Na zamglonej łące o świcie biały koń szuka czterolistnej koniczyny
Cały las jeszcze pachniał nocą. Spacerowałem już od jakiegoś czasu starając się stąpać jak najciszej, by nie zakłócać majestatycznego spokoju boru sosnowego, jaki zewsząd mnie otaczał. Cóż z tego, że było to upalne lato, powietrze, było wilgotne i przenikliwie zimne - jak zawsze o tej porze. Mimo grubego swetra i koszuli, zimno kłuło nieprzyjemnie sprawiając, że dygotałem
z zimna. O uczuciu chłodu zapominało się niemal natychmiast, gdy ujrzało się iście impresjonistyczny - nawet kiczowaty - widok.
Słońce dopiero wstało, jego promienie przedzierały się między koronami drzew i wraz z oparami unoszącymi się nad małą leśną polanką, tworzyły niepowtarzalną grę świateł. Całości dopełniały kropelki rosy skrzące się jak diamenty pomiędzy źdźbłami traw.
I cisza.
Nie, jednak nie - coś słychać. Jakby ciche rżenie. Koń? O tej porze? W lesie? Dźwięk dochodził z łąki leżącej po drugiej stronie młodnika. Zacząłem się przedzierać przez gąszcz niskich sosen. Po drodze ocierałem się o pokryte rosą gałązki, w efekcie czego mój sweter był cały mokry. Jakoś umknęło to mojej uwadze. Gdy dotarłem na ową polankę, nie byłem pewien, czy nie przeniosłem się do innego świata. Na spowitej mgłą łące znowu rozległo się rżenie. To był koń, o idealnie białym umaszczeniu. Takich koni nie spotyka się często
w stadninach, a co dopiero na łące o piątej nad ranem. W takim, mistycznym wręcz, otoczeniu bardziej przypominał jednorożca niż normalnego rumaka. Mimo wyraźnie odczuwalnej niezwykłości czasu i miejsca, koń najspokojniej
w świecie skubał koniczynę gęsto pokrywającą łąkę, beztrosko wywijając ogonem. Usiadłem cicho na skraju młodnika, nie chcąc przerywać uroczystej ciszy, mąconej tylko od czasu do czasu odgłosem dzięcioła stukającego
w drzewo.
Zacząłem pilnie obserwować konia. Wbrew temu o czym byłem przekonany, stworzenie nie gryzło koniczyny. Jakby szukało czegoś w wielkim skupieniu, muskając chrapami każde źdźbło. Zaraz, przecież to nie żaden jednorożec, tylko koń! Fakt, o dziwnym wyglądzie, w dziwnym miejscu, ale zawsze koń! Czego KOŃ może szukać na polanie? Zegarka po pradziadku? Kuponu "totolotka"?
A może czterolistnej koniczyny???
Dobrze - pomyślałem rozbawiony - przyjmijmy, że ten biały rumak jest istotą
w pełni świadomą i właśnie szuka czterolistnej koniczynki na łące spowitej mgłą. Ale dlaczego "utarł się" zwyczaj szukania czterolistnej koniczyny, skoro można mieć tysiące trójlistnych? Wystarczy się tylko schylić. Przecież zwyczajne konie całe życie skubią tą trójlistną i świetnie im się wiedzie. A ten biały pogardliwie patrzy na zwyczajne roślinki i szuka tej jedynej. Prawdopodobnie burczy mu w żołądku, jest głodny, ale za nic nie tknie "zwyczajności", jest na to zbyt dumny, wierny swojemu postanowieniu. Inne konie pewnie pukają się kopytem w czoło i z daleka patrzą na siwka jak na nienormalnego.
Po co się tak męczyć - myślą sobie - przecież równie dobrze można najeść się trójlistną, jak i czterolistną.
Nie wiedzą tylko jednej rzeczy. Z tą koniczyną w wersji "ekstra" jest tak jak
z herbatą w metalowym kubku pitą przy ognisku. Mimo, że gorzka i tak mocna, że aż człowieka skręca przy pierwszym łyku, smakuje nieskończenie lepiej niż ta pita z porcelanowej filiżanki przy kominku, w domowym zaciszu.
Ale dlaczego w takim razie ten koń jest tu o świcie, gdy jego towarzysze prawdopodobnie śpią jeszcze w stajni?
Może dlatego, że w pobliskich stadninach jest więcej amatorów czterolistnych koniczynek? Może obowiązuje zasada "kto pierwszy ten lepszy"? Nie, to niemożliwe - łąka jest wielka, starczy dla wszystkich. A jak nie tu, to przecież zawsze można poszukać gdzie indziej.
Konik coraz zacieklej szukał, czyżby tracił cierpliwość? Chyba nie. Zauważyłem, że coraz częściej wyskubywał pojedyncze źdźbła. Jednak nie jadł ich łapczywie. Gryzł je powoli, jakby się delektował. Mimo, że zjadał tylko pojedyncze rośliny, wyglądał na naprawdę najedzonego.
Koń nagle podniósł głowę i stał strzygąc uszami, jakby nasłuchiwał. Znienacka poderwał się do galopu i ruszył w stronę stajni położonej na drugim końcu pastwiska. Gdy został już tylko białym punktem w oddali, podniosłem się
z ciągle wilgotnej trawy. Dopiero wtedy wyrwałem się z dziwnego odrętwienia, jakby półsnu i stwierdziłem, że słońce już przygrzewa, a z bliższych zabudowań gospodarczych dochodziły odgłosy ciągnika. Świat tracił swoją magiczną aurę, wracał do codzienności. Ruszyłem na polankę, tam, gdzie przed chwilą pasł się siwy koń. Zacząłem szukać. Czego? No, jak to "czego"? Koniczyny oczywiście. Tej, której na imię SZCZĘŚCIE.
varjo
varjo1@o2.pl