|
Słowem najlepiej opisującym ten film jest chyba "elegancki". A na jego elegancję składa się kilka elementów: niespieszny montaż, mnóstwo długich, powolnych ujęć, niesamowita dbałość o wizualne szczegóły, aktorzy wygłaszający swe kwestie niczym na recytatorskim konkursie i wykonujący teatralne nieco gesty...
Akcja "Zakazanych piosenek" rozgrywa się podczas II wojny światowej. Poznajemy dorosłe rodzeństwo - Halinę i Romka, a także ich wspólnego przyjaciela Ryszarda. Wszyscy troje czynnie włączają się w walkę z hitlerowcami: najpierw w konspiracji, później w partyzantce i wreszcie w powstaniu warszawskim. Głównie jednak obserwujemy ich codzienne życie, przyglądając się przy okazji codziennemu życiu stolicy. A jest na co popatrzeć. Reżyser bowiem umiejętnie wydobywa z tego miasta klimat, którego współczesnej Warszawie, pełnej architektonicznych nieporozumień i pamiątek pozostawionych przez przyjaciół sowietów, chyba niestety trochę brakuje. Mamy więc okazję podziwiać urokliwe kamieniczki oraz przemierzać tramwajem kręte brukowane ulice. Oczywiście, tak całkiem pięknie to nie jest - sielanka kończy się w momencie, gdy dostrzegamy na tramwajowych wagonach tabliczki "Nur für Deutsche", gdy jesteśmy świadkami gestapowskich rewizji i w końcu gdy widzimy wymarsz pokonanych powstańców ze stolicy..
Całość okraszona jest czternastoma wojennymi piosenkami, mniej lub bardziej znanymi do dziś. Mimo że zakazane, słychać je wszędzie: w tramwajach, na ulicach, z otwartych okien mieszkań. A głupie szkopy nie dość, że nic nie rozumieją (więc nawet nie protestują), to jeszcze klaszczą, uśmiechają się i głaszczą po głowach dzieciaki śpiewające sprośności o Hitlerze. Miłe. :)
Tym, którzy nie lubią musicali, film raczej się nie spodoba. Mój (wspomniany już chyba kiedyś) młodszy brat, będący ucieleśnieniem masowego widza, wyszedł zdegustowany po piętnastu minutach. Ale dla całej reszty (albo zboczeńców, którzy jak ja uważają, że z filmami jak z winem - im starsze, tym lepsze ;)) "Zakazane piosenki" mogą okazać się miłą odmianą. Dziś nie kręci się już takich filmów. Tym bardziej więc dyskretna elegancja, subtelność i przyjemnie powolne tempo akcji powinny sprawić, że niejeden widz westchnie zapewne z melancholią i stwierdzi, że kiedyś to były czasy... I odejdzie od ekranu niezwykle zrelaksowany. Choćby z tego ostatniego powodu warto po ten zabytek polskiej kinematografii sięgnąć.
Zasadniczą i chyba jedyną poważną wadą filmu jest fatalna jakość dialogów i dźwięku w ogóle, wynikająca jak przypuszczam z kiepskich możliwości technicznych w tamtych czasach. Ale cóż... Zabytek to zabytek.
»Ocena:
-
»Autor:
|