Rzecz o prawdziwych hippisach i lnianych majtkach
Prawdziwych hippisów już chyba nie ma. Odeszli wraz z Morrisonem, Joplin, Hendrixem czy innymi degeneratami tego typu. W oparach alkoholu, z obrazkami strzykawek, biustów bez staników i brudnych włosów w tle.
Jednak jacyś mimo wszystko pozostali. Co prawda, nie podróżują zdezelowanymi samochodami po kraju, uciekając jednocześnie przed żandarmerią, ani, tym bardziej, nie kopulują po parkach i ulicach na modłę piesków i aktorek z niektórych pornusów. Ale są.
Racja, że ze swymi protoplastami mają tyle wspólnego, co Fred Flinnstone z jaskiniowcami, ale przeca nikt doskonały nie jest. Nie zmienia to jednak faktu, że te marne połupczyny, co pozostały, rzucić mogą trochę nowego światła na jakże istotne dla nauki pytanie: czy prawdziwi hippisi noszą lniane majtki?

Przyznacie sami, że problem warty jest roztrząsania? A najlepsze miejsce ku temu, to nic innego, jak Przystanek Woodstock. Impreza ta, co trzeba rzec, hippisów raczej dużo nie gromadzi. No, chyba, że za takowych uznacie dziewoje, które, ze względu na ilośc kolczyków w twarzy, można podrywać przy pomocy silnego magnesu albo panów, co wyglądem przypominają statystyczną papugę.
Śmiało jednak można założyć, że na takiej imprezie będzie coś podobnego do entuzjastów wolnej miłości - choćby ze względu na nazwę tejże imprezy. I z tym przekonaniem spakowałem plecak. Przezornie, idąc za przykładem Kartmana, zabrałem ze sobą płytę Slayer'a.

Swe poszukiwania zacząłem już w pociągu jadącym w stronę Kostrzyna. Pomyślne to one nie były, niestety. Wolna miłość, owszem, znalazła się. Ale hippisi już nie. Zresztą, mój wagon, nie był chyba zbyt reprezentatywny: dość spora grupa punków, ojów, śladowe ilości pracowników kolei, trochę metali, w tym kilka metali ciężkich - czyli, w porywach, ponad połowa tablicy Mendelejewa.
Tak, czy inaczej, kilkanaście godzin i tyleż samo butelek wina i wódki dalej, byliśmy na miejscu.

Już na peronie zobaczyłem jednego zakapiora. "Ha! Przypomina hippisa!" - pomyślałem. Koniec końców, nic nie wyszło z oceny znaleziska. Po prostu, głupio mi było przy takim tłumie ściągać spodnie obcemu, na dodatek śpiącemu facetowi. Chcąc nie chcąc, po bliższych oględzinach zwłok na peronie, skierowałem się ku polu namiotwemu.

Rozbiwszy namiot pod nosem sekciarzy z Kryszny udałem się na spoczynek. Ranek nie należał do najprzyjemniejszych. Tym razem jednak nie przez alkohol, a deszcz, który zaszczycił swą obecnością przebywających na polu. Pomyślałem, że trza by zlustrować teren. Poszły ploty, że wieczorem można spodziewać się zespołu The Talibans i ich rozrywkowego repertuaru, więc zawczasu przydałoby się odszukać punkt rzeczy znalezionych. A nuż jakiś poczciwiec odniesie tam moją rękę?

Z niejaką nadzieją czekałem na pojawienie się słońca. Miłośnicy natury, jak na takowych przystało, korzystają z kąpieli słoneczno-błotnych, więc tam postanowiłem skierować swe kroki. W swej naiwności myślałem, że zaaplikowanie maseczki błotnej pociągać będzie za sobą konieczność pozostawienia ubrań na brzegu. Po raz kolejny srodze się zawiodłem. Niektórzy przychodzili już rozebrani, inni natomiast nie przejmowali się odzieniem wierzchnim. Wszyscy natomiast, wytylani w błocie, brudni i śmierdzący niczym zakłady senatora Stokłosy, jak jeden mąż udawali się wycinać szalone hołupce pod sceną, budząc popłoch wyrzucanymi w powietrze garściami błota. W każdym bądź razie - lnianych majtek ponownie nie stwierdziłem. Mam za to świetne zdjęcia z jakąś dziewczyną, której biustnosz błotem wypchałem. :P

Nie traciłem jednak nadziei! Wszak Przystanek trwać miał jeszcze trochę czasu. Z nadzieją zatem wodziłem wzrokiem po głowach, wyszukując słoneczników, które zdradziłyby chęć właścicielki tychże do bliższego kontaktu z naturą. W mej skromnej osobie, rzecz jasna.

I takowa się przytrafiła. Szło dziewczę, uśmiechnięte. Ze słonecznikami. Przyczesałem więc włosy, zaprzęgnąłem wszystkie szatańskie moce pospołu i ruszyłem do boju. Czułem, że rozwiązanie frapującego mnie problemu jest już na wyciągnięcie ręki. Wystarczy tylko sięgnąć!

Żebyście mnie słyszeli! Ma elokwencja nie znała granic. Te retoryczne tyrady! Te figury stylistyczne, godne samych bogów krasomóstwa! Jaśniałem niczym jutrzenka w mroku mowy pospólstwa. Wyrzucane z mych ust potoki poezji rzuciłyby na kolana wszystkie niewieście serca. A ona się tylko uśmiechała. Mówiłem więc dalej. Mówiłem tak, że cały świat zaczął się topić, powietrze pulsowało wszystkimi barwami tęczy, otaczając ją barwnym kobiercem. Czułem że to musi być już teraz. Za chwilę wyjawi mi największy sekret wszechświata. Już... już!

Wtedy oświadczyła, że nie zna polskiego. Przynajmniej tak myślę, bo niemieckiego nie znam. A że ona nie znała również angielskiego, pozostało rozstać się w przyjaźni niewypowiedzianej. Nie chciałem tego, ale cóż. Innego wyjścia nie było. Wierzcie. Spróbujcie na migi powiedzieć dziewczynie, że chciecie zobaczyć jej majtki, a zrozumiecie o co mi chodzi.

Postanowiłem zatem odłożyć badania naukowe do jutra. Zaczęły się koncerty, błoto ostatecznie odpadło od piersi, to i poskakać można było.

Mała retrospekcja. Wcześniej na scenę wypadł Jurek Owsik, Owsiak, czy jak mu tam i zaczął krzyczeć o bąblach politykach. Zwyzywał wszystkich równo, po czym zaprosił na scenę burmistrza Kostrzyna. Można i tak. W każdym razie, wesoło było. Potem zaczęli grać. Były jakieś reggowe klimaty, punkwe. Co kto lubi.

Po którymś z nich dowiedziałem się, iż jutro nieoficjalny koncert mają "Brudne Dzieci Sida". Można zobaczyć, a nuż się jakiś hippis pojawi? Po drodze spotkałem pewną dziewczynę. Z wyglądu - dziecko kwiat. Niestety, jak się później okazało, nie miała lnianych majtek. I tym sposobem zakończył się kolejny dzień bezowocnych poszukiwań.
Jeśli zaś chodzi o muzykę... Grała m.in. Moskwa, KSU i Die Toten Hosen. Zaznaczę jeszcze, nieco zdegustowany tym faktem, że Owsiak nie wypuścił na bisy tej ostatniej, niemieckiej grupy, pokazując, że w dupie ma ludzi pod sceną, a liczą się dla niego nagrania i transmisje w necie. A to wszystko z powodu braku dźwięku w transmisji na serwerach fundacji. Bardzo nieładnie, ale cóż, są ludzie i Owsiki. Grający na końcu zaspół Lao Che olałem bezczelnie, bo w wielkim poważaniu mam zarówno Powstanie Warszawskie jak i twórczość skupioną wokół niego.

Jak powszechnie wiadomo, garb rośnie od roboty, zaś brzuch od piwa. Aby nie przeszkadzać temu ostatniemu w tworzeniu przysadzistego mięśnia w okolicach wątroby, to zwlokłem się z wyra koło jedenastej rano. Pogoda, co prawda, miała humory jak baba podczas okresu, jednak dało się przeżyć. Tym bardziej, że deszcz pozwolił nieco opłukać resztki wczorajszego błota.
Zresztą, miałem w planach iść na koncert Brudnych Dzieci, więc nie chciałem się wyróżniać z tłumu. Z pewną nieśmiałością myślałem, że na punkowym koncercie pojawi się jakaś dziecina-kwiat i ostatecznie rozwieje moje wątpliwości w kwestii lnianych teorii. Niestety. Był za to jeden facet, stojący na kiblu bodaj, i wydzierający się w najlepsze. Innymi słowy: "Brudne Dzieci Sida" w liczbie jeden. Po koncercie, który odbył się na pasażu handlowym i przez co skutecznie zablokował wszelki ruch na dobre pół godziny udałem się umyć zęby. Raz na rok trzeba. Zresztą w okolicy umywalek nie szukałem jeszcze lnianych majtek.

Jakże rozkszny to był widok! Tak na oko, ok. tysiąc osób. Wszyscy myją się w tej samej, zimnej jak porządnie schłodzona wódka, wodzie. Punkol obok metala, oj obok rockowca, niezrzeszony obok hippisa. A właśnie, propos tych ostatnich. Kilku co prawda miało lniane torby, ale niestety, o majtkach mogłem zapomnieć. W niektórych przypadkach dosłownie. Poza tym, co nieprawdopodobne, punki używały mydła! Szok! Wstrząśnięty tym przeżyciem, oddaliłem się w stronę sceny, gdzie byłem umówiony z pewną indywidualistką.

Koncerty na ten dzień zapowiadały się znakomicie. M.in. Carrantuohill, BeatSteaks, Raz Dwa Trzy, a na koniec Hey.

Niestety do wieczora nie uświadczyłem żadnego hippisa w lnianej bieliźnie. Żadna dziecina-kwiat nie pochwaliła się przede mną kroczem opasanym roślinną przędzą. Szkoda. Ale i tak warto było pojechać. Wypiło się trochę piwa, wina, wódki, nawiązało się nowe kontakty z bliźnimi. Co prawda Owsik Jurek do zbyt inteligentnych nie należy, jak pokazuje co roku, ale mimo wszystko Przystanki są udane. Czego chcieć więcej?
A sama sprawa lnianej bielizny urosła w legendę. Niczym poszukiwacz Świętego Graala, podążałem sobie znanymi ścieżkami woodstockowymi, rozprawiając o ezoteryce lnu i łona hippiski. Kilka zwerbowanych osób przyłączyło się do mej krucjaty, bez widocznych skutków jednak...

Wpadnijcie za rok do Kostrzyna, to poszukamy razem!
McArena mcarena@gmail.com