Do bólu cyniczna. Rozbrajająco zabawna. Uniwersalna w treści. Tak w trzech
zdaniach można opisać kolejną (po Głowackim) powieść z cyklu „Nowa proza
polska”.
Cyniczna, bo jak inaczej nazwać pozbawione krztyny sentymentalizmu, za to
przesycone ironią i dystansem do samego siebie wspomnienia zmęczonego życiem
trzydziestolatka, który sam, niechętnie co prawda, zalicza własną osobę do grona
mniej lub bardziej szczęśliwych japiszonów rocznika 1970?
Zabawna – głównie dzięki wspomnianemu dystansowi, który pozwala autorowi na
niepoważne często w formie opisywanie wydarzeń z przeszłości i teraźniejszości.
Uniwersalna zaś dlatego, że nie trzeba wcale do wspomnianego pokolenia należeć,
aby świetnie się podczas lektury bawić.
Nie wiem, na czym to polega, ale powszechnie wiadomym jest, że największą
sympatię wzbudzają w nas bohaterowie pokrzywdzeni przez los, otoczenie, albo z
jakichś innych jeszcze powodów nieszczęśliwi: desperaci, życiowi nieudacznicy,
niedoszli samobójcy i tym podobni. Może leczymy się dzięki nim z kompleksów albo
coś, w każdym razie zgodnie z powyższą zasadą bohater „Pokalania” – samotny,
ambitny i zabójczo inteligentny, ale zmuszony do pracy dla szmatławego
ilustrowanego tygodnika, w chwilach desperacji ratowany wyłącznie przez alkohol
– od razu wyda nam się interesujący.
Natomiast całkowicie nas sobie zjednuje, gdy rozpoczyna opowieść o swoim
dotychczasowym życiu – tak pełną ironii, że złośliwość wymieszana z wyjątkowo
celnym poczuciem humoru wręcz wylewa się na okładki, jak to ktoś ładnie w AMK
ujął. Tym bardziej, że niektóre elementy owej opowieści (jak choćby obiekty
kultu: tanie wino, Kurt Cobain, festiwal w Jarocinie itp.) wciąż są nam bliskie.
;) Wyznania te sprawiają ponadto wrażenie tak szczerych, jakby zwierzał się nam
dobry kumpel. Skrytość – tak, hipokryzja – też, za to pozerstwo – nigdy, zdaje
się mówić autor. Jakakolwiek kreacja, stylizacja czy podobne i tak modne
przecież (patrz Masłowska) bzdury – odpadają. I to mnie przekonuje.
|
|
|
|
| Pokalanie |
|
| Literatura
polska |
|
| Brak
oceny |
|
|

|
|
|
No, ale żeby nie rozwodzić się bez końca nad zaletami owej prozy (nowej,
polskiej) wspomnę jeszcze o zakończeniu, które mnie odrobinę rozczarowało. Autor
popadł bowiem w taką happyendowość, że zgubił trochę swój rewelacyjny styl,
który był siłą napędową całości. Tak całkiem strasznie to nie jest co prawda,
ale mogło być chyba lepiej. I to nie dlatego, że o nieszczęściach przyjemniej
się czyta. Po prostu gdy nagle, ni stąd ni zowąd, cała ironia gdzieś wyparowuje,
Czytelnik ma prawo poczuć niedosyt. I czuje. :)
Nie wpływa to jednak zasadniczo na odbiór całości – jeśli tak wygląda Nowa Proza
Polska, to skandaliczny poziom czytelnictwa w naszym kraju pozostanie jedną z
niewyjaśnionych zagadek Wszechświata.
|