::: US
OPEN 2005 - OKIEM PROROKA :::
Zaczęło się blisko 130 lat
temu, kiedy to na kortach Wimbledonu dwustu widzów za cenę jednego szylinga
mogło obserwować zmagania 22 tenisistów, walczących o wart 25 funtów
puchar, ufundowany przez pismo „The Field”. Pierwszy zwycięzca-
Spencer W. Gore był kiepskim prorokiem. „Monotonia tej gry,
nieprzejrzysty sposób liczenia, a także trudna do opanowania technika, będą
odpychać każdego interesującego się sportem człowieka. Bardzo wątpię,
by ta gra stała się kiedyś popularnym sportem”- powiedział po
finale. Co tam pierwszy zwycięzca… W Wimbledonie wszystko było
pierwsze. Pierwszy wolej (właśnie Gore), pierwszy smecz (bracia Renshaw),
lob, a pod koniec XIX w. ktoś wpadł na genialny pomysł, żeby zaatakować
serwisem, a nie tylko przerzucić piłkę nad siatką, wprowadzając ją do
gry.
Ale reszta świata nie chciała być
gorsza, zorganizowała więc własne turnieje. Czymś się one jednak różniły.
Tenis, jako gra początkowo pomyślana na nawierzchnię trawiastą, zawitała
na twardy beton i wykładzinę usypaną z mączki glinnej. Z biegiem lat te
podłoża stały się popularniejsze, ze względu na to, że nie potrzeba
specjalnych zabiegów, aby uklepać kort ziemny albo ulać sztuczną
nawierzchnię kortu twardego. I w ten oto sposób kalendarz tenisowy jest napięty
do granic możliwości, a mimo to turnieje na trawie można policzyć na
palcach jednej ręki. Halle, Newport, s’Hertogenbosch, Stella Artois i
Wimbledon- to wszystko. Jak widać nie ma zbyt wiele okazji, żeby się
przystosować do tego podłoża. Co roku wielu zawodników, przebijając się
do pierwszej setki rankingów dopiero po raz pierwszy staje na trawie z rakietą,
więc nie ma się co dziwić, że po pierwszych rundach pakują walizki i z
Wimbledonu wracają na ziemię. Dosłownie i w przenośni. Z tego powodu nie
dziwią serie Federera, niepokonanego na trawie od kilkudziesięciu spotkań
czy Roddicka, którego od dwóch lat pokonuje tylko Federer. Od kilkunastu lat
widać wyraźnie hegemonów na tej nawierzchni. Obecnie trwa (i wszystko
wskazuje, że nieprędko się skończy) era Federera, wcześniej błyszczała
żywa legenda w osobie Samprasa.
No to czemu tylko wybrani mogą
wygrywać na trawie? Najkrócej mówiąc, szybko zagranej piłki odegrać się
nie da. Filc piłeczki, zamiast odbić się kozłem, po trawie się ślizga,
przez co gra przy linii wymaga perfekcyjnej techniki. Opłaca się grać przy
siatce, odbierając piłkę wolejem nie ma obaw, że piłka dziwnie odbije się
od nawierzchni. Ale kto dziś gra pod siatką? Można ich wymienić na jednym
tchem: Taylor Dent, Max Mirnyj i Tim Henman. Reszta tenisowego światka do
siatki rusza albo kiedy musi, albo kiedy jest zdesperowana no i ewentualnie
gdy zostanie na linii byłoby kretynizmem.
Obecnie w tenisie panuje taktyka,
określana słowami „Wystarczy piętnaście razy przebić piłkę na
druga stronę, a potem już jakoś pójdzie”. Tendencje ta zmienia się
tylko na trawie, gdzie czasem, zamiast mało widowiskowego przebijania piłki
na drugą stronę, można zobaczyć jakąś efektowną akcję pod siatką.
Atak to sól sportu. A w tenisie można się nim rozkoszować tylko na jednej
nawierzchni. I w dodatku na tej, na której najrzadziej się gra. Biorąc
udział w dwóch turniejach na trawie rocznie i szybko odpadając, gra się
rocznie dwa mecze na tej nawierzchni. A w ten sposób nawyku pójścia do
siatki wyrobić sobie nie można. Nie rozumiem strategii federacji tenisowych
marginalizującej trawę. Tu się wszystko zaczęło, tu gra jest najbardziej
widowiskowa, a oni skrócili sezon na trawie do minimum. Dziwna to taktyka,
tenisowi nie służąca. A raczej służącą tenisowi siłowemu i granemu bez
pomysłu.
A z resztą… Kto ma możliwość (Internet,
albo w TV- ESPN, cNBC, czasem Eurosport) niech obejrzy sobie fragmenty spotkań-
klasyków. Wystarczy popatrzeć 10 minut na te urywki i porównać z tym, co
się ogłada dziś, żeby zrozumieć, na co ja narzekam.
:: Jędrzej
IV Śniady ::
|