PLASTYCZNY SŁOWOTOK POGARDY

***

Popatrz tu teraz na mnie. Nie zniżaj mi teraz oczu. Bo ja teraz mówię. Bo ja teraz odkurzam siebie z przeszłości; w tej, a nie żadnej innej chwili, bo to dla mnie chwila odpowiednia, bo ja teraz jestem jak Feniks, bo teraz śmieję się, ja, Oschły, śmieję się z siebie jak ostatnia małpa, co uciekła z zoo. Co jej zrobili z klatki Alcatraz, skąd zresztą - no popatrz - zwiała, sam wiesz, jak Sean Connery i te sprawy, oglądałeś - powinieneś wiedzieć. Z klatki da się dużo zobaczyć. To niewiarygodne, że aż mi pęka przepona, że trzęsie się cała wersalka, a niech ją szlag trafi, bo i tak jest stara, jeszcze radziecka, ruska znaczy się, że to jest jakaś farsa, że dobrze, że nie widzę siebie w lustrze, bobym chyba umarł z rozpaczy, widząc naprzeciw stojącego trupa, nie wiedząc, czy to żywe mięso, a może tandetna dekoracja, nadmuchana tekturka, popatrz jaka śmieszna kurwa rzecz, tak stać i nie ma przebacz, już jadą z kostnicy, już mnie zabiera śmierć, bo po jaki gnój ja tu na świecie, ja niepotrzebny, jak gumowy wyrób made in Taywan, co się śmieje jakby miał gody, bo może to zwierzę przed lustrem, może to powinni zamknąć, w każdym razie psychiczny i już. Tu potrzebny tylko pluton egzekucyjny, co się ostatnio jeno obija, bo tu same świry, tam świry, tu świry, a dookoła same małpy. Cieszące się małpy, małpy w szkołach, małpy na ulicach, małpy w szaliczkach, małpy w spódniczkach, psychiczne małpy, małpy, co mają w oczach kurwiki. Wszędzie kurwa małpy! No tak, bezlitosna ewolucja efekt odwrotny, upadł człowiek, to są kurwa same małpy, pseudogoryle za trzy grosze, same nieokrzesańce, o mój Boże, panie Boże, małpa na małpie, zabieraj mnie stąd pan albo wydłub mi pan oczy, białka pan mi poharataj, ale żebym ja, Oschły, tego nie widział, tej grotestki, bo oczopląs gwarantowany, zresztą lepiej, żebym nie widział.

Bo ja tu właśnie krzyczę VETO. Bo trzeba zbadać tu tę sprawę, bo tak panowie być nie może, nie może być i basta. Wy łajdaki, którzy zbijacie bąki jakbyście byli Panami Świata, Bogami, kiedy wam bliżej do struktury pasożyta albo ameby, bardziej do tej drugiej, wy pachołki, plastikowe żołnierzyki, weźcie sprawę w swoje ręce, bo nie będą ludzie z małpami mieszkać, niech rozstrzelają, miernotę, i tak ledwo zipie, a niebawem wykituje, bo to widać po tej gębie, która mi tu wygląda, jakby ją ciągnęli po żwirowej ziemi gdzieś w irackim okopie, tak bezczelna, taka wybitnie zwierzęca, że tylko do rany przyłóż albo od razu zakop. Po prostu Oschły. Małpa - Oschły. Oschły - małpa. Oschły niedorozwój społeczny. Oschły - idiota, "Oschły!" i już wiadomo, że to nie brzmi dumnie, Oschły prosto od czubków, niereformowalny Oschły. To zabawne, doprawdy niezwykłe, ale nie - mimo wszystko jednak zabawne, mówić o rzeczach, o których wie się niewiele lub nie ma się żadnego pojęcia, to jakby uprawiać seks bez przyssawki, albo gorzej, nie wiedzieć po co przyssawka jest, czy ona sobie tam jest, bo być musi, czy nią kieruje wzniosły cel rozmnażania gatunku. Tak Oschły, puknij się ty w czółko, puknij się nie raz ani nie dwa, ty się pukaj w nie ciągle, aż ci się wreszcie polepszy.

Ponieważ jestem w szoku w tym, co teraz widzę, i myślę, czy to znów nie karmią mnie Matrixami, co by przypadkiem nie mam zwidów, dziur w mózgu, czy to nie sen, beznadziejny film, może jestem w piekle, może już umarłem, może to wariatkowo, daj Boże nie, może widzę wizję przyszłości, to nawet ma sens, bo widzę same małpy, olaboga, z tego da się wyżyć, interes otworzyć, przychodźcie ludzie, przychodźcie do mnie, chodźcie tu i płaćcie frajerzy, ja wam powiem, jaka z was będzie małpa, wszystko wam powiem, Oschły, wizjoner od siedmiu boleści, co nigdy nawet pogody nie potrafił przewidzieć.

Ponieważ teraz jestem w szoku wręcz podwójnym, nie mogę uwierzyć w te widoki, to musi być fatamorgana, a jak to nie jest fatamorgana, co mnie ją podają chujwiejak z Afryki, bo tu w końcu Polska i pół świata w linii prostej jakby nie patrzeć, to mnie od razu klinicznie na tamten świat ześlijcie, bezboleśnie, bo ja się bólem brzydzę, w każdym razie nieważne, bylebyście czasem puknęli w ten mój marmur z krzyżem, ty fajny Oschły chłopak byłeś, schizy miałeś jak nikt inny, ale frajerzyna to ty byłeś pierwsza klasa. A wiedziałem, a mówiłem tyle razy, ża dużo Oschły pijesz i już ci aparat mózgowy szaleje. Jezu!, zaczynam coś bredzić, seplenić, ratujcie mnie, policja, karetka, gazownia czy radio Maryja, najlepiej wszyscy naraz, bo ja tu widzę rozpacz i nędzę na mojej podłodze, na mojej wykładzinie prosto z ciepłych krajów, co przyleciała wraz ze stadem polskich biocianów, bo ja tu krew widzę, co za burdel, pobojowisko, jakby przeszła tędy polska husaria, na odsapkę wpieprzając importowane banany, demolując mi kuchnię przy okazji, za którą pani Żaneta, matka moja biologiczna, powie, co również mam przed oczami, że nie ma Oschły przebacz, ja wiem, że ty zawsze byłeś dziecko nietypowe, że ty się lubisz Oschły bawić, ale to już kurwa przesada i musimy się rozstać, na odchodne ani do widzenia, ani spierdalaj.

Bo gdy żem już otrząsnął się z szoku faza pierwsza, trzeźwiejszym okiem zanalizowawszy sytuację jak mnie uczyli metody działania liceum klasa druga czy tam trzecia, gdy mi się włączył mównik gadu-gadu, uwaga ludzie, słuchajcie mnie tu wszyscy, bo Oschły mówił będzie, przemówienie Oschłego do całego narodu, wy się nie patrzcie na innych, bo teraz to ja jestem ważny i mnie należy słuchać, z całego tego oburzenia małom się nie zabił, co za bezczelność tak leżeć na środku, ty, Natasza, ty mnie teraz kochaniutka słuchaj, bo ja powiem raz i już nie powtórzę, a jak coś się nie podoba to do widzenia, oglądałaś Małysza to skoczysz mi tu telemarkiem z ósmego piętra, chujwiejak to zrobisz, ale powinnaś. Ty mi tu Natasza nie umieraj, a na pewno mi tu nie umieraj z miłości. Ty nie bądź też taki rumak, bo za rumakowanie tu nie płacą i płacić nie będą, ty nie bądź w końcu żeński Romeo, bo póki ja tu w tym domu jestem to nikt na tych iluśtam metrach nie padnie mi jak kawka, a na pewno nie padnie, bo mu dojebali sterydów do serca i się zakochał. Radzę zapamiętać ci sobie tę zasadę numer uno w domu Oschłego, syna Żanety z podkarpackiego.

Bo zastanówmy się Natasza nad sytuacją twą nieciekawą, co ja ci mówię od zaraz, że jest nieciekawa i tego się trzymajmy. Bo zobacz, Natasza, Natasza - prawda?, jak ty wyglądasz, jaka ty jesteś zniszczona dziewczyno, jak tu leżysz przede mną i czekasz na wyrok, gorzej niż śmierć, gorzej niż z małymi dziećmi, naprawdę, ciesz się, że nie widzisz jak się rozklejasz, rozkładasz, jak nisko upadłaś i że już mi szykuj kartkę z piekła, jaka ty jesteś Natasza paskudna, ale spróbuj mi tu umrzeć z miłości to ja cię jeszcze dobiję. Będziesz ewenement światowy, dwukrotny denat ze zmartwychwstaniem w międzyczasie, bo tyle ci zostało. Bo dla ciebie nie ma ratunku, żadne 999 ci nie pomoże, bo ty już porządna nie będziesz, zresztą spójrz na siebie, wyglądasz jak teatrzyk wyświechtanych trupów, spójrz jak się zeszmaciłaś, jak się stoczyłaś, jaki to jest marny koniec marnego człowieczeństwa, twojego równie badziewnego podejścia do życia, gadka szmatka, choć tu kotku, bierz mnie za uda i postaw drinka, a później jedziemy do ciebie. Z wódki i przez wódkę to ty sobie umieraj, nie ma problemu, niech cię obejmą sponsoringiem, czemu ja nie widzę sprzeciwu, zostaniesz żywą, choć może martwą, nieistotne, zostaniesz reklamą Żytniej, ale z miłości to ty tu nie umrzesz i wbij to sobie do łba raz a porządnie, żebym się nie musiał powtarzać.

Gdyż teraz mi stąd spadaj co pieprz rośnie, bo tu wszystko się rozchodzi, bo tu może wpaść policja, oddział komandosów i ksiądz ze święconą wodą, bo tu jeden na drugiego nadaje, nie ma lekko, nie ma przebacz Natasza, taka rzeczywistość twarda i trzeba sobie radzić, a ty już przegrałaś i game over, może się kiedyś spotkamy w piekle, w razie czego szykuj łoże, bym się wtem nie wkurwił i nie pozabijał, bo ja spokojny człowiek jestem. Bierz mi więc z łaski swojej te manatki, bo jak mi tu zadzwoni dzwonek i wpadnie oddział specjalizacja antyterror, jak zobaczą krew na mojej wykładzinie prosto z ciepłych krajów, i gdy mnie później wsadzą do kicia, to źle z tobą Natasza będzie. Źle będzie i już. Nie powiem ci jak źle, bo nie zasłużyłaś, teraz gnij wśród robaków, które cię kiedyś zeżrą, to musi być widok, robaki zżerające robaka, to jak walka o terytorium, jak porachunki między gangami, Wołomin kontra Pruszków. Tego się Natasza doczekałaś, widzisz, rozegrałaś to źle, to nie była najlepsza partia szachów, i nie ma już odwrotu, ja tu sobie postoję i popatrzę jak się męczysz, Jezu, co za piękny widok, jakby oglądać Paryż z wieży Eiffel'a, ładnie, naprawdę ładnie, tylko fajerwerków nie ma. Taki fascynujący film z banalnym zakończeniem, sama rozumiesz.

Tyle Natasza mam ci do powiedzenia. Czy usłyszałaś czy nie, to już twój problem, teraz mię się stąd zabieraj, lepiej dobrowolnie i bez pomocy mojej, bo ja tu muszę posprzątać nim wpadnie pół stołecznej, twój były albo Żaneta matka moja. My się Natasza nie znamy, popatrz tu na mnie, wyrzucam ci właśnie twe szmatki na półpiętro, twe torebeczki, husteczki, pończoszki i te wszystkie pierdółki, a ty jak piesek, aport, i już cię nie ma. Żegnam cię ozięble, jako że nic do ciebie nie czuję, moja pralka cię żegna również, żelazko moje, radziecka wersalka i wykładzina z ciepłych krajów, ona już dostaje wszów od ciebie, więc z niej schodź czym prędzej, popatrz jaka kolejka, szklaneczki, adapter, stroboskop, wszyscy cię żegnają, wszyscy ci mówią spierdalaj, wersja nowoczesna, żeby nie było, że zacofanie, że tu średniowiecze. Na koniec zerknij jeszcze na prawo - tam jest właśnie półpiętro, to tam teraz będziesz leżeć, a ja sprzątam ten burdel, było nawet fajnie, rzekłbym w pewnym momencie uroczo, ale wszystko ma swój koniec. Zawsze byłaś powłoką trupiastą i taką pozostaniesz, wspomnisz moje słowa jeszcze, wspomnisz Oschłego i może zrozumiesz, jaka byłaś żałosna, żenująca w tym przedstawieniu, w tym przedsięwzięciu, w tym teatrzyku imieniem życie, jak uciekła ci szansa, że to już nie ma przebacz, prawa rynku, prawo dżungli jest stałe, że przegrałaś, bo jesteś słaba, bo to twój wybór, twoja chujowa decyzja bez recepty. To twoje życie w końcu. Życie, którego nie ma.

Bo Oschły odbija sobie przeszłość w tej właśnie chwili. Tak zwyczajnie ją sobie odbija, tak po prostu, tak jak tylko można. Ot, kaprys Oschłego. Za odrzucenie, za dawne gierki. Oschły, rozdanie kart numer cztery. Full, kareta, poker, Oschły zgarnia wszystko. Dwie pary, asik i znów wygrywa Oschły. Atak, ofensywa, atak, ofensywa. Ile można, ile wlezie. Oschły jak dementor, który wessał ci duszę, wessał ci szczęście, ukradł ci uczucia (?). Oschły, nie Natasza. Oschły!

Felix Fatalista
(np. Millencolin - Farewell My Hell)

[Eddie: O żesz... ten musi mieć naprawdę nawalone pod czaszką...]