|
Wiele osób uważa, iż mężczyźni są jak dzieci. Sam reprezentuję tę płeć, dlatego trudno mi uznać się za dziecko, honor mi nie pozwala (głównie to baby o nas tak mówią),
jednak grając w Mciro Machines wróciłem do sielskich i beztroskich czasów dzieciństwa.
Chyba jest jakaś prawda w twierdzeniu, że faceci są dużymi chłopcami.
Z pewnością każdy z was miał okazję bawić się resorakami (no, chyba że jesteś dziewczyną, ale różnie bywa :)). Małym samochodzikiem z buczeniem na ustach objeżdżałem wszystkie mieszkania. Nie było miejsca, którego bym nie zwiedził. To była frajda, ach...

Gra Micro Machines daję nam możliwość pokierowania małymi pojazdami. Do dyspozycji mamy jeepa, samochód sportowy, motorówkę wodną, bolid formuły, czołg, helikopter, monster trucka i hardcore'owy niszczyciel (nie wiem jak to nazwać profesjonalnie), czyli osiem odjazdowych wehikułów. Może w porównaniu z dzisiejszymi grami liczba ta nie jest zawrotna, ale która daje taką różnorodność? Każdy z miniaturowych pojazdów jest inny, nie tylko wizualnie, ale także w pewnym stopniu manualnie. Cały urok tej gry nie kryje się jednak tylko w "mikrozabawkach", ale w miejscach, na których odbywają się ich wyścigi. Nie są to zwykłe trasy jak w innych "samochodówkach". Tu nasze zmagania odbywają się (jak przystało na zabawki) na meblach i w miejscach naszej codziennej egzystencji. Stół kuchenny, na którym znajdują się plamy po soku i mleku oraz inne resztki po śniadaniu. Stół bilardowy i związane z tym kule i kije bilardowe oraz podjazdy z kart do grania. Regał z narzędziami, czyli śrubki, nakrętki, olej, klej i inne przedmioty użyteczności mechanicznej. Biurko, na którym znajdziemy rozlany atrament, porozrzucane zeszyty, segregatory, gumki, temperówki oraz linijki. Wszystkie te przedmioty są wykorzystane jako przeszkody dla naszej mikromaszyny. Klej i sok spowalniają, a olej, mleko i atrament powodują efekt odwrotny (poślizg). Linijki wykorzystano do budowy mostów, a zeszyty jako wyskocznie. Powoduje to, że ciągle balansujemy na krawędzi (stołu). Prócz jazdy na meblach w mieszkaniu możemy poszaleć w piaskownicy i polatać wśród roślinności w ogrodzie (szklarni). Również tu nie zabraknie atrakcji od babek z piasku aż po zraszacze wody.
W menu mamy do wyboru "Challenge", czyli mistrzostwa, w których walczymy o puchar.
Rywalizacja odbywa się z trzema zawodnikami, którzy kolejno odpadają, aż do wyczerpania (no, chyba że sami wcześniej tego nie uczynimy). Do kolejnej rundy kwalifikują się dwa pierwsze miejsca. W momencie, gdy się to nie uda, tracisz jedną z trzech szans. Na szczęście dodatkowe życia można zdobywać w bonusowych wyścigach na czas.
Jeśli rywalizacja z komputerem staje się nużąca do dyspozycji mamy tryb Head to Head. Tu zmierzymy się z kolegą w prawdziwej twardej grze... zabawkami :). Polega to na wyprzedzeniu przeciwnika o długość ekranu. Wiem jak to brzmi, ale trudno to opisać. Po prostu uciekamy w odpowiednim kierunku z pola widzenia wspomnianego wyżej kolegi.
Trzeba również wspomnieć, że do wyboru mamy jedenastu zawodników, z których wybieramy jednego, a reszta odrzuconych staje się automatycznie naszymi przeciwnikami.
Podoba mi się w nich to, ze każdy inaczej zachowuje się podczas zwycięstwa lub lamentuje, gdy poniesie porażkę. Mały szczegół, a cieszy.
|
Dźwięki w grze są przyzwoite. Helikopter trzepocze śmigłami, opony piszczą podczas zakrętów, słychać to, co winno być i o to chodzi, nieprawdaż? Muzyki prawie nie usłyszymy, nie licząc tej w menu i podczas wstępu do gry (są one przyjemne dla ucha i nie przeszkadzają), a szkoda, bo dobra byłaby możliwość słuchania muzyki podczas rajdu. Kilka bardziej żywiołowych utworów i od razu odruchy się zwiększają, co jest udowodnione naukowo (i praktycznie przeze mnie samego ;)).
Trudno coś napisać o grafice, jeśli ktoś delektuje się miodem wizualnym gier z PS2, ale jeśli napiszę, że w Micro Machines jest ona dobra (porównując z innymi grami na NES-a), to musi taka być. Nie zapominajmy, że gra pochodzi z tzw. złotej piątki, gdzie wszystkie zamieszczone tam twory, były hitami. Pamiętacie takie tytuły jak Dizzy, czy Ultimate Stuntman. Aż łezka w oku się kręci...
Wszystkie przedmioty umieszczone w lokacjach są wyraźne i ładne. Kolory są dobrze wyważone, tzn. nie ma tu (jak w niektórych grach) takich wybryków jak fioletowośliwkowy, białokremowy, czy jakiś żółty sraczkowaty. Co ma być niebieskie lub czerwone, takie jest i basta. A tak na marginesie to płeć piękna używa takich dziwacznych połączeń owocowo-kolorowych. Ktoś kiedyś to ładnie określił - połączenia śliwkowego z mlekowym powodują jedynie sraczkę :).

Przejdźmy do kolejnego punktu, a dokładniej do poziomu trudności, który wzrasta wraz z kolejnymi wyścigami, co jest logiczne, jednak nie charakteryzuje się to wzrostem inteligencji naszych przeciwników, a szybkością wozów, którymi się poruszają. Jeżdżą oni schematycznie i często popełniają ten sam błąd w danym miejscu, ale chyba zbyt dużo wymagam od gry z początków lat dziewięćdziesiątych. Jeśli mowa już o wadach, to nie mogę nie wspomnieć o jednej bardzo irytującej. Polega ona na blokowaniu się naszego pojazdu podczas kontaktu z różnymi przedmiotami. Małe zahaczenie i stoimy, a jedynym wyjściem z tego stanu rzeczy jest wsteczny, co powoduje duże straty czasowe.
Podsumowując to nie mam pojęcia, o czym jeszcze napisać :), ale zakończyć to jakoś muszę. Więc nie przedłużam. Micro Machines może nie jest świetna, nie powala na kolana i nie znajdzie się na liście gier niebotycznych (każdy z nas posiada taki indywidualny spis tytułów wręcz świętych), jednak znajdzie się na liście gier, w które zagrać trzeba, nie z przymusu, lecz z przyjemności.
|
|
|
wyścigi małymi maszynami
(zabawkami)
oryginalne i przemyślane
trasy
pomysł na grę
przyjemnie się
gra
przenosi do czasów beztroskiego dzieciństwa ;-)
|
częste i bardzo irytujące blokowanie się pojazdów
gra się przyjemnie, ale nic więcej
|
Producent: Codemasters
Rok produkcji: 1991
Platforma: NES
Gatunek: wyścigi
Język: angielski
|
|