Etiamsi insulsum, id tamen faciemus
czyli
III Ogólnopolski Zjazd Action Maga
Na świecie, jak to mówią, są tylko trzy pewne rzeczy. Pierwsza to śmierć. Każdy po przeżyciu pewnej liczby lat stanie oko w oko ze Świętym Piotrem, Charonem lub którymś z innych tego rodzaju Portierów. Druga to podatki. Na przeciętnej drodze przeciętnego zjadacza chleba zawsze pojawi się jakiś dochód, jakaś wartość dodana, a gdy urodzi się w tzw. ciekawych czasach, zabuli od większej niż ustawa przewiduje liczby okien. Śmierć i podatki stanowią w tym powiedzeniu pewien rodzaj wstępu, tła, przybudówki, sprawiają, że ostatnia rzecz, wymieniona po nich, dwu fatach człowieka od których absolutnie nie ma ucieczki, jawi się jako najbardziej pewna z pewnych. Jako tę ostatnią rzecz różni ludzie wymieniają co innego. Coś, co uważają za stałe i niezmienne, coś, co - jak są święcie przekonani - będzie trwało na wieki lub przynajmniej odejdzie wraz z nimi. Według mnie równie oczywisty jak śmierć i płacenie podatków jest fakt, że niezależnie od tego, jak w danym roku wiedzie się Action Magowi, zjazd jego twórców zawsze - ale to zawsze - upłynie pod znakiem nieziemskiej zabawy.
Co więcej dla mnie jest to nawet pewniejsze...
Rozhowory na temat III Zjazdu Action Maga zaczęły się - tradycyjnie - w styczniu. Tym razem SLY, legendarny organizator, człowiek który położył wielkie zasługi pod rozwój spotkań AeMowych, bez którego nie byłoby niczego, albo wynikłoby coś zupełnie innego, oddał pałeczkę Vene. Miejsce nie podlegało dyskusji - może gdyby pojawił się ktoś pokroju Billa Gatesa i zaproponował nam miesięczny zjazd w Rio de Janeiro, dzienne kieszonkowe o pięciocyfrowej wysokości plus zwrot wszystkich kosztów, skłoniłby nas do pożegnania się w zjazdowe dni z Wrocławiem [Ghall: I jeszcze nagą Lucyferię :)]. Dyskusji podlegały natomiast czas trwania i data rozpoczęcia zjazdu. Ustalono, że będzie on tradycyjnie pięciodniowy, a zacznie się 15 lipca. Noclegownio-imprezownią miał być, podobnie jak przed rokiem i dwoma laty, akademik "Nad Fosą" przy Podwalu. Akcji zapraszania ludzi zakrojonej na taką skalę nasz Mag jeszcze nie widział. Pierwszy mail został zaadresowany do prawie dwustu osób, a zaproszone zostały zarówno sławy z dawnych lat, które nie pojawiły się dotąd na żadnym zjeździe jak i narybek, który do chwili rozesłania wici przysłał do AM tylko po kilka, aczkolwiek rokujących na przyszłość, artów. Na wezwanie pozytywnie odpowiedziała bardzo miła liczba - około czterdzieści osób zadeklarowało chęć pojawienia się, czy to na cały zjazd czy w jeden lub kilka ze zjazdowych dni. Zapowiadało się więc spełnienie proroctwa Vene, że "Wrocław spuchnie tego lata", a ci, co w lipcowe dni poprzednich lat bawili się już w AMagowym gronie, mogli się spodziewać, że na trzecim zjeździe wszystko będzie inne, bardziej powszechne, bardziej spontaniczne, bardziej monumentalne niż wcześniej... A Vene notowała sobie ładnie adresy i telefony oraz każdą inną rzecz w swoim małym różowym, puchatym kajeciku... Pewnie wtedy nie przypuszczała, biedna, że praca jaką przyszło jej wykonać do tej pory, to zupełne nic ;) [V: jakie tam nic! Próbowałeś kiedyś zanotować TYLE danych w TAK małym różowym kajeciku? ;)]
PROLOG - 13-14.07, od rana
Imprezy towarzyszące najważniejszemu dla AM wydarzeniu roku zaczęły się już dwa dni wcześniej, z różnych okazji. Jedną z nich były egzaminy na studia, jakie bezpośrednio przed zjazdem lub już w czasie jego trwania, miało zdawać kilku AMagowych bonzów. Caleb, Ghall, Camilo i Gregorius złożyli dokumenty na dziennikarstwo, co sprawiło że do stolicy Dolnego Śląska wybrali się już trzynastego dnia lipca (jak się później okazało, zdawał tam także sZakOOu). Dla towarzystwa pojechał także Placek, czy, jak kto woli, Ciasteq, który tego dnia rano spotkał się w Rzeszowie z Donaldem. Późnym popołudniem spotkali się jeszcze raz - na wrocławskim rynku. Było jasne, że Donald nie wytrzyma AMagowej imprezy bez swojego udziału, więc, choć trochę kaszlący, władował się w następny pociąg jadący na zachód.
Prapremiera przebiegła prawie bez zakłóceń - ot, śpiewanie Kaczmara, Wysockiego, trochę alkoholu - standard na spotkaniach AeMowców. Oprócz tego zgromadzeni oglądnęli i zdrowo obśmiali: "Rozmowy przy wycinaniu lasu" (co to takiego, zapewne nam opowiedzą) i zdjęcie niejakiej Lucyferii w albumie na forum. Została ona okrzyknięta muzą owej imprezy (dla Ghalla - nie tylko owej imprezy, ale również, do wtorkowego wieczora, całego zjazdu. Chcecie wiedzieć czemu - zajrzyjcie do albumu:) W każdym razie Ghall uroił sobie że Lucyferia przyjedzie na zjazd) [Ghall: Ależ ona była! W moich snach ;)]. Właściwie nie byłoby o czym pisać, gdyby posiadka nie została przerwana przez policjantów, którzy weszli, postraszyli obecnych jakimś magicznym artykułem 51, nie zechcieli od Ghalla Cheeriosów i wyszli (Ponarzekali coś także na dziennikarzy i prawników. Profilaktycznie siedziałem cicho - Donald). Czas do rana szóstka pierwszych zjazdowych jaskółek spędziła pijąc mate (co to takiego, opowie nam Ciasteq). Niektórzy wyraźnie zapomnieli, że są we Wrocławiu, gdzie ranek przypada na okolice godziny jedenastej - dwunastej, gdyż obudzili się w środku nocy, czyli o dziewiątej. Parę godzin wcześniej, o nieludzkiej porze, która nie zasługuje nawet na miano środka nocy, przyjechał Greg z kolegą. (I jak zobaczył pobojowisko oraz zwłoki walające się po podłodze to zapragnął odchamić się przy pomocy Panoramy Racławickiej. Niestety, z konceptu psińco wyszło, bo zażyczono sobie ode mnie za wstęp 15 złotych. Co jak co, ale dla AM powinno być za darmo! Widocznie, jeszcze się na nas nie poznali... - Gregorius). W czwartek rano we Wrocławiu pojawili się Maciek z Ulą, którzy przez tydzień wypoczywali (lub zbierali siły na stawienie czoła zjazdowi) w Turcji. Wieczór tego dnia był jeszcze wypełniony obowiązkami - trójka gatekeeperów zajęła się selekcją tekstów do nowego AM. Jak przyjemny to obowiązek, mogą potwierdzić ci, którzy pomagali im przy tekstach jednego z GrafoManów poprzedniego numeru. A może i bieżącego roku. [V: Nonsens! - czyt. poprzedni AM] W ostatnim przed zjazdem momencie swój przyjazd odwołali Tuxedo i Talbott. SLY już wcześniej zawiadomił, że będzie w tym czasie przebywał gdzie indziej i zapowiedział się tym razem na następny rok [V: wszystkich, którzy mieli przyjechać i z różnych przyczyn w ostatnich chwilach zrezygnowali, serdecznie pozdrawiam - przynajmniej nie musieliście znosić gadatliwości PieGusia ;))].
Drugą imprezą towarzyszącą był zorganizowany 15 lipca V Wielki Zjazd Wielkopolski Action Maga, który przerodził się w I Wędrowny Zjazd Wielkopolski Action Maga. W ramach owego zjazdu Publo spotkał się z UnionJackiem i jego koleżanką Tiną na dworcu kolejowym w Poznaniu, po czym wspólnie wsiedli do pociągu i przemieścili się nim w kierunku Wrocławia. Organizacja zjazdu silnie nawiązywała do najlepszych tradycji spotkań nad Wartą. [Nie nawiązywały, bo zjazd się odbył :) - UJ]
CISZA PRZED BURZĄ - 15.07. do godziny ok. 15.30
Nadszedł długo
oczekiwany i wytęskniony dzień zjazdu! Obecni już we Wrocławiu przywitali go
podzieleni na dwie grupy: frakcję ze Szczepińskiej, skupioną wokół Phnoma
oraz frakcję z Szewskiej, mieszkającą u Naczelstwa. Skoro świt, grupa zdających
tego dnia udała się do znajdującej się dwa kroki od kultowego Misia auli
egzaminacyjnej. Po złożeniu egzaminu wciąż rozgorączkowane chłopaki
obliczały ilość pewniaków i pytań, które być może im siadły.
Najszybciej przeszło Ghallowi. Włożył swoje niebieskie dżiny, a z lekka
spraną koszulkę Guns`n Roses zamienił na równie nieco zdefasonowany trykot z
napisem "Smutny Wędrowiec vel Ghallerian", po czym razem z Donaldem,
ubranym w koszulkę z napisem "3.50", wesoło poczłapali w miasto,
aby jako Pokojowy Patrol Action Maga wypatrywać pierwszych zjazdowiczów. W
akademiku nie spotkali nikogo, wpadli więc do grupy Phnoma, tylko po to aby
stwierdzić, że oto zawiązuje się bardzo silny ośrodek dekadencki zjazdu.
Grupa ta, którą tworzyli Phnom, Ciastek, Caleb i Greg, dobijała się właśnie
Tomem Waitsem. (Zapomniałeś o Mate... Boże, żebyście
widzieli minę zOsi, jak tylko spróbowała tego cudownego naparu. A trzeba Wam
wiedzieć, że smakuje jak wywar z petów :D - Gregorius). Godzina zero -
czyli w tym wypadku szesnasta trzydzieści - była tymczasem coraz bliżej.
Pierwsza Grupa Inicjatywna skierowała więc swoje kroki na rynek. Było koło
czwartej, gdy ujrzeli pod Fredrą wielki tłum, którego nie mógł nikt policzyć,
z każdego niemal województwa i paru pokoleń Action Maga. Citizen Paul i
Drz3wo, LeX i Jaccobo i Firzen, i student z Wrocławia sZakOOu i T#M, i PMG, i
Vrok i Lenny (wpadłem na chwilkę :) - Lenny)
- wszyscy już tam byli. (Ja też tam byłem, nawet wcześniej.
Ale Phnom mi powiedział, że ma być tylko Lenny, więc stałem dobre 15 minut
i gapiłem się na nich zza Fredry, zastanawiając się jednocześnie czy
"Lenny" nie jest przypadkiem pluralem.
Tamci odpłacali mi tym samym.
A potem mnie jeszcze obrazili, bo niby wyglądałem "za normalnie" i
dlatego nie podeszli... ;D - Gregorius) [V: tja,
przychodzimy z Camilem pod pomnik, a tam z jednej strony dziwnie wyglądająca
wataha spłoszonych ludzi, a z drugiej równie spłoszony Greg - pełna (dez)organizacja
;)]. A wciąż dochodzili nowi. Niebawem pojawiła
się Evolva, (Która siedziała
ukryta za nami. - Firzen) , a za nią Sato, oboje z uroczym pytaniem
"sorry, to jest zlot AM?" (To
samo pytanie zadali Drz3wo i Citizen Paul Lexowi, Jaccobowi i mnie. Oczywiście
zaprzeczyliśmy, mówiąc, że czekamy na autobus :) - Firzen). Vene
zaniepokoiła się faktem, że nie przybył jeszcze Pewien Gość, wysłała więc
do niego sms-a. Ledwie skończyła go pisać, dołączyło do nas jakieś
tajemnicze indywiduum rzucające spojrzenia spod blond-ryżej czupryny. Osobnik
ten nie przywitał się z nikim, nawet z Wielką Organizatorką, mówiąc, ze właśnie
otrzymał sms-a i kultura nakazuje najpierw odpisać. Lepiej nie mógł się
przedstawić. [V: zbił mnie z tropu, wredniak jeden!] (Ihaaaaaaa!!!
ludzie, jak długo ja marzyłem żeby zobaczyć w jednym miejscu całe zatrzęsienie
osób związanych z AMagiem!!! Marzenia się spełniają. - Donald) [Ghall:
To niesamowite, ze tyle osób się pojawiło. Wiedziałem, że będzie więcej
osób do zgorszenia ;)].
Zanim przyszedł do nas Maciek, część osób momentalnie poszła do Spiża, nie chcąc pewnie zmarnotrawić ani sekundy zjazdu. Inna część postanowiła zakwaterować się w akademiku, a reszta grupy - udać się w kierunku dworca, gdzieś bowiem na trasie dworzec - rynek dogasał właśnie wędrowny zjazd wielkopolski. Gdy wchodziliśmy już w Świdnicką, Donald trzeźwo zauważył, że jeśli pójdziemy wszyscy, to w momencie (tak misternie ustalanego) Głównego Spotkania
O GODZINIE SZESNASTEJ TRZYDZIEŚCI DNIA 15 LIPCA ROKU PAŃSKIEGO 2005
nie będzie pod pomnikiem Aleksandra Fredry absolutnie nikogo z Action Maga. Pozostawiliśmy więc czujki w postaci i tak mało mobilnych Phnoma i Ciastka. Na Uniona i Publa wpadliśmy pod Arkadami. Michał przywiózł ze sobą na zjazd koleżankę Tinę - poetkę która okazała się nie być poetką. (Na nieszczęścia dla Ghalla okazała się nie być też Lucyferią). Dodatkowo przywiózł też na nadgarstku pieszczochę, dzięki której stracił image delikatnego chłopca i stał się nie na żarty niebezpieczny [V: zaprawdę powiadam Wam - Zło!]. Zjazd przeniósł się na moment do akademika, gdzie dotarł z rynku także Phnom, przyprowadzając jeszcze dwóch zjazdowiczów - Juzefa i Gwizdona, po czym najwieksza grupa ludzi związanych z Action Magiem jaka kiedykolwiek zebrała się w jednym miejscu - dwadzieścia (!) sześć (!!) osób - ruszyła na Wrocław...
...a potem było już tylko gorzej (dla reszty świata).
BURZA - 15.07. od godziny ok. 18.
Knajpą, która pomieściłaby nas w jednej sali w taki sposób, abyśmy mogli się widzieć i rozmawiać, okazała się znana co po niektórym Małgosia. Z biedą, ale wepchnęliśmy się do zimnej piwniczki, po czym zrozumieliśmy że nasza liczba działa na naszą niekorzyść - nie dało się pogadać ze wszystkimi, trzeba było parokrotnie zamienić zajmowane miejsce aby zamienić z każdym po parę słów. Utworzyło się kilka ognisk rozmów na tematy około amagowe. Większość z nich była leniwa, jedno zaś - w którym siedzieli Caleb i Ghall, żywe i wrzeszczące [Ghall: To przez uśmiechy Caleba :P]. Obaj panowie działali na siebie jak kierowcy samochodów, z których jeden wyprzedza drugi, więc ze śmianiem się całą grupą nie było już tak dużych problemów jak z rozmową. (Były także małe, 2 -osobowe grupki niezależne, jak ja i T#M czy Juzef i Gwizdon, którzy to siedzieli obok mnie i rozmawiali półgłosem. Zapytali mnie również, czy jestem Setem. Oczywiście zaprzeczyłem. - Firzen) Publo chyba w końcu zrozumiał czym jest prawdziwy zjazd, gdyż przestał się boczyć na docinki Donalda o zjazdach nieprawdziwych. A może po prostu nie miał wyjścia, gdyż obaj siedzieli koło siebie? Fakt, że jesteśmy już zintegrowani, uświadomił nam sms od Juzefa i Gwizdona, którzy zmyli się tak niespodziewanie, jak wcześniej się pojawili, pisząc na pożegnanie, że "było świetnie, ale dla zintegrowanych". W sms-ie okazali się bardziej rozmowni niż na żywo. [Zdążyli za to w kwadrans zorganizować jedno ognisko i jedno ognisko odwołać, czym nawiązali do najlepszych tradycji spotkań nad Wartą ;))) - UJ] Lody stopniały całkowicie, o czym świadczyła temperatura w piwniczce - zrobiło się ciepło jak w szklarni, tak więc część zebranych wylazła na światło dzienne. (A T#M, patrząc na Pewnego Gościa, zapytał wtedy z absolutną powagą w głosie, kiedy pojawi się Pewien Gość... Faktycznie, gorąco było. - Gregorius). Do rozmowy przed wejściem do knajpy dołączyła się Pani Ewa (Jaka tam pani, była to po prostu.... - LeX) - artystka tworząca gobeliny. Ewa opowiedziała amagowcom kilka anegdot ze swojego życia, a między opowieściami stwierdziła fachowo, że nasz Ciastuś ma "bardzo regularne rysy twarzy". Zaproponowała nawet, że przeniesie te rysy na gobelin, ale takiej zagłady dla świata byśmy raczej nie chcieli. Po jakimś czasie przenieśliśmy się na rynek, aby odtańczyć powitalne, pełne radości a-ram-cam-cam, tradycyjnie w trzech tempach. Pewien Gość chciał się oczywiście wyłamać, więc za karę kazaliśmy mu tańczyć w środku kółeczka. Nagle pojawiła się koło nas romska kapela "Los Upierdliwcos", uniemilająca przechodniom czas podchodzeniem do nich i rzępoleniem na instrumentach. W normalnych okolicznościach Donald i LeX obróciliby się na pięcie i poszli byle dalej. W tym jednak momencie obrócili się w sumie ze sto razy, potrykali klatami i zaprezentowali zdumiewające kombinacje wygibasów i hołubców w dzikim i pełnym pasji tańcu do muzyki cygańskiej. Jakież to talenty wychodzą z człowieka, kiedy już poczuje się na swobodzie...(Taaak, wtedy właśnie zacząłem się bawić za wszystkie czasy przeszłe i przyszłe... - Donald).
...był zjazd...
Cóż można było robić z tak dobrze rozpoczętym spędem? Ano, zasiedliśmy w kolejnej knajpie, zasłużonej dla Wrocławia i Action Maga, otwartej w 1273 roku Piwnicy Świdnickiej. A potem zaczęliśmy śpiewać. Baranka i Celinę. Czterech Pancernych, zdaje się. I nie tylko. I ze zgrozą usłyszeliśmy, że siedząca przy sąsiednim stole grupka emerytów bodajże z Włoch ( Ja bym ten oddział geriatryczny podejrzewał o koneksje nie z półwyspem Apenińskim, lecz z Iberyjskim :) - Lenny), chce stanąć z nami w szranki i zaczyna własny koncert. Daliśmy więc ile sił w płucach, okazało się jednak że trudno znaleźć piosenkę, którą znałoby tyle osób naraz. Nestorzy musieli odbyć ze sobą trochę więcej zjazdów, gdyż mieli szerszy i przećwiczony repertuar. Wstyd więc przyznać, ale przegraliśmy... W nagrodę Donald zagrał naszym pogromcom na nosie. A raczej nosem. (Ale moralnie i tak byliśmy górą! Jestem przekonany, że "Bogurodzica" w naszym wykonaniu wywarła piorunujące wrażenie na wrażych emerytach. Szkoda tylko, że znaliśmy zaledwie dwa pierwsze słowa z jej tekstu - PG)
Po przywitaniu w naszych szeregach Rainmana, (które to przywitanie wyglądało tak: wzięli mnie na rączki, podrzucali, podrzucali i podrzucali, a kiedy już zrobiło mi się niedobrze, trzasnęli mną o bruk. Skoki na bungie wymiękają przy tym, możecie mi wierzyć ;) - Rainman) który na skutek zachęcającego telefonu pojawił się dwa dni wcześniej niż planował, oraz pożegnaniu najbardziej zmęczonych członków ekipy tudzież PMG, który odniósł pewien rodzaj kontuzji, znów znaleźliśmy się na rynku. Chwilową próżnię w pomysłach zapełniła koncepcja przywitania Nowego Roku. Po szybkiej zrzucie na szampana zaopatrzyliśmy się w Carskoje Igristoje w liczbie trzech, po czym usiedliśmy podumać na wrocławskim bruku. Ghall wspomógł się środkiem napędzającym - cukrem, który wciągał nosem prosto z płyty chodnikowej, a raczej rynkowej. Narkomana nic nie powstrzyma. Może w pocukrowym zwidzie zobaczył swą Lucyferię... Gdy zbliżała się dwunasta, odryczeliśmy "Knajpę Morderców" (kto nie znał - żałował i próbował się dołączać), a potem już tylko odliczanie i... Nowy Rok! Huk korków od szampana, masa toastów, wzajemne życzenia [V: dziwne spojrzenia przechodniów] i jeszcze wspanialszy nastrój. Niech się święci Era Action Maga!!
Za równy rok musimy zrobić to samo.
("Knajpa morderców" tak spodobała się jednemu z wrocławskich bezdomnych, że podszedł do nas i zamiast zażądać od nas czypieńdziesiąt, dał nam złotypieńć. Za co chórem odśpiewaliśmy mu "Sto lat" - Phnom Penh).
NOWY ROK - 01. pasibrzucha roku 0001, po północy.
Pierwszym wydarzeniem Nowej Ery było udanie się na dworzec PKP (PKP - Piękna Kobieta Przyjechała) po zOsię. Drugim - sprawdzenie ilu AeMowców zmieści się w budce telefonicznej. Wyszło coś około sześciu. [Elfów byłoby więcej... - UJ] Potem, zamiast szampańskiej zabawy do białego rana, frakcja z Szewskiej poszła zwyczajnie spać, frakcja dekadencka zwyczajnie pić, zaś w akademiku połączono oba te chlubne sposoby na spędzanie czasu na zjeździe. Niektórzy z osobników mieli taki sam pomysł co frakcja z Szewskiej, inni mieli chęć by przeprowadzić rozmowy integracyjne. Użyto do tego celu najlepszego serum prawdy, czyli C(2)H(5)OH, niektórzy narzekali, iż serum jest niedobre, lecz prawda wyszła na jaw po zaaplikowaniu podwójnej dawki. Co więcej, osoby, które nie paliły, miały ochotę na fajkę pokoju, tuż po dawce serum. (Rozmowy uważam za udane, do momentu, dopóki mi jeszcze odpowiadano, gdy coś mówiłem - LeX)
Ranek nastał już
wedle wrocławskiej rachuby czasu, czyli koło południa. Fredro znakomicie
sprawdził się jako punkt zborny trzech grup zjazdowych, więc to do niego
uderzyła ekipa z Szewskiej czekać na resztę. (BTW: a
pamiętacie Josefa Guinovarta? :) - Donald) A że czekać i nic nie robić
jest kompletnie nie w typie ActionMaga, rychło znaleźliśmy sobie radosną
zabawę polegającą na bieganiu dookoła pomnika i przerzucaniu nad nim piłką
pozyczoną od Uli i Maćka. (dziwne, ale kiedy padła
propozycja "pograjmy wokół Fredry" jakoś nikt nie zapytał "a
po co?" tylko wszyscy od razu w te pędy, dawaj przerzucamy! Dowodzi to
czegoś, czegoś... no nie wiem czego, ale na pewno dowodzi! :) Rain) Do
setnie ubawionych Qn`ia, Ghalla, Donalda, Uniona i Rainy`ego dołączył LeX co
pół rynku przebiegł, widząc, że on w tej pokręconej akcji nie uczestniczy,
a potem, niespodziewanie, przechodnie, jak się potem okazało, członkowie
czegoś na kształt warsztatów chrześcijańskich, którzy kręcili we Wrocławiu
film do międzynarodowej pracy o zabawach i zwyczajach przyjaciół. Pewni, że
oto sfilmowali jakiś tutejszy narodowy zwyczaj z trudem uwierzyli, gdy
powiedzieliśmy im, że to, co robiliśmy, jest całkowicie nienormalne (dużo
zachodu kosztowałoby wtajemniczać ich w AMaga, zloty i to co jest na nich
normalne a co nie...). Potem poprosili nas, abyśmy zademonstrowali im jak witają
się młodzi Polacy, więc zafundowaliśmy im jeszcze kilka normalnych aemowo
zachowań (znów a-ram-cam-cam itd. itp.) (Dajcie mi jakąś
maść na ramię... boli mnie :P - Lenny ). Pewien Gość zafundował
kilka zachowań normalnych dla siebie - czyli obserwował nas oczyma krytyka.
Strażnika miejskiego, który przyszedł zapytać, gdzie jest organizator
spotkania i oznajmił nam, że kamery zarejestrowały jak rzucaliśmy jakimś
przedmiotem w Bogu ducha winnego Fredrę, uspokoiliśmy mówiąc, że była to
gumowa piłka i że będziemy uważać na pióro (które Hrabiemu często ginie,
podkradane przez wrocławskich studentów). Już niemal w komplecie - brakowało
tylko zOsi i dekadentów (którzy dochodzili do siebie po
cowieczornej dawce dekadencji w płynie - PP) - posłuchaliśmy opowiadań
niejakiego Adiamo, podobno aktora Teatru Polskiego, podobno Żyda, a na pewno
podstarzałego hippisa. (poza tym chciał, żebym usiadł
mu na kolanach i twierdził, że jestem lesbijką. Miły typ - Rain)
Dziwak był z niego ponad naszą miarę, bowiem, chociaż mieszkał we Wrocławiu,
i to od urodzenia, nie podobał mu się rynek (zjazdowiczom - wręcz
przeciwnie). Z nostalgią w głosie wracał do czasów, gdy na Placu Solnym stała
stacja benzynowa. (A ode mnie cały czas chciał, żebym
się odezwał. Odzywałem się na każdą jego prośbę... - Donald). Po
znudzeniu się Adiamo (co w przypadku niektórych zjazdowiczów
nastąpiło "od pierwszego wejrzenia" - PG) [Ghall:
Ja się go przestraszyłem ;)] ekipa pomaszerowała do kompleksu
klasztorno - świątynnego na Ostrowie Tumskim aby pograć sobie w piłkę i
rozwalić się na trawie. Donald i LeX, najbardziej chyba temperamentna dwójka
w całym Wrocławiu, pofatygowali się do akademika i z powrotem po balon do
kosza, od kopanej woleli bowiem rzucaną. W tym czasie reszta amagowców byczyła
się na trawie tudzież grała w siatkę... bez siatki, ale za to z pokaźnej
wielkości gałęzią. (Znalezioną, gwoli ścisłości,
przeze mnie. Na jej nieszczęście oczywiście, bo zaraz potem musiała wytrzymać
nacisk moich "już-nie-pleców", kiedy robiłem za sędziego podczas
powyższego meczu :) - G.). [I tak dobrze, że nie
graliśmy bez piłki ;) - UJ] [dobre, dobre -
trzeba zapamiętać! - Q] Niebawem dziesięciu chętnych do pogrania w
kosza znalazło się na tym samym boisku co podczas pierwszego zjazdu. Naprzeciw
siebie stanęły drużyny w składach: Qń, Donald, Vrok, LeX, Firzen - Citizen
Paul, Drz3wo, Publo, Caleb, T#M. Szybko jednak skapitulowaliśmy przed silnym
jeszcze słońcem i totalnym brakiem kondycji Caleba. Mecz był całkowicie bez
historii, za to wszyscy jego uczestnicy okrutnie się zmachali. (LeX
okazał się zbawcą, bo przyniósł 4 butelki mineralki. Odwdzięczę się za
rok, LeXiu :) - Firzen. Po meczu, wśród siedzących na ławce nie grających,
Donald z radością ujrzał Lennego, którego wylewnie powitał.
(A
ja wręcz przeciwnie - pożegnałem się z LeXem, Jaccobem i Citizen Paulem [bo
ci akurat siedzieli obok mnie na ławce] i odszedłem ze zjazdu. Bo musiałem. -
Firzen)
[V: a te powitania Donald i Lenny perfidnie "odgapili"
ode mnie i LeXa - nie ma to jak wpadać sobie w ramiona średnio dwa razy
dziennie ;)]
Przed całonocną
imprezą nikt kapitulować ani myślał. Dzień wcześniej kilka osób nie
doczekało Nowego Roku, teraz jednak obecność była obowiązkowa i co więcej
- surowo egzekwowana. Wesoła kompania po dokonaniu niezbędnych zakupów
przeniosła się na Podwale, do świetlicy, z której ścian patrzyły na nich
miniaturki obrazów Matejki. Bitwa pod Grunwaldem, której rewers krył tajemnicę
sprzed roku, została przewieszona do drugiej sali, co odkrył Donald i z dumą
zaprezentował obraz reszcie, wzbudzając aplauz i radosne wrzaski. Sam wrzasnął
radośnie na widok Lenny`ego, który akurat przyjechał. Przy
przygotowywaniu miejsca do imprezowania ucierpiał nieco stół do pingponga, który
musieliśmy przestawić na mniej korzystne miejsce, aby wszyscy się zmieścili.
Z tego względu pojedynków było znacznie mniej. Caleb zdążył jednak stracić
swój tytuł mistrza AM na rzecz LeXa. (Z kolei Publo
zdołał znienacka pokonać Pewnego Gościa - ale tylko dlatego, że oszukiwał,
drań jeden! ;-) - PG) Po przeniesieniu do sali imprezowej zatrważającej
ilości stołów i ławek sportowa część dnia ograniczyła się tylko do
ping-ponga ustępując pola części muzycznej.
Publo
okazał się całkiem niezłym gitarzystą, a jego gitara okazała się całkiem
nieźle brzmieć, niebawem więc część stołu utonęła w dźwiękach
piosenek Hey`a, Pidżamy i pokrewnych - wyglądało to zupełnie jak oaza. (A
tonacja, w której była nastrojona gitara Publa, nie nadawała się do gry z
fletem, ech... - Donald). Swoje talenty gitarowe pokazał również
Gregorius, Rainman pokazał, że ostro się uczy, (Publo
pokazał, jak się zrywa struny i oaza znów pustynią się stała :( - Rainy)
zaś Caleb pokazał, że prędzej w Poznaniu uda się jakiś zjazd, niż on
nauczy się na gitarze czegokolwiek. Jego interpretacje znanych utworów znalazły
jednak kilku pokładających się na krzesłach ze śmiechu fanów. Równie
wielu zwolenników miała gra w tenisa stołowego bele czym, w praktyce sierpem
a potem gitarą. Trudno było tylko powiedzieć, kto wygrał. (Popularność
zdobyła również lokalna mutacja pingponga, polegająca na tym, że punkty
zdobywa się trafiając w puszkę po piwie ustawioną na środku połowy
przeciwnika. Grało się fajnie, ale Qn'ik miał za długie kopyta i bez
problemu zdejmował ową puszkę ze stołu tuż przed kontaktem z piłeczką.
Oszukiwaciel jeden! :) - Gregorius).
Z sąsiedniej sali dobiegły nas wtem dźwięki piosenki z Różowej Pantery, granej na pianinie. Oazowicze, ping-pongiści i ci spokojnie palący papierosy lub sączący piwko, zbiegli się jak jeden mąż, aby podziwiać kunszt pianistyczny Evolvy. A ta kunszt miała nie byle jaki - uraczyła nas między innymi Chopinem. Nad pianinem szybko zawiązała się orkiestra AeMowców, złozona z: Publa na gitarze, Ciastka (udającego że gra) na harmonijce, Donalda na flecie i oczywiście pianistki. Orkiestra zagrała jeden utwór po czym uległa samorozwiązaniu, nie wykluczając jednak możliwości reaktywacji. Niektórym zamarzyły się sztandarowe na zjazdach piosenki Kultu z akompaniamentem pianina, nie było jednak pod ręką tabulatur, a próba Evolvy grania z gitarowych zakończyła się połowicznym albo nawet ćwiartkowym sukcesem - zaśpiewaliśmy część "Arahji". Nie zrażeni niepowodzeniem Trzej Tenorzy wspomagani przez pozostałe grono wyryczeli zestaw, bez którego nie istnieje żadna porządna zjazdowa posiadówa. Przed północą grupa reprezentatywna wyruszyła na spotkanie z Ceeebulą, którego trzeba było dostarczyć z dworca PKP. Doprawdy, geneza jego ksywki jest powalająca, ale może lepiej niech będzie to przykryte mgiełką tajemnicy ;)
Grubo po północy
do odebrania z dworca pozostawał Pan Nikt. Żaden z imprezujących nie wiedział
kim jest ów gość o tajemniczej ksywie. (Ja wiem! The
truth is out there!! - Lenny) Delegacja najbardziej ciekawych wychodząc
na dworzec zderzyła się w drzwiach z delegacją portierów do nas, proszących,
a właściwie żądających skończenia imprezy, przypominających nam istnienie
ciszy nocnej i informujących że goście akademika, wśród których są również
matki z małymi dziećmi, właśnie zaczynają się budzić i alarmować. (Pozdrowienia
dla ładnej pani portierki, z którą to targowałem się o dokumenty :) -
Gregorius) (Przeciwnie! Na stos z wszystkimi
portierami i nadwrażliwymi mieszkańcami pospołu! Przerwanie imprezy Action
Maga krwi wymaga!!! - Donald) Stwierdzili poza
tym, ze nie można normalnie korzystać z łazienki. Faktycznie, będąc w
damskiej ubikacji kilka osób spotkało trzęsące się jakby na wietrze Drz3wo,
walczące z ostatecznym zwaleniem się na ziemię, z powykręcanymi dość bezładnie
gałęziami, ale za kilka chwil już go tam nie było, a zresztą sąsiednia
ubikacja stała wolna a inne czekały na chętnych na każdym piętrze [V:
sęk w tym, że Drz3wo padł jak bela i był sztywny jak kłoda
mimo iż to chłop silny niczym dąb :P] [E
tam. On się najzwyczajniej w świecie urżnął. - Q]. Ostatecznie sprawę
udało się załatwić ugodowo - pozwolono nam zostać w drugiej sali, za zamkniętymi
drzwiami i bez śpiewów. (A ile ja się musiałem nagadać,
żeby pozwolono nam tyle siedzieć - LeX) W tym czasie Ciastek, sZakOOu,
Union, Tina i Donald prowadzili właśnie Pana Nikta na miejsce. Był on tak zmęczony,
że od razu położył się spać, na chwilę tylko pokazując się wszystkim
zebranym. Po jego wyjściu rozpoczęła się jedna z najatrakcyjniejszych części
każdej imprezy, nazywana potocznie zgonem. Obwieściło go Epitafium na pięć
gardeł i monolog gitarowo-śpiewano-mówiony Ciastka, (Moim
zdaniem był to tylko cień [45-minutowy - UJ] legendarnego
fristajla z Rzeszowa. Marny cień. Za to fajnie Ciachu wyglądał z sierpem na głowie.
Takie futurystyczne dredy miał. - Donald) a ostatnie wątpliwości czy
to już, rozwiał powrót Caleba do gitary. Potem rozpoczęła się seria zgonów
personalnych. Jako pierwszy w objęcia Murzyna w czarnym płaszczu i okularach
wpadł Rainman, po czym dość szybko dowiedział się, że w tym roku nie
wystawia się pisemnych "aktów zgona" - z miłego matriksa wyrwał go
kubek zimnej wody. (a w dawnych Chinach takie niedawanie
denatowi spać było powszechnie stosowaną na więźniach torturą. Tak tak,
doniosę o tym kolesiom od Praw Człowieka i ONZ zamknie AMaga. Zobaczycie! -
Rain) Za moment, niebaczny losu kolegi, w jego ślady poszedł Caleb a za
nim Ghall. Wśród pewnych kręgów wzbierała ochota aby oblać zOsię, ta
jednak twardo się broniła. Wszystkich pobił jednak T#M, który, choć
zwodowany trzy razy, w dalszym ciągu spał snem iście kamiennym. Cyborg nie człowiek!
Huczną że hej zabawę skończyliśmy około tradycyjnej siódmej.
BURZA - REAKTYWACJA - 17.07.
Skoro tylko na
niebie pojawiła się jutrzenka, położyliśmy się spać, a śpiwory, kołdry
czy też inne nakrycia, zrzuciliśmy z siebie o poranku późnym nawet jak na
standardy wrocławskie. Vene podzieliła się z ekipą z Szewskiej wiadomością,
że Pan Nikt, przyzywany pilnym sms-em z domu, musiał doń wracać i dziękuje
nam za imprezę. Proponuję zgłosić jego kandydaturę do nagrody "Ksywa
najlepiej charakteryzująca właściciela". Trzy odłamy zjazdowiczów
wpadły na siebie (prawie w komplecie) w Misz Maszu, barze, który wydarł
Misiowi miano jadłodajni AMagowców. Na widok dużych zestawów obiadowych złożonych
ze smakowicie wyglądających sznycelków czy gyrosu, frytek i sałatek, a
tanich jak barszcz, niedźwiadek ze swoimi pierogami czy fasolką a`la
leczo (a może odwrotnie), powinien schować się w najbliższe chaszcze.
Przynajmniej na chwilę, zanim część osób, wiedziona sentymentem czy też
pomna faktu, że obie knajpy to zupełnie inna jakość, na powrót zacznie się
u niego stołować. Najedzeni i szczęśliwi uderzyliśmy na rynek aby wyciągnąć
się na bruku w pełnym słońcu, rozłożyć ręce i zaśpiewać "Always
look on the bright side of life" (grupa alternatywna ze swoim mentorem -
Pewnym Gościem, wrednie się wyłamała...). Nie trwało to długo, gdyż po głowach
chodził nam już od kilku dni kolejny godny zjazdu pomysł - zrobić zdjęcie
na okładkę najnowszego Action Maga. W tym celu Maciek i parę innych osób udało
się na wieżę stojącej nieopodal rynku katedry, reszta zaś poczłapała na
plac pod nią, aby za chwilę, wśród śmiechów i okrzyków sterujących, ułożyć
z siebie samych kombinację liczb "68". Jedenastu chłopa, leżąc i
starając się przybrać kształty jak najbardziej wypukłe dla zachowania
krzywizn w obu cyfrach ("Wypnij dupę!" - Ghall) (nie,
to było coś w stylu "Lex, chcę zobaczyć twoje pośladki! O, oooo,
jeszcze... Ooooooo, pięknie!", a ja leżałem tuż przy nim, brrrr... ;) -
Rain) [Ghall: No bo chciałem zobaczyć. Taki już
jestem :)], wysłuchało ognistej kłótni Anglików spierających się o
to, co też właściwie przedstawiają (It`s 68! No! It`s 89!!) (No,
it's 69! - G.) (Chciałbyś... poczekaj do następnego
numeru, Maciek wymyśli do niego pewnikiem fajną okładkę ;) - Donald)
(Były
i koncepcje, że to protest przeciwko szczytom G8 :D - Lenny). Po
otrzymaniu cynku, że choreografia została już zarejestrowana, aemowcy przenieśli
się pod fontannę, powtórzyć całą operację i dodatkowo opanować kombinację
"AM". Reakcje przechodniów były różne, acz przewidywalne - pewien
pan zapytał co z siebie układaliśmy, pewna pani orzekła ex cathedra, że
"pieski sikają, a oni leżą" [A karawana leży
dalej :) - UJ], a pewnych dwóch policjantów przez chwilę nieśmiało
się przyglądało, po czym wykonali tajemniczy telefon, a po chwili bocznymi
uliczkami chyłkiem przemknęła niebieska furgonetka. Po akcji układania
figur poprosiliśmy zOsię, a później i Evolvę, o potrzymanie kartki z żółtym
[V: zielonym!!!] napisem "AM", po czym
Maciek pstryknął im jeszcze kilka zdjęć z rodzaju tych reprezentujących
naszego maga na zewnątrz. Lansować się trzeba, a co! (a
pewnie! już niedługo w sprzedaży pojawią się promocyjne koszulki z zOsią!
a takie gadżety jak kubki, podkładki pod mysz, długopisy, naszywki na plecak
i dzwonki na komórkę - wszystko z zOsią - będą zaraz potem ;)) - Rainman)
Zmęczeni kolejnym nagłym wzrostem popularności,
udaliśmy się pobłaznować do miejsca, w którym liczba patrzących i
podziwiających będzie mniejsza. Przedtem jednak pożegnaliśmy się z Publem,
który, miejmy nadzieję, zaopatrzony w niezbędną na temat organizowania zjazdów
wiedzę, odjechał ku Poznaniowi. Reszta zaś towarzystwa podążyła w stronę
spokojnego Ostrowa Tumskiego, aby odstawić chill-out na trawie. Okazało się
jednak, że podczas zjazdu energia która nas rozpiera jest nie-sa-mo-wi-ta!! Całe
szacowne grono zwaliło więc gruchę (po uprzednim zerwaniu jej z drzewa przez
komitet dwóch najbardziej zasłużonych w tej dziedzinie AMagowców - Donalda i
Phnoma) [Biblia wg AM przedstawia: Adam i Dawid, czyli
wygnanie z raju ;) - UJ] [Ghall: Homoraju :)].
Największym zaangażowaniem i poświęceniem wykazała się przy tym Evolva, a
potraktowana przez nią grucha nie wytrzymała już potem długo. Delikatny jak
młot pneumatyczny Rainman potraktował ją butem (gruchę, nie Evolvę :)).
Kolejną atrakcją, jaką zgotowaliśmy nielicznym obecnym, był polonez na trzy
pary, do którego zerwali się: Donald z Qn`iem, niezmordowany Ghall z Phnomem i
LeX z Lennym. (Pewien pan widząc tak dobrze sparzone
męskie grono, spytał, czy to Parada Równości - PP) [Ghall:
Nie, Homopolonez :)]
Wieczorową porą miało na nas czekać patio, które w swojej knajpie zarezerwował jakoby nasz przyjaciel Adiamo. O rezerwacji - jak i o przyjaźni - musiał chyba zapomnieć krótko po rozstaniu z nami, bowiem nic takiego na nas nie czekało. Klub "Od zmierzchu do świtu" przywitał nas kartką na drzwiach głoszącą, że jest czynny od czwartku do niedzieli, a jako że była przecież niedziela, doszliśmy do jedynego słusznego wniosku, że knajpa otwiera swoje podwoje od czwartkowego zmierzchu do niedzielnego świtu. W swoje progi przyjęła zbłąkanych znowu Piwnica Świdnicka. Dekadenci niepostrzeżenie oddalili się w kierunku meliny na Szczepińskiej, aby oddać się rozkosznemu dołowaniu, a do ratusza wpadli dopiero po pewnym czasie, gdy w nierozerwalnej, jakby się zdawało, ekipie, dojrzewała secesja. Po kilku piwach kelner przyniósł łyżki oraz serwetki i położył je przed Lennym i LeXem, pozostali zareagowali na to okrzykami "A wy co robicie burżuje?", lecz oskarżeni milczeli, wiedzieli bowiem, iż każde słowo może zostać użyte przeciwko nim. Po chwili przyniesiony został dowód rzeczowy - chleb z żurkiem w środku. Żur ten został skonsumowany przez oskarżonych, lecz chleby zostały sprawdzone przez pozostałych, by w ten sposób ukarać żarłoków.
Niedzielnego wieczora musiała się z nami
niestety pożegnać zOsia. (Buuu... - Donald). W
rezultacie rozłamu część osób, w tym wszystkie elfy, które tej nocy poczuły
silny zew pląsania, zmieniła lokal na bardziej rozrywkowy, część zaś, to
jest dekadenci i kilku innych, którym zdawało się, że wytrzymają
imprezowanie z nimi, na taki, w którym podają tańszą wódkę. Gdy opuszczali
już rynek, znienacka dogoniły ich elfy. Już razem kupili ciężką baterię
dział zwalająco - gnębiących i bezpiecznie przybili do mety na Szczepińskiej.
Tam zaś działy się sceny dantejskie - przy coraz bardziej upiornej muzyce
towarzystwo stopniowo pogłębiało się w oparach absurdu. W umywalce nie
wiadomo skąd wykwitł żur, a elfy zaczęły padać jak muchy. Naprawdę żal
było patrzeć jak te wspaniałe, delikatne, piękne, wiotkie istoty idą śmiertelnie
blade nieswoim krokiem w kierunku łazienki, skąd po chwili wracają, aby po
jeszcze jednej chwili znów tam być. (A rano okazało się,
że te elfy, o zgrozo, śpią ze mną w jednym łóżku! ;) - Gregorius).
I Impreza zakończyła się w paroksyzmie okaleczonego freestyle`a Donalda, z
Oleksym i postmodernistycznym Jezusem ukrzyżowanym za ramiona i zakokonionym do
połowy w roli głównej, sandałem rzuconym przez Ciastka w roli drugoplanowej
i rozpaczliwym wykonaniem bluesa. O czwartej nad ranem. Ostatnia część
zjazdowiczów drogę do akademika (przez sklep) uprzyjemniała sobie pieśnią
chwalebną "Kumba Ya", która była śpiewana nieprzerwanie. Pewien Gość,
mimo darcia mu się prosto w uszy, nie raczył się przyłączyć. Powiedział
jednak - w końcu - więcej niż dwa słowa, zapewne na odczepnego (Niestety,
cenzura nie przepuści tych słów :P - Lenny) (W
wolnym tłumaczeniu z łaciny, brzmi to mniej więcej: oni są niesamowici - LeX).
Po przybyciu do akademika duża część osób powracających jako ostatni,
stwierdziła, iż godzina jest jeszcze zbyt młoda na sen. Rozmawiano więc
przez czas pewien, lecz później zechcieliśmy lepiej poznać Ceeebulę.
Niestety w pokoju jego była tylko Evolva (Ceeebula
dekadencił się w tym czasie w towarzystwie żuru, postmodernistycznego
Chrystusa, chwiejących się niczym drzewa na wietrze elfów i trzech halb - PP),
więc ponownie odśpiewano rytualnie pieśń "Kumba Ya". Gdy Evolva już
się obudziła zaczęto Sesję RPG, a nie było to zwykłe RPG tylko AGD RPG, w
którym każdy był jednym z artykułów gospodarstwa domowego. Po zakończeniu
sesji otwierano delikatesy całodobowe nieopodal akademika, więc wybrano się
na zakupy, by zjeść coś na śniadanio-kolację. Posilona grupa mieszkańców
akademika udała się do łóżek około dziewiątej w nocy.
POBOJOWISKO - 18.07. do godziny ok. 17
Frakcja z Szewskiej rozpoczęła dzień od odbijania piłki plażowej w drodze na rynek. Następnie, w ocienionym miejscu ustawiony został Hiper Mega Super Ober Ekstra Giga Meta Czakram [V: w Kaczuszki], do którego z zapałem rozpoczęliśmy medytacje. Grupa akademikowa, zasilona przez Jacka Stojanowskiego i Wundżuna, którzy przyjechali z północy, udała się na zwiedzanie redakcji CD-Action, potem zaś nastąpiło totalne rozprężenie. Kto wie, może po trzech dniach nieustannego dokazywania następuje zmęczenie materiału i musi bezwzględnie nastąpić odpoczynek? W każdym razie zjazdowicze chodzili po mieście w kilku swawolnych kupach i wpadali na siebie dość przypadkowo. Punktem programu, który spoił prawie wszystkich w jedną całość, było spotkanie z MacAbrą. Smuggler, zawalony obowiązkami, niestety nie mógł tego dnia wypić z AMagowcami piwa. Na moment zawitał do nas także Kriis z dwoma kolegami, wcześniej zaś, jeszcze przed przywitaniem MacAbry, odjechała Evolva. (Gregorius też odjechał. Obudziwszy się rano, udałem się do sklepu w towarzystwie tych, co mniej zwłoki przypominali po nocnych ekscesach i kupiłem sobie parówki, które to stanowiły pretekst dla późniejszych, egzystencjalnych dywagacji: gotować w osłonkach, czy może bez? Również w towarzystwie powyższych [w tym wszystkich elfów :) - UJ] (osób, nie parówek) udałem się na dworzec, gdzie wyściskany i zaopatrzony w picie przez wszystkich obecnych, wsiadłem do pociągu. Bynajmniej nie byle jakiego. A odjeżdżając z Wrocławia zanuciłem sobie piosenkę Kazika "Ja tu jeszcze wrócę". Jak się okazało nazajutrz, prorocze to słowa były... :) - Gregorius).
BURZA MÓZGÓW - 18.07, od godziny 17
Dotarłszy do Tequilli zaczęliśmy naturalnie zestawiać ze sobą stoły, co spotkało się z oburzeniem pani kelnerki, która zapytała, dlaczego to robimy. Poinformowana zwróciła nam uwagę, że trzeba było wcześniej zapytać. Gdy dowiedziała się, że jest nas około trzydzieścioro, zrezygnowana westchnęła: "Jak ja was obsłużę...", po czym ułatwiła sobie owo trudne zadanie podając piwo tylko pełnoletnim. (Spaliiiiiiiiiiiić! Z portierami pospołu!!! - Donald) (Mnie, Lenny`ego i Jaccobbo nie pytano o dowód - LeX) Niemrawe wrażenie zostało całkowicie zatarte, gdy MacAbra na dobre się rozgadał. Podczas parugodzinnej monologo-dyskusji jak co roku pokazał, że jest człowiekiem tak samo zakręconym, jak inteligentnym. Szkoda tylko braku Smugglera, gdyż na pewno bylibyśmy świadkami morderczego pojedynku na anegdoty i żarty. Gdy już mieliśmy wychodzić, pojawił się dobrze nam znany Dziad, pozbierał na tacę, po czym pod czujnym okiem pani Traktującej Świat Z Wysoka kelnerki, przywróciliśmy stołom ich poprzednie pozycje.
Ciąg dalszy
brainstormingu nastąpił w akademiku, podczas imprezy, niestety o wiele
bardziej cichej niż jej wybuchowa poprzedniczka. Z jednym aczkolwiek,
wybuchowym akcentem - w pewnym momencie na stołach pojawił się niewiadomego
pochodzenia biały proszek, który zaczęliśmy wciągać i smakować.
Najbardziej przypadł do gustu Tinie - wchłonęła go dość dużą ilość - i
Ghallowi, (i mi! :)) - Rainman) amatorowi cukru z
rynku, który na jego widok zrobił diable oczy i takie mu już zostały po
wprowadzeniu [Ghall: Zdycham! :)]. Z rozmowy o
wszystkim wyłonił się po pewnym czasie temat przewodni - polityka. Spora
grupa osób nie wytrzymała Calebowych dywagacji o Cimoszewiczu i Unionowsko -
Qn`ikowo - Drzewiastej wymiany zdań na temat polityki światowej i zrejterowała
do sali obok, gdzie z ulgą oddała się deliberacjom na temat niczego, programu
"Nie do wiary", niczego, programu "Hot Dates" i niczego. Kto
to słyszał żeby AMagowcy plamili zjazd rozmowami o polityce...
[Jeśli ktoś nie słyszał, to ja chętnie opowiem :)) - UJ] (bez
przesady, ja tam np. na studiach nie mam telewizji i chyba z rok nie widziałem
transmisji z sejmu, dlatego też słuchało mi się ich całkiem przyjemnie; i
tak dowiedziałem się, cóż się przez ten czas u nas w kraju wydarzyło i to
od razu z mondrym a yntelygentnym komentarzem. :)) R.) W drodze powrotnej
frakcja z Szewskiej poczyniła na rynku ciekawe odkrycie - znaleźliśmy Miejsce
Wielkiej Wagi.
BURZA... ATMOSFERYCZNA - 19.07, do godziny ok. 18
Rozprężenie trwało na dobre i piątego dnia. Frakcja akademikowa sprawdzała pociągi, powoli już myśląc o powrocie, Jacek z Wundżunem zwiedzali Wrocław na własną rękę, dekadenci zaś zrobili sobie chyba poprzedniej nocy odpoczynek od ciężkich wrażeń. Gdy wszyscy jeszcze spali, w drogę powrotną wyruszył sZakOOu, nie mając czasu się pożegnać, gdyż nie zdążyłby na pociąg. Skutkiem tego, że wyjechał w środku nocy, był brak świty towarzyszącej mu w drodze do dworca. Około południa większa grupa ruszyła na zwiedzanie ogrodu botanicznego (poszedł nawet Pewien Gość, nie chcąc się wyłamywać, co dowodzi faktu, że rozprężenie zahaczyło momentami nawet o degrengoladę), w którym to doszła ich wiadomość, że Caleb i Greg dostali się na dziennikarstwo. Wiadomość była to zaiste wspaniała, a jako że Ghall i Camilo od października również zaczynają studia we Wrocławiu, a sZakOOu je kontynuuje, wkrótce będziemy tam mieć zjazd ciągły :) [A my też - Poznań :)] [V: ROTFL ;)] Wrocławski ogród botaniczny jest duży, a czas, jaki spędziliśmy na jego ścieżkach w pełni wystarczył na załamanie pogody. I oto w pobliżu palmiarni na gorące głowy zjazdowiczów lunął rzęsisty deszcz. Parę osób wykorzystało przymusową przerwę w zwiedzaniu na zakup czegoś do jedzenia. Trochę nudzący się LeX rzucił w kierunku patrzących na nas kilku gołębi i wróbli cały wierzch bułki. W następnym momencie rozpętało się pandemonium. Ptaki zaczęły kotłować się koło bułki, która zmieniała właściciela średnio co pół sekundy. Gdy dopadł jej jakiś gołąb, zaczynał odstraszać kolegów machając skrzydłami i zapominając o zdobyczy, co skrzętnie wykorzystywały wróble, usiłując odsunąć wielgachną bułę jak najdalej od swoich nieco większych kumpli. Boki zrywaliśmy oglądając malizny targające za sobą łup tak wielki jak one same, albo i większy. Wszystkie małe cwaniaki miały podobną taktykę walki i to one ostatecznie wygrały - gdy obdziobana ze wszystkich stron bułka zrobiła się już bardzo mała, wróbel - kamikaze w mgnieniu oka zanurkował z drzewa, wyrównał tuż przy ziemi, niemalże wyrwał ją z dzioba gołębia i poleciał, unosząc zdobycz poza wszelki zasięg. Co przyjęliśmy honorową salwą śmiechu. (a myślałby kto, że ogród botaniczny nie potrafi dostarczyć większych atrakcji - PG)
CISZA PO BURZY - 19.07, po godzinie 18
Wieczorem otrąbiono spotkanie na rynku. Paru osobom kończyły się pieniądze i nie za bardzo chcieli przyjść, jednak koniec końców w Piwnicy Świdnickiej zjawił się komplet, wraz ze ściągniętymi z Empika nałogowo w nim przebywającymi PMG, Citizenem i Drz3wem. Zresztą, spróbowałoby kogoś nie być na spotkaniu kończącym zjazd... W sali rajców zrobiliśmy sobie sesję zdjęciową przy świecach, a Caleb udowodnił wszystkim swoją miłość do ptaków. Wytulony przez niego kaczor (a może gęsior), został następnie wyposażony w gustowny kapelusik i kolorowy, nieco kanciasty szal. [Tu trzeba rzecz wyjaśnić. Zbadany przez Qn'ika, Uniona, Rainmana i Tinę ptasior okazał się nie być ani kaczorem, ani gęsiorem, a zwykłą Kaczką Dziennikarską. Będącą, jak się okazało, całkiem zmyślnym tematem do rozmowy z gruntu Psychologii Ptactwa :) - UJ]
Przyszła pora na
nocne zwiedzanie Wrocławia. Rozpoczęliśmy je od kontemplacji skrzydeł anioła
z pomnika Ofiar Katynia. Ghall dopatrzył się w nim podobieństwa do narciarza [No
niestety. Trzeba uważniej stawiać pomniki - UJ]. Następnie Maciek
mniej znanymi ścieżkami zaprowadził nas na Ostrów. Podczas tego przemarszu w
głowach niektórych z nas urodził się ciekawe plany co do dalszej części
wakacji. Podczas trasy wiodącej przez most, a następnie przy pięknie oświetlonym
budynku przypominającym węgierski parlament, Ghall zobaczył postument, który
pozwolił mu zapomnieć o tym, ze niestety nie spotkał się z Lucyferią [Ghall:
Rzeźba miała jeden cycuszek, ale za to bardzo fajny :p]. Momentalnie
zawarł z nim bliższą znajomość z trzech stron. Nieco wcześniej Caleb wywarł
zemstę na Lechu Kaczyńskim. Spoczęliśmy przy Pomniku Cynizmu Wrocławskiego,
który przedstawia kozę, dwie świnie, królika, koguta i kaczkę, a podpisany
jest "Pamięci zwierząt rzeźnych - konsumenci". Coś na kształt
Jeremiego Wiśniowieckiego wystawiającego pomnik ludności Ukrainy. Tutaj już
nie tylko Caleb dał się poznać jako wielbiciel wszystkiego co czworonożne,
rogate i pierzaste - wielu z nas obściskało biedne zwierzątka. A potem
bezpardonowo na nich zasiedliśmy.
Powrót na rynek i znów a-ram-cam-cam, odtańczone w Miejscu Wielkiej Wagi. "Za dziesięć lat zatańczymy dookoła rynku" - orzekł Qń. Trzymamy go za słowo. Usiedliśmy na ławkach na Świdnickiej, w tym samym miejscu, gdzie rok wcześniej kończył się drugi zjazd. Do zjazdowiczów zaczęło z wolna docierać, że oto nadszedł koniec pijac... eee... szaleństwa i trzeba pójść się wyspać, aby następnego ranka być gotowym na podróż do domu. Pożegnaliśmy się więc metodą każdy-z-każdym, po czym trzy frakcje poszły w swoją stronę.
EPITAFIUM - 20.07, w nocy
O godzinie dziesiątej, co stanowi
środek nocy, ekipa z akademika zbudziła się i po wymeldowaniu rozpoczęła
marsz do pociągu. Do trzynastej nie było już we Wrocławiu nikogo poza
autochtonami. Siedmioosobowa grupa zjazdowiczów miała jeszcze szczęście
wracać tym samym pociągiem, a ostatecznie rozwiązała się w okolicach
Katowic (Pozdrawiam cały przedział, w którym miałem
przyjemność siedzieć - LeX). W ten sposób rozpoczęło się
oczekiwanie na Czwarty Ogólnopolski Zjazd Action Maga, który w okolicach połowy
lipca roku 2006 odbędzie się we Wrocławiu,
w Pradze ;) [V: gdzie tam, w Dublinie] a na
który zapraszam już teraz. Mam nadzieję, że jestem pierwszy.
Podpisano:
Narrator chcący być wszechwiedzący, w trzech osobach.
CAST (in order of appearance):
Placeq, Donald, Caleb, Ghall, Camilo, Phnom Penh, Gregorius, Qn`ik, Vene, LeX, Firzen, Jaccobo84, Citizen Paul, Drz3wo, Vrok, PMG, Lenny, sZakOOu, T#M, Evolva, Sato, Pewien Gość, UnionJack, Publo, Tina, Ula, Rainman, zOsia, Ceeebula, Jacek Stojanowski, Wundżun, MacAbra, Kriis
CAST (in order of disappearance):
Juzef, Gwizdon, Pan Nikt
PATRONAT DUCHOWY:
SLY (dla wszystkich), Lucyferia (dla Ghalla)
PONADTO UDZIAŁ WZIĘLI:
Policja, Straż Miejska, Pani Ewa, Adiamo, kELNERKA z Tequilli, szkoła chrześcijańska, wróble i gołębie z ogrodu botanicznego
PRyWAta:
Gregorius: Trochę prywaty na koniec.
Dzięki ludziska za świetną zabawę! Dawno tak się nie wybawiłem. Naładowałem
akumulatory tak, że śmiało starczyłoby dla jeszcze jednego AMagowca... I
starczyło, jak słowo daję! ;D Pozdrowienia dla wszystkich i do zobaczenia na
Przystanku Woodstock lub na następnym zjeździe!
Donald: Bawić się, bawić się, BAWIĆ SIĘ!!! I niech zjazdowego orgazmu nie zakłóci żadna - pfe - myśl!!! W życiu nie wybawiłem się tak, jak na tym zjeździe. Tym większa rasdocha, ze pomysły z układaniem figur z ludzi i bieganiem dookoła Fredry były moje :D A na następnym wybawię się jeszcze bardziej. Przeciągniemy Fredrę pod akademik na ten przykład. Miło było poznać tak wielkie masy ludzi, które maczały palce w AeMie. Choć mam pewne zastrzeżenia co do niektórych z nich. Jak przyjeżdżacie na zjazd, to moim skromnym zdaniem macie szaleć :) LENNY!!! Kiedy przyjechałeś???
sZakOOu:
Chciałbym podziękować Qn'ikowi, że mogłem się znaleźć na "spędzie".
Było to fantastyczne uwieńczenie mojej siedmioletniej przygody z CD-Action. A
ostatnie siedem lat mojego życia było naprawdę burzliwe i cieszę się, że
to właśnie z tym czasopismem dojrzewałem, uczyłem się a także spędzałem
wolne chwile na graniu. Cieszę się, że miałem okazję pisać swego czasu do
Action Maga. Cieszę się po tylu latach miałem okazję poznać osoby stojące
za CDA i AM. Jest to dobry moment na zamknięcie pewnego etapu w moim życiu.
Dzięki ludziom ze zjazdu, odkryłem zupełnie nowe rzeczy, jakie można robić
we Wrocławiu. Nigdy bym siebie nie podejrzewał o robienie TAKICH rzeczy w
miejscu publicznym, jak i miejscach mniej publicznych, jak np. sesja RPG AGD w
akademiku do rana. Dziękuję Wam kochani!
Lenny: Miło było znów porobić, w tak krótkim
czasie tyle głupich, dziwnych, abstrakcyjnych i zwariowanych rzeczy na raz. Żurek
był naprawdę dobry, Fredro nieco sztywny, Adiamo gadatliwy, co tu trzeba więcej
mówić? Kto był, wie. Kto nie był, niech żałuje. Mam nadzieję że wkrótce
znów się spotkamy, zwiększając jednocześnie liczbę zabawnych i zakręconych
czynności na rynku.
Donaldzie- Wpadłem na chwilę! :)
Publo:
Już w ubiegłym roku miałem wielką ochotę pojechać do Wrocławia, aby spędzić
te kilka szalonych i miłych chwil. Niestety się nie udało, ale nadrobiłem
teraz - za co jestem wdzięczny wszystkim począwszy od Maćka i Uli (WO :P),
przez zjazdowiczów, a kończąc na pani Ewie tkajacej gobeliny :P Mimo, że byłem
tylko 3 dni to i tak jestem bardzo zadowolony - a impreza muzyczna w sobotę była
- nie da się ukryć - rewelacyjna :) Warto tam jechać, warto ich poznać,
warto spędzić ten czas z Action Magowcami, hej! :)
UnionJack: No i ja :) Muszę rzec, że oba zjazdy - i ten towarzyszący, i ten prawdziwy ;) - były niesamowicie udane. Wrocław, trzeba przyznać, już drugi raz przywrócił mi wiarę we własną nienormalność :) Za tę to wiarę oraz za cholernie fajne kilka dni spędzone w cholernie fajnym towarzystwie - wielkie Wam dzięki. Do zobaczenia za niedługo! :)
LeX: Tak, zlot uważam za udany. Zabawa byla przednia, wszyscy wspaniale się bawili, niektórzy ze zjazdowiczów posiedli umiejętność milczenia w najśmieszniejszych sytuacjach, lecz z pewnością w głębi serca się śmiali. Najlepiej bawiłem się z osobami z mojego pokoju (z przymusu? ;-) ) oraz z osobami, które mają tak samo idiotyczne poczucie humoru jak ja - Donald i Lenny (wspaniali partnerzy do tanca). Ja zapraszam Was do siedzenia w domu podczas kolejnego Zlotu Wielkopolskiego i do zobaczenia za rok.
Phnom: Ja też się ubawiłem po pachy podczas kolejnego z tych fleszmobów zwanych zjazdami Action Maga. Paru rzeczy nie zapomnę do końca życia, m.in. tańca brzucha w wykonaniu Ghalla, gromadnego walenia gruchy, Sylwestra w środku lipca, mate pokoju czy Donaldowego freestyle'a. Kto nie był, niech żałuje! Brawa dla Wielkiej Organizatorki Uli!
Jaccobo84: Chciałbym wszystkim
uczestnikom zjazdu serdecznie podziękować za wspaniałą przyjacielską,
zjazdową atmosferę. Dziękuje wam za to jak mnie przyjęliście, za wspólne
rozmowy, zabawy i wygłupy. Z jednymi bardziej się zintegrowałem (patrz ekipa
z akademika) z innymi mniej, ale i tak wszyscy zapadną w mej pamięci. Mam
nadzieje że w przyszłym roku będę mógł znowu się z wami spotkać, jeszcze
raz dzięki wam za te 5 dni (nocy) to były moje najwspanialsze wakacje w ciągu
ostatnich paru lat.
Dziękuję Kochani, do zobaczenia za rok, pozdrawiam - Jaccobo.
Vene: Łezka
się w oku kręci, gdy czytam tę relację. Fajnie było i szkoda, że tak krótko.
Kto wie, może w przyszłym roku zmienimy miejsce zjazdu na tereny bardziej
nadmorskie? A może górskie? Jeziorne? A może znów spotkamy się pod starym,
dobrym Hrabią Alexem? Zdecydowanie, Wrocław to miasto Action Maga, a ja jestem
wspaniałą organizatorką ;)
Dzięki wielkie, żeście znów przyjechali - to do starych wyjadaczy. Dzięki
wielkie, żeście się odważyli przyjechać po raz pierwszy i, mam nadzieję,
nie ostatni - to do nowicjuszy. Tradycyjnie - DO ZOBACZENIA ZA ROK, A MOŻE
SZYBCIEJ!
Ghallerian: Dziękuję zboczuchy :) Z Wami zawsze mogę kłaść się na rynku i śpiewać. No i oczywiście będę zawsze tańczył taniec brzucha... dla tych, którzy tylko poproszą :P :*
Qn`ik: Krótko – dziękuję! :)