Męski cykl

Cykl. Okres. Mam czasami taki okres, że nic mi się nie chce. Leżę wtedy bezproduktywnie i wpatruję się w sufit. Ciekawe zajęcie, nie? Okres ten zazwyczaj nie jest długi, jednak wystarczający by wyprodukować potwornego doła.

Wtedy zaczyna się kolejny okres. Taki filozoficzno-refleksyjny. Siadam sobie wtedy przed komputerem i myślę. Myślę sobie "jakie to życie jest kurewskie". Podczas takich rozmyślań czasami zapala się w moim umyśle zielona lampka, sygnalizująca, że uaktywnił się mój wszczep artystyczny. Wtedy zaczynam tworzyć. Poezja miesza mi się z opowieściami, w których rozmawiam ze swoim umysłem. I co powstaje? Kiszka, której nikt nie rozumie, bełkot, breja. Do wyboru, do koloru...

A najzabawniej to jest, kiedy w jednym momencie mam doła i nic mi się nie chce. A właściwie, to chce mi się, ale brak mi weny. Wtedy kładę się na łóżku, ale nie wpatruję się w sufit. To byłoby zbyt standardowe. Ja potrzebuję poduszki w księżyce, przykrywającej moją twarz. To takie romantyczne. A może dziecinne? Nie, to takie tajemnicze, mistyczne, skłaniające do przemyśleń. Wyobrażam sobie wtedy siebie, siedzącego przy zapalonych świecach i zapełniającego jakąś kartkę atramentem. A w lewej ręce kieliszek czerwonego wina, rocznik 2022...

A później to idziemy pić. Za lepszy czas, za samochód na gaz, za co kto chce. Ale nie na umór, bo przecież trzeba sobie o czymś pogadać, a najlepiej to kogoś obgadać i się dowartościować. Tak, to jest taki kolejny mini okres, który dzieli się na jeszcze inne mini-mini okresy. Ten mini okres, to okres picia, a mini-mini to fazy rozmowy. Pierwszy mini-mini to sprawozdania z imprez, na których nie byliśmy razem, później z braku laku nawijamy o pogodzie i niestabilnej sytuacji na rynku nawozów sztucznych. Po którymś tam piwie każdy ujawnia swoje prawdziwe ja i zaczynamy jechać po wszystkim co nam się nie podoba. Że ta ma za grube nogi, że ten sobie wszystko olewa, że tamtego nie lubię, a z tamtą bym zagadał, ale ona każdego trzyma na dystans. I w końcu idziemy do domu, bo nie ma kasy na więcej piwa.

I w tym momencie zaczyna się okres rehabilitacji. APAP lub browarek na kaca i rozmowa ze sobą. Że już więcej mu/jej dupy publicznie nie obrobię, że za tydzień piwko mniej, że co to właściwie za towarzystwo dla mnie... No i nadchodzą głupie wnioski: nikt mnie nie lubi, nie mam przyjaciół, dolina w górach...

I pojawia się myśl: co by zrobili, jakbym ze sobą skończył? Szybko jednak odchodzi, gdy tylko dochodzą do mnie słowa "That's all folks". Chwytam więc za klawiaturę i mysz i tworzę. Piszę sobie jaki jestem smutny, jak mi źle, wszystko to ubieram w metafory i puszczam w świat za pomocą Internetu. Ludzie współczują, gratulują warsztatu, srają, pierdzą, proszą o komentarze. A mi robi się słabo i zaczyna dopisywać mi czarny humor.

Łapię więc kolejny okres, czyli zlew totalny. Na wszystko, z wszystkiego i bez żadnych wspomagaczy. Nawet prognoza pogody mnie śmieszy. Nie pytajcie dlaczego, bo to niesmaczne. Ktoś zajarzył?

A później znowu idziemy pić i dalej jest wesoło. Bo wyśmiewamy dresów i tym podobnych osobników, bo robimy różne dziwne i nieprzewidywalne rzeczy, bo spotykamy jakieś dziewczyny, które nie uciekają na nasz widok. Super zabawa, mówię wam! A najśmieszniej to jest, kiedy mam już ostro w czubie i próbuję rozmawiać sam ze sobą. I wtedy dochodzę do wniosku, że tam w środku nic nie ma, pustka totalna. I znowu zbiera mi się na refleksje, poezję i inne formy sztuki abstrakcyjnej. Ale nie mogę tworzyć, bo ta laska obok fajnie wygląda i trzeba do niej cały czas coś mówić, żeby sobie nie poszła. I znowu kończy się piwo i kasa...

I ponownie ta cholerna rehabilitacja... Tym razem trudniejsza, bo taka cholernie refleksyjna, poświęcona wszystkim życiowym błędom, niepowodzeniom, niespełnionym celom, naiwnym marzeniom. Znowu odechciewa mi się żyć. Znowu kładę się na łóżku i wpatruję się w sufit. Wpatruję się i wkurwiam na to, że kobiety mają tylko jeden okres podczas cyklu.


zabójca /zabojca@buziaczek.pl/