Amerykańscy inżynierowie badają możliwość zainstalowania wyrzutni rakietowej w ładowni samolotu transportowego. Gdy maszyna osiągnęłaby wysokość 12 000 m, rakieta byłaby wyrzucana z ładowni przez "działo" na sprężone powietrze. Potem rakieta rozpościerałaby niewielkie skrzydełka, aby wykorzystać siłę nośną atmosfery; dopiero po pewnym czasie, jeszcze kilka kilometrów wyżej, już w bardzo rozrzedzonym powietrzu, następowałoby odpalenie silnika rakiety.
Prowadzono już próby z wyrzutnią rakiety Pegasus umocowaną na zewnątrz kadłuba bombowca B-52. Lecz wyrzutnia umieszczona nie na zewnątrz, ale w ładowni samolotu stawiałaby słabszy opór powietrzu i sprawiała, że zużycie paliwa w tej fazie lotu byłoby o wiele mniejsze. Tym samym samolot zamiast wieźć paliwo, niósłby rakietę z większymi i cięższymi satelitami. Według amerykańskich techników, przekształcenie ładowni samolotu w wyrzutnię nie zajmowałoby więcej niż jeden dzień. Po wyniesieniu rakiety, samolot pełniłby ponownie swoją normalną rolę transportowca.
Korzyścią wynikającą z wystrzeliwania rakiety z górnych warstw rozrzedzonej atmosfery byłoby to, że jej struktura nie byłaby tak solidna jak rakiet startujących z powierzchni globu, wytrzymujących wielkie obciążenia aerodynamiczne; a więc byłaby tańsza. Mniej kosztowna byłaby również infrastruktura na ziemi niezbędna do wystrzelenia rakiety.