czas leci. Ale natchnienie spływa na mnie po północy. Przynajmniej w wakacje mogę pozwolić sobie na taki luksus. A po wakacjach rzucam szkołę, to tez będzie fajnie, he he. Marzenia marzeniami, a chłodnik stygnie... Zara, chłodnika się nie gotuje. A to ci dopiero niespodzianka! Zimny skubaniec jest. To wracając do początku tekstu, skoro tak ciepło jest, zróbmy se chłodnik! Już pomijam fakt, że jadłam owe cudo na świeżym powietrzu przed chałupą, w deszczu, przy temperaturze ok. 15C (uwaga, jest lipiec). Przydałby się jakiś grzaniec i sweter z owczej wełny, a nie... Dobra, czy ja coś mówię? Niech nikt mi tu nie zarzuca, że narzekam! Wręcz przeciwnie! Kocham taką pogodę. Uwielbiam wilgotny i zimny klimat. Śnieg na szczytach gór, klimatyczna mgiełka, orzeźwiający wietrzyk... Lubię to i koniec. Miecz mi zardzewieje... Jak go dostanę. Nie chce się prosić, teksty o milionach na koncie i różowym ferarri mnie lekko irytują, ale za te Hity to mi się należy, nie? Wracając do meritum. To miał być przepis...

Może coś z tego bydzie. Najsampierw (też takie dziwne słowo, w sumie jeszcze nie używałam, ale mogę je tu wrzucić dla urozmaicenia) informacje ogólne. Bo skąd ten przepis? Taka fajne książka: Kuchnia Polska. Czy polska, to bym poddała pod wątpliwość (zupa krem z pattisonów [przepraszam, czego?], ozór wołowy w sosie cumberland, gulasz z kury po węgiersku... nie ma co, tradycyjna kuchnia polska...). Cały ten zakichany chłodnik wg tej cudnej książki jest średniokaloryczny, średniotrudny i średniodrogi. Z podanych poniżej składników w ciągu około 20 min będziemy mogli przyrządzić porcje dla sześciu osób. Zróbta przyjemność rodzinie! Zdrowy posiłek bezmięsny niewymagający gotowania - a to dziwota na stole przeciętnego biało-czerwonego. Schabowy, gdzie się podziałeś? Kluski śląskie, powróćcie! Dobra, akurat klusek to się u mnie nie robi, babka kiedyś zawzięcie próbowała, ale to nie te rejony. Druga babka umie, z Knurowa jest, nie? Mogę ją pozdrowić? Nie lubię jej, ale przynajmniej mam jakieś korzyści z jej górniczej emerytury. Chyba ją odwiedzę, he he. Tak żem się stęskniła. Mój portfel się stęsknił.

A co nam, kruca fuks, potrzeba? Weźcie sobie te małe chińskie ołóweczki i....
  • 1 litr zsiadłego mleka lub kefiru przygotujcie se
  • szklankę kwaśnej śmietany także
  • pęczek świeżej botwinki (to chyba takie niedorozwinięte buraki... nie znam się)
  • 2 kopiaste łyżki posiekanego koperku (można dodać też pietruchę, ale moim zdaniem i jedno i drugie smak zepsuło... nie cierpię tych chwastów!)
  • świeży ogórek (niech ktoś doda zgniły, będzie lepsze)
  • 2 jajka ugotowane na twardo (nie jest to musowa pozycja, bez jaja smakuje tak samo dobrze)
  • cukier (ile nie wiem, na wyczucie sypta)
  • sól (tu radziłabym sobie nie żałować, sól jest niezdrowa, nie zabierajcie zdrowia do grobu!)
  • biały pieprz (a ja sypnęłam kolorowy i też wyszło)
  • kwasek cytrynowy lub sok z cytryny (czym różni się jedno od drugiego?)
  • rzodkiewka, czosnek (dwie pozycje, których nie ma w oryginalnym przepisie, ale matka dodała do chłodnika i dobre było)
Trochę to smutne, że nikt tego przepisu nie wykorzysta... Taka sztuka dla sztuki. Niech stracę. Składniki macie? Miło się kupowało w kauflandzie czy innej biedronce? W tym pierwszym nie byłam, ale to drugie jest spoko. Nawet mam koszulkę z biedronką. I inne części garderoby, ale pomińmy to. Jakżesz zmajstrować taką zupę zimną? Ano bieremy botwinkę, czyścimy ją i myjemy. Nie musicie tego robić, naprawdę. Następnie taką botwinę kroimy se cienko, zalewamy gorącą wodą (w składnikach nie było o niej mowy... to spisek) z cukrem i kwachem siarkowym. Gotujemy cały ten szajs pod przykryciem (w małej ilości wody z szamba), aż zmięknie (a dokładniej "będzie miękka"). Odstawiamy do schłodzenia. Tera chytamy jakiś gar, wlewamy se mleko lub kefir, ubijamy ze śmietaną. Jak? Mnie się pytacie? Ja się tylko przyglądałam. Miałam sama ugotować obiad, ale zapomniałam. A potem się matka za to wzięła, to co się będę wtrącać. Niech ma. Tyle jej. Co do kefiru - dodajemy chwasty (drobno pokrojone), ogóreczek posiekany (bez pestek i obrany!), zimną botwinę z szambówą. Mieszamy, przyprawiamy, plujemy, aby były bąbelki. Potem to już prosto jest. Przeszukujemy szafki, wyjmujemy byle jakie talerze (najlepsze będą w kwiatki, ale to zależy od Was) i wlewamy doń chłodnik, uprzednio wrzucając połówkę jaja do michy. Według przepisu, ale jak dla mnie to jest debilny pomysł, i jak już się uparliście, to se pokrójcie drobno to jajeczko, będzie lepsze. Przeca, kruca fuks, nikt tu łyżko kroił nie bydzie.

Moje wrażenia? Różowa głutoplazma ze ściepami. Tak, podobny smak. Gdyby nie te chwast, byłoby znacznie lepsze. Ale ogólnie dało się zjeść. Zaintrygowały mnie te chłodniki. Mam chętkę na następny. Może truskawkowy (odpada, trza doń butelki białego wina, przecież nie będę jeść szkła!) albo z owoców leśnych? Następny zrobię sama. Nie ma to jak własnym rękom zaufać...

To smacznego. Tylko w wyobraźni. Cóż począć?
* tak naprawdę to szło: Du...Du hast...Du hast mich... Du hast mich gefragt. Du hast mich gefragt. Und ich hab' nichts gesagt. (Du bist total Scheise, schreien laut zu menie cośtam... uch, nein... chyba źle usłyszałam)
** "born in the days of medieval/ my innervoice is always asking why..."
*** owszem, miałam na myśli słowo sami wiecie, jakie, ale pomyślałam, że nie będę przeklinać. Zdarzyło mi się już napisać kilka mocniejszych wyrazów na łamach LC i tak sobie myślę, że może niepotrzebne były one - słowa te. Skoro cenzura nawet słowo 'dupa' wycina, to co to za radość? "no w jednym tekście dziewięć dup, ręce opadają..."
[To Pantera jest takim maniakiem wycinania "dup"! :) - SN]
© COPYRIGHT BY LODÓWA CENTER. ALL RIGHTS RESERVED.