« poprzednia | spis treści | następna »  
Wario Ware: Touched! [NDS]
defekt

Ludzieee!!! W mojej chałupie zawitał NDS!!! Jednak cóż mi z samego NDS-a? Dlatego właśnie na pierwszy ogień poszedł nowy Wario. Jak na razie w ofercie gier na konsolkę Nintendo nie ma w czym zbytnio przebierać, więc razem z bracholem doszliśmy do wniosku, że Wario Ware: Touched! to bardzo dobry wybór. Gierka wprawdzie krótka (jak zdecydowana większość aktualnie dostępnych tytułów), ale po jej ukończeniu (kilka godzin) można weń szarpać jeszcze przez kilka dobrych dni, ciągle się przy tym świetnie bawiąc. NDS wyskakuje z kartonowego, czarnego pudełka, cart z Wariem wskakuje do konsolki (swoją drogą wiedziałem, że są one małe, ale nie wiedziałem, że to aż takie kruszynki!) i... jazda!

Wita nas dwuwymiarowe intro (po NDS-ie można się spodziewać o wiele lepszej grafy), w którym to Wario pomyka chodnikiem. Ma ze sobą kilka handheldów. Nagle wypadają mu z łap i lądują w kanale. Stamtąd wyłazi jakiś dziad z mordą w stylu "wczoraj walnąłem pięć jaboli". Wario, jako że nerwowa z niego bestia (nie jedzcie czosnku, bo skończycie jak on!), rzuca się na żulka i odzyskuje konsolki. Zauważa, że jedna z nich ma dwa ekrany. Nie ma pojęcia, jak się jej używa, więc zaczyna kląć w niebogłosy (mother*ucker, suck my d*ck, f*ckin bi*ch!) i ze złości potrząsa Bogu ducha winnym NDS-em. Wypada z niego rysik. (Ano tak! W NDS jest dziurka na stylusik. Wchodzi do niej całkiem lekko, a i wychodzi też bez problemów) Wario zręczny jest, zatem bez problemu chwyta długi, twardy, dobrze leżący w dłoni... stylus i zaczyna załapywać ideę. "Podwójny ekran - podwójny zysk" - myśli sobie i na tym intro się kończy.

Wskakujemy do ekranu tytułowego. Już tutaj można sobie przetestować działanie touch screena (o ile komuś starczy cierpliwości i nie przejdzie od razu do menu). Z poziomu menu możemy przejść do ekranu postaci, pokojów z pamiątkami (o tym potem), pogrzebać w opcjach lub zapodać sobie konkretną minigierkę. Na ekranie postaci początkowo mamy tylko Wario. Po wybraniu go widzimy krótką trójwymiarową animację (pomysł z Populous: The Beginning się kłania), a potem oglądamy dwuwymiarową, krótką, animowaną historykę (tak jak w Wario Ware Inc. na GBA). Następnie przechodzimy do gry właściwej. O co chodzi w tym wszystkim? Ano o zaliczanie kolejnych, trwających kilka sekund minigierek. "Co w tym rajcownego?", zapyta pewnie większość z was i zaleci mi tyle nie pić. Powiadam wam jednak, pomysł, na jakim się Wario Ware opiera, jest cholernie rajcowny! Mamy cztery życia, jeśli nie podołamy jakiemuś zadaniu (minigierce), tracimy jedno życie. Po kilku gierkach wyskakuje boss, czyli gierka wymagająca większego zaangażowania. Po niej oglądamy koniec historyjki i przechodzimy do kolejnych postaci, jakie się stopniowo pojawiają. Oczywiście do postaci, którą już zaliczyliśmy (jakkolwiek to nie brzmi) możemy powrócić. Różnica jest taka, że po pokonaniu bossa gramy dalej, a ten (boss znaczy się) pojawia się ciąglę po kilku gierkach. Jeśli damy mu radę, zyskujemy życie (o ile wcześniej jakieś utraciliśmy) i w taki sposób bijemy kolejne rekordy i wskakujemy na listę trzech najlepszych wyników (o ile oczywiście takowy osiągnęliśmy) u danej postaci.

 

Tych, którzy mieli okazję szarpnąć w Wario Ware Inc., zapewne ciekawi, jakież to postaci pojawiają się w sequelu. Otóż duża część to starzy znajomi! Wario jest obowiązkowo, mamy także Monę (babka zapierdziela w cukierni, a teraz dodatkowo robi karierę muzyczną), disco madafaka Jimmy (ciągle szarpię na swojej komóreczce, pojawia się nawet cała jego disco-rodzinka), walnięty doktor Crygor (w wersji na GBA zatkał mu się klozet, a kolejne gierki z niego wychlustywały razem z fekaliami, które już nie mieściły się w zbiorniku na szambo... przegiąłem, ale tylko trochę :)), 9-Volt (maniak oldschoolowych gier Nintendo, teraz wespół ze swoim kumplem 18-Voltem) oraz Kat i Ana (młode kunoichi - kobiety-ninja). Przez chwilę występują nawet niezapomniani taksówkarze w jednej ze scenek, są i kolorowe miśki. A co z nowymi twarzami? Jest ich kilka i dają radę! Młoda czarownica Ashley i jej kumpel Red (piosenka przygrywająca podczas jej gierek wręcz wymiata!), wynalazek Crygora, karaoke robot Mike (patrz: ostatni nawias), no i wspomniana rodzinka Jimmiego. Każdy z nich ma ze dwadzieścia minigierek, zatem naprawdę jest w co szarpać!

Celowo zwlekałem z opowiedzeniem najważniejszej zawartości carta z grą. Pewno was interesuje, co w owych gierkach robimy? Uhuhuhuhu! Lepimy bałwana, zrywamy płatki z kwiatów, liczymy na kalkulatorze, łowimy ryby, pływamy w basenie, strzelamy z łuku, wciągamy smarki (sic!), szczamy na ogień (sic!!!), zagadujemy do dziewczyny, szepczemy świnstewka do ucha (tak, tak!), ścieramy tablicę, robimy zakupy, łaskoczemy owłosione pachy starych, zboczonych facetów, malujemy paznokcie (nawet jakiemuś staremu dziadowi. Transwestyta?), ciągamy krówkę za wymionka, rozbieramy Wario do naga (wstydzioch zakrywa swojego fafora, nie żeby mnie interesowało jak to wygląda... :)), napełniamy naczynie wodą, zjeżdżamy na nartach, zapierdzielamy drezyną, nawlekamy nitkę na igłę, głaszczemy kota lub psa (z czystej przyzwoitości nie wspomnę po czym). Wszystko to przy użyciu stylusa, touch screena i mikrofonu (tak, tak, czasem trzeba się ostro nadymać, żeby ukończyć gierkę). Klawisze są prawie zbędne. Nie byłbym sobą, gdybym na koniec akapitu nie wspomniał o 9-Volcie. Otóż starzy fani Nintendo przy jego gierkach będą mogli sobie powspominać stare, dobre czasy (jakieś 20 lat wstecz). Pojawiają się tu bowiem takie tytuły jak Balloon Fight, Zelda, Ice Climber, Hogan's Alley (or something, nie pamiętam dokładnie), Metroid, Wario Ware Inc. (to już pod oldschool podchodzi? :)), kilka innych tytułów na NES-a oraz gierki z bardzo starych konsolek Nintendo ("cośtam & Watch" :)).

Tyle już naskrobałem, a o czym jeszcze nie było? No właśnie, oprawa! Cóż o grafie można rzec? Przedstawia ten sam nietypowy styl znany z poprzedniej części gry. Czasem gierki wyglądają ślicznie, czasem ich grafa jest maksymalnie uproszczona (obiekty z kilku kresek, wygląda to jak pierwsze gry na automatach). Każda z nich ma swój charakter, że się tak wyrażę - zagracie, zrozumiecie. Smuci trochę niewykorzystanie potencjału NDS-a. Przecież na tej konsolce śmigają porty gier z tak świetnej maszynki, jaką była N64! Nie jest jednak tak źle, ale chociaż pamiątki mogłyby pokazać, na co stać tę kieszonsolkę. Zdecydowana większość souvenirów to bezużyteczne śmieci, co najwyżej można je raz sprawdzić. W tej kwestii moim zdaniem lepiej wypada poprzednia część. Bonusów było mało, ale naprawdę rajcowne. Tutaj jest ich o wiele, wiele więcej, ale tylko garstka potrafi przykuć na dłuższą chwilę (a w taką np. "linę" w Wario Ware Inc. mogłem grać bez opamiętania). Wracając jednak do potencjału NDS-a rzec trzeba, że nie jest w tej kwestii tragicznie. Czasem (bardzo rzadko) pojawia się trzeci wymiar (nie mylić z hip-hopowcami, mheee :P) i wali po gałach nieprzeciętnie! Tych szczegółowych, pięknie cieniowanych trójwymiarowych modeli NDS-a i GBA SP nie zapomnę nigdy! Tę konsolkę stać na bardzo dużo, powiadam ja wam! Słowo jeszcze o dźwięku i kończył będę. O świetnych piosenkach (sztuk dwie) już wspomniałem (motywy zdecydowanie wesołe, w przeciwieństwie do poprzedniej części, co nie znaczy, że tamte były słabe! Co to, to nie!). Pozostałe melodie trzymają poziom. Do tego jeszcze kilkusekundowe kawałki towarzyszące każdej gierce. Niektóre, przyznaję, choć trwają te kilka sekund, naprawdę potrafią się podobać. Muzyka to jednak nie wszystko i DS pokazuje, na co go stać w kwestii wszelakich odgłosów i okrzyków towarzyszących rozgrywce. Oprawę dźwiękową i graficzną oceniam pozytywnie, bo naprawdę miło łechcą zmysły. Fonia i wizja zdecydowanie daje radę.

Odkąd mamy Wario Ware: Touched!, każdy członek rodziny spędził choć kilka chwil z tą grą. Nawet mamuśka i tatusiek, którzy innych sprzętów do grania, jakie mamy w domu, nie dotykają. Nawet prawie sześcioletnia siostra lubi czasem szarpnąć! To wszystko zdecydowanie dobrze świadczy o WW:T!. Ten tytuł ma power, skoro nawet "niegrający" po niego sięgają! Kiedy pierwszy raz grałem w pierwszą część serii, cieszyłem się jak nigdy dotąd przy jakiejkolwiek grze. Ta giera miała w sobie całe tony miodu! W WW:T! gra się co prawda przy użyciu innych "kontrolerów", ale wiedziałem, czego mam się spodziewać. Mój entuzjazm nie był już tak ogromny. Nintendo niejako wypluło na rynek to samo po raz drugi, tyle że z wykorzystaniem możliwości nowej konsoli. Pierwszy raz zawsze najbardziej zapada w pamięć, przy kolejnych masz już inne podejście do całości, niemniej uważam, że Touched! to wyśmienita gierka! Niestety żywotność, zawodzące bonusy (souveniry), świadomość, że to trochę taki odgrzewany kotlet tudzież "mission pack" (zmieniły się minigierki, założenia te same) i lekki żal za marne wykorzystanie potencjału NDS-a każą mi przyznać grze zasłużoną ósemkę. Naprawdę zasłużoną!

pokłady rajcowności
pomysł
styl
to już było, tylko troszkę inaczej podane
kapowate bonusy
nie starcza na zbyt długo (kilka dni zaledwie)
zmajstrowali: Nintendo
w roku: 2005
na konsolkę: NDS
język: giętki, czerwony

« poprzednia | spis treści | następna »