|
Recepta
na kasowy film? Do szklanki z grubymi milionami dolarów dodać
parę znanych aktorów, fachowca od zdjęć i efektów
specjalnych. Następnie doprawić szczyptą humoru i wstawić do
piekarnika na dłużej niż potrzeba, aby widzowie
niecierpliwili się i z zachłannością rzucili na gotowe
danie. Efekt murowany.
Takie filmy mogą zostać skrytykowane od dołu do góry przez
krytyków, na forach internetowych, ale jest niemal pewne, że
koszt produkcji zwróci się w pierwszych tygodniach, bo wszyscy
chcą zobaczyć na własne oczy, że to naprawdę nie jest godne
obejrzenia, czyli równa się to temu, że wydadzą pieniądze
na coś głupkowatego.
Jak to już zwykle bywa w tego typu filmach, fabuła nie jest
ich najmocniejszą stroną. Oglądamy bowiem perypetie małżeństwa,
które pomimo tego, że on jest niczego sobie, a ona tym
bardziej, to jednak sprawia wrażenie małżeństwa dziadków z
50 letnim stażem. Czyli rutyna, miłe słówka, buziak na
dobranoc i dzień dobry. Jaki może być powód w bogatym, młodym
i uroczym małżeństwem? Chyba tylko taki, że oboje są
tajnymi agentami, ale przede wszystkim chodzi o to, że nie
wiedzą, że jedno drugie okłamuje. John'owi nawet do głowy by
nie przyszło, że podczas ślubu człowiekiem, który
odprowadzał Jane pod ołtarz nie był jej ojciec, ale aktor.
Jane natomiast nie zdawała sobie sprawy, że była drugą żoną
Johna. Jednak w pewnym momencie następuje zwrot, gdyż na
skutek wspólnej misji, nasi agenci muszą się nawzajem zabić...
przynajmniej takie mają zadanie.
Wszystko wskazuje na to, że "Pana i Panią Smith"
należy oglądać z bardzo dużą rezerwą. To jest ten film w
którym nikt z widowni nie będzie miał za złe, że opychamy
się popcornem i siorbiemy colę. Powinno się bowiem chyba
stworzyć nowy gatunek filmów komercyjnych, gdzie nie liczy się
treść, ale ilość wybuchów, ładnych, elektronicznych
zabawek i szybkich pościgów.
W
filmie mamy jednak niemal wszystko co powinno się znaleźć w
filmie sensacyjnym. Są pościgi, dużo strzelanin, trochę
mniej walki w ręcz, potężny arsenał broni (chociaż do
"Terminatora" i tak się nie umywają) i bardzo dużo
bajeru, czyli takich rzeczy jak ukryta lina w torebce, po której
można zjechać z okna drapacza chmur, czy choćby podsłuch w
klamrze od paska do spodni. Trochę to przypomina nam filmy z
Jamesem Bondem, lub "Mission: Impossible" obie części.
Pan Smith ma z panem Bondem wspólne również to, że lubi
Martini wstrząśnięte, nie zmieszane. Do tego należy dodać
jeszcze humor, a raczej całą postać Johna Smitha i mamy
typowy film dla popcornowych widzów.
Skoro już wspomniałem o postaci granej przez Pitta, to wypadałoby
wspomnieć o nim samym. Otóż pierwsze co zwróciło moją uwagę,
to wygląd aktora. Niemal identycznie wyglądał w "Ocean's
12", być może dlatego, że filmy były kręcone zaraz po
sobie, ale czy nie dałoby się jego wizerunku zmienić?
Traktuje to mimo wszystko jako wypadek przy pracy. Pomijając
ten fakt, Pitt zagrał koncertowo jak na poziom i możliwości
filmu. Dowcipny, lekko roztrzepany, sprawiający wrażenie
luzaka, który w większości swoich akcji improwizuje i nie
traktuje zadań mu powierzonych zbyt poważnie. Dla niego to po
prostu dobra zabawa. Brad wiele wnosi do produkcji. To dzięki
niemu pojawia się u widzów uśmiech na twarzy. Zwróćcie uwagę
na jego minę, gdy przypadkiem jeden z noży ląduje w jego
nodze, to jak zachowuje się podczas szaleńczej jazdy
samochodem. Jego miny, gesty, wszystko to sprawia genialne wrażenie.
Angelina Jolie ma zupełnie inną rolę. Jane Smith jest
bardziej dokładna, wszystko planuje, jest perfekcjonistką. To
również sprawia, że nie stać jej na jakiś żart, na coś co
by mogło widza rozbawić. Jednak zaliczyć możemy to na plus,
bo przy niej John jest bardziej wyrazisty. Angelina straciła u
mnie notowania po "Tomb Riderze", jako kobieta jest
urocza i uwodzicielska, ale jako aktora raczej przeciętna.
Naprawdę nie pokazuje czegoś co skłoniłoby mnie do zmiany
zdania. W "Panu i Pani Smith" nadal zagrała
poprawnie, ale bez fajerwerków.
Film
od samego początku miał mieć mocną obsadę. Do roli Jane
kandydowały takie aktorki jak Nicole Kidman, czy Catherine
Zeta-Jones. Do roli Johna natomiast pchali się Will Smith
(chyba ze względu na nazwisko...), oraz Johnny Depp. Mimo całej
sympatii dla Pitta, to jednak po "Piratach z Karaibów"
byłbym bardzo ciekawy jak tą rolę zagrałby Depp. Człowiek,
którego stać byłoby na znacznie lepszy popis mimiką twarzy
niż Brada. Udowodnił to, ale widocznie brak było mu przebicia
w tej produkcji.
Widać jak na dłoni, że sam film robiony był nieco na siłę.
Podobno scenariusz zmieniany był 50 razy, ostatecznie w scenie
końcowej miał być pojedynek państwa Smithów z czarną parą
złych bohaterów. Zmieniano aktorów, ale sceny nie ma.
Podobnie było ze sceną łóżkową. Możemy sobie tylko wyobrażać
co wyprawiali aktorzy, gdyż ze względu na chęć pozyskania
jak najmłodszej widowni ten fragment również wycięto. W
zwiastunie natomiast jest ukazany fragment, którego nie ma w
filmie. Daje do myślenia, co musiało się dziać podczas
powstawania tego filmu.
Trzeba wziąć poprawkę na to, że owy film ma swoją premierę
latem i może być dobrą rozrywką na wakacyjne lenistwo, ale
naprawdę nie radziłbym spodziewać się po tym filmie za dużo.
Film do obejrzenia na raz, jako relaks po leniwym dniu.
PS.
Oryginalny tytuł to "Mr & Mrs. Smith", czyli
logiczne byłoby przetłumaczenie go na polski, co też czynię
w recenzji. Przy składaniu tego tekstu jednak widzę, że
polski dystrybutor nie kwapi się ze zmianą tytułu na polski.
Nie zdziwcie się więc, że co prawda w tytule jest "Mr.
& Mrs. Smith", to w treści już tłumaczenie polskie.
»Ocena:
6+/10
»Autor:
|