Najbliżsi(???)
Nasza najbliższa rodzina. Kochamy ich(?), takm samo jak oni nas(?). Śmiało stwierdzamy, że oddalibyśmy
za nich życie.
Jednak często zdarza się tak, że ludzie, którzy są nam najbliżsi, wcale nas
nie znają, tak samo jak my ich. Z kolei miłość, którą - pozornie - ich darzymy, jest tylko przyzwyczajeniem.
Dla wielu z Was to pewnie kompletny absurd. Proponuje jednak to przemyśleć, bo uważam, że mój
przypadek nie jest ewenementem.
A wszystko zaczęło się kilka miesięcy temu, gdy coraz częściej
moje wypowiedzi i działania komewntowane były tekstami typu: "ale on dziwny", "o co mu chodzi",
"odjebuje mu"(!!!) itp. Już wtedy bylo to dla mnie bardzo zastanawiające, ale prawdziwe "oświecenie"
przyszło w maju, kiedu to przeżyłem załamanie nerwowe. Mama
oczywiście zauważyła, że cały czas chodzę przygnębiony. Dobrze? Tak. Gorzej z przyczynami, które,
według niej (bo nie chciałem jej powiedzieć, co się takiego ze mną dzieje), spowodowały u mnie owy
stan. Powiedziała, że skoro tak się dzieje, to mogą być tego 2 przyczyny:
a) "jest smutny, bo mu "nie wyszło"(czytaj:dostałem kosza) z dziewczyną" (bzdura totalna!)
b) "jest smutny, bo w szkole się mu nie powodzi" (bzdura podwójnie totalna!)
Spytałem ją wtedy:"Czy możesz wyjść poza swój wąski tok
rozumowania kierowany stereotypami i zobaczyć prawdziwą przyczynę?". W odpowiedzi usłyszałem:
"A co innego mogło się przydarzyć chłopakowi w twoim wieku"(!!!). Cóż... tak to jest, gdy szufladkuje się nawet
własnego syna... A może zauważyłaś mamo, że od trzech lat
nie wychodzę z domu (nie licząc szkoły, oczywiście)? I że mogę się czuć troszeczkę SAMOTNY?
Nie. Za wiele chyba wymagam. Oczywiście nie twierdzę, że winę ponoszą
zawsze rodzice. Nie! Po prostu bez współpracy nie ma żadnych szans na zacieśnienie więzi ( i, co za tym idzie, bliższe i głębsze poznanie się).
Kolejną rzeczą, którą zauważyłem było moje pozerskie(!) zachowanie w domu. Nie mialem pojęcia, jak
bardzo moje działania były ograniczane przez to, że mieszkam z tymi trzema osobami (tzn. z mamą, tatą i bratem).
Skoro sam udawałem, to trudno żeby ktokolwiek poznał moje wnętrze. Chyba już tak bardzo przyzwyczailiśmy
się do noszenia masek, że inaczej nie potrafimy żyć.
Wcale nie
twierdzę, że nie ponoszę tu żadnej winy! Jednak nie twierdzę też, że wina leży TYLKO po mojej stronie.
Kolejnym ważnym czynnikiem, który negatywnie wpływa na
relacje rodzic - dziecko,
jest też dzisiejszy tryb życia. Rodzice nie mają czasu dla swoich dzieci, a dzieci nie mają
czasu dla swoich rodziców. U mnie jednak, nie jest to decydujący czynnik (choć jego rola z pewnością jest duża).
Myślę, że to raczej niechęć występująca po obydwu stronach, jak i nie zdawanie sobie do końca sprawy z powagi
sytuacji. Jakie będą tego konsekwencje? Myślę, że... żadne(?). Od 19 lat żyję już z 3 obcymi osobami pod jednym dachem
i wszystko układa się MNIEJ więcej dobrze. Czemu więc nagle miałoby się to zepsuć?
Tak więc powstaje pytanie, czy osoby nie mające pojęcia, o tym, kim jestem
NAPRAWDĘ i przed którymi cały czas muszę(?) udawać, mogą być darzone przeze mnie prawdziwą miłością?
A może to tylko przyzwyczajenie???