:: Jaki kraj - taki obyczaj: prawo jazdy
Ja nie chciałem. Ja naprawdę nie chciałem. Mogłem już od ponad roku, ale nie chciałem. Broniłem się dzielnie, podpierałem rzeczowymi argumentami o liczbie wypadków na polskich drogach. Nic to jednak nie dało. Dnia 15 czerwca Anno Domini 2005 zostałem wbrew własnej woli zapisany na kurs prawa jazdy. I wtedy się zaczęło...
Przede wszystkim trzeba wiedzieć, że w naszym pięknym kraju kurs ów składa się z tzw. częście praktycznej - 30 godzin jazdy i części teoretycznej - 10 godzin wykładów. Wykłady te można jednak zręcznie ominąć, załatwiając sobie orzeczenie lekarskie z "datą wsteczną" - wtedy instruktor z czystym sumieniem wpisuje delikwenta na listę, która już swoje wykłady odbyła i w ten oto sposób można śmiało, bez zbędnych męk, przystąpić do części właściwej, czyli testowania możliwości "eLki" ;-)
Pierwsza lekcja to, w moim mniemaniu, miała być jazda po placu, bez większych nerwów. Siedziałem za kółkiem pierwszy raz w życiu i, szczerze powiedziawszy, poczułem się dość niepewnie. Instruktor tego nie zauważył. Po pięciu minutach kazał mi opuścić teren szkółki i wyjechać na szerokie wody... tfu, drogi. Dwa razy pytałem, czy jest tego pewien, ale pozostawał niewzruszony. Cóż było robić - jakoś trafiłem w bramę i poszłooooooo...
Obudziłem się w szpitalu... Nie, żartuję. Nic mi się nie stało. Nikomu innemu zresztą też, chociaż przestraszony wzrok rowerzystów, gdy mijałem ich dosłownie o centymetry, mówił coś zupełnie innego. Godzina szybko zleciała i ponownie musiałem zmieścić się w wąską bramę - i znowu sukces! Może nie pełen, ale w końcu nowy lakier jest chyba wliczony w cenę kursu, nie?
Dalej było już z górki, kolejne jazdy po placu i czterogodzinne mordęgi na mieście (godzina jazdy - godzina siedzenia z tyłu - godzina jazdy - godzina siedzenia z tyłu - do domu). Miałem to szczęście, że trafił mi się dowcipny instruktor. Może teraz kilka cytatów:
Ale tam leży kot!
- To co? Weź go między koła.
- No nie mogę, rowerzysta nas wyprzedził, ha, ha, ha!
(W odpowiedzi na następnym skrzyżowaniu ruszyłem z piskiem opon i rozbawiony pan Przemek mało nie wypadł z fotela - podobno nie musi mieć zapiętych pasów).
- Tu skręć w lewo.
- Tu?
- Tu. Tu!
- Kurcze, nie zauważyłem tej ulicy. To co teraz?
- Masz tam skręcić. Nie wiem, jak to zrobisz.
(Wykonuję manewr zawracania)
- Ale tu nie można zawracać!
- Trudno.
- Panie Przemku, czemu oni wszyscy na mnie trąbią?
- Nie wiem. Prawdopodobnie dlatego, że jedziemy pod prąd.
No i jeszcze wiele, wiele innych tekstów poleciało, ale wybrałem te najbardziej cenzuralne ;-) W tym momencie "wyjeździłem" już 23 godziny i jutro zostanę zapisany na egzamin. Stawiam tysiąc do jednego, że obleję na placu. Póki co nie musicie się więc zbytnio martwić - prawo jazdy dostanę gdzieś w 2007, więc możecie spokojnie przechodzić przez pasy. Na razie :F
Tuxedo
|