Niewykonalna zmiana głowy


Całe życie nic nie robiłem, tylko marzyłem o wolności. Topiłem się w płytkiej wodzie, myśląc o tym jak dobrze byłoby mi na powierzchni. Tak się topiłem, że sięgnąłem dna. Dna beznadziejności. Sam na własne życzenie zamknąłem się w więzieniu. Siedziałem tam i tak główkowałem jakby się wydostać. Poza tym to próbowałem jeszcze tworzyć. Jakieś rysunki. Zdania głupie. Piszczące głosy wiedźmy zza sztachety. Takie to było więzienie głupoty. Zapomniałem o tym, że klucz mam w kieszeni i nic mnie nie trzyma w celi. Umarłbym z pragnienia trzymając mordę w rzece, bo nie miałem siły pomyśleć, że przecież można by otworzyć usta. Albo raczej nie chciało mi się pomyśleć. Taki byłem.

Chciałem mieć przyjaciela. I jeszcze takiego robota z plastiku, że mu się głowa zmienia. Raz może mieć głowę jakiegoś rambo czy innego komandosa, a znowu drugi raz to może mieć głowę jaszczura. No, chciałem mieć takie coś, ale to kosztuje. Więc jednak chciałem mieć przyjaciela. Potrzebowałem sobie znaleźć kogoś kto byłby taki jak ja. Leniwy. Głupi. Bylibyśmy dwoma głupcami, którzy rozumieją się nawzajem, a których nikt inny nie rozumie. Nasyp mi płatków i nalej mleka! Zaraz wstanę, powywijam się na tym krzywym kiju i polecę do domu. Chyba.

Takiego kogoś nie znalazłem, sam też się zmieniłem. Zmieniłem sobie głowę. Stałem się taki, jakim chcieliby mieć mnie inni. Zacząłem zauważać to, czego nie widziałem przedtem. Przestałem mówić bez sensu i targać wywichrowaną peleryną po twarzy niewidzialnego orła. Coś mnie wzruszyło i ja wzruszyłem czymś. Tylko czym? Peleryną? Kto to są wiedźma zza sztachety i niewidzialny orzeł? I co do cholery robi ten klucz w mojej kieszeni?



Autor: Leniwiec
l.e.n@wp.pl