PRZECIĘTNOŚĆ

 

   Cholera! Czy ja rzeczywiście jestem jakiś dziwny, czy to może tylko pozory? Jeżeli to pozory to zajebiście dobrze im to wychodzi, bo prawie uwierzyłem w to, że jestem debilem. No debilem, bo jak inaczej wytłumaczyć moja niepełnosprawność sportową, intelektualną (humanistyczną, przyrodniczą, ścisłą i jaka tam jeszcze istnieje) i osobowościową. Zwalić to na karb genów przekazanych mi przez ludzi, których nazywam swoja rodzina (bliższą i dalszą)? To byłoby zbyt proste, bo przecież, jak to powiedział bliski mi trener siatkówki: "I słonia można nauczyć tańczyć na linie, jeżeli będzie tego chciał". Hm, czyli to o chęci tu chodzi? Nie chce mi się? Jestem leniwy? Cholera, jestem leniwy, nie ja pierwszy, nie ostatni, ale dlaczego miałoby to aż w tak dużym stopniu determinować moje życie...

   Idźmy dalej, bo może to równanie ma kilka rozwiązań. Słomiany zapał - tym niby odznacza się całe nasze społeczeństwo, a skoro nawet w nim sporo jest wybitnych ludzi, to chyba nie ma to aż takiego dużego znaczenia.? Patrząc wstecz można zauważyć ciekawa rzecz. Otóż, jak wiadomo w trakcie II Wojny Światowej zginęło, a raczej zostało zamordowanych mnóstwo Polaków. Kto jednak był głównym celem wroga? Inteligenci, przywódcy militarni i duchowi, artyści, słowem ludzie wybitni, a skoro tylu ich zginęło i pozostali w większości zwykli, prości, szarzy ludzie, to oczywistym jest, ze prosty człowiek spłodzi prostego człowieka. Nasze społeczeństwo zostało totalnie wyczyszczone z ludzi światłych ('wybitne niedobitki', przepraszam za wyrażenie, są wyjątkami, które tylko potwierdzają tę regułę).

   Znów te geny, może jednak jest w nich cos więcej niż się wydaje? Może jednak powinienem w końcu zdać sobie sprawę z tego, ze jestem po prostu, hm, przeciętny? Ze NICZYM się nie wyróżniam? W końcu tacy ludzie tez są potrzebni, tacy ‘do wszystkiego', a zarazem ‘do niczego'. Zajebiście! I pomyśleć, ze jeszcze parę lat wstecz myślałem, ba, wierzyłem, ze jestem kimś wyjątkowym. Bo o ile w podstawówce trzymałem się ścisłej czołówki, będąc na 4 miejscu z 27, to w liceum (prywatnym, w którym uczyło się ledwie 100 osób) byłem najlepszym uczniem, otrzymując w 4 klasie stypendium ministra edukacji. Nigdy nie obrosłem w piórka, nie sadziłem się, ale gdzieś tam wewnątrz siedziało we mnie poczucie, ze jestem dobry, nie zajebisty, nie najlepszy, ale dobry, no, bardzo dobry.

   Najpierw prysł mit świetnego znawcy języka angielskiego, gdy w 4 klasie liceum po 9 latach nauki (w podstawówce uczyłem się jednocześnie angielskiego w szkole i prywatnie) pojechałem do Wrocławia na kolejny etap konkursu. Dostałem bodaj 69 punktów na 100, co pokazało mi moje miejsce w szyku. Patrząc później na finał, zebrałem szczękę z podłogi i sprzątnąłem swoje zwiędnięte ego. Później nadeszły studia, wolność, hasła typu 'nic mi się nie chce, jutro się pouczę' i 'o kurde znowu cały dzień w necie spędziłem'. Dobrze, że moja uczelnia jest w miarę przyjazna studentom, nawet tym którzy opamiętają się w ostatniej chwili, dlatego dalej mogę na niej studiować.

   Dlaczego to pisze? Źle mi z tym i chciałbym wiedzieć, czy jestem jedynym który tak ma (wtedy byłbym jednak jakby nie patrzeć kimś wyjątkowym), czy może ktoś jeszcze ma podobne wątpliwości. Gram w siatkówkę (na sali, w lecie a  piasku) od 6 lat, oczywiście amatorsko, nigdy nie trenowałem i teraz nagle gdy obejrzałem się wstecz, dotarło do mnie, ze nie potrafię grac (chodzi o zadowalający mnie poziom). Pływam od 5 lat, oczywiście amatorsko. Tu już jest lepiej, co z tego jednak skoro moje umiejętności można podciągnąć pod dobrego amatora, który nie jest nawet ratownikiem, bo ma awersje do otwartych akwenów.

   Poza tym próbowałem sporo rzeczy, ale w żadnej z nich się nie sprawdziłem. Potrafię kopnąć, rzucić, odbić piłkę, zrobić przewrót w przód, stanąć na głowie czy rękach, posiadam ogólna wiedzę szkolna, ale nic ponad przeciętną. Chciałbym mieć choć jedną taką rzecz, która byłaby moja wizytówka. I może właśnie to jest mój problem, bo chyba każdy facet chce mieć swojego konika (bez aluzji panie Naczelny), coś w czym byłby dobry/na czym by się znał i mógł już nie tyle pochwalić się, czy zaimponować, ale mieć wewnętrzną satysfakcję i czuć swoją wartość jako człowieka. Po 20 latach życia nie czuję nic.

 

PS. Jeżeli tylko najdzie kogoś ochota na jakąkolwiek myśl nt. tego arta, śmiało zmaterializujcie ją w formie maila do mnie.

PS2. Słuchałem The Offspring (sami się włączyli), oraz Dredg "Catch Without Arms" (już świadomie). Polecam wszystkim ten zespół, bez względu na gusta muzyczne!

PS3. Nienawidzę polskich znaków! Wstawiałem je chyba z godzinę! Howgh!

 

 

Radmir

or5@wp.pl