|
Dobre horrory to, wbrew pozorom, nie tylko Alfred H. Polański też próbował je kręcić. Z różnym skutkiem. Takie "Dziewiąte Wrota" na przykład są oglądalne wyłącznie dzięki obecności Johnny'ego Deppa. Ale nie zawsze było tak źle.
"Dziecko Rosemary" to hollywoodzki debiut polskiego reżysera i jego pierwszy ogromny sukces tamże. Scenariusz stworzył sam, na podstawie "szatanistycznej" książki niejakiego Iry Levine'a.
Bo i o szatanie dużo tu będzie, chociaż na początku wcale się na to nie zanosi. Młode małżeństwo osiedla się na Manhattanie, mają miłych sąsiadów, on (Guy - John Cassavetes) pracuje jako aktor w reklamówkach i marzy o wielkiej roli; ona (Rosemary - Mia Farrow) zajmuje się nowo urządzonym domem. Różowy nastrój psuje nieoczekiwanie samobójstwo jednej z lokatorek - sąsiadek. A to dopiero początek. Bo później będzie tylko gorzej: sekty, spiski, gwałty, szatan wcielony i takie tam. No, ale chronologicznie.
Najpierw sąsiedzi z miłych stają się, delikatnie mówiąc, namolni. Potem Rosemary otrzymuje od nich w prezencie dziwny wisiorek - taki sam, jaki wcześniej widziała na szyi nieszczęsnej samobójczyni. Następnie widz dostaje mocnego kopa, bo na ekranie widzi... szatana we własnej osobie(!), który w dodatku... gwałci naszą bohaterkę (!!!). Emocję sięgają więc szczytu, a co ważniejsze, pozostają tam aż do nieprzewidywalnego kompletnie zakończenia.
I to chyba najmocniejsza strona tego filmu - utrzymuje nas w niepewności do ostatnich chwil. Bo właściwie nie wiemy, czy ta cała makabreska nie jest przypadkiem chorym wymysłem uroczej Rosemary, co usilnie starają się jej perswadować mąż i sąsiedzi. Nie ma też jednak pewności, czy i oni nie należą do spisku. Normalnie Matrix. ;)
Gwarantuję Ci, Czytelniku, że zastanawiając się w trakcie seansu, co tu właściwie jest prawdą, kilkakrotnie zmienisz zdanie.
Tu właśnie, według mnie, tkwi przebiegłość Polańskiego. Wiedział po prostu, że na takim napięciu doskonale można zbudować to, co w horrorze najważniejsze - mroczny klimat grozy. I zbudował. :) A przy okazji dorzucił jeszcze jedną rzecz,
nie pozwalającą się oderwać od ekranu: wspomnianą już niejednoznaczność.
Jest jeszcze parę rzeczy zapadających w pamięć na długo: przeszywająca dreszczem kołysanka skomponowana przez Krzysztofa Komedę, znakomita (bo wiarygodna bardzo) Mia Farrow (prywatnie żona Franka Sinatry), inny niż zwykle, bo odrobinę przerażający (jak wszystko w tym filmie :)) Nowy Jork... Źle zapamiętałam natomiast efekty specjalne - scena z diabłem owszem, szokuje, ale po chwili bardziej śmieszy niż przeraża. No, ale nikt nie jest doskonały. Za to Polańskiemu i jego "Dziecku Rosemary" niewiele do doskonałości brakuje.
»Ocena:
-
»Autor:
|