CHCIAŁEM BYĆ...
To było dawno. Tak,
dawno temu, kiedy płeć piękna nie wchodziła w zakres moich zainteresowań, a moje
zdolności pisarskie ograniczały się do tego, co podyktuje mi pani nauczycielka.
Sam nie wiem, dlaczego, ale byłem wtedy w pierwszej klasie podstawówki. Jak
każde inteligentne, niezwykle mondre i rozómne dziecko miałem marzenie. Chciałem
zostać wynalazcą.
Mówiłem sobie wtedy, że będę robił odkurzacze, telewizory, itp. Nie naprawiał -
ale robił! Serio. Takie właśnie miałem plany na przyszłość. Ponadto lubiłem
rysować. Gapiłem się na Spidermana walczącego z Venomem, a po chwili rysowałem
to na kartce typu A4. I rysowanie przejęło prowadzenie w mojej głowie. Lubiłem
władczo wymachiwać ołówkiem nad kartką i patrzeć, jak powoli, ale skutecznie
tworzę coś, co podobało się każdemu z mojego otoczenia, prócz mnie. Nigdy nie
wychodziło mi tak, jak chciałem, żeby wyszło. Ale robiłem to, bo lubiłem
(podobnie jak teraz z pisaniem, ale o tym zaraz).
Aż jakoś dowiedziałem się o japońskiej (hi, Jedi!) sztuce niecodziennego
zużywania papieru, niekoniecznie toaletowego. Właściwie papier toaletowy (zwany
w niektórych kręgach jako "papier do twarzy") nie nadawałby się do sztuki zwanej
origami. Wszem i wobec wiadomo, że polega ona na zrobieniu z kawałka papieru
figurki, zwierzątka, drzewka czy co tam sobie wymyślisz. Chodziłem do szkolnej
biblioteki, by przesiadywać nad książką i wraz z jej wskazówkami tworzyć z
kwadratowego kawałka papieru trójwymiarową gwiazdę Dawida.
Aż pewnego dnia do domu mojego i mojej rodziny zawitało takie szatańskie
urządzenie, które zdegradowało wszystkie inne moje zainteresowania - komputer
gatunku PC. Pamiętam, jak miły pan ze sklepu tłumaczył nam, co to takiego "skrót
na pulpicie". Pamiętam również, jak nic z tego nie kapowałem - tę kwestię
zostawiłem mojemu starszemu bratu, który co nieco na komputrach się znał. Ile to
godzin spędziłem przy Mororacer i Jedi Knigth. Pewnego dnia, kiedy brat
nieświadomy mojej desperacji i chęci grania siedział gorliwie w szkole,
postanowiłem sam, bez żadnej asysty ani eskorty, włączyć to beżowe pudełko.
Odtąd byłem w domu komputerowym guru. I z przykrością stwierdzam, iż mój
komputerowy prestiż nigdy poza mury mojego domu nie wyszedł.
Z gier przerzuciłem się na robienie kalkulatorów w Pascalu, grzebanie w sejwach
gier za pomocą jakże dobrego programu z kowera CDA Tipsomaniak. Gdy postępy
mojej pascalowej edukacji stanęły w miejscu, uznałem iż najlepszym pomysłem
będzie zmiana języka programowania. Tak zasiadłem przed klawiaturą, a na ekranie
wyświetlone było okno edytora C. Tutaj pisanie programów (tutaj słowo programy
zostało naciągnięte do granic wytrzymałości) szło mi o dziwo łatwiej i
przyjemniej. Może dlatego, że byłem zmuszony razić moich oczu paskudnym i marnym
dosowskim widokiem.
Jakoś, nie pytajcie, jak, dostałem się do grupy internautów, którzy nazywali
siebie hakerami. Swoją grupkę ochrzcili Red Suit Clan, a ja zaliczałem się tam
do członków, którzy swoją hakerską działalność ograniczali do wpisów na forum,
rozmów na IRCu na inne tematy niż hak. Gdy wyszło na jaw, że moje umiejętności
kowboja klawiatury są tak wielkie, jak móżdżek koliberka, postanowili zredukować
listę swoich członków o jednego, ważnego hakera - mnie. Nie byłem zbytnio
poruszony.
Dalej lubiłem tylko komputery, chociaż nie wiedziałem o nich zbyt wiele. Ale
wystarczyło mi to do zarządzania własną machiną, która do dziś dziarsko trzyma
się w jednym kawałku.
Pewnego dnia postanowiłem poczytać. Wziąłem do ręki powieść Majkela Kricztona o
tytule Jurassic Park. Od tej pory rozpoczął się mój quest z książkami u boku.
Gdy niefortunnym zbiegiem wszystkich nieszczęść świata dostałem się do szkoły
średniej, której nawiasem mówiąc nienawidzę, wpadłem w depresję. Jak to brzmi,
całkiem poważnie. Teraz, z biegiem czasu wydaje mi się to tylko słowem, ale
wtedy... pamiętam te głupie wpatrywanie się w sufit, jakby miał tam szkic Avril
Lavigne pozbawionej wszelkich ubrań. Podczas tego okresu zacząłem pluć
pierwszymi tekstami, które okazały się największą pomyłką, odkąd pewien saper
powiedział do współkompanów "tnę czerwony". Były one do... nie, w to miejsce
nadają się teksty skopane tak bardzo, że ho-ho. Moje były jeszcze gorsze. Ale,
czy aby na pewno BYŁY? Nieważne.
Od tamtych tekstów minął ponad rok, gruby rok, podczas którego przeszedłem
całkowitą rekonwalescencję umysłu, który w aktualnym stanie bardziej przypomina
defekt Boży, niż część ludzkiej psychiki. Tak czy siak, postanowiłem zająć się pisaniem.
Napisałem parę króciutkich nowel, dwie z nich nie wydają mi się całkowitą klapą.
Przez pewien czas zastanawiałem się, co naprawdę chciałbym w życiu robić. W
kwestii literackiej, oczywiście. Pisać powieści, książki, bestsellery, które
sprzedawałyby się w milionowych nakładach i byłyby tłumaczone na dwadzieścia
tysięcy obcych języków, czy zwykłym, szarym dziennikarzem, felietonistą, który
pisaniem jedynie dorabia na boku swojej prawdziwej roboty - szlifowaniem gładzi
na budowie?
Jeszcze nie wiem. Na razie pozostanę przy ActionMagu i jego kącikach...
Michał
Chmielewski
eric_wu@wp.pl
www.sianow.kw.pl
511969234