Recenzje

 

Bajki, choć ostatnio coraz częściej docierają do starszej, nastoletniej i dorosłej, widowni, pierwotnie zarezerwowane były w pierwszej kolejności dla najmłodszych widzów, dzieci. I Disney od zawsze miał tą dobrą, a może i nie, manierę robienia filmów Tylko dla najmłodszych. Wiecie, co mam na myśli: taki „Shrek” dla przykładu, produkcja Dream Works Pictures, podoba się każdemu – i dwunastolatkowi i nastolatkowi i dziadkowi. Za to „Króla Lwa” oglądają nałogowo tylko najmłodsi widzowie.

 

Disney zwyczajnie nie lubi operować nieco dosłowniejszym poczuciem humoru, co z resztą moim zdaniem jest dobre. Lepiej by dziecko oglądało Myszkę Miki pływającą swoim parowozem, niż kojota ganiającego stale tego samego strusia; bez przerwy spadającego z wysokości i eksplodującego w najróżniejszych okolicznościach (choć zasadniczo to na kojocie się wychowałem :P). Jak by na to nie spojrzeć wspomniany właśnie kojot w trakcie gonitwy przeżywa serię nieprzyjemnych, zwykle śmiertelnie niebezpiecznych wydarzeń - zadziwiające, od jak dawna w filmach animowanych gloryfikuje się przemoc i jak niewiele się z tym robi! [heh, no cóż spadające z wysokości kilkuset metrów kowadło, strzał w mordę ze strzelby, gotowanie w garnku, a KRRiT zabroniła emisji Czerwonego Kapturka, który wpada we wnyki. – Dishman] Ale to już sprawa mentalności ludności Ameryki, w jakich naturze leży gloryfikacja przemocy.

 

Osobiście, wychodzę z założenia, że lepiej będzie dla młodego widza, jeśli oglądając telewizje będzie widzieć sceny erotyczne, niż przepełnione krwią i brutalnością sceny strzelanin i pościgów samochodowych – lepiej niech widzą miłość, a nie śmierć. Bajki Disneya, choć zwyczajowo tworzone dla najmłodszych, są przynajmniej wolne i od przemocy i od pikanterii. Ale koniec dygresji.

 

Pewnie zastanawiacie się, po co piszę o czymś tak oczywistym? Ano, dlatego bo „Gdzie jest Nemo?” – wielki hit wakacji roku 2003, jaki zarobił w Stanach i poza nimi rekordowo duże sumy pieniędzy – jest właśnie taką nieco klasyczną (choć nadal animowaną komputerowo), strasznie cukierkową, lecz mimo to wzruszającą historyjką. To bajeczka zdecydowanie dla najmłodszych, w choćby najmniejszym stopniu nieuciekająca w sprośny humor i bezsensowną przemoc. I to dobrze – jeśli masz lat osiem, a nie tak jak ja osiemnaście. Jeśli za to jesteś starszym widzem, nadal docenisz kilka (lecz tylko kilka) całkiem zabawnych scen, oraz całkiem niezłe wykonanie (animacja komputerowa nadal nie przebiła się poza barierę iluzji – nadal widać, że to tylko animacja komputerowa, ale mimo to wykonana jak najbardziej poprawnie). Plus – w oryginale głos podkładało sporo znanych aktorów, dla przykładu: Albert Brooks, Willem Dafoe i Geoffrey Rush.

 

On tylko tak wygląda. W rzeczywistości jest jaroszem... chyba.

Fabuła jest prosta. Nemo jest jedynakiem, ginie gdzieś w oceanie i ląduje gdzieś w akwarium, a jego znerwicowany ojciec wyrusza na podróż by go odnaleźć i uratować. To poniekąd kino drogi, choć nadal – drogi podwodnej ;). Miła, niekiedy zabawna, a niekiedy wzruszająca produkcja. Wykonana bez zarzutu, świetnie sprzedana i bez wyrzutów kupowana przez miliony widzów w kinach i przed telewizorami kina domowego. Zwyczajnie – dobrze zrealizowane kino dla najmłodszych.

 

Ja najmłodszy nie jestem, więc o ile takiego „Shreka” polecić mogę praktycznie każdemu, o tyle „Nemo” polecam tylko ludziom poniżej 15 roku życia.

 

»Ocena: 8+/10 

 

(Spodoba się młodszym widzom. Ale tylko oni naprawdę ten film polubią, dla reszty będzie to „tylko” dobrze wykonana bajka dla najmłodszych)

 

»Autor: Seth

Moim zdaniem

 

Disney już od lat zajmował się produkcją filmów dla dzieci. Słynny już "Król lew" jednak został ostatnio pobity przez nowy twór techniki. Film w całości wykonany na komputerze, może nie mógł być czymś zaskakującym, ale jego jakość już powalała. Mowa jest bowiem o "Shreku". Produkcji konkurencyjnego DreamWorks, który wszystkie standardowe kreskówki Disneya pobił na głowę. Tak naturalnie być nie mogło. Stary wyjadacz, twórca Myszki Miki nie mógł się poddać. Prób zatem było wiele, ale wydaje się, że "Gdzie jest Nemo?" stanowi największe zagrożenie dla zielonego ogra. 

 

Parę lat później Nemo czeka pierwszy dzień w szkole. Młoda rybka jest pełna werwy, rwie się poznawać świat i nowych kolegów. Niestety Marlin od momentu wypadku jest bardzo opiekuńczym tatą, nadopiekuńczym. Wynikają z tego problemy, gdyż Nemo chyba zaczyna mieć oznaki buntu młodzieńczego i nie chce być ciągle pod kloszem taty. Oddala się zatem, uczestnicząc w grze, kto najbliżej podpłynie do motorówki i zostaje porwany przez człowieka, jako nowy nabytek do akwarium. Marlin zrobi absolutnie wszystko aby uratować syna.

Filmy Disneya zawsze miały jeden problem. Chciały na siłę wychowywać dzieci. Każdy film musiał mieć jakieś moralizatorskie przesłanie. Opowiadał o tym co należy robić, a czego nie, co jest dobre, a co złe. Wszystko byłoby dobrze, gdyby twórcy umieli to sprytnie przenieść na ekran. Niestety owa nauka wylewała się z filmu, przyprawiała o mdłości nieco starszych widzów. Tylko, co się okazuje. W "Gdzie jest Nemo?" ten przekaz mądrości życiowych owszem jest, ale wpleciony tak w fabułę, że właściwie jest niemal niedostrzegalny. Nacisk bowiem położono na zabawne dialogi, szybką akcję i przepiękną animację.

Pamiętam jeszcze doskonale ujęcia z filmu w którym Shrek rozpalał ogień, wydłubywał sobie miód z uszu i podpalał, co służyło mu za świeczki. To wszystko tworzyło nową jakość. Wspaniała animacja zapierała dech w piersiach. Co prawda może "Gdzie jest Nemo?" już tego nie robi, bo mniej więcej wiemy czego można się spodziewać, ale na pewno nie odstaje od "Shreka". Cudowna błękitna woda, kolorowa rafa koralowa, mnóstwo piękny, różnobarwnych rybek. Jest naprawdę na czym oko zawiesić, bowiem film daje piękne doznania dla naszego wzroku. Ale to nie wszystko. Twórcy filmu pracowali również nad zachowaniem się rybek. Nie tylko nad ich style pływania, ale i nad mimiką. Czasami jest ona naprawdę drobna, ledwo zauważalna, ale jest, mamy tego świadomość i to wzbudza w nas podziw.

 

Ale nie chodzi nam tu tylko przecież o popisy pracy grafików i animatorów. Ważna jest akcja. Na tą nie można narzekać. Tempo filmu jest szybkie, pełne akcji. Marlin musi zmagać się z wieloma przeciwnościami losu. Raz spotyka rekina, który postanawia zostać jaroszem, ponieważ wmawia sobie miłość do wszystkich zwierząt. Innym razem Marlin musi przepłynąć przez "las" meduz, które mogą oparzyć naszych bohaterów na śmierć. W tym samym czasie jego syn Nemo poznaje społeczność w akwarium, oraz inną rybkę, która trafiła tu z oceanu - Gill (swoją drogą tak nazywał się robot w anime "Dragon Ball GT"). Nasz mały bohater chce z pomocą innych wydostać się z akwarium i trafić z powrotem do oceanu. Jeżeli całość jest okraszona dobrymi dialogami i śmiesznymi zwrotami, to wychodzi nam naprawdę bardzo dobry film.

Warto podkreślić to, że mimo wszystko "Gdzie jest Nemo?" różni się od "Shreka". "Shrek" bowiem jest filmem dla wszystkich. Z jednej strony animacja i postacie zachęcają do obejrzenia go przez najmłodszych. Śmieszne dialogi i gagi tylko sprawiają, że film jest chętniej przez nich oglądany. Z drugiej strony jest w nim wiele nawiązań do wielkich hitów kinematografii, które wyłapią Ci starsi. Czasami wręcz sam humor skierowany jest do widza dorosłego i w niektórych scenach przydałoby się jakieś ograniczenie wiekowe. "Nemo" jest inny. Jest tu co prawda trochę nawiązań do filmów, ale głównie do innych animacji. Nie ma jednak sprośnych żartów, aluzji o stringach i tym podobnych gagów. Wychodzi nam zatem film, który skierowany jest do młodszej widowni, ale ze względu na to, że nie jest grubo pokryty lukrem, to i dorośli czerpią z jego oglądania satysfakcję.

 

»Ocena: 9/10

 

»Autor: Dishman