Historia
nienazwanego żółwika
Tuż po zakończeniu
roku szkolnego dopadła mnie literacka impotencja. Innymi słowy - nie wiem, do
cholery, o czym pisać. Normalnie zbyłbym to najwyżej wzruszeniem ramion (gdyby
mi się chciało), ale problem nie jest taki łatwy. Bo ja lubię pisać. I już.
Grafoman jestem? Może i tak. A może i nie.
Ale ostatnie zdarzenie popchało mnie do tego, co teraz czytasz.
Wykonując codzienną poranną rutynę siedziałem przed telewizorem i konsumowałem
własnej roboty kanapki, których wygląd świadczył o ich jakości, a popijałem je
herbatką. Jeżeli ktokolwiek ma wątpliwości - herbatę można źle przyrządzić.
Polsat reaktywował odcinki o rodzinie Bundy. Swoją drogą polscy filmowcy po raz
kolejny popisali się swoimi umiejętnościami w tłumaczeniu amerykańskich tytułów
na polski język. Nagle dzwoni babcia.
- W ogródku znaleźliśmy żółwia. Przyjedź po niego, jak chcesz.
Z informacji w mojej głowie wywnioskowałem, że jedyne "polskie" żółwie - żółwie
błotne - nie zamieszkują mojego miasta. Wychodzi więc na to, że komuś się ów
żółwik znudził, albo on sam postanowił dać nogę od swojego mastera. Wszystko
jedno - teraz będzie należał do mnie.
Dzielnie przecinając powietrze na górskim rowerku wjechałem na teren posesji
mojej babci. Powiedzieli mi, że żółwik jest na dworze w wiadrze.
- Pływa sobie...
Na podwórku widzę wiaderko pełne wody, a w nim żółwika. Cała nieścisłość
polegała na tym, iż był to żółw stepowy, czyli lądowy, które o pływaniu wiedzą
tyle, ile Marylin Manson o dobrych obyczajach. Przetransportowałem go do domu,
trzymając go za skorupkę, kiedy ten, zapewne po wpływem emocji związanych z
nietypowym dla niego sposobem przemieszczania się, wypróżniał się wprost na moje
spodnie. Po dotarciu do domu i dokładnej autopsji jego wyglądu postanowiłem dać
mu coś do wszamania. Świeża sałata okazała się dobrym produktem spożywczym.
Kwestię nazwania mojego nowego pupilka pozostawiłem młodszej siostrze, ale po
wysłuchaniu jej propozycji doszedłem do wniosku, że gdybym nazwał go jakimś
imieniem preferowanym przez nią, wyrządziłbym mu wielką krzywdę. Pozostawiłem
go/ją więc na razie bez imienia. Do niedawna nie wiedziałem, jak rozpoznać
samiczkę, lecz dzięki światowej sieci informatycznej dowiedziałem się, że
samiczki bardzo często skrobią w rogu terrarium, ściany czy gdzie tam są
przetrzymywane. Czyli mój okaz jest raczej samiczką. Hmm, mam nadzieję, że imię
rodzaju męskiego nie będzie jej przeszkadzało.
No tak, wszystko fajnie i kul. Ale takim stworzonkiem trzeba się przecież
opiekować, pielęgnować go ,itp, nie? A każdy, kto rzucił chociaż jedno
spojrzenie na stan czystości mojego pokoju, wie, że z takimi sprawami jest u
mnie cienko.
Co mam więc zrobić?! Pomocy! Zupy żółwiowej nie lubię (nie jadłem = nie lubię),
na skorupie grać też nie umiem (a można!), więc pozostaje mi więc albo się nim
zając jak na cywilizowanego obywatela przystało, albo oddać go w dobre ręce,
albo jeszcze lepiej - wypuścić go w trawę na peryferiach mojego miasta i już
nigdy tam nie wracać.
A takiego wała! Zajmę się nim, a co! Będę się nim opiekował, pielęgnował,
karmił, wyprowadzał na przymusowe piętnastominutowe spacery, kąpał go co dzień.
Zrobię to, niech mnie okrutny Belzebub z piekielnych czeluści pochłonie! Uratuję
go, stanę w jego obronie! Zawsze pójdę w jego stronę, tak! Będę walczył z nim
ramię w ramię, ochraniać go własną... ekhm!, ten, no... zaopiekuję się nim. Tak,
właśnie.
PS. Przyczyńcie się do ochrzczenia tego słodziutkiego żółwika stepowego, który
czeka na to, by w końcu jakoś go nazwać. Żółw czeka na Was!
Michał
Chmielewski
eric_wu@wp.pl
www.sianow.kw.pl
511969234