Recenzje

 

Obserwujemy ręce ostrzące brzytwę. Mężczyzna wychodzi na balkon podziwiać pełnię księżyca. Zbliżenie na twarz siedzącej kobiety. Ponownie lśniący blaskiem księżyc, który tym razem przecina pędząca szybko chmura. Nagły powrót do twarzy kobiety, pojawiają się ręce z brzytwą i już po chwili ostrze przecina oko niczym chmura jasny księżyc...

Tak właśnie zaczyna się film Luisa Bunuela i Salvadora Dalego, który jest zarówno klasyką kinematografii, jak i ważnym dziełem kina surrealistycznego. Film, jak na dzisiejsze czasy, bardzo odpychający: stary (bo z 1929 roku), co za tym idzie – czarno-biały, niemy, krótki i niezbyt wysokiej jakości, jeśli chodzi o obraz, a do tego jeszcze nie amerykański! Czy warto zapoznawać się z taką produkcją? Pewnie wielu sobie teraz myśli: „Owszem, oczywiście, że tak”, ale tak naprawdę – czy obejrzelibyście „Psa...”, gdybyście wiedzieli, że właśnie leci w telewizji?

Tego już nie byłbym taki pewien, ale porozmawiajmy jak widz z widzem. Nie będę tu zarzucał nikogo hasłami w stylu „To jest klasyka kina!” albo „Każdy szanujący się kinoman powinien to znać”... Może i powinien, może nie – zwyczajnie nie wiem, bo z tak starym kinem bardzo rzadko mam do czynienia i właściwie to się nim nie interesuję. Co jednak sprawiło, że zdobyłem ten film? Zawsze powód jest inny, ale tym razem była to impulsywna decyzja, której w końcu nie pożałowałem. Poznałem film reprezentujący gatunek / nurt, o którym do tej pory tylko słyszałem – zwany przez wszystkich surrealizmem. Czym jest ów surrealizm? Najlepiej zajrzyjcie do słownika albo do encyklopedii, bo ja wam tego w kilku zdaniach rzetelnie nie streszczę; mogę za to powiedzieć, co przedstawia „Pies andaluzyjski” – jeden z pierwszych, a może i pierwszy film surrealistyczny. 

Początkowa scena rozcięcia oka naprawdę mnie zaciekawiła. Swoją drogą, pod koniec lat 20. musiał to być dla publiczności tzw. „niezły hardkor”... Później też było ciekawie, choć nieco zagubiłem się w całej strukturze filmu, a ponieważ nigdy się z takim kinem nie spotkałem, zupełnie nie wiedziałem, co autor miał na myśli – zwyczajnie nic z tego nie rozumiałem. Tak było przy pierwszym seansie – przy drugim wszystko stało się jasne... 

Produkcja Bunuela i Dalego to zlepek kilku niepowiązanych ze sobą scen, które choć rozgrywają się w tych samych pomieszczeniach i biorą w nich udział te same osoby, to jednak są całkowicie pozbawione jakiegokolwiek sensu i logiki. Po pierwszej sekwencji przecięcia oka następuje mały przeskok w czasie – nie wiadomo, czy wstecz, czy do przodu... zresztą, czas się tu najmniej liczy – i oglądamy jadącego na rowerze człowieka, który wiezie jakąś skrzynkę. Przy domu pewnej kobiety (tej samej, której moment wcześniej oko zostało rozcięte), jakby osłabiony, spada z roweru... Po jakimś czasie ta sama kobieta z towarzyszącym jej mężczyzną patrzą przez okno na kobietę, wokół której roztacza się mała grupka ludzi – okazuje się, że dotyka ona swoją laską odciętej ręki, leżącej na ulicy. Gdy policjant coś do niej mówi, ta chowa rękę w identycznym pudełku, jakie wiózł człowiek na rowerze, i zostaje potrącona przez samochód. Mężczyzna napastuje seksualnie kobietę, z którą wyglądał przez okno. Ta usiłuje się bronić... Dalej ów człowiek ciągnie pianino z gnijącymi osłami w środku oraz dwoma księżmi przywiązanymi do lin, potem wychodzą mu mrówki z ręki i w końcu zostaje zastrzelony przez kogoś, kto wygląda dokładnie jak on.

Tak oto prezentuje się „fabuła” produkcji Bunuela i Dalego. Oczywiście, pominąłem tu wiele innych momentów, bo nie mam zamiaru opisywać całego filmu, ale mogę was zapewnić o jednym: są nie mniej pokręcone niż te wymienione przeze mnie. Właśnie takie dziwne, makabryczne i chore obrazy oglądamy przez niecałe 20 minut – jaki jest więc cel filmu? Dlaczego „Psem andaluzyjskim” zachwycają się ludzie na całym świecie, skoro nie można się w nim doszukać jakiegokolwiek sensu? 

Są trzy powody. Pierwszym jest to, że film Bunuela pokazał, jak wykorzystać surrealizm w kinie. Na pewno był to swego rodzaju przełom, który otworzył drogę wielu artystom, poza tym – był też jednocześnie inspiracją dla wielu artystów, nie tylko surrealistycznych (porównajcie ostatnią scenę „Psa...” i końcową „Lśnienia” Stanleya Kubricka ;) Po drugie – miał zaszokować publiczność. Choć reżyser nie był pewien, czy taki pomysł wypali (na pokaz w Paryżu przyszedł z kieszeniami wypełnionymi kamieniami, by w razie czego bronić się przez publiką), to jednak udało mu się i film został uznany za „kontrowersyjny”...

Na pewno nieraz widzieliście film, w którym jawa przeplatała się ze snem. Taka np. „Głowa do wycierania” czy „Drabina jakubowa”. A oglądaliście kiedyś coś, co nie miało z jawą nic wspólnego? „Pies andaluzyjski” jest właśnie taką produkcją – podczas seansu widz czuje się, jakby oglądał czyjś sen – to trzeci powód, dla którego warto się z filmem zapoznać - i nic dziwnego – Salvador Dali i Luis Bunuel tworzyli „Psa...” właśnie na podstawie swoich snów. Oczywiście, musieli dodać trochę krwawych czy bulwersujących elementów, by bardziej zwrócić na siebie uwagę, ale za ich czasów nie było to tak powszechne, jak dziś, więc można im to wybaczyć ;)

Nie ma powszechnego przekonania, że „Psa andaluzyjskiego” nie da się zinterpretować. Owszem, da się i różni ludzie mają różne teorie... Ta najbardziej popularna głosi, że pierwsza scena dotyczy złego patrzenia na świat lub też potrzeby odmiennego spojrzenia na ten film. Mrówki wychodzące z ręki mają symbolizować onanizm, obcięta ręka na ulicy koniec stosowania samogwałtu, a napastowanie kobiety dalsze dojrzewanie seksualne... Jednak dlaczego kobieta chowa rękę do skrzynki i stoi bezradna na ulicy? Czemu w środku fortepianu znajdują się gnijące osły? Czy są to kolejne symbole, czy tylko nic nie znaczące sceny? Na te pytania najlepiej udzielić odpowiedzi sobie samemu, oglądając film Bunuela i Dalego, który gorąco polecam!

 

»Ocena: -

 

»Autor: Wicked Sick