|
Stworzony przeze mnie w poprzednim numerze dział Starcia nie uszedł uwagi wielu czytelników. Jego subiektywny charakter sprawił, że wielu ma zupełnie inne zdanie na ten temat. W tym numerze można przeczytać polemikę military'ego na temat porównania "Porachnuków" i "Przekrętu" jaki miał miejsce w numerze październikowym. Z racji tego, że moje dopiski w tekście military'ego stanowiłyby połowę całej polemiki, to zdecydowałem się po prostu na stworzenie mojej odpowiedzi w
oddzielnym tekście.
Na pierwszy plan brana jest obsada. Autor zarzuca mi, że śmiem twierdzić, że w "Porachunkach" nie ma aktorów, którzy byliby rozpoznawalni, których nazwiska są powszechnie znane. Owszem tak twierdzę, bo pamiętam jeszcze doskonale moment gdy oglądałem ten film i zdawało mi się atutem, że większość twarzy nie kojarzy nam się z żadnym innym filmem i to jest zaletą tej produkcji. Military pomylił obsadę z aktorstwem. Obsada jest dobra wtedy, gdy przyciąga do kin widownię. Takim filmem mógł być "Ocean's 12", gdzie grała cała plejada aktorska. Natomiast military'emu wyraźnie chodzi o aktorstwo, którego ja nie uwzględniłem w swojej pracy. Aktorstwo, czyli to jak w daną rolę wcielił się aktor, czy potrafił się poświęcić, czy pokazał nową twarz, czy zagrał przekonywująco. Te dwa pojęcia zdecydowanie się od siebie różnią, bo obsada przyciąga do kina widzów, którzy filmu nie widzieli, a dobre aktorstwo wymaga już zobaczenia produkcji, bo inaczej trudno ocenić, czy aktor zagrał dobrze, czy źle.
Dalej military przedstawia nam osiągnięcia aktorów, których ja pominąłem, wymienia w ilu filmach zagrali, co osiągnęli. Dobrze, ale czy ich nazwisko na plakacie filmowym w innym filmie przyciągnie widza przed ekran? Czy większość z nazwisk, które wymienił military są dla większości z Was znane? Nie. I stąd taka a nie inna decyzja i punktacja w mojej wersji starcia.
Kolejna płaszczyzna to nagrody. Tu pojawia się problem, co dla kogo jest nagrodą ważną. Dla jednego ważną nagrodą
będą polskie "Orły", a dla innego "Oscar" nie znaczy zupełnie nic i nie jest żadnym wyznacznikiem jakości filmu. Nie zmienia to faktu, że dla aktorów i
reżyserów, czy ogólnie twórców jedne nagrody są ważniejsze, inne mniej ważne. Tekst jednak nie był przewodnikiem dla reżyserów, ale dla Czytelników, którzy nie umieją rozszyfrować niektórych
skrótów. Znowu ciekaw jestem ile osób wie z czym połączyć coś takiego jak BAFTA? Ważnymi nagrodami w tym momencie są dla mnie np. Oscary, czy Złote Palmy. Reszta jest mniej ważna i tak też napisałem w swoim tekście.
Następna sprawa to pomysł. Autor cytuje moją wypowiedź: "w tym filmie zabicie człowieka nie ma wielkiej wagi, nikt nie płacze po zamordowanym" i próbuje zmieszać to z błotem, opisując czwórkę przyjaciół, dla których właśnie ich życie jest najcenniejsze i próbują zrobić wszystko, aby zachować je przy sobie. To prawda, bardzo rzadko
można trafić na bohatera, któremu zwisa, to czy będzie żył, czy umrze,
większości jednak zależy. Mnie chodziło o to, że żaden ze złych typów w obydwu filmach nie płacze po tym jak ktoś ginie. Zginął? O, jaka szkoda. Zwróćcie uwagę na to jak zachowuje się postać grana przez Vinnie Jonesa
(znowu, ciekawe kto tak na zawołanie skojarzy nazwisko z twarzą), w momencie gdy jego kumpel po zderzeniu się samochodów wbija sobie ostrze w brzuch, doprowadzając do śmierci. W obydwu filmach jest tak samo jak we wspomnianym przez
military'ego "Pulp Fiction". Dla zabójców nie ma znaczenia, czy ofiar ma być 5, 4 czy 6. Do kultowych należy scena gdy podczas jazdy samochodem Vincent zabija jednego z chłopaczków. Jakoś nad tym nie rozpacza, bardziej martwi się, że samochód jest cały we krwi. W "Porachunkach" jest identycznie. W "Przekręcie", gdy Rosjanin ucina rękę nieboszczykowi
- tak samo, bowiem wydaje się, że nie odcina on komuś ręki, ale kroi schabowy.
"Skomplikowana, wielowątkowa, przezabawna i rewelacyjnie podana, ubrana w doskonałe dialogi historia przedstawiona w Przekręcie jest wg Dishmana pozbawiona oryginalności. Skoro już D. ocenia pod kątem rozgłosu, to zapewne nie słyszał, że film uważany jest za godnego
następcę Pulp Fiction. Tutaj pozwolę sobie więcej nie komentować."
A dlaczego uważa się "Przekręt" za następcę "Pulp Fiction"? Nie dlatego, że i tutaj mamy kilka historii, które dopiero później łączą się w spójną całość? Czarny humor? Klimat? Te wszystkie elementy są takie same jak w "Porachunkach" i reżyser pod tym względem nic nie zmienił. Opierał "Przekręt" o ten sam szablon, tylko, że wprowadził nową opowieść, ale na ciągle takim samym schemacie! Zresztą, to, że film jest dobry, a nawet bardzo dobry to nie oznacza, że musi być oryginalny. Jest wiele filmów, które czerpią ze znanych standardów, dodają coś nowego i w efekcie uznawane są nie za przełomowe (bo takim nie jest "Przekręt"), ale za solidne kino.
"Po drugie - chyba z Dismanem oglądaliśmy różne filmy, bo za diabła nie wiem, gdzie w Przekręcie jest dużo strzelania. Bo skoro tu jest dużo, to nie znajduję słów na określenie ilości zużytych nabojów w Matrixie."
Już podpowiadam: "Bardzo dużo", "ogrom", "moc", "rekordowa ilość". Wystarczy się chwilę zastanowić, a określenia przychodzą same. Zasób słownictwa też jest bardzo ważny, drogi military.
"Po trzecie - wypada wspomnieć o widocznych niedociągnięciach realizatorskich w Porachunkach. Były one debiutem reżysera, a i ekipa też doświadczona nie była, i to widać. Źle pocięte niektóre sceny, często nie komponująca się z innymi dźwiękami muzyka, niedopracowana narracja... "
To jest Twoja subiektywna ocena. Trudno więc, abym musiał mieć takie samo zdanie jak Ty.
Co do motywu przytoczonego przez autora odnośnie "Jamajczyków". Biję się w piersi, że faktycznie mojego prywatnego skojarzenia w tym tekście być nie powinno, za co bardzo mi wstyd, ale tylko za to.
"Ostatni paragraf i ostatnie już bzdury w wykonaniu Dishmana, czyli różnice między filmami. Pozwólcie, że sprostuję jedną: aktorzy NIE odgrywają niemal identycznych ról. Alan Ford, w Porachunkach barman, w Przekręcie jest bossem podziemia. Jason Statham z pasera przeistacza się w menedżera bokserskiego. Jason Flemyng był z kolei paserem, a stał się Cyganem. Jedynie Vinnie Jones zagrał nieco podobną postać Podobną ze względu na brutalność i zawód - czyli zbira do wynajęcia. Jednak o ile w Porachunkach był dbającym o dziecko ojcem, opanowanym i nawet wyrozumiałym, to w Przekręcie jest bardziej bezwzględny, wręcz groteskowy."
Tak, ale to ciągle nie dość, że ten sam aktor, to gra tego samego faceta. W "Porachunkach" nie był groteskowy? Facet, który na zawołanie rozwala ludziom głowy i zajmuje się
egzekucją długów, zwraca uwagę swojemu synkowi, żeby nie przeklinał. To nie jest
groteskowe? Statham w tym momencie niby gra inne role, ale widz ma wrażenie, że po prostu z biegiem czasu zmienił zawód, ale to jest ciągle ta sama postać. Identyczne miny i
odzywki. Tak, to prawda, mogło ich być w "Przekręcie" więcej, bo i on sam więcej znaczył w tym filmie, niż w poprzednim. Już nie mówiąc, że mimo zmiany profilu działalności ciągle boryka się z tym samym problemem, ciągle ktoś czyha na jego życie i chce mu złoić skórę. Nie zauważam
różnicy pod tym względem, że aktor ten raz zajmuje się boksem, a raz paserstwem. Wydaje się, że dla niego to nie ma różnicy. Przychodzi mi na myśl podobny polski aktor. Maciek Stuhr, który w "Chłopaki nie płaczą" i "Poranku kojota" zagrał osoby, które zajmują się czym innym, ale ciągle są chłopcami do bicia, bezradnymi młodymi ludźmi, którzy wbrew swojej woli weszli w drogę gangsterom. Dwie
różne postacie, które jednocześnie zachowują się w danej sytuacji identycznie.
"Na zakończenie pozwolę sobie zaapelować do Dishmana i wszystkich innych autorów kącika, aby następnym razem zabrali się do pracy przygotowani i przed napisaniem jakiejś bzdury sprawdzili, czy aby się nie mylą. Niech nie tworzą również podobnych "zapchajdziur", bo wychodzi z tego głównie dezinformacja i kompromitacja."
Ja natomiast radzę nie pisać tekstu dlatego, że koniecznie chcesz coś skrytykować i na siłę szukasz argumentów. W dziale starcia, znajdują się teksty bardzo subiektywne, dlatego też określanie ich jako bzdur/głupot wydaje mi się dużą przesadą i zwyczajnie brakiem umiejętności samokontroli na tym co się pisze. Trzymaj nerwy na wodzy. Sprawia za to wrażenie, że ktoś chce na siłę dokopać autorowi. Lepiej byś zrobił, jakbyś przedstawił własną wizję starcia obydwu filmów. Kino bowiem ma to do siebie, że każdy widz odbiera dany film na swój sposób, a co dopiero mówić o dwóch i ich porównaniu. Tylko, że wiadomo, łatwiej coś skrytykować, niż napisać samemu.
Na koniec jeszcze jedna sprawa:
"Dalej Dishman oceniał filmy pod kątem zdobytych nagród. W ramce z Porachunkami czytamy: 'Kilka nagród dla reżyser, jednak powiedzmy sobie mniejszej wagi i zainteresowania". Pomijając literówkę, która pokazuje że artykuł był tworzony w pośpiechu i niechlujnie, skoncentrujmy się na błędach rzeczowych."
Czyli z jednej strony to pomińmy, ale z drugiej trzeba to opisać. Jedno wyklucza drugie, no ale dobrze, skoro military tak świetnie czepia się błędów to ja pozwolę przyczepić się do kilku spraw w jego tekście. Przede wszystkim chciałbym przypomnieć autorowi, że tytuły filmów piszemy w cudzysłowie. Po drugie, należy się zdecydować, czy podaje się tytuły w wersji oryginalnej, czy polskiej. Military natomiast zestawia obok siebie "12 małp" i "Fight Club". Dlaczego? Nie wiem. Literówki zdarzają się wszędzie i nigdzie nie spotkałem się, aby zaraz autorów danego tekstu oskarżano o niechlujstwo. W jednym z cytatów pogrubiłem jedno słowo napisane przez military'ego, czyżby on sam był niechlujem?
»Autor:
|