Ostra zajawka


Jest sobota, godzina 22:30, powinienem już dawno spać, ale ja nie chce. Musze sie gdzieś wyrwać i wyszaleć. Jedyne co świeci w pokoju to radio. Właśnie leci moja ulubiona piosenka, ona mi mówi co mam robić, "Get up! Everybody's go to move their feet...". Postanowiłem, że wstane, ale co dalej? I w tej chwili wpadła mi do głowy pewna myśl. Wypiłem browara i zapaliłem, sprintem do garażu i odpalam. Tak, piękny odgłos silnika, świeżo wyremontowanego motorku. Wyjeżdżam garazu i otwieram brame, nagle znalazłem się jakieś półtora kilometra od domu. Czuje wiatr we włosach, przyspieszam, jade już ponad 150km/h. Wspaniałe uczucie, ciesze się że jeszcze żyje. Dobiłem do maksymalnej prędkości jade już 240km/h, ale to cały czas za wolno. Wbijam w jednokierunkową, daje na maksa, czuje sie wspaniale, a to co? Nagle widze przede mną pare świateł, jasna cholera, jade pod prąd. Tir sunie prosto na mnie a jego światła kończą sie w moich oczach, zaczynam sie śmiać, bo wiem że za chwile umre. Tylko dlaczego? Czy to miało sens? Nie chce umierać, chce mi sie płakać, błagać boga o litość, ale jednak cały czas sie śmieje. Czy to czuje człowiek, gdy wie że jego życie dobiega końca? Czy chce sie śmiać śmierci w oczy? Nagle moje rozmyśania się urywają i czuje tylko ból, to nic, zaraz nie będe nic czuł. Ten ból ustąpi, już ustępuje...