spis treści | poprzednia strona | następna strona
28 Więzień Układu, #1

Prolog - Dael


- Arto, posłuchaj mnie. Posłuchaj uważnie. Być może widzimy się po raz ostatni. Odchodzę ze szkoły, tak jak mówiłem wcześniej. Być może już nigdy więcej o mnie nie usłyszysz. Dlatego słuchaj i zapamiętaj jak najwięcej.
- Ale dlaczego? Dlaczego ja? Rozmawiałeś ze swoim zastępcą?
- Oni się nie liczą. Oni nie rozumieją. Ty jeszcze nie jesteś taki jak oni, jeszcze możesz... Och, gdybym tylko miał jakieś wyjście, kogoś kto mógłby... Ale w twoim wieku... Nie potrafisz jeszcze rozpoznać...
- Mam prawie siedem i pół! I nie ukradłem nic od pół roku!
- Wiem, Arto. Umiesz patrzeć. Pewnego rozjaśnienia, wierzę że tak się stanie, pewnego rozjaśnienia sam dojdziesz do wszystkiego. Zabronią ci pytać, ale znajdziesz odpowiedzi.
- Odpowiedzi? Mówisz o tamtych...?
- Nie tylko o tym. Pamiętasz? Mówiłem ci że to jest złe. Wielu dorosłych, gdyby wiedziało, powiedziałoby to samo, ale to my musimy z tym walczyć, bo to my jesteśmy w środku, bo dorośli nie mogą wiedzieć, bo Rząd ma w tym swój cel i... i jeśli go nie osiągnie, zawsze maskuje swoje pomyłki. Gdyby nie to, że mamy rodziny, że jest nas tak wielu... Dlatego to trwa, już tyle dziesiątków lat. To zbrodnia, Arto, zwykłe, powolne morderstwo umysłów. Musisz to zobaczyć, zrozumieć i wybrać mądrego młodszaka, by mu to pokazać, jak ja pokazałem to tobie. Ja nie mam czasu, by to dokończyć, ale... Bądź dla nim tym, czym ja nie zdążyłem być dla ciebie. Bądź nauczycielem.
- Ale ja nic nie widzę! Nie jestem taki mądry jak jajcogłowi.
- Jesteś, Arto, jesteś, tylko masz dość siły by walczyć, by się nie poddać i nie być jednym z nich. By być dobrym kapitanem.
- Więc dlaczego nie wiem tego co ty? Wiem tylko że szkoła jest zła, bo starszaki...
- Nie tylko dlatego. Ważne jest to, co szkoła robi z nami, rozumiesz?
- Chyba... nie... Jeszcze nie, ale zrozumiem, zobaczysz! Naprawdę! Pamiętam co mówiłeś i... Gdy będę miał tyle, co ty, gdy będę miał piętnaście lat, to na pewno zrozumiem. Tylko nie odchodź, Dael, proszę, sam się przekonasz...
- Ale muszę, Arto. Inaczej to się nigdy nie skończy.
- Dlaczego? Gdzie chcesz iść? Chcesz uciec?
- Nie. Stąd nie da się uciec, zresztą, nie miałbym dokąd. Idę do akademii.
- Do akademii? Nie wiesz, co tam robią z dziećmi? Nie możesz tam iść! Jesteś już stary, prawie dorosły! Jeszcze trzy lata i skończyłbyś szkołę. I... i za dużo wiesz, nie nauczą cię przestać myśleć... Będą próbować przez rok, ale im się nie uda, wiem to, i wtedy...
- Arto, to wszystko bzdury. Sprawdziłem to. Nie byłem tam ciałem, ale widziałem, przez oczy komputerów, że to nieprawda. To kłamstwa, kolejne kłamstwa dorosłych z Rządu, które mają nas tu trzymać, jak niewolników. A my w nie wierzymy, bo jesteśmy dziećmi i wierzymy we wszystko. Wiesz, kim jest niewolnik, wiesz czym jest?
- Mówiłeś mi. Ale ci z akademii cię zabiją! Dlaczego nie wierzysz mi tak, jak ja tobie?
- Przyrzekam ci że tak się nie stanie. W akademii ginie mniej dzieci niż na stacji, a jest ich tam znacznie więcej. Nie wiem, czy jeszcze się spotkamy, czy będę miał szansę... Czy będziesz mnie jeszcze pamiętał...
- Nigdy cię nie zapomnę!
- Zapomnisz. Jesteś za młody by zapamiętać. To tylko kwestia czasu. Pięciu, dziesięciu, piętnastu lat... Nieważne. Zapomnisz mnie, ale zapamiętasz to, co mówiłem, co teraz ci mówię. Słowa, treści, może jakieś fragmenty, to wystarczy. To będzie tylko... zapalnikiem. Będziesz pamiętać, bo uwierzysz że w ten sposób mnie nie zapomnisz.
- Dlaczego mi mówisz takie rzeczy? Nie rozumiem...
- Nie musisz. Jeszcze nie teraz. Wystarczy że zapamiętasz i będziesz sobą, nie poddasz się, nie dasz się złamać. Czuj i ufaj swoim uczuciom, by pozostać człowiekiem. Inni są ledwie zwierzętami, walczącymi o życie. Ty musisz być czymś więcej. Zresztą, sam się przekonasz. To wyjdzie z ciebie samo. Może będziesz tego nienawidził... może będziesz z tym walczył, bo cię to przerazi, ale potem to pokochasz, bo dzięki temu będziesz wolny. Nauczyłbym cię tego sam, ale nie mogę. Wiesz, co się stało, wiesz o mich rodzicach.
- Wiem...
- Mam mało czasu. Muszę zadecydować teraz, inaczej oni zadecydują za mnie.
- To żadna różnica! Wtedy też trafisz do akademii...
- Ale nie tam, gdzie chcę, lecz tam gdzie oni mnie wyślą. Wtedy zawiodę. Zostawiam ciebie, bym nie zawiódł tutaj. To dokonasz tego, czego ja nie zdołałem. Wierz mi, niewiele dzieci będzie w stanie zrozumieć o co chodzi. Nawet tych starszych dzieci. Oni już się zmienili, sami. Złamali się nim posiedli świadomość kim są i kim mogliby być. Trudno mi to wytłumaczyć. Już dawno przestałem być dzieckiem, nawet myślę inaczej. Dlatego... Potraktuj nasze rozmowy jako wskazówki, na później. Gdy sam zaczniesz myśleć w ten sposób.
- Tak szybko odchodzisz... A moglibyśmy... Moglibyśmy zostać przyjaciółmi.
- Nie, Arto. Przyjaciółmi nie bylibyśmy nigdy. Tutaj nikt nie ma przyjaciół i nigdy ich mieć nie będzie, gdyż oznacza to strach, zazdrość i ból, prawdziwy ból, którego nikt nie zniesie. Prawdziwa przyjaźń nas odsłania, wystawia na ból, otwiera szczeliny w zbroi, jaką budujemy wokół siebie od pierwszego rozjaśnienia w szkole. Ulepszamy ją, z roku na rok, by chroniła nas przed bólem, lecz coś takiego potrafi ją rozbić i uczynić nas zbyt wrażliwymi by to znieść. Arto, prawdziwa przyjaźń wymaga poświęcenia, a nawet ja nie potrafiłbym się poświęcić dla ciebie. To jest możliwe póki zbroja jest niekompletna. Gdy już się zamknie... wtedy jest już za późno. Wiem że już się nie spotkamy, ty to wiesz, a jednak nasze oczy są suche. Rozumiesz? Masz ledwie siedem lat i już oduczyłeś się płakać. To nie jest normalne, nigdy nie było, tylko tu... A ja mógłbym... Gdyby mnie zmusili, gdybym nie miał wyjścia, mógłbym cię nawet zabić, tak po prostu. Myślałbym tylko o sobie. Nauczyli mnie wszędzie widzieć wrogów, nawet we własnych rodzicach. Właśnie to zrobiła mi szkoła, zniszczyła mnie i za to chcę się zemścić. Nie zdołałem jej zmienić, nie starczyło mi czasu, więc zrobię coś innego. Przetrwam akademię, będę się krył, będę udawał, aż w końcu znajdę właściwy moment i rozbiję to wszystko od środka. Muszę spróbować. I nawet jak mi się nie uda, to umrę szczęśliwy, wiedząc że widziałem, rozumiałem i spróbowałem to zmienić. I że nigdy się nie poddałem.

Część pierwsza – Szkoła

Nowy


Arto Waspers mógł nie lubić szkoły – i nie lubił. Mógł jej szczerze nienawidzić – i czasami tak było. Mógł myśleć że jest głupia i bez sensu – tak było zawsze. Mimo to musiał do niej chodzić, bo tak kazali dorośli i ich prawo. Więc chodził. Jako dziesięciolatek nie miał wielkiego wyboru. 
Lecz czasem szkoła mogła być miejscem ciekawych wydarzeń, nawet dla ucznia z piątej klasy – piątaka, czy pętaka, jak czasem mówili złośliwie starsi chłopcy. I wszystko zapowiadało, że tak będzie dzisiaj.
„Mówię ci arto nie mamy co czekać” – na projektorze, przez okienko rozmowy, przewinęła się informacja od Żimmiego, jego pierwszego zastępcy – „dwa rozjaśnienia to już dwa rozjaśnienia inni nie daliby mu jednej lekcji”.
„On jest z ziemi” – odpisał szybko – „niech pozna jak jest u nas”.
Trzymał dłoń tuż nad czterema niewielkimi, ułożonymi jeden nad drugim płaskimi, wyrysowanymi światłem w powietrzu wirtualnymi panelami. Każdy miał szesnaście klawiszy, rozmieszczonych w cztery kolumny, po jednej dla każdego palca, oprócz kciuka – ten służył do uaktywniania wybranego panelu.
Pisywali do siebie dużo i często – dla wielu to było jedyne zajęcie na lekcji. Tak jak jego koledzy, sprawnie posługiwał się projektorem i klawiaturą. Potrafił błyskawicznie wystukać i wysłać dowolnie długą wiadomość. Lecz potrafił znacznie więcej niż dobry wojownik w jego wieku. Potrafił myśleć – i oceniać.
„Więc dzisiaj” – po chwili nadeszła odpowiedź.
„Dzisiaj albo jutro” – wystukał – „jajcogłowi już go sprawdzają gdy skończą ostatni test wtedy zdecyduję”.
„Mamy pięciu na dwudziestu ośmiu po co nam jeszcze jeden”.
Jego zastępca nie wliczył Nowego do grupy. To było oczywiste. Nie wiedzieli czy jest wart zostania jednym z nich. Fakt że dorośli przyłączyli go do jego klasy dla nich nie oznaczał niczego, najwyżej tyle że, w najgorszym razie, niechcący skazali go na bycie wyrzutkiem. Lecz o tym dorośli wiedzieć nie mogli.
„To dodatkowa darmowa głowa” – napisał.
„I nowy kłopot skąd weźmiesz dodatkowego wojownika aby go chronić”.
Arto zawahał się. Żimmy miał rację. W grupie musi być równowaga, sam to powtarzał. Z drugiej strony szkoda mu było spisywać kogoś na straty, nie poznawszy jego możliwości.
Może Nowy do czegoś się przyda. A może próbuję na siłę znaleźć mu miejsce, nie potrafiąc go wyrzucić?
Nie. Przed samym sobą musiał być szczery. Nie robił tego dla Nowego, lecz dla grupy.
„Nie sądzę aby się nadawał na jajcogłowego” – odpisał po chwili.
„Na wojownika też nie wygląda”.
„Wielu nie wygląda i co z tego aby tylko chciał walczyć”.
„Nie wygląda na beksę chociaż nas unika”.
Uśmiechnął się do siebie. Też to zauważył, lecz jego autorytet nie pozwalał przyznawać racji podwładnemu, nawet gdy był o rok starszy od niego. 
„Jeśli napiszą że się nie nada sam zajmę się resztą”.
„Więc dzisiaj po szkole powiem innym” – jego zastępca skończył rozmowę; okno dialogu się zamknęło.
Bycie kapitanem grupy miało swoje dobre strony. Miał swoich zastępców i wojowników. Mógł im rozkazywać, lecz jako przywódca, był za nich odpowiedzialny. Według niego, przywództwo nie było nagrodą – jak myślała większość wojowników – lecz funkcją, najważniejszą ze wszystkich, wymagającą szczególnej uwagi. Grupa darzyła go zaufaniem, a on odpłacał się rozwagą w działaniu. Problemy grupy były jego problemami. Nie musiał kończyć czternastu lat by to zrozumieć.
Teraz jego funkcja wymagała podjęcia wciąż odkładanej decyzji – co mają zrobić z Nowym. Powinien zdecydować o tym dzisiaj. Nie, Żimmy miał rację. Powinien ją podjąć od razu, lecz zwlekał, i nawet nie wiedział dlaczego.
Od chwili kiedy się pojawił, Nowy był jedynym tematem wiadomości, jakie chłopcy wymieniali między sobą na kanale grupy. Jaki on jest? Czy go przyjmą, czy zostanie pozostawiony samemu sobie, jako wyrzutek? Ostatnie pytanie powracało jak kometa. Ilu z nich zdawało sobie sprawę że ich kapitan wciąż pozostawił to pytanie bez odpowiedzi? Lecz dobry kapitan musiał sprawiać wrażenie że jest pewny każdej swojej decyzji, nawet gdy się waha. Nie wypadało pytać się o radę.
Czy Nowy jest coś wart?
Niektórzy zdążyli porobić zakłady. Rzadko kiedy mieli tak dobrą okazję. Choć założone przedmioty były cenne, Arto nie brał w tym udziału. Myśl że los Nowego może się sprowadzić do krótkiego, rzuconego w triumfie „a nie mówiłem?” i zgarnięcia wygranej, przyprawiała go o dziwny ucisk w brzuchu.
Wątpliwości jak ta czasem pojawiały się w jego głowie, lecz pozostawiał je tylko dla siebie. Nie dzielił się nimi z nikim, nigdy. Zaś chłopiec, który wzbudzał w nich taką ciekawość, ani o tym wiedział, ni interesował się innymi uczniami w swojej nowej klasie. Dokładniej mówiąc, unikał ich jak tylko mógł. Unikał wszystkich uczniów w szkole, a to niepokoiło grupę.
Wieczne unikanie innych dzieci nie było tu możliwe. Zwłaszcza starszych dzieci.
Kanał ogólny grupy wiele mówił o myślach innych chłopców. W jego grupie wszyscy byli wobec siebie szczerzy. Z wymienianych wiadomości Arto łatwo odczytywał niecierpliwość oczekiwania na próbę Nowego.
Pochodził z dołu, z Ziemi. Nie znali takich dzieci, nikt nie wiedział czego się po nim spodziewać. Życie na powierzchni planety zdawało się im miłe, spokojne i bezpieczne. Każdy, kto stamtąd przybywał, automatycznie był uznawany za bezwartościowego słabeusza, nie wiedzącego co to trudności i prawdziwa walka. Wielu uważało że Nowy to zwykła beksa i mazgaj. Jego spokój i odsuwanie się od klasy brali za oznakę ukrywanego strachu.
Arto sądził inaczej. Nowy unikał ich, bo chciał by go zostawili w spokoju. Może nawet lubił być sam. Z polecenia kapitana, to zachowanie miało się wkrótce skończyć. Dla jego dobra, dla dobra grupy.
Jako kapitan, zajmował uprzywilejowane miejsce w klasie – na samym końcu, w środkowym rzędzie. Miał stąd doskonały widok na całe pomieszczenie. Spojrzał na Nowego, jak robił niemal na każdej lekcji, bacznie obserwując jego zachowanie. Nowy miał krótkie, zaczesane do góry jasnobrązowe włosy i duże, szaroniebieskie oczy. Nie wyróżniał się wzrostem, ni budową. Wyglądał jak przeciętny dziesięciolatek; wydawał się trochę słabszy i spokojniejszy od swoich nowych kolegów, ale na Ziemi mogło to być normalne. Przestrzeń jedna wiedziała jakie były szkoły na dole.
Nowy nie próbował się rozglądać. W każdej klasie wolne były tylko dwa boczne miejsca w pierwszym rzędzie – najgorsze ze wszystkich. Drzwi znajdowały się po prawej stronie sali, ale Nowy siadł na stanowisku po lewej, tak daleko od drzwi jak tylko mógł. Według Arto, ten wybór nie był przypadkowy. W obcym otoczeniu każdy odruchowo wybierał miejsce jak najbliższe drogi ucieczki. Postępując inaczej, Nowy chciał im pokazać że się ich nie boi, lecz Arto wiedział że ten spokój jest sztuczny.
Nowy siedział jak gdyby nigdy nic, udając zamyślenie. Z niewielkim powodzeniem próbował udawać zainteresowanie lekcją. Nie odwracał się do tyłu, nie patrzył się na nich, jakby nic go nie obchodzili, lecz lekkie drżenie mięśni pod skórą na jego karku i zjeżone porastające go krótkie, dziecięce, delikatne włoski mówiły, że czuje na sobie spojrzenie innych uczniów i że się ich obawia. Arto z daleka wyczuwał jego lęk; czuł go w swoich nozdrzach, węszył niemal jak drapieżnik, wyczuwający krew swojej przyszłej ofiary. Bo tak naprawdę Nowy bał się ich wszystkich. Nieważne jak bardzo starałby się tego nie okazywać, Arto i tak by to wykrył. Strach prowokował. Każdy uczeń szybko uczył się go wykrywać – tak samo jak maskować swój własny. Najwidoczniej, Nowy tego nie potrafił.
Dla wielu dwa rozjaśnienia oczekiwania, jakie dał nieświadomemu tego faktu Nowemu, to było zbyt wiele. Chłopcy z grupy zaczynali się niecierpliwić. W okienku ogólnego kanału rozmów ich grupy wciąż przewijały się zgadywanki i złośliwości pod adresem Nowego. Przestał zwracać na nie uwagę, lecz sam fakt ich istnienia wciąż zajmował miejsce w jego świadomości. Dla twojego własnego dobra, Nowy, próba powinna się odbyć już dzisiaj. Dość obserwowania szkoły, czas byś stał się jej częścią.
Bo oni byli szkołą – jej uczniowie, starszaki i młodszaki, a nie nauczyciele którzy...
- Arto! – do jego świadomości przebił się głos nauczyciela – Arto Waspersie! Czy ty mnie słuchasz?
Natychmiast spojrzał w jego stronę. Stał się czujny. Mogli nie uważać na lekcjach, lecz każdy z nich reagował na dźwięk swojego imienia, jak na alarm.
- Tak, proszę pana?
Przypomniał sobie że tematem lekcji, która w założeniu miała ich nauczyć podstaw chemii, były jakieś molekuły. Dokładniej, ich budowa i reguły łączenia się atomów w cząsteczki, lecz, jak większość uczniów w szkole, nie zwracał na to najmniejszej uwagi. Zwykle to nauczyciel był tym który mówił, zaś jajcogłowi – jedynymi, którzy się tym interesowali. Tylko oni z nim dyskutowali, pracowali nad schematami i odrabiali zadania, na bieżąco przesyłając wyniki do konsol swoich podopiecznych.
W końcu to była ich funkcja w grupie – sprawiać wrażenie, że wszyscy pilnie się uczą i dbać o to, by mieli dobre stopnie. I, pomyślał ze złością, pilnować by nauczyciel nie zwracał na nas uwagi. A zwykle robił to właśnie wtedy, gdy coś było nie tak.
Rzucił szybkie, gniewne spojrzenie na Rejkerta. Siedział nieco z przodu, w prawym rzędzie. To on był jajcogłowym, który miał się nim opiekować podczas zajęć. Rejkert posłał mu przepraszające spojrzenie, lecz Arto już skupił swoją uwagę na nauczycielu. Wymiana spojrzeń zabrała im ledwie chwilę.
- Co mi możesz powiedzieć na temat węgla? Atomu węgla? – nauczyciel podszedł powoli w jego stronę. Oby tylko nie stanął obok mnie, pomyślał Arto, tylko nie za mną. Wtedy system śledzący zmieni obraz na moim projektorze na taki, który ma pokazywać, że wykonuję ćwiczenia, choć wcale tego nie robię. A zmiana obrazu odetnie mnie od pomocy. Wtedy naprawdę będę miał kłopoty.
Na szczęście nauczyciel stanął przed projektorem, uważnie wpatrując się w swojego ucznia. Wszystkie otwarte okienka toczących się rozmów pozostały widoczne. Arto na moment przeniósł spojrzenie z nauczyciela na projektor, ale nie na pomniejszony schemat cząsteczki, jaki po drugiej stronie wypełniał niemal całą przestrzeń holograficznego obrazu, lecz na otwierające się właśnie okienko z czerwoną obwódką, które pojawiło się niemal natychmiast po zadaniu pytania – i którego, mimo przezroczystości trójwymiarowej projekcji, nauczyciel nie mógł zobaczyć.
Szybko przebiegł wzrokiem otrzymaną wiadomość.
- Więc... – zaczął po chwili wahania – Atom węgla ma cztery... elektrony walencyjne, dlatego oddaje je równie łatwo, jak przyjmuje nowe – zakończył, pewnym siebie głosie.
- A zatem, ile może tworzyć wiązań?
- Cztery – odpowiedział szybko, nawet nie patrząc na podpowiedź.
Nauczyciel wydawał się na coś czekać. Arto nie reagował, nie wiedząc o co chodzi. Sam nie mógł się zorientować, a Rejkert dopiero analizował sytuację.
W końcu nauczyciel uznał że się nie doczeka.
- Więc dlaczego na twoim modelu numer drugi ma tylko trzy? – spytał – Nie wygląda mi to na wiązanie podwójne.
- Wodór nie tworzy wiązań podwójnych. Nie w naturalnych warunkach – Arto zrobił minę zagapionego ucznia, który dopiero teraz zauważył swoja pomyłkę. Rejkert dostrzegł pułapkę i w porę napisał właściwą podpowiedź – Mój błąd, zamyśliłem się – dodał od siebie.
- Podobnie jak twoi dwaj koledzy spod ściany – nauczyciel dziwnie, niemal podejrzliwie spojrzał na chłopców, Żimmiego i Derta, siedzących w z nim w jednym rzędzie – Kolejny zbieg okoliczności, jak sądzę. Poprawcie to, proszę. Wszyscy.
Arto niedostrzegalnie odetchnął i skinął głową. Nauczyciel odwrócił się, by powrócić do swojej konsoli. Arto sięgnął do pulpitu, lecz nie po to by cokolwiek poprawić. Nawet gdyby miał taki zamiar, nie wiedziałby jak to zrobić.
Otworzył nowe okno na kanale prywatnym, łącząc się z konsolą Rejkerta.
„Uważaj” – ostrzegł go krótko. Gdyby konsola mogła przekazywać emocje, Rejkert padłby przed nim na kolana. Wiedział że czasem potrafi być tak wściekły że musi wykorzystywać całą swoją wolę by się opanować – „on coś podejrzewa”.
„Przepraszam” – dostał odpowiedź – „sam chciałeś abym sprawdzał nowego chyba zaraz będę miał wyniki nic się chyba nie stało”
„Tym razem” – odpisał – „opiekujesz się tylko nami trzema to niewiele inni mają więcej i nie sprawiają problemu postaraj się bardziej”.
„Mówiłem że potrzebuję tego modułu sprawdzającego błędy mówię ci jeszcze raz że sam nie dam rady skonstruować poprawnego algorytmu powinieneś się tym wreszcie zająć to by mi ułatwiło pracę jak mam jednocześnie uważać i wypełniać rozkazy poza tym gdyby was trzech obsługiwali różni jajcogłowi to nie zauważyłby niczego ostrzegałem aby podopieczni nie siedzieli obok siebie”.
„Jesteś najlepszy i musisz obsługiwać najważniejszych a co do modułu zastanowię się nad tym” – odpisał szybko i zamknął okno.
Rejkert strasznie się rozpisał. Naprawdę musiało mu zależeć na tym nowym module. Lecz jego uwaga była słuszna. Tylko głupi kapitan nie przyzna sam przed sobą racji podwładnemu, gdy ten ją ma. Nie powinien grupować obok siebie chłopców, korzystających z pomocy tych samych jajcogłowych. Tylko że oni sami tak chcieli, a on, głupi, głupi, powtórzył sobie w myślach, zgodził się na to, zamiast powiedzieć że tak być nie może. Następnym razem musi być stanowczy. Takie bezsensowne upieranie się przy swoim narażało bezpieczeństwo całej klasowej sieci, a może nawet sieci szkolnej w ogóle. Jeśli dorośli połapaliby się w tym co robią na lekcjach, nawet najtęższy jajcogłowy nie byłby w stanie przewidzieć co by zrobili, ani odtworzyć tego, co by zniszczyli.
Żaden nauczyciel nie miał pojęcia o istnieniu ich tajnej sieci komunikacyjnej, przełamującej zabezpieczenia jakie teoretycznie powinny nadzorować przepływ informacji między stanowiskami. Pojedynek, jaki toczyli z nauczycielami, musiał być równie stary jak sama szkoła. Dorośli starali się przekazać im swoją wiedzę, a oni unikali tego, jak tylko mogli. Zmieniały się sposoby, zmieniały urządzenia, rezultat był ten sam – zawsze byli o dwa kroki przed dorosłymi.
Nie powinienem się tak złościć, pomyślał. Znowu się zaczyna. Czasami z byle powodów wpadał w gniew. Zwykle w porę się opanowywał, przynajmniej jeśli chodziło o jego towarzyszy, niemniej obawiali się go, gdy stawał się właśnie taki. Być może mieli rację. Dobrze, że zdarzało się to tak rzadko.
Słyszał o wspomnianym przez Rejketa module. Jakiś czas temu pojawił się wśród najstarszych klas. Łączył się kodowanym kanałem z bazą danych szkoły i automatycznie sprawdzał poprawność wykonanego ćwiczenia. Była to jedna z tych rzeczy, których konsole szkolne nie miały prawa robić, lecz robiły, jeśli wiedziało się jak je do tego zmusić. Skoro twierdził że ten program jest tego wart, to warto spróbować go zdobyć. Tylko jak wyciągnąć coś od starszaków? Musiałby mieć coś na wymianę, lecz nic nie przychodziło mu do głowy.
Szybko puścił wypadek w niepamięć. Rejkert był dzisiaj zajęty bardziej niż zwykle. Z jego polecenia, wraz z innymi jajcogłowymi z grupy, od rana poddawał Nowego próbie, mającej określić jego wiedzę i spryt w rozwiązywaniu szkolnych problemów. Nowy nie mógł wiedzieć że jajcogłowi podglądali wszystko co robi na swojej konsoli. W sobie tylko znany sposób zablokowali sygnały płynące ze stanowiska nauczyciela – wyniki ćwiczeń, jakie widział, nie pochodziły od Nowego, lecz od nich. Sami w tym czasie podsyłali mu własne zadania, bacznie obserwując jak je rozwiązuje. Sądząc po komentarzach, Nowy nie będzie dobrym jajcogłowym.
To nawet lepiej, pomyślał, wracając do rozważań na jego temat. Żimmy miał rację. W grupie dość już mieli jajcogłowych. Prawda, im było ich więcej tym na każdego przypadało mniej uczniów do opieki i ich oceny stawały się lepsze. Lecz klasy miały mniej więcej po tyle samo dzieci. Zbyt duża liczba jajcogłowych to zbyt mała liczba chłopców, którzy potrafią się bić. Uznanie nauczycieli nie osładzało miejsca na dole hierarchii. Tylko od siły zależało czy inni będą się z nimi liczyć. Słabi się nie liczyli. Byli tylko mięsem, jak młodszaki.
Na projektorze pojawił się sygnał nowej wiadomości. Otworzyło się nowe okno. To był znowu Rejkert.
„Chyba już wiemy co wie ten nowy” – poinformował.
Zwrot typowy dla jajcogłowych. Prawie nigdy nie pisali „na pewno”. Zawsze „chyba”, albo „być może”. Arto nigdy nie zdołał rozstrzygnąć czy to brak pewności siebie sprawiał, że stali się jajcogłowymi, czy było odwrotnie. Potrafili wszystko odgadnąć w lot, lecz przy całym swoim sprycie, tego jednego nie potrafili – nie mogli się przełamać.
„Nada się do was” – zapytał. Rejkert, jako szef jajcogłowych, miał tu decydujące zdanie.
„Na siłę nie wydaje się głupi i sporo wie ale myślę że nie dość by był dla nas przydatny jeśli zechcesz mogę go poduczyć ale myślę że lepszy byłby z niego wojownik niż jajcogłowy”.
Po tej wiadomości Rejkert rozłączył się. Nie musiał pisać nic więcej.
A zatem próba.
Żaden kapitan nie chciał wyrzutka w swojej klasie. Jego grupa miałaby o jednego chłopca mniej. Ale niezależnie od tego co Arto chciał, a czego nie, nie zamierzał przyłączać do grupy kogoś kto będzie wymagał ochrony, nie dając nic w zamian. Zasady były surowe a ich było stać na to, by go nie wziąć. Obiecał sobie że jeśli Nowy okaże się być taki, jak myślą inni chłopcy, nie będzie miał wyrzutów. Porzuci go, pozostawiając zdanego na własne siły.
Włączył okno przeszukiwania i zaczął wyszukiwać swoich informatorów. Starsze roczniki miały ten przywilej że ich lekcje nie zaczynały się z samego rana. Wielu użytkowników nie było aktywnych, niemniej zdołał zlokalizować kilku starszaków, którzy mogli mu pomóc.
Pomyślał, że niezależnie od tego, co mówił Żimmy, rozdawanie przysług za darmo jednak się opłacało – o ile takie przysługi nie kosztowały zbyt wiele. Wielu starszaków zawdzięczało mu pomoc w kłopotach, głównie związanych ze słabymi ocenami. Mimo swojego wieku, był cenionym korektorem – kimś, kto potrafił je poprawiać. Jeśli okaże im należyty szacunek, uzyska potrzebne informacje. Również „za darmo”.

Wywołał jednego z nich na prywatnym kanale i cierpliwie czekał aż uzyska odpowiedź. Długa pauza miała przypominać z kim rozmawia. Mógł zostać zignorowany, lecz tamten wiedział kto go wzywa i że coś jest mu winien.
„Czego chcesz wkładzie do puszki” – odpowiedź przyszła dopiero po dziesięciu minutach – „nie mam czasu by z tobą gadać”
Wiadomość w pełni odpowiadała charakterowi rozmówcy. Jakże typowa dla starszaka, mało subtelna aluzja. Puszka, o której wspomniał, była prostym pojemnikiem, w jaki wkładano zwłoki, by wystrzelić je w stronę atmosfery Ziemi – by je jej oddać, jak mówiono. Zwykle była to groźba, tym razem była formą niegrzecznego odburknięcia. Mało który młodszak potrafił tak rozmawiać, by przekonać starszaka do pomocy. Arto znał tę sztukę.
„Bardzo przepraszam że przeszkadzam” – odpisał – „jeśli twój jajcogłowy sprawia ci kłopoty osobiście podłączę ciebie do innego który będzie się znał na temacie waszej lekcji”.
Na wszelki wypadek starał się okazywać pełen szacunek. Komunikując się przez konsolę nie potrafił odgadnąć w jakim nastroju był jego rozmówca. Musiał zachowywać ostrożność, jeśli nie chciał zapoznać się na najbliższej przerwie z jego siłą.
„Lepiej nie wciskaj mi wałków i nie drażnij swoimi kretyńskimi żartami nie chcę by inni zobaczyli że choćby odpowiadam takiemu bezużytecznemu asteroidzie jak ty”.
Arto od dawna przestał zwracać uwagę na obelgi. To było niemal regułą, zwykłym sposobem rozmowy między uczniami z różnych roczników. Starszak nigdy nie zwracał się po imieniu do młodszaka. Wyjątkiem był Żimmy, ale był członkiem grupy, więc to się nie liczyło.
„Dlatego korzystam z bezpiecznego kanału” – chętnie odpisałby, że dlatego są bezpieczne kanały, ale wiedział czym taka arogancka odpowiedź by się skończyła. Nigdy tego nie zrozumiał – im starszak silniejszy, tym zwykle głupszy. Dotyczyło to niemal wszystkich uczniów.
„Po prosu wyduś czego chcesz nim zrobię to sam a potem spadaj”.
Arto uznał że dostał pozwolenie, więc przeszedł do interesującej go sprawy. Niemniej, pozostał ostrożny, wyczuwając u rozmówcy pewne zniecierpliwienie.
„Potrzebujemy dzisiaj wolnej chwili po lekcjach chciałbym wiedzieć jeśli mogę czy nie staniemy się celem”.
Nie od razu otrzymał odpowiedź. Informacja, o którą prosił, z samej swojej natury była niechętnie podawana.
„I myślisz że potrafię lub chcę ci to powiedzieć”.
„Nie jesteś byle starszakiem znasz układy na górze może wiesz czy ktoś się na nas zasadza”.
Uznał że drobne pochlebstwo znajdzie sobie uznanie, nawet jeśli pochodzi od młodszaka.
„A co ciebie to obchodzi jak zechcemy to was spierzemy jak nie to nie”.
„To wasze prawo ale dzisiaj chciałbym to wiedzieć”.
„A co chcesz uciekać karaluchu?”
„Mamy ważną sprawę do załatwienia jeśli dzisiaj któraś ze starszych klas coś planuje to przełożymy to na jutro znamy reguły wy jesteście starszakami a my tylko głupimi młodszakami przepraszam że się odezwałem myślałem że wciąż pamiętasz jak pozwoliłeś mi sobie pomóc w przejściu do następnej klasy ale taki ważny starszak jak ty na pewno nie zaśmieca sobie głowy takim drobiazgiem jak ja byłby to dla mnie zbyt duży zaszczyt oczywiście zrobisz jak zechcesz”.
Tak to już jest, pomyślał pisząc to na konsoli. Czasami trzeba się upokorzyć by osiągnąć swój cel. Ale szybko spojrzał na to w inny sposób. Nie chciał by starszaki zaskoczyły ich podczas sprawdzania Nowego. To co robił nie było poniżaniem się, lecz ceną, jaką musiał zapłacić za bezpieczeństwo. Ta myśl od razu poprawiła mu nastrój.
Tu płaciło się za wszystko. Za bezpieczeństwo w szczególności.
„Dobrze że znasz swoje miejsce mały szczurze ciesz się że cię jeszcze pamiętam nie jestem tylko pewien czy to nie za duże oczekiwania dla takiego śmiecia w zamian za tak niewielką pomoc”.
Gdyby nie tamta niewielka pomoc, ty wielki pryszczu, nie siedziałbyś teraz ze swoimi towarzyszami, tylko dowodził jakąś bandą młodszaków, równie tępą jak ty sam, pomyślał. To co myślał nie miało oczywiście znaczenia, lecz dzięki temu poczuł się odrobinę mniej upokorzony.
„Przecież nie chcę byście zostawili na w spokoju tylko byś mi powiedział czy coś się stanie nawet nie pytam kiedy gdzie i kto tylko czy ktoś” – odpisał, siląc się na spokój.
„No to ciesz się pryszczu bo nic mi nie wiadomo by ktoś chciał się dzisiaj dobierać do waszych żałosnych jaj nie zastanawiamy się nad takimi kawałkami gówna jakimi jesteście nie obiecuję że jutro będzie tak samo nie wszyscy dają się tak łatwo opłacić jak wasi beznadziejni ochroniarze a teraz wylatuj” – gdy tylko tekst przepłynął przez okno, jego informator rozłączył się.
Właśnie dlatego nie byłem pewien co zrobią niektórzy kapitanowie, ty niedouczona pałko, pomyślał. Nie wszyscy w tej szkole są mi coś winni. Ale i tak odetchnął z ulgą. Informator zapewne nie kłamał. Jego doświadczenie podpowiadało mu, że gdyby tak robił, starałby się go przekonać że mówi prawdę, zamiast dawać do zrozumienia że ma to gdzieś. Ten starszak nie był tak bystry, by aż tak udawać. Łączyło ich jedno – obaj byli staszliwie znudzeni lekcjami.
Wywołał Derta, swojego drugiego zastępcę. Jakiś czas temu polecił mu zająć się sprawą Nowego z nieco innej strony. Miał pogrzebać w komputerze stacji, na ile to potrafił. Same ogólnie dostępne informacje, nic co by potrzebowało roboty jajcogłowych, lecz nawet takie rzeczy mogły okazać się przydatne.
„Coś nowego” – napisał.
„Nic ciekawego” – zauważył, że Dert dołączył do ich kanału także Żimmiego – „nowy to zwykły planetarianin jego rodzice znaleźli tu pracę ale wcześniej dużo się przeprowadzali zaliczył przez to kilka szkół przez ostatnich kilka lat byli niemal na każdym kontynencie nawet po trzy razy”.
Arto uznał to za ciekawą informację. Skoro tyle razy się przenosili to Nowy mógł być coś wart”. Musiał się nauczyć dostosowywać.
„Co mówił o nim rejkert podobno już skończył” – do rozmowy włączył się Żimmy.
„Twierdzi że jest za słaby ale może go podciągnąć”.
„Nie warto” – Dert bardziej to stwierdził niż pytał. Arto nie zareagował na to drobne przekroczenie uprawnień. Dert nie próbował podważać jego pozycji. To bardziej pasowałoby do Żimmiego. Jedynie stwierdzał fakt. Miał słuszność, lecz nie wypadało by przyznał mu rację. To nie on miał się zgadzać z innymi, to grupa miała się zgadzać z nim – lub słuchać, zależnie od okoliczności.
„Myślę że dzisiaj starszaki dadzą nam spokój więc postępujemy zgodnie ze zwyczajem dert upewnij się gdy wyjdziemy ze szkoły że teren będzie czysty”.
Nie oczekiwał potwierdzenia. Dert przyjął polecenie i jego kapitan wiedział że sumiennie się z niego wywiąże.
„Najwyższy czas” – uznał Żimmy – „pora pokazać nowemu gdzie jego miejsce musi się przekonać że nie jest już na ziemi tu nie ma miejsca dla byle kogo już i tak jest tu ciasno”.
„Na ziemi jest jeszcze ciaśniej” – przypomniał mu Arto.
„Tym bardziej powinniśmy pilnować aby nie było tak i u nas jeśli to co mamy tutaj to mało to ja nie chcę wiedzieć co to znaczy dużo”.
Wymówka dobra jak każda inna. Żimmy myślał tylko o tym jak dobrać się Nowemu do skóry. Liczył iż to jego wybierze za przeciwnika. Żimmy lubił pokazywać grupie swoją siłę i sprawność. Ostatnio nie było ku temu możliwości, żadna grupa nie chciała z nimi walczyć, więc czepiał się niemal każdej okazji.
Marne szanse, Żim, pomyślał. Nowy nie wybierze kogoś, kto jest najwyższy w grupie. Nie wygląda na kompletnego durnia. Choć może...?
W jednym Żimmy miał rację. Ziemia była przeludniona, podobnie jak przekształcone na jej podobieństwo Mars i Wenus. Nie lepiej było na pozostałych osiemdziesięciu kilku koloniach wewnątrz Układu, ani na jeszcze liczniejszych stacjach orbitalnych, podobnych jak ta na której mieszkali. Żyło się tu ciężko i w ciągłym zagrożeniu. Tu, na górze, niezależnie czy oznaczało to orbitę Ziemi, Marsa czy Jowisza, wypadki przy pracy zdarzały się do dwunastu razy częściej niż na dole, zaś wypadków poza pracą bywało jeszcze więcej. Mimo to produkcja nie mogła ustać nawet na chwilę, nieważne co się działo. Od tego zależały losy setek, może nawet tysięcy kolonii.
Stacja nie była bezpiecznym miejscem, a oni dobrze o tym wiedzieli. Nowy powinien szybko poznać, gdzie się znalazł i przekonać ich ze do czegoś się nadaje. Inaczej jego los mógłby okazać się przypieczętowany. Beksy i wyrzutki nie wytrzymywały tu długo.

* * *

Ostatnia lekcja zbliżała się ku końcowi, ale to właśnie te ostatnie minuty zwykle dłużyły się najbardziej. Był wtedy najbardziej niecierpliwy. Nigdy nie nauczył się czekać.
Jego stanowisko znajdowało się w pierwszym rzędzie, w kolumnie umieszczonej przy lewej ścianie. Tylko to było wolne, gdy dwa dni temu jeden z nauczycieli przyprowadził go do jego nowej klasy. To, oraz to drugie, przy drzwiach. Wybrał to, by inni uczniowie nie pomyśleli że się boi przebywać razem z nimi w tym samym pomieszczeniu. Nawet na takie drobiazgi nauczył się uważać.
Inni chłopcy siadali w każdej klasie na tych samych miejscach. Uznał że to, które zajął, teraz należy do niego. I dobrze. Był zadowolony ze swojego wyboru. Nie przeszkadzało mu że nic nie zasłaniało go przed spojrzeniem nauczycieli. Potrafił dobrze kryć swoją niecierpliwość; zwykle tylko kryć, tłumić już nie zawsze. Umiał siedzieć spokojnie przez całą lekcję, lecz rzadko kiedy potrafił się skupić na tym, co się działo.
Nauczycielka musiała widzieć że nie uważa lecz, szczęśliwie, wcale się o to nie czepiała. Był nowy, starała się być wobec niego wyrozumiała. Chciała dobrze, Iwen o tym wiedział, ale doświadczenie nauczyło go że skutek bywał odwrotny. Zwykle tolerancja nauczycieli prowokowała inne dzieci do działania. Na szczęście nie tutaj.
Pomyślał o chwili, gdy wyjdzie ze szkoły i wróci do domu. Męczyły go te ciągłe zmiany – wciąż nowe otoczenie, wciąż nowe dzieci. Zawsze było tak samo. Mijały miesiące w nowym miejscu; sprawy zaczynały układać się po jego myśli, zaczynał wierzyć że może tym razem już tu zostaną – i zawsze się mylił. Obiecał sobie że tym razem się nie pomyli.
Gdy był bardzo mały pozostawali na miejscu cały rok, czasem dwa. Dziś ledwie to pamiętał. Teraz, niemal odkąd zaczął chodzić do szkoły, pobyt w nowym miejscu stawał się coraz krótszy. Ledwo zdołał się dopasować, a już musiał porzucać nowych znajomych, o których akceptację czasami musiał walczyć. Nie miał wielu przyjaciół, właściwie nie miał ich wcale i zdążył do tego przywyknąć.
Dziś mijał równy tydzień od kiedy wprowadzili się na orbitę, a Iwen wciąż był przytłoczony zmianami w swoim otoczeniu. Aż dotąd gdzie by się nie przenosili, zawsze zostawali na Ziemi, a tam, na dole, poza ludźmi i ich zachowaniem, niewiele się zmieniało. Tutaj wszystko zdawało mu się jeszcze bardziej inne, wręcz obce, gorsze. Nie tylko ludzie.
Na Ziemi mieszkali w ogromnych budynkach, olbrzymach wysokich na kilka kilometrów, w których było niemal wszystko czego potrzebowali. Prawie nigdy nie wychodzili na zewnątrz, chyba że przy jakichś ważniejszych okazjach – gdy szli na wycieczkę, lub gdy się przeprowadzali. Z ich ostatniego mieszkania, gdy zadzierał głowę tak bardzo jak tylko mógł, potrafił nawet dojrzeć przez okno niewielki skrawek nieba, a czasem i słońce. Tamto podobało mu się najbardziej, ze wszystkich jakie pamiętał.
Teraz byli na górze. Rodzice nie mówili dlaczego, lecz on wiedział że to przez pracę. Ojciec często ją tracił; stacja mogła się okazać ostatnim miejscem, w którym mógł ją dostać. Była ogromna, jej grubość w okolicy osi liczyła kilka dziesiątków kilometrów, średnica mierzyła ponad sto. Większą część jej przestrzeni zajmowały fabryki, zwłaszcza stocznie, a wszędzie tam, gdzie coś się budowało, był potrzebny ktoś kto znał się na komputerach i elektronice. Ktoś taki jak jego ojciec. Bo elektronika była wszędzie, od zwykłych kartek po projektory.
Stacja orbitalna była dla niego czymś zupełnie nowym. Zwykłe rzeczy były tu inne, niezrozumiałe. Wszystko było zamknięte w wielkim pancerzu, za którym była tylko zabójcza próżnia. Nie było nieba, nie było słońca, tylko sztuczne światło, lecz tak naprawdę nie różniło się to wiele od wieżowców. Nie było dnia, tylko rozjaśnienie, ani nocy, zamiast której było zaciemnienie, lecz to były tylko nowe nazwy na znane mu rzeczy.
Za to łazienka... Łazienka była już zupełnie inna od tego, co znał. Inna była nawet tak pozornie zwykła rzecz jak toaleta; jej używania musiał się uczyć na nowo. Już pierwszego dnia odkrył że proste dawniej umycie rąk zamieniło się w problem niemal nie do przezwyciężenia. Nie potrafił zrozumieć dlaczego zwykła woda zamieniała się w latające kule, kpiące sobie ze wszystkiego czego dotąd doświadczył. Trzymali ją w szczelnych pojemnikach a i tak, niczym obdarzona własną wolą i rozumem, zawsze znajdowała sposób by z niego uciec – wystarczyło że go nie domknęli.
Matka wyjaśniła mu że to dlatego iż woda nie podlegała magnetycznemu przyciąganiu, jak wszystkie inne przedmioty na stacji. Przez to musiał uważać gdy brał prysznic, by woda nie zakleiła mu twarzy. Dopiero zmieszana z mydłem zaczynała spływać, bez niego unosiła się bezładnie w powietrzu, pędzona w dół lekkim podmuchem wentylatora. Potrafił pływać, nawet bardzo dobrze, lecz tutaj, w kontakcie z tą dziwną wodą, nie miało to znaczenia.
To była pierwsza rzecz której się musiał nauczyć. Przyciąganie na stacji nie było prawdziwe; bardziej przypominało tkwiący wewnątrz stacji wielki magnes, przyciągający do siebie całą resztę. Działało to tylko na przedmioty zawierające w sobie choć odrobinę metalu. Wszystko inne unosiło się bezwładnie w powietrzu. Szybko oduczył się pluć – czego rodzice nie zdołali osiągnąć przez lata, stacja zrobiła ledwie w parę dni.
Nie inaczej działo się z ich ciałami. Czuł się z tego powodu dziwnie. Z początku był zdezorientowany i czasem wymiotował. Doktor, który ich badał przed wydaniem zgody na przesiedlenie z Ziemi na stację, wyjaśnił że minie wiele czasu, miesiąc, może nawet dwa, nim zaczną odczuwać sztuczne ciążenie. Wszyscy którzy tu żyli musieli żywić się specjalnym pożywieniem, takim samym jakie jedli astronauci. Uprzedził go że w tym czasie niektóre osoby mają wrażenie jakby utyły, lecz to przemija, w miarę jak jego ciało dostosuje się do nowych warunków; zacznie nasycać się cząsteczkami z pożywienia aż ustali się równowaga między tym co zje i wydali. Pole magnetyczne stacji zacznie stopniowo przyciskać jego ciało do podłogi, by na koniec nadać mu prawdziwy ciężar, dokładnie taki jak na Ziemi.
Lecz miało się to dziać stopniowo. Do czasu gdy adaptacja dobiegnie końca, mieli nosić długie spodnie i specjalne kamizelki z długimi rękawami. Nowe ubrania zawierały ciężarki które przyciągał wielki magnes stacji i które usuwali w miarę jak ich ciała stawały się cięższe. Dorośli nazwali to ubiorem kompensacyjnym. Musiał przyznać że, jeśli chodziło o wagę, spisywało się znakomicie. Gorzej z resztą. Wciąż robiło mu się niedobrze gdy szybko obracał głową; jego oczy wciąż nie poruszały się same z siebie zgodnie z ruchem głowy i sam musiał nimi wodzić za obserwowanymi przedmiotami. Wiedział że do tego będzie się musiał przyzwyczaić, bo wszystko co sztuczne nie było doskonałe, lecz przynajmniej mógł poruszać się tak jak dawniej. Nowy ubiór trochę krępował ruchy, lecz nie wydawał się ani zbyt ciężki, ani zbyt lekki. Jego skóra czuła na sobie coś ciężkiego, lecz dla ciała to coś ważyło dokładnie tyle ile sam ważył, gdy był na powierzchni Ziemi. Oszustwo było całkowite.
Pomimo tego – lub właśnie dlatego – z początku bardzo niechętnie go zakładał. Przez pierwsze dni rodziców prawie nie było w domu. Załatwiali sprawy związane z pracą i zamieszkaniem na stacji, starając się jak najkrócej gnieść w tymczasowym lokalu dla przychodzących, jak ich nazywali urzędnicy. Wtedy Iwen lubił poczuć się naprawdę jak na stacji. Rozbierał się i latał goły po niewielkim mieszkanku, napawając się siłą i możliwościami jakie dawała mu nieważkość. Musiał uważać by nie poobijać się o ściany, lecz ze wszystkich innych, tę jedną zmianę polubił naprawdę. Prawie żałował że było to tymczasowe.
A potem nadeszło zwyczajowe napomnienie z Urzędu Opieki, nakazujące mu i jego siostrze iść do szkoły. Jak zwykle, powoływano się na prawny obowiązek edukacji i grożono że w razie zaniedbania ustawowej opieki zostaną wyciągnięte należne konsekwencje. Nie rozumiał tych należnych konsekwencji, lecz czuł że nie oznacza to nic dobrego. Zajmujący się nowo przybyłymi urzędnik pomógł rodzicom wybrać szkołę i załatwił potrzebne formalności. W taki to sposób Iwen pojawił się przedwczoraj na pierwszych zajęciach.
W swoim życiu trafił już do kilku szkół. Różnie mu się w nich układało. Za pierwszym razem było nawet nieźle. Inni też byli tam pierwszy raz. Szybko zaprzyjaźnił się z niektórymi z dzieci. Kolejne szkoły były już gorsze. Jako nowy zawsze wzbudzał zainteresowanie, tym większe im klasy stawały się starsze. Wszyscy już się znali, mieli przyjaciół, tylko nie on. Bywało że miewał przez to kłopoty, więc nauczył się jak powinien się zachowywać, by wejść do nowej grupy. Co robić, by zdobyć szacunek uczniów, sprawić by zostawili go w spokoju, lub by się go bali – zależnie co zechciał i jaka była nowa klasa.
Lecz czuł, że tutaj jest inaczej.
Oni wszyscy... byli jacyś dziwni. Podpowiadało mu to jego własne doświadczenie i lekki, choć dobrze odczuwalny ucisk w dolnej części brzucha. Nie byli tacy jak chłopcy w innych szkołach. Cała szkoła była dziwna. Nie było mieszanych klas, jak na Ziemi; co więcej, klas dziewczęcych było prawie o połowę mniej niż chłopięcych. Ta, do której trafiła jego siostra była podobna do jego własnej, ale Ros była starsza i sprytniejsza. Po jej zachowaniu widział że radziła sobie dobrze i czuła się tu lepiej niż on sam.
Ja też sobie poradzę, pomyślał. To nie jest pierwszy raz. Mam doświadczenie.
Nikt się nie wygłupiał. Nikt nie robił kawałów, nie żartował z kolegami, nie przeszkadzał na lekcji. Niby uważali na lekcji, mógłby to przysiąc. Wykonywali polecenia nauczyciela, odpowiadali poprawnie na pytania, ale czuł że całą swoją uwagę skupiali na nim, nawet jeśli na niego nie patrzyli. Niemal czuł ich oddechy na karku, ile razy pochylał się nad konsolą. Sam nie próbował się odwracać. Nie patrzył ani do tyłu, ani na boki, nawet ukradkiem. Chciał by pomyśleli że się ich wcale nie boi, choć było to nieprawdą.
Czuł, że to jest miejsce, którego szybko powinien nauczyć się bać. 
Pewne rzeczy zdawały się być podobne do tych które znał. Tu także dzieci miały wszczepiony w lewe ramię miniaturowy nadajnik. Pluskwę, jak tu na niego mówili. Widział małe, ledwie widoczne wypukłości poniżej krótkich rękawów koszulek ich właścicieli, świadczące o tym że tkwi on w ich ciele, włożony tam przez dorosłych, zaraz po urodzeniu. Lecz to był tylko pozór podobieństwa.
Już pierwszego dnia wiedział że coś jest nie tak. Przede wszystkim, było tu zbyt cicho jak na takie miejsce. Panował gwar, lecz nie taki jakie robią zwyczajne dzieci. Przypominało to bardziej zebranie dorosłych. Szkoła okazała się istnym korowodem dziwacznych ozdób i fryzur, lecz wygląd dzieci nie szedł w parze z ich zachowaniem. A takich dziwnych rzeczy dostrzegał tu więcej.
Atmosfera strachu i wrogości, jaką wyczuwał w czasie przerwy, dziwne spojrzenia jakimi obdarowywali go niektórzy chłopcy, nawet ci z jego nowej klasy, gdy szedł korytarzami... Nie odzywali się do niego, tylko patrzyli. W każdej innej szkole byłoby to dla niego najlepsze rozwiązanie, lecz tutaj... Widział jak zmieniało się zachowanie uczniów gdy w pobliżu pojawiał się nauczyciel. Widział jak dziewczynki trzymają się z daleka od innych dzieci, zbite w stadka. Jak młodsi chłopcy schodzą z drogi starszym, jak pomimo tego ci je zaczepiają i czasem biją, brutalnie i bezwzględnie, gdy tylko byli pewni że żaden dorosły niczego nie zdoła zauważyć. I mimo to cała szkoła wydawała się podejrzanie spokojna. Więc, choć to widział, milczał – bo milczeli inni.
Widział wprawdzie perceptory, niewielkie urządzenia rozmieszczone na korytarzach, przez które komputer stacji mógł widzieć, słyszeć i czuć co się dzieje, ale łatwo poznał że wszystkie były od dawna uszkodzone. Czemu dorośli nie próbowali ich naprawiać? Mógł zgadywać że dzieci tyle razy niszczyły sprzęt, że dali sobie z tym spokój. Lecz dlaczego?
Z czasem to odkrycie zaczęło go coraz bardziej przerażać. Jego ojciec nie zdawał sobie sprawy z tego jak dużo nauczył już swojego syna. Teraz jego wiedza ostrzegała go by się pilnował. Nie wiedział co tu się dzieje, dlaczego się dzieje i dlaczego dorośli nie reagowali, wiedział za to że jest tutaj, sam, i musi bardzo uważać.
Gdy tu był, najbardziej cieszyło go że jego koszula kompensacyjna była gruba i mocna. Mogła stanowić doskonałą osłonę przed uderzeniem, a on mógł tego potrzebować. Czuł że coś takiego to tylko kwestia czasu, choć nie wiedział skąd i kiedy nadejdzie pierwszy cios. To wisiało w powietrzu. Od pierwszego dnia przygotowywał się na złośliwości i utarczki, być może bolesne, jakich spodziewał się paść ofiarą. Przygotowywał się do obrony, lecz oni tylko się patrzyli, jakby chcieli go zjeść – i to było jeszcze gorsze. Bał się tych spojrzeń bardziej niż ciosów. Przed nimi nie potrafił się bronić.
Zawsze starał się wchodzić do klasy jako ostatni. Mógł wtedy, nie zwracając ich uwagi, rzucić kilka ukradkowych spojrzeń. Tylko czekali na chwilę gdy będą mu mogli dołożyć, jak podczas tych bójek na korytarzach. Ich spojrzenia były wręcz... dzikie, przypomniał sobie słowo z projekcji, pokazujących dawne życie na Ziemi.
Mijał już drugi dzień. Czuł że dzisiaj coś się wydarzy. Dzisiaj ich spojrzenia stały się szczególnie czujne. Iwen już bardzo dawno temu nauczył się że warto wierzyć w to, co czuł. To zawsze pomagało.

Nauczycielka ogłosiła koniec lekcji. Uczniowie się ożywili. Powyłączali konsole i grupkami zaczęli opuszczać klasę. Iwen nie rozluźnił się. Dopiero teraz poczuł się spięty i nerwowy.
Gdyby chciał, wyszedłby stąd jako jeden z pierwszych, lecz wolał zaczekać. Nie spiesząc się, przeniósł dane na swoją kartę pamięci i powoli wyłączył konsolę. Opuścił klasę jako ostatni.
Inni chłopcy już sobie poszli. Może się pomyliłem, pomyślał, może zostawią mnie w spokoju. Lecz sam w to nie wierzył. 
- Iwen, zaczekaj, proszę.
Już miał odejść, gdy usłyszał jej głos. Odwrócił się.
- Iwen, jesteś tu nowy – nauczycielka stanęła przed nim i pochyliła się, aby spojrzeć mu w oczy – To miejsce nie jest dokładnie takim jakim się wydaje. Jakim powinno być.
Była bardzo młoda jak na nauczycielkę, ocenił. Być może była tu tak samo nowa jak on.
- Nie rozumiem, proszę pani – odpowiedział zgodnie z prawdą.
Nauczycielka westchnęła.
- Iwen... ja też tego nie rozumiem. Dla mnie wszystko tutaj wydaje się normalne, ale... Ale wiele się mówi, o różnych rzeczach. Wiesz... w szkołach na górze... tu, na stacji, zdarzają się wypadki o których nikt nie chce mówić, ani dorośli, ani... Ani dzieci. Rozumiesz, co mówię?
Rozumiem aż za dobrze, pomyślał.
- Mam na siebie uważać, prawda? – spytał. Po tym jak mówiła poznał że też jest z Ziemi i, być może, wie o tym miejscu niewiele więcej od niego. Choć, w odróżnieniu od niego, coś wiedziała. Jakieś plotki. Czy prawdziwe? Gdyby to wiedziała, nie pytałaby go o to.
Kiwnęła głową.
- Jestem wychowawczynią twojej klasy. Opiekuję się wami, od niedawna. Proszę cię, jeśli coś zauważysz, powiedz mi o tym, dobrze? Jeśli chcesz, twoi koledzy nigdy się o tym nie dowiedzą...
- Dobrze – odpowiedział – Mogę już iść?
Nauczyciele zawsze chcieli dobrze. Wierzyli że postępują słusznie, ale Iwen wiedział że czym innym jest spełnianie ich życzeń, a czym innym zdobycie akceptacji kolegów. Jej prośba była dla niego potwierdzeniem obaw, wyraźnym sygnałem ostrzegawczym aby się nie wychylał, cokolwiek się stanie.
- Oczywiście – nauczycielka wyprostowała się. Swoją kartą zamknęła drzwi do sali – Tylko pamiętaj o naszej rozmowie.
Kiwnął głową i odwrócił się, ruszając ku wyjściu. Z ulgą zauważył że korytarze były puste.

Jedyne drzwi szkoły wychodziły prosto na główny korytarz sekcji. Nigdy nie było tu dużego ruchu. Nie było tu sklepów ani domów, tylko szkoła i sale gimnastyczne dla uczniów, poza lekcjami zwykle puste. Dorośli nie mieli tu czego szukać. Iwen ruszył w kierunku windy, która miała go zawieźć kilka poziomów niżej, do sekcji mieszkalnej. Tam był jego kolejny nowy dom.
Do zaciemnienia pozostało kilka godzin. Główne sufitowe lampy wciąż zalewały korytarze jasnym światłem; boczne zaciemnieniowe lampki były zgaszone. Miał trochę czasu. Postanowił rozejrzeć się po górnej promenadzie. Na stacji były dwie – jedna, na spodniej powierzchni dysku, wychodziła wielkim pierścieniem okna na Ziemię, druga ukazywała widok na daleki kosmos. Nie był jeszcze na żadnej, ale słyszał dość by wzbudziły w nim ciekawość. Podobno przypominały trochę dawną Ziemię. Coś jak piętra zieleni z wieżowców na dole, tylko inne, większe.
Na dole... Powoli przyzwyczajał się że od teraz właśnie tak będzie myślał o Ziemi. Nie martwiło go to ani trochę. Nie żałował przeprowadzki, jak większości innych, za wyjątkiem tego że trafił w miejsce które mu się zupełnie nie podobało i do szkoły, której się bał. Jednak mówienie w ten sposób o planecie, na której spędził całe swoje życie, budziło w nim dziwne uczucie, którego nie potrafił nazwać. Poczucie jakiegoś braku.
Ta myśl niczego nie zmieniała. Szybko ją odrzucił. Licząc na wycieczkę przyspieszył nieco kroku, mniej zwracając uwagę na otoczenie. Sądził że poza szkołą nic mu nie grozi. Lecz gdy skręcił z głównego korytarza, zatrzymał się jak wryty.
Drogę zagrodziła mu grupka chłopców z jego nowej klasy. Dziewięciu. Spojrzał za siebie. Pozostali już tam byli. W milczeniu ruszyli w jego stronę, zmuszając by wszedł głębiej w boczny korytarz i doszedł aż do zagradzającej mu drogę dziewiątki.
Uczucie strachu przeszyło go chłodnym dreszczem od bioder aż po czubek głowy. Miałem rację, pomyślał, to miało się stać dzisiaj. Wiedzieli którędy będę wracał. Zaczaili się tu, gdzie nikt niczego nie zauważy a ja, jak kopalniany głupek, wszedłem prosto w pułapkę.
Domyślał się czego chcieli. W każdej klasie był ktoś kto tylko czekał na okazję by wyżyć się na nowym. Inni mieli do kogo się zwrócić po pomoc, lecz nowy nie mógł na nią liczyć. 
Był sam. Łatwy cel dla każdego.
To nie był jego pierwszy raz. W jego starych klasach były grupki dzieci-gapiów, przyglądających się obojętnie, obserwujących zdarzenie jedynie ze zwykłej ciekawości. Które mówiły dość gdy bójka stawała się zbyt poważna. Tu tak nie było. Tu wszyscy niecierpliwie oczekiwali na to co się stanie. Przemknęło mu przez myśl że tutaj, być może, nikt nie powie dość.
Podszedł bliżej, co chwilę oglądając się za siebie. Chłopcy zamknęli go w szczelnym pierścieniu. Ich milczenie potęgowało jego strach. Na co czekali, czego chcieli? Dlaczego nie zaczynali? Obrócił się dookoła. Nawet gdyby jakimś sposobem zdołał się stąd wyrwać, juto będzie musiał tu wrócić, tak samo pojutrze – a oni będą czekać.
Czuł jak dwadzieścia osiem par oczu przewierca go na wylot. Przypomniały mu się kroniki o wymarłych drapieżnikach. Wyglądały i zachowywały się podobnie gdy czuły krew. Czekały aż któryś zaatakuje pierwszy, a wtedy rzucały się na ofiarę, rozszarpywały ją na strzępy i pożerały żywcem.
- Czego chcecie? – spytał głośno, skrywając drżenie głosu – Przepuśćcie mnie!
Nie zareagowali, jakby byli głusi. Ich twarze pozostały nieruchome. Czekali. Cofnął się o krok, ale inni byli tuż za nim, jeszcze bliżej. Zatrzymał się.
- Po prostu dajcie mi spokój...
- Nie jesteś zbyt czujny – ktoś powiedział – Łatwo cię złapać.
Iwen był zły za pouczenie. Chłopiec miał rację, powinien być ostrożniejszy, ale jego uwagi miał akurat gdzieś. Nie ich sprawa co robi i na co uważa. Chcieli go pouczać, czy zbić? 
Chłopiec wystąpił do przodu. Szedł pewnie, powoli, nie spiesząc się, krok po kroku. Poznał go, choć nie od razu. To ten który zawsze siedział w ostatnim rzędzie. Czuł jak mu się przyglądał podczas zajęć, ale nigdy nie zwracał na niego uwagi. Nie wydawał się szczególnie groźny, ale mógł się mylić. Czasem ci najspokojniejsi byli najgorsi.
Chłopiec stanął przed nim z założonymi rękoma, niczym jakiś posąg. Przywódca, pomyślał. Nie był specjalnie wysoki. Przerastał Iwena może o parę centymetrów, lecz równie dobrze mógł to być efekt jego wiecznie zmierzwionych, rozrzuconych i sterczących na wszystkie strony ciemnobrązowych włosów. Z jeszcze bardziej ciemnobrązowych oczu wyzierała inteligencja – twarda, chłodna i bezwzględna. Odkąd do nich trafił, twarze jego towarzyszy przywodziły mu na myśl pyski drapieżników – a może zaostrzała je jego wyobraźnia? – lecz wyraz twarzy tego chłopca był łagodniejszy, niemal ludzki. Na lekcji zdawał się mówić – „hej, zostańmy przyjaciółmi”. Teraz, choć twarz pozostała ta sama, jej wyraz się zmienił.
Iwen milczał. Jego skrywany strach przybrał na sile. Nigdy nie widział takich oczu. Przyciągały uwagę, samym swoim istnieniem każąc mu w siebie patrzeć. Obserwowały, spokojnie, krytycznie. Potrafiły być przenikliwe. Przysiągłby że nic nie umknie jego uwadze. Wobec pewności siebie tego chłopca, jego własna była niczym.
Nikt nie patrzył tak czujnie jak on, nawet dorośli. Oni byli zwykle zbyt zmęczeni, zbyt zajęci i zbyt odlegli. Iwen miał wrażenie że spojrzenie oczu chłopca przeszywa go na wylot, pozwalając mu dostrzec wszystko, nawet jego strach. Czy to on miał uderzyć jako pierwszy? 
- Tu nikt nie zostawi cię w spokoju – obojętny ton głosu chłopca przyprawił go o ciarki – zwłaszcza jeśli nie potrafisz na siebie uważać. Jesteś tu nowy. Planetarianin... – powiedział to jakby nie wiedział czy to dobrze, czy źle – Musisz poznać jak to jest gdy żyjesz na stacji. Musisz poznać swoje miejsce.
- Nie obchodzą mnie wasze zasmarkane miejsca! – Iwen powiedział to trochę zbyt głośno, ale zaczepna odpowiedź dodała mu odwagi. Cokolwiek się wydarzy będzie po myśli tego chłopca, lecz nie zamierzał jęczeć o litość tylko dlatego że był sam przeciwko całej klasie.
- Nas obchodzą. Ciebie też zaczną – tamten wciąż mówił z chłodnym spokojem, ale na Iwena ten spokój już nie działał – Jesteś w naszej szkole. Musisz się dostosować.
- Ja nie... – Iwen chciał powiedzieć że wcale nie chciał tu trafić, że wolał zostać na Ziemi, ale zagryzł wargi. Rozejrzał się jeszcze raz. To było bez sensu. Cokolwiek by nie powiedział, oni nie dadzą mu spokoju.
Zdjął z ramion torbę ze szkolnym sprzętem i wbił swój wzrok prosto w oczy tamtego, tak pewnie i stanowczo jak tylko potrafił. Niech nie myśli że się go boi.
- Rozumiem – powiedział hardo – Musicie mnie pobić. Tak witacie... planetarian – podkreślił to nowe dla siebie słowo – Zaczynajcie, jeśli tak ma być – rozłożył ramiona i obrócił się, patrząc na nich – Nie będę uciekał. Załatwmy to tu i teraz.
Gdy znowu spojrzał na ich przywódcę, na twarzy chłopca igrał lekki uśmieszek. Zawsze to jakaś odmiana. Myślałeś że będę uciekał gdy wy rzucicie się na mnie z pięściami? Że będę się bronił? Więc nic z tego. Skoro to nie ma sensu, nie będę się męczył. Oto jestem na waszej łasce, jak tego chcieliście od początku. Róbcie ze mną, co chcecie.
Choć patrzył na niego uważnie, nie był w stanie ocenić o czym myślał. Nieprzeniknione oczy skrywały wszelkie emocje – jeśli jakieś odczuwał. Jest jak kawał plastali – pomyślał, nie bez zazdrości – twardej i niezniszczalnej. Jakbym wyglądał gdybym mógł na siebie spojrzeć takimi oczami? Co bym widział? Przestraszonego tchórza, czy... desperata?
- To nie działa w ten sposób – odpowiedział mu chłopiec – Nie w mojej grupie. My nie bijemy nowych.
Iwen zauważył jak mówił o swojej klasie. My. Nie – oni, lecz – my.
- Więc co mam zrobić? – spytał.
Nie spuszczając wzroku z Iwena, chłopiec nieznacznie kiwnął głową w stronę kolegów.
- Walczyć. Wybierz kogoś. Niekoniecznie teraz, niekoniecznie dzisiaj. Może być jutro, nawet pojutrze. Lecz jeśli spróbujesz...
- Nie będę niczego próbował! – przerwał mu hardo – Chcę ciebie, tu i teraz!
Chciał to zrobić raz a dobrze. Wymierzył w dowódcę. Nieważne czy wygra czy przegra, czy tamten pobije go tak mocno że będzie to czuł przez następne dni, Iwen zyskałby tym szacunek i uznanie reszty klasy. Lecz jego prosty plan nie miał się ziścić.
- Możesz wybrać każdego oprócz mnie – usłyszał w odpowiedzi – Takie są zasady. Jestem kapitanem. Kapitan nie zajmuje się nowymi.
- Więc je zmień! – warknął, zaciskając pięści i stawiając gardę – No chodź! Boisz się?
Spróbował zagrać mu na ambicji, ale tamten tylko pogardliwie się uśmiechnął. On nie tylko wygląda na opanowanego, pomyślał, on jest opanowany. Całkowicie. Musiał wymyślić coś innego.
- W innej klasie kapitan sam by się tobą zajął i może, może – podkreślił chłopiec – zdołałbyś wrócić do domu o własnych siłach. Nie wyglądasz na takiego który mógłby mi cokolwiek zrobić.
- Przekonajmy się! – odpowiedział zaczepnie. Pewność tamtego chłopca zaczęła go irytować. 
- U nas nie jest jak w innych klasach – głos kapitana wciąż był spokojny, lecz teraz przybrał ton cierpliwości i uporu rodzica, wyjaśniającego małemu dziecku dlaczego nie może bawić się nożem. Nie upokarzał go, tego chyba nie chciał, jedynie pouczał – Nie jestem tu po to by cię zniszczyć a ty nie walczysz o miejsce w stadzie.
- Więc po co ta walka?
- To próba. Nieważne czy wygrasz czy przegrasz, ważne jak to zrobisz. Możesz zrezygnować i wtedy damy ci spokój, ale robiąc tak pokażesz wszystkim że jesteś nic niewartym śmieciem. Chcę wiedzieć czy przyjęcie ciebie nie będzie błędem. Jeśli potem wciąż będziesz miał ochotę by zmierzyć się ze mną to podejmę twoje wyzwanie, ale tylko wtedy. Tylko gdy zrozumiesz że jestem kapitanem, bo jestem najsilniejszy.
Na to Iwen nie znalazł odpowiedzi. Argumenty kapitana były chłodne, lecz słuszne.
Opuścił ręce. Kiwnął głową i spojrzał na jego towarzyszy. Nie chcieli puścić go bez walki, więc nie zamierzał marnować więcej czasu. Zaczął oceniać ich siłę i możliwości, szukając dla siebie odpowiedniego przeciwnika.
Oceniał ich uważnie. Nie szukał najsłabszych; taki wybór wywołałby jedynie pogardę, lecz zbyt silny przeciwnik nie dawał szansy na zwycięstwo, a Iwen chciał wygrać. Co innego przegrać z najsilniejszą osobą w klasie, a co innego z kimś kto jest silny ale już nie tak ważny. To pierwsze mogło zapewnić mu spokój, to drugie nie gwarantowało braku innych chętnych.
Jego spojrzenie zatrzymało się na najwyższym z chłopców. Nad jego czołem, po lewej stronie, ścięte krótko jasnobrązowe włosy stawały się białe niczym mleko, tworząc łatę wielkości połowy dłoni. Wyglądała na zrobioną sztucznie, lecz to nie umniejszało jej efektowności. Chłopiec wyglądał na silnego, a w jego oczach czaiło się coś co Iwen nazywał „obietnicą mordu”. Nawet biała łata wyglądała wyzywająco. Przez chwilę patrzył mu prosto w twarz. Gdyby nie wiedział kto im przewodzi, wybrałby właśnie jego. Lecz już wiedział.
- Wybieram ciebie – wyciągnął rękę w stronę chłopca podobnego wzrostu i postawy co jego własna. Włosy miał krótkie, jak większość chłopców. Był szczupły, lecz wysportowany; nie wyglądał na słabeusza ni na siłacza. 
Chłopiec zawsze siadał w trzecim rzędzie pod prawą ścianą. Dla Iwena była to kolejna wskazówka. Logicznie myśląc, kapitan winien zarezerwować sobie najlepsze miejsce. Obok niego siedział ten wysoki, wyzywający chłopiec. Zatem tylne rzędy były w jakiś sposób uprzywilejowane i przysługiwały najsilniejszym. Te z przodu były dla najsłabszych – i dla nowych.
Kapitan skinął głową. Chłopiec bez słowa wystąpił do przodu. Reszta cofnęła się, dając im miejsce. Kątem oka Iwen zauważył jak trzech z nich, nie czekając na polecenie, oderwało się od grupy i zajęło stanowiska obserwacyjne, pilnując czy nie zbliża się ktoś obcy. Byli dobrze zorganizowani, uznał. Wejście do takiej grupy mogło być korzystne.
Cofnął się, niepewny jak ta walka ma wyglądać. Skoro tyle rzeczy było tu innych, wolał poczekać i obserwować co zrobi wybrany przez niego chłopiec.
- Na co czekasz? – spytał tamten, mierząc go wzrokiem od stóp do głów – Rozbieraj się. Nie walczymy w zbroi. Takie są reguły – spojrzał na kapitana, który przytaknął w milczeniu.
Zrozumiał co miał na myśli. Na stacji było ciepło. Wszyscy uczniowie, z wyjątkiem Iwena, mieli na sobie lekkie koszulki z krótkimi rękawami. Nawet w tym muszę się wyróżniać, pomyślał ze złością. Rękawy jego pancernej koszuli sięgały aż do nadgarstków. Pod nią nosił chroniący go od otarcia lekki podkoszulek,.
Nagle przypomniał sobie że tylko dzięki tym długim rękawom jego ręce zachowują precyzję ruchów. Bez nich, gdy sięgał po jakiś przedmiot, często strącał go z miejsca, zamiast chwycić. Bez stroju będzie szybszy, silniejszy, lecz o wiele bardziej niezgrabny. Znów przeszył go impuls strachu, tym razem o to jak wpłynie to na walkę, ale wycofać się nie mógł. Jego ciało potrzebowało tygodni na dostosowanie – o wiele więcej niż mógł oczekiwać od tego pewnego siebie chłopca. Nie mógł się wycofać, nie po tym jak go wyzwał do walki. Powiedział dzisiaj – i dzisiaj musiał to zakończyć.
Przesunął palcem wzdłuż piersi i brzucha, dając zamkowi sygnał do rozsunięcia się. Ściągnął koszulę; jego przeciwnik zrobił to samo. Dopiero wtedy Iwen spostrzegł że chłopiec nosił kaftan bez rękawów, wprawnie utkany z grubego, twardego, lecz elastycznego włókna konstrukcyjnego. Był tak doskonale dopasowany do kształtu ciała że wcześniej nie było widać by chłopiec nosił coś pod koszulką. Zdziwił się. Czyżby on także nosił strój kompensacyjny? Lecz niemal od razu przypomniał sobie że włókno konstrukcyjne nie reagowało na sztuczne ciążenie. Nie ważyło nic, jak woda, jak jego ciało.
Chłopiec stanął przed nim. Oddychał głęboko, spokojnie, przygotowując się do walki. Po jego gołym torsie Iwen mógł lepiej ocenić jego możliwości. Jego mięśnie nie były wiele większe niż jego własne, tyle że barki wydały mu się trochę węższe. Uznał że dobrze wybrał.
Jeden ze stojących przy Iwenie chłopców sięgnął po jego ubranie. Gdy podał mu koszulę, ręce dziecka poleciały w dół. Zdejmując podkoszulek, Iwen pomyślał z niepokojem że dla niego musi ważyć tyle co połowa jego ciała – a mimo to zdołał utrzymać taki ciężar...
- Hej! Niezła zbroja!
Odwrócił się. Chłopiec rozpostarł przed sobą jego koszulę. Z trudem trzymał ją w powietrzu. Za chwilę odebrał mu ją ktoś inny. Koszula zaczęła krążyć między rozszeptanymi dziećmi, szybko wędrując z rąk do rąk.
- To nie zbroja, tylko strój kompensacyjny – wyjaśnił.
- Jasne – lekko ironiczny ton odpowiedzi powiedział mu że chłopcy i tak wiedzą swoje – Też bym taki chciał. Dają je każdemu na Ziemi?
- Tylko gdy ją opuszczamy i jedziemy na stację.
Chłopcy zdawali się puszczać jego słowa mimo uszu.
- Może nie jest tam lepiej niż u nas – zauważył drugi.
- Nie dziwne że Nowy wciąż w tym chodzi. Naprawdę niezła zbroja.
- Strasznie ciężka! Ja bym w czymś takim nie wytrzymał.
- Racja. Zbyt by mnie obciążała. Wolę swoją.
Iwen uznał że nie warto się silić na wyjaśnienia. Niech im będzie że to jego zbroja. Zapamiętał jak o nim mówili – Nowy. Postanowił szybko to zmienić. Nie był Nowy. Miał imię. W tej szkole było coś, co sprawiało że bał się być Nowym.
Stanął przed rywalem, tak samo goły od pasa w górę. Po zdjęciu koszuli poczuł się lekki, lecz pamiętał że ta lekkość jest złudna. Przygotował się że na to górna część jego ciała nie będzie się zachowywać tak jak zawsze. Tylko spodnie i ciężkie buty trzymały go teraz przy podłodze – jego jedyne oparcie.
Kapitan dołączył do reszty chłopców, pozostawiając im wolne pole do walki. Zrozumiał że to był znak do jej rozpoczęcia.
- Nowy, zapamiętaj jedno – usłyszał jeszcze – Nie wolno uderzać poniżej pasa. Nie jesteśmy starszakami.
Kiwnął głową że zrozumiał. Nigdy nie postępował w ten sposób. Też miał swoje zasady.
Odwrócił się do przeciwnika, lecz tamten był szybszy. Zaatakował niemal natychmiast. Wymierzył precyzyjne, błyskawiczne kopnięcie w jego głowę. Iwen ledwo zdążył się odchylić; przed jego oczami mignęła poprzecznie rowkowana podeszwa buta.
Pierwszy raz spotkał się z tak szybkim atakiem, pierwszy raz widział by ktoś tak sprawnie walczył nogami. Poczuł strach że może nie dać sobie rady. Precyzja ruchów jego przeciwnika, sposób w jaki atakował, to wszystko było dla niego nowe. Dotąd używał tylko pięści i to mu wystarczało. Jeśli ktoś kogoś kopał, robił to gdy przeciwnik już leżał. Tutaj był to element walki, którego zupełnie nie znał. Nie zamierzał naśladować przeciwnika. Mocniej zacisnął trzymane przed twarzą pięści, stawiając gardę. Zauważył że chłopiec wykorzystuje ręce by zachować równowagę podczas kopnięcia. Jeśli znajdzie się wtedy przy nim i uniknie trafienia, wtedy będzie miał szansę. Jego nogi były zasłoną; jeśli znajdzie się za nią, będzie mógł go uderzyć.
Przeciwnik zaatakował ponownie, w ten sam sposób. Błąd. Iwen doskoczył, chcąc go dopaść nim stanie na obu nogach, lecz jego wróg był przygotowany na to że może chybić. Jego stopa odbiła się lekko od podłogi. Iwen pochylił się, pozwalając by przeleciała nad nim. Na krótką chwilę znalazł się poza linią obrony.
Uderzył szybko, raz za razem. Prawa pięść poszybowała prosto, trafiając w okolice żołądka, lewą wymierzył w górę, w oko. Zwykle to wystarczyło by zakończyć bójkę. Mięśnie, nie obciążone masą ciała, zwiększyły jego siłę. Odrzut, związany z nieważkością, lekko odepchnął Iwena do tyłu. Trafił, lecz skutek ataku nie był taki jakiego oczekiwał. Jego przeciwnik zachwiał się wprawdzie i cofnął, lecz nie stracił równowagi. Stanął pewnie na obu nogach, potrząsnął głową. Przymrużył trafione prawe oko, ale nawet się nie skrzywił.
Nie dając mu czasu na ochłonięcie, Iwen zamachnął się od boku, najpierw prawą, potem lewą pięścią. Tak jak się spodziewał, przeciwnik z łatwością odbił pierwsze uderzenie, lecz ku przerażeniu Iwena jego lewa pięść minęła się z twarzą wroga. Za późno odkrył iż nieważkie ciało nie pozwoli mu na szybkie zmiany kierunku ruchu. Siła bezwładu pociągnęła go do przodu. Nim stracił równowagę, poczuł wbijające się w brzuch kolano.
Siła trafienia odrzuciła go do tyłu, mocniej i dalej niż spodziewał się tego przeciwnik. To dało mu czas by zerwać się na nogi. Ból był ogromny, nie potrafił go znosić tak dobrze jak tamten chłopiec. Czuł że już przegrał, że pozwolił się osłabić, lecz nie chciał się poddać.
Przeciwnik nie dał mu czasu na myślenie. W milczeniu, uparcie niczym maszyna, zaatakował ponownie. Obrócił całe ciało, nadając kopnięciu jak największą siłę. Iwen spróbował odskoczyć, lecz ciało, oszukane lekkością, reagowało zbyt wolno i nie dość precyzyjnie. Potknął się i zamiast na nogach, wylądował na pośladkach. Zaparł się rękoma, próbując odbić się od podłogi, lecz przeciwnik był już przy nim. Spróbował kopnąć go w bok. Przeciwnik łatwo schwycił jego stopę i przekręcił ją w dół. Przeszywający ból w kostce zmusił Iwena by obrócił się na brzuch – i to był koniec jego walki.
Spróbował unieść się na rękach. Przeciwnik tylko na to czekał. Gdy Iwen klęknął, skoczył mu na plecy, siadł na krzyżu i wpił kolana między klatkę piersiową a biodra. Silne kleszcze unieruchomiły Iwena w swoim uścisku, na wpół dusząc. Wtedy chłopiec zaczął go bić.
Skulił się, czując mocne trafienie w lewy bok. Niemal natychmiast drugie ognisko bólu rozlało się w jego prawym boku, pozbawiając go tchu. Dokładnie wymierzane ciosy trafiały go bez litości, jakby był kukłą a nie żywym dzieckiem. Każdy był przeraźliwie mocny, każdy przenikał do samego wnętrza ciała.
Starał się nie paść na ziemię lecz już po trzecim uderzeniu zwinął się z bólu, dotykając czołem podłogi. Próbował chronić boki ramionami, wspierając się dłońmi o podłogę, lecz wiedział że nieważne jak bardzo zaciśnie zęby, nie wytrzyma długo. Że wystarczy jeszcze chwila i zacznie płakać.
Nie chciał się tak upokorzyć, by ryczeć przed nimi jak zwykły mazgaj, lecz ból był zbyt dotkliwy. Niemal poddając się mu pomyślał jeszcze że może o to im chodzi. Może chcą zobaczyć ile zniesie nim się rozbeczy. Zaciskając powieki gorzko uznał że nie potrzeba do tego aż tak wiele siły.
- Dosyć – głos kapitana był stanowczy, nie znoszący sprzeciwu – Wystarczy. Bebre, zostaw go.
Przeciwnik puścił go bez chwili wahania. Iwen zwalił się bezwładne na bok, prosto na obite żebra. By uniknąć bólu przetoczył się na plecy, ramiona wciąż trzymał kurczowo przyciśnięte do boków. Nabrał powietrza do płuc, lecz zagłębiające się w pierś tępe ostrza zmusiły go do wydechu. Oczy go piekły, czuł w nich wilgoć, ale nie płakał. To była jego jedyna myśl – że zdołał to znieść jak mężczyzna.
Jego dotychczasowy wróg pochylił się nad nim, wyciągając rękę.
- Bez urazy, Nowy – powiedział – To tylko walka.
Chłopiec powiedział to jak gdyby chciał by Iwen coś mu pożyczył. Tak tutaj się przepraszają, pomyślał. Zapamiętał to. Bez słowa kiwnął głową. Widział po jego oczach że nie zrobił tego by zadać mu ból. Brakowało w nich błysku nienawiści, jakże często czającego się w spojrzeniach jego dotychczasowych przeciwników.
To było dziwne. Czy jedno dziecko mogło pobić drugie tak systematycznie, zupełnie bez złości? On by nie potrafił. Od początku walki czuł strach. Mógł go maskować, mógł próbować opanować na tyle by nie wpłynął na jego słowa, czyny, decyzje, lecz on wciąż w nim był. Stach łatwo zamieniał się w inne uczucia, jak gniew – i nienawiść.
Zmusił się by pochwycić jego dłoń. Chłopiec zwany Bebrem pociągnął go w górę i pomógł wstać. Mimo promieniującego z boków bólu starał się stać prosto i nie kulić jak zbite zwierzę. Znów musiał zacisnąć zęby by nie jęknąć.
Z twarzy uczniów znikła żądza którą widział przez cały dzień. Zaakceptowali mnie, pomyślał z ulgą, przynajmniej większość z nich. Może nie będzie tu tak źle.
Jeden z chłopców podał mu ubranie. Nakładanie go było dla niego torturą, ale zniósł to mężnie. Nie chciał pokazać słabości. Tylko raz się skrzywił, gdy musiał przełożyć podkoszulek przez głowę. Spazmatyczny, krótki oddech wydobył z niego cichy jęk. Był pewien że każdy go usłyszał.
- Na Ziemi bijemy się inaczej – powiedział, zasuwając zamek koszuli.
- Zapewne – kapitan grupy stanął przed nim – Mam na imię Arto. Mówię to abyś wiedział na kogo się powołać w razie kłopotów z innymi. Dla ciebie, na razie, jestem kapitanem. Przyjmę cię do naszej grupy jako wojownika. Od teraz należysz do Jeźdźców Smoków.
Powiedział to tak jakby Iwen nie miał nic do gadania. To mu się nie spodobało.
- A jak odmówię? – spytał.
Dookoła rozległ się szmer. Kilku chłopców znacząco popukało się w głowę. Znowu poczuł na sobie spojrzenia innych.
- Na Ziemi rzeczywiście musi być inaczej – odpowiedział kapitan – Inaczej nie zadawałbyś takich pytań. Tutaj liczy się tylko grupa. Sam jesteś niczym. Możemy zostawić cię w spokoju ale w szkole jest wielu takich którzy szybko by się tobą zajęli. Wierz mi, nie chcesz zostać sam. Wtedy walki jak ta będą cię czekać codziennie. Będzie ich więcej i będą na poważnie. 
Więc to nie było na poważnie? Iwen zdziwił się, lecz nic nie powiedział.
- Zastanów się – ciągnął kapitan, tym samym spokojnym, pewnym głosem jakim rozmawiał przed walką – Przyjmując ciebie muszę wiedzieć że można na ciebie liczyć. W zamian obiecujemy ci obronę, taką samą jaką ma każdy z nas, i szacunek, jeśli zdołasz na niego zasłużyć.
- Gdybym wygrał, byłbym wart więcej? Byłbym godny szacunku?
Kapitan znowu pozwolił sobie na lekki uśmieszek. Pozwolił sobie to było dobre określenie. Zdawało się że mimo młodego wieku kontroluje twarz równie dobrze jak rządowi politycy z projekcji w wiadomościach.
- Nie było ważne kto wygra. To by niczego nie zmieniło. Pokazałeś że potrafisz znosić ciosy i że łatwo się nie poddajesz, ale to musi potrafić każdy wojownik. To czyni cię tylko jednym z nich i niczym poza tym. Szacunek wymaga znacznie więcej, sam się o tym przekonasz. Ważne byś zapamiętał co jest naprawdę ważne.
- A co jest ważne?
- Jesteśmy jednością by się bronić. Nauczymy cię jak przetrwać w szkole, byś stał się lepszy, silniejszy, dla dobra grupy. Grupa jest tak silna jak ci którzy ją tworzą. Liczy się ponad wszystko inne. To jest ważne. Zapamiętaj to.
- Grupa jest równie słaba jak najsłabszy – był ciekaw, jak kapitan na to zareaguje.
- Słabi nie mają u nas czego szukać – zdecydowany, twardy i bezlitosny ton kapitana powiedział mu więcej niż słowa – Słabych odrzucamy. Kto odstaje, ten wylatuje. Teraz ty jesteś najsłabszy. Możesz stać się silniejszy i zostać z nami, albo pozostać słaby i samotny. Taki wybór ma każdy.
- Będę z wami. Nie będę słaby.
- Być może. To się okaże.
Kapitan wyciągnął rękę. Iwen odruchowo zrobił to samo. Chłopiec przycisnął swoje przedramię do jego przedramienia i uścisnął je dłonią, w pobliżu łokcia. Odpowiedział uściskiem. Gest braterstwa. Znał to. Coś takiego istniało niemal wszędzie, choć gdzie indziej mogło nie oznaczać aż tyle.
- Od teraz jesteś jednym z nas – oznajmił kapitan – Wojownikiem. Zachowuj się jak na wojownika przystało. Dzielnie przyjmuj ciosy i nie uciekaj przed starszakami.
Nie wspomniał ani słowem o pojedynku, lecz Iwen już rozumiał że nie byłby dla niego żadnym wyzwaniem. Jego przeciwnik nie wyglądał na specjalnie silnego, a mimo to Iwen zebrał ciężkie lanie. Co mógłby mu zrobić on, najsilniejszy chłopiec w grupie? Dostrzegł logikę w jego decyzji. Ich kapitan, jego kapitan, nie był pierwszym lepszym osiłkiem, trzymającym klasę w szachu swoją siłą. Robił coś więcej, z czym Iwen nigdy wcześniej się nie spotkał.
- Nazywam się Iwen – powiedział – Iwen Norrenson.
- Będziesz Nowym, przez jakiś czas, aż udowodnisz że jesteś godny swojego imienia. 
Kapitan skinął głową i odszedł na bok. Wokół niego zebrała się grupka pięciu chłopców. Zaczęli cicho rozmawiać, Iwen wiedział o kim, lecz teraz patrzyli na niego inaczej. Trochę go to uspokoiło, ale tylko trochę.
Przynajmniej przestał się ich bać. Co więcej, czuł wielką ulgę, że przetrwał walkę. Ból wciąż był dotkliwy i doprowadzał go prawie do łez, ale zagryzał wargę i od czasu do czasu mrugał wciąż wilgotniejącymi oczami. Bycie zbitym nie było przyjemne, lecz ze słów tamtego chłopca zrozumiał że to dopiero początek. Jeśli uczniowie tak silni jak oni działali razem to musiał istnieć ku temu dobry powód. Może już wkrótce będzie musiał na nich polegać, by bronić się przeciwko temu co zmusiło ich do połączenia sił.
Nie szukał przyjaciół. Od dawna przestało mu na tym zależeć, a to miejsce wydało się ostatnim w którym mógłby ich znaleźć. Nieważne gdzie trafił, wszędzie był sam. Lubił być sam i nie zamierzał tego zmieniać. Liczyło się to, że zyskał towarzyszy.
Cała klasa działająca jak jedna grupa, polegająca wzajemnie na sobie... To było więcej, niż miał kiedykolwiek. To mu imponowało.

Chłopcy zaczęli się rozchodzić. Iwen uznał, że nie ma na co czekać. Zrobił swoje i mógł wracać do domu. Na promenadę nie miał już ochoty. Rozejrzał się za swoją torbą, podniósł ją i ruszył powoli w swoją stronę.
- Nowy, zaczekaj! – usłyszał za sobą czyjeś wołanie. Odwrócił się.
Jego były przeciwnik podbiegł do niego. Iwen postanowił zaczekać. Był ciekaw czego od niego chce. Wiedział jedno – nie chce się z nim więcej bić. Nigdy.
- Nazywasz się Bebre, prawda? – spytał – Czy do ciebie mogę mówić po imieniu?
- Oczywiście – uśmiechnął się lekko, z nieznaczną wyższością. Ten uśmiech zaskoczył Iwena. Nie był przyjazny, lecz nie był też złośliwy, ani nieprzyjemny – Możesz do nas mówić po imieniu, do wszystkich, tylko nie do kapitana. Jeszcze nie teraz.
- Przepraszam za twoje oko – powiedział, dostrzegając opuchliznę wokół oka Bebra.
- W porządku – Bebre tylko machnął ręką – To nic w porównaniu z tobą. Za dwie godziny nie będzie po tym śladu.
Iwen zdziwił się, ale nic nie odpowiedział. Czekał na to co Bebre miał mu do powiedzenia.
- Słuchaj... Chciałbym wyjaśnić ci kilka rzeczy, tak na wszelki wypadek. Nie wiem, jak to jest tam u was na dole, ale u nas są... reguły. Jesteś teraz jednym z nas, dlatego chcę cię uprzedzić... zanim narobisz sobie kłopotów.
- Kłopotów? – nie udawał zdziwienia. Powoli ruszył przed siebie – Co to za reguły?
- O, jest ich wiele – Bebre szedł obok niego. Patrzył to na Iwena, to na korytarz przed sobą – Kapitan na pewno przydzieli ci kogoś kto ci wszystko wyjaśni, abyś niechcący nie ściągnął na nas uwagi dorosłych. Chcę tylko byś wiedział o dwóch rzeczach, zanim się rozejdziemy.
Bebre wyraźnie nie czuł się najlepiej rozmawiając z Iwenem. Został przyjęty do grupy, lecz nie było to równoważne z akceptacją. Inni chłopcy wydawali się być ze sobą zżyci; on psuł tę atmosferę. Tym bardziej był ciekaw dlaczego Bebre chciał z nim rozmawiać.
- Co to za rzeczy? – spytał, chcąc ułatwić rozmowę.
- Więc... ta walka naprawdę była tylko próbą i niczym więcej. Nie dla mnie, ale może dla ciebie... Wiesz, niektórzy nie potrafią znieść porażki, zwłaszcza starszaki. Arto nie pozwala nam bić się między sobą, bo to nas osłabia. Jeśli... jeśli czujesz do mnie złość, to możemy się zmierzyć, ale tylko na treningach. To co się tutaj stało... Tylko ten jeden raz to było na poważnie. Musiałem...
Nikt nie lubił przegrywać. To wiedział każdy. Iwen nie zamierzał się mścić.
- Jesteście grupą. Jesteśmy grupą – poprawił się szybko – Rozumiem to, Bebre, i naprawdę nie chcę się z tobą bić – uśmiechnął się, lecz ukłucie w piersi zamieniło uśmiech w grymas – A na pewno nie dopóki nie poznam sposobów w jaki walczycie. Nie umiem kopać jak ty.
- Nikt tego nie umie! – Bebre uśmiechnął się z dumą – Jestem w grupie mistrzem kopniaków! Uczę tego innych, dlatego mówią na mnie Nóżka. Wiesz, jeśli chcesz, mogę ci kiedyś pokazać jak używać nóg.
- Naprawdę? – Iwena zdumiało jak szybko Bebre zapomniał o całej sprawie. Pozazdrościł mu tego bo sam tak naprawdę wciąż miał mu za złe tę walkę. Nie mógł zapomnieć jak brutalnie i beznamiętnie okładał go pięściami. Tego też będzie się musiał nauczyć – jak zapominać.
- Oczywiście. Pamiętasz co powiedział Arto? Każdy z nas czyni grupę silniejszą. Jeśli nauczysz się walczyć lepiej, wtedy wszyscy będziemy silniejsi.
Oczywiście, pomyślał Iwen. To ma sens. Z tego samego powodu nie mogą trzymać do siebie urazy. Wszystko dla dobra grupy. Kapitan każe, wojownik to robi. Kapitan mówi dość – wojownik bez wahania spełnia polecenie. Kłócić się mogą później, gdy zagrożenie minie. To było niczym wyjęte prosto ze starych projekcji o dawnym wojsku. Na swój sposób, zaczynało go to fascynować.
- A ta druga sprawa? – spytał.
Bebre zmieszał się i spojrzał pod nogi.
- Mówię to tylko by się upewnić – powiedział niepewnie – Nie pomyśl że biorę ciebie za karalucha, ale... Są rzeczy, o których nie mówimy. Nikomu, nawet rodzicom.
Iwen zatrzymał się, zdziwiony.
- Boisz się że naskarżę?
- Nie wiem jak to jest na Ziemi – Bebre zaczął mówić szybko, tłumacząc się. Patrzył prosto na Iwena – Nigdy tam nie byłem. Nikt z nas tam nie był. Urodziliśmy się tutaj i nie wiemy jakie tam są szkoły. Może jest tam lepiej, może gorzej, ale my nigdy, nigdy nie mówimy dorosłym o tym co się dzieje. Cokolwiek się dzieje, nigdy, rozumiesz?
Iwen rozumiał.
- Jasne – odpowiedział – Rodzice mają dość własnych kłopotów.
- To nie chodzi tylko o to. Zobaczysz... czasami szkoła może być naprawdę zła, ale nawet wtedy nie wolno im o tym mówić. Nieważne jak źle jest teraz, zawsze może być jeszcze gorzej. Starszaki się o to postarają.
Bebre uznał że powiedział już wszystko co chciał. Bez pożegnania zawrócił w stronę głównego korytarza. Iwen wciąż stał. Zastanowiło go to co usłyszał, zwłaszcza ostatnie słowa. Bebre był bardzo poważny, a przecież mu nie groził. Nie wydawał się bać tego że naskarży na niego i że Bebre będzie miał przez to kłopoty. Bardziej zdawał się dbać o to by to on ich nie miał. To brzmiało jak dobra rada, choć dla niego wydawała się dość dziwaczna.
Lecz przyjęli mnie do grupy, pomyślał ruszając przed siebie, a grupa opiekuje się wszystkimi którzy do niej należą. W tym mną, nawet jeśli jeszcze mnie nie zaakceptowali. Jego rada na pewno nie miała mi zaszkodzić.
Iwen uznał że niezależnie od tego jak dziwnie to wyglądało, powinien się do niej zastosować. Jakoś ukryje wszystko przed rodzicami. Wciąż byli zbyt zajęci ciągłymi problemami z pracą. Było ich jeszcze więcej od kiedy znaleźli się na stacji. A siostra... To mój prawdziwy problem, uznał. Trudno. Jak zacznie gadać to jej przyłożę. Może jest starsza, ale to w końcu tylko dziewczyna.
Powinien milczeć. Ale nie dlatego że tak mu powiedział Bebre. Rodzice dość mieli własnych kłopotów by dodawać im swoich. 


Stocznia


Ubrany jedynie w krótkie spodenki od piżamki, Arto wyjrzał ostrożnie przez drzwi swojego pokoju. Nasłuchiwał. Nie chciał zostać zaskoczony przez rodziców podczas codziennego porannego przygotowywania się do szkoły. Po dochodzących do jego uszu dźwiękach poznał że matka jest już na dole, nie wiedział tylko czy jest tam także jego ojciec.
- Masz szorstką twarz – usłyszał niewyraźny głos matki – Znów zapomniałeś wetrzeć maść?
- Najwyżej się ogolę, jak dawni mężczyźni – zażartował ojciec.
Matka chyba się roześmiała. Coś odpowiedziała cicho. Poczuł ulgę. Nie wiedzieli jak bardzo bał się że odkryją jego tajemnicę, taką samą jaką miały wszystkie dzieci ze stacji. Zostawił otwarte drzwi. Wciąż nasłuchując podszedł do szafki, otworzył skrytkę i wydobył z niej zbroję. Sprawnym ruchem naciągnął ją na siebie. Na wierzch nałożył koszulkę. Spojrzał w stojące przy przeciwległej ścianie lustro, obrócił się bokiem i kiwnął głową, zadowolony z wyniku – jak zwykle nic nie było widać.
Dla niego zbroja była czymś równie naturalnym jak buty, lecz dla dorosłych jej odkrycie byłoby... Nie wiedział czym, bo nie znał nikogo kto by wpadł, ale oznaczałoby to mnóstwo pytań i, być może, także kłopotów. Kłamstwo w domu lub ból w szkole, taki miał wybór, lecz kłamstwo też go bolało, choć tylko w głowie, w myślach.
Lekki ucisk przy pochylaniu się przypomniał mu że zbroja staje się na niego za mała. Cieszyło go że rośnie tak szybko i staje się przez to silniejszy, lecz wkrótce będzie musiał ją poszerzyć. Poczuł lekką zazdrość do Nowego. Jego strój kompensacyjny nie odgradzał go od rodziców. Nie był niewidzialną barierą, przyprawiającą go o strach za każdym razem gdy go obejmowali. Lecz to minie. Postać z lustra pokiwała współczująco głową. Tak jak i on, wiedziała że z czasem Nowy nauczy się tego co oni robili od trzeciej klasy – jak zrobić zbroję, jak ją nosić i jak kryć przed rodzicami.
Wbrew narzuconej samokontroli, z jego piersi wyrwało się przypominające jęk rannego ciche westchnienie. Kiedy zdarzyło się to po raz ostatni, przedwczoraj czy dwa rozjaśnienia temu? Matka znów go objęła. Czasem to robiła, lecz za każdym razem był równie nieprzygotowany. Zamiast się cieszyć, jego umysł zajmowała tylko jedna myśl – zbroja. Znów stał nieruchomo, pozwalając się obejmować, spięty i sztywny niczym plastikowy posąg, niemal sparaliżowany strachem, bojąc się że gdy się poruszy matka wyczuje jakąś fałdę pod koszulką. Nawet najlepiej dopasowana zbroja nie była niewyczuwalna, ani niewidzialna. A przecież nosił ją dla nich, by łatwiej wytrzymać szkołę, by pozostali razem. To nic że czasem odgradzała go od nich utkaną z plastalowych włókien ścianą obaw i tajemnicy. Wszystko miało swoją cenę. To była jedna z pierwszych prawdziwych lekcji w szkole.
Gdy tak stali pomyślał jakie to szczęście że objęła go w ramionach, gdzie najtrudniej wyczuć zbroję. Złapał się na tym i stwierdził że jest podły do szpiku kości. Od pięciu lat jego życie było pasmem kłamstw – jedno prowadziło go do drugiego, zmuszając do trzeciego. Oszukiwanie innych dorosłych, zwłaszcza Kosiarzy, dawało mu dziką satysfakcję i poczucie spełnionej zemsty, lecz nie potrafił zaakceptować tego że musiał to robić także rodzicom. Bał się że kiedyś nie wytrzyma i wszystko wygada. Oddałby wszystko co miał za jedną szczerą rozmowę, lecz wszystko co miał mogło być tego ceną – nawet oni sami.
Kiedyś, jeden raz, dawno temu, zwilgotniały mu oczy i coś spłynęło po policzku. Pierwsza łza, nawet wtedy nie pamiętał od kiedy. Nie poruszył się, nie było więcej łez. Próbował ukradkiem zetrzeć zdradliwą wilgoć, lecz matka wszystko zauważyła. Zaniepokojona, spytała się co się stało, jakby zapomniała że nawet dzieci czasem płaczą, nawet jeśli robią to rzadziej niż dorośli. Popadł w dziwne zakłopotanie. Nie mógł nad sobą zapanować, jak to robił w szkole. Zmieszał się. 
Zawsze to samo, pomyślał wtedy. Chwila nieuwagi i zaraz pytania. Nikt się nie pyta dlaczego nie płaczesz, dlaczego się nie śmiejesz. Jest odwrotnie. Tylko samokontrola pozwalała nie zwracać na siebie uwagi. Postanowił wtedy że będzie lepiej się kontrolować, zwłaszcza w takich chwilach. To nic że lekko zdziwiony ojciec stwierdził że nie ma się czego wstydzić, że ewolucja nie bez potrzeby obdarzyła ludzi łzami i płaczem.
Nie wtedy gdy mam to na sobie, pomyślał. Milczał, pozwalając się obejmować, wynagradzając tym swoją nieobecność w domu. Potrzebowała tego. On też, lecz nie mógł sobie na to pozwolić. Z roku na rok czuł się z tym coraz gorzej – cena zbroi i opłata za zachowanie całych kości; tylko czemu musiała być tak wysoka?
Nowy miał szczęście. Arto poznawał swoją szkołę od piątego roku życia. Nowy był starszy. Łatwiej zrozumie dlaczego nie może skarżyć. Jego lekcje będą mniej bolesne, wystarczy że będzie się słuchał. Gorzej że Nowy nie wyglądał na takiego co się słucha.
Nabrał powietrza, wypuścił je i przesunął dłońmi po piersi. Wykonana własnoręcznie zbroja idealnie przylegała do ciała. Czasem tworzyły się na niej widoczne fałdki, zdradzające jej obecność, ale tak było u każdego.
Uśmiechnął się do swojego odbicia w lustrze. W szkole był kimś ważnym i musiał odpowiednio wyglądać. Nie jak byle dwojak czy trojak, chodzący po szkole z koszulą na wierzchu. Zmierzwił czuprynę i zmarszczył brwi, by wyglądać bardziej groźnie i zawadiacko. Robił co mógł, lecz rezultat nie zawsze był zadowalający. Czasem przeklinał siebie i los za swoją łagodną i niewinną twarz dziecka, lecz zdążył się nauczyć że co w jednym jest wadą, w innym staje się zaletą. Dzięki swojemu wyglądowi łatwiej oszukiwał dorosłych – a oni byli ważniejsi od szkoły. 
Posiedział chwilę, próbując przypomnieć sobie czy dzisiaj miał jakieś ważne rzeczy do załatwienia. Dziś wstał wcześniej i nie musiał się spieszyć.
Wiedział jak czuł się Nowy. Jeszcze nie zdawał sobie sprawy że był tu zdany tylko na siebie. Będzie musiał nauczyć się wszystko ukrywać. Bić, by nie być bitym. Być twardym aby ciosy, od pięści i słów, nie były tak bolesne – i kłamać, by nie wpaść w kłopoty.
Nieważne jak bardzo była zła, szkoła czyniła go sprytnym, czujnym i silnym. Był przeciwieństwem rodziców, łatwo poddającymi się wszystkiemu i rzadko kiedy walczącymi o swoje. Wierzył iż dzięki szkole będzie lepszy od nich. Jeśli chodziło o to, zgadzał się brać w tym udział. Najpierw jej nienawidził, tak samo jak rodziców, którzy zmuszali go by tam chodził. Z czasem się przyzwyczaił, a potem nauczył korzystać z przewagi wieku. Zaczął dostrzegać podobieństwa. Dorośli też łączyli się w grupy; nazywali je zespołami, a swoich przywódców – przedstawicielami. Jak w szkole, lepsze i dobrze zorganizowane grupy miały przewagę nad innymi.
Jednego nie rozumiał. Jeśli szkoła miała być przygotowaniem do życia, po co te udawane lekcje? Dorośli nie udawali że nie wiedzą co się dzieje. Nie potrafili tak dobrze skrywać swoich myśli. Tak samo było z kierującą szkołami w całym układzie Komisją Kształcenia i z Opiekunkami, jak zwali dorosłych z Urzędu Opieki. Jeśli dorosłych przerażały byle drobiazgi, co by zrobili gdyby poznali prawdę?
Bardzo rzadko dopuszczał do siebie myśl że tak dobrze nauczyli się oszukiwać iż szkoła nie uczyła ich niczego.

Mając z głowy swój codzienny problem, Arto przypomniał sobie o Lili. Sam ją tu sprowadził i czuł się za nią odpowiedzialny. Gdy się obudził, jej już nie było. Nie zwykła wyłazić w zaciemnienie z mieszkania, była na to zbyt wygodna. musiała wstać przed nim.
Stanął na łóżku. Uniósł poluzowaną kratę wąskiego szybu wentylacyjnego i zajrzał do środka. Kwadratowy otwór był niewielki, mniejszy od jego głowy. 
- Lili, kotku! – zawołał, wypatrując w ciemności jej zielonych oczu. Lili lubiła tam leżeć. Nigdy nie odkrył jak tam wchodziła – Kici, kici!
Nasłuchiwał chwilę, lecz z szybu nie doszły go żadne odgłosy. Musiała pójść na wycieczkę. Trudno, wróci kiedy zechce. Sprawdził czy ma przy sobie wszystkie potrzebne drobiazgi. Jak każdy, nigdy nie brał ze sobą nic, co byłoby cenne. Wyszedł na korytarz i szedł po schodkach do małego przedpokoju.
Mieszkali w zamożniejszej sekcji stacji. Ich dwupiętrowe mieszkanie miało podwójną powierzchnię standardu. Na górnym, mniejszym piętrze mieściły się sypialnie jego trzyosobowej rodziny. Na dole był duży salon i całkiem spory pokój w głębi. Stać ich było nawet na osobną łazienkę. Na stacji, gdzie każdy kawałek przestrzeni miał swoją cenę, był to bardzo drogi luksus.
Wchodząc do kuchni niemal wpadł na Lili. Kotka rozpoznała znajome kroki i jak co dzień podbiegła do drzwi. Gdy wszedł zaczęła ocierać się o jego nogi.
- Tu się chowasz – spróbował wziąć ją na ręce, lecz wymknęła mu się zwinnie i siadła na podłodze, wyczekująco przypatrując się swoimi dużymi, przymrużonymi oczami. 
Koty są takie dziwne, pomyślał spoglądając w jej oczy. Zawsze patrzą tak, jakby wiedziały o wszystkim. Może naprawdę wiedzą? Lubił obserwować koty. Wiedział że są niezwykle inteligentne i nie lubią jak im się przyglądał. Odwrócił wzrok.
Myślami ojciec był już w pracy. Jak zwykle, sprawdzał coś na swojej podręcznej konsoli. Matka kończyła przygotowywać śniadanie.
- Gotowy do szkoły? – spytała.
Skinął głową i podszedł do kredensu. Z szuflady wyjął woreczek z napojem. Oderwał wystającą z zaworu zatyczkę, chwycił go wargami i wycisnął w usta łyk płynu. Spojrzał na stół. Dzisiaj na śniadanie były kanapki. Lili cierpliwie wyczekiwała, licząc że dostanie coś lepszego niż kocie jedzenie.
Siadł przy stole i sięgnął po jedną z kanapek. Kotka miauknęła, przypominając o sobie. Wstała i podeszła bliżej. Pomiędzy dwoma kawałkami syntetycznego pieczywa nie było niczego co chciałaby zjeść. Tylko dżem, oczywiście sztuczny. Wyroby z prawdziwych roślin były drogie. Pochodziły z kolonii i nigdy nie przywożono ich tyle by starczyło dla wszystkich, nawet dla tych których było na to stać. Na powierzchni planet Układu już dawno zabrakło miejsca dla roślin. Dla przemysłu ważniejsza była ruda niż naturalna żywność.
Rozłożył kanapkę, pokazując Lili jej zawartość.
- Przykro mi, Lili, nic dla ciebie nie mam – powiedział – Znajdź sobie coś innego.
Kotka stanęła na tylnych łapach, opierając się o jego nogę. Wyciągnęła głowę w stronę kanapki, wąchając ją z daleka, po czym cofnęła się, odwróciła i demonstracyjnie okazując niezadowolenie znikła w przejściu do sąsiedniego pokoju.
Gdyby tylko mógł tak zrobić ze szkołą...
- Kanapki nie są dla kotów – przypomniała matka – Dam jej coś później.
- Ależ mamo!
- Żadnych ale. To dla ciebie, nie dla niej.
Westchnął, złożył kanapkę i zaczął ją przeżuwać. Ojciec robił to samo, pogrążony nad swoim schematem. Jego konsola nie miała projektora, jedynie płaski, odwrócony tyłem do Arto dwuwymiarowy ekran. Była mała, mogła długo pracować bez zewnętrznego zasilania.
- Co w pracy, tato? – spytał między kęsami – Co dzisiaj montujesz?
Ojciec budował statki kosmiczne. Prawdziwe statki, nie jakieś tam kosmoloty, nie osiągające nawet połowy prędkości światła, a więc zbyt powolne do podróży międzygwiezdnych, rozwożące po Układzie to czego nie mogły przerzucać międzyplanetarne miotacze masy – ludzi i delikatne towary. Budował gwiazdoloty które wyruszały w daleki kosmos, ku innym gwiazdom. Takie podróże fascynowały Arto.
- Dzisiaj? – ojciec wyrwał się z zadumy – Dzisiaj przygotuję się do instalacji cewki rdzenia. Wiesz co to takiego?
Arto nie musiał patrzeć na schemat statku by przypomnieć sobie rozkład pomieszczeń. Ich układ był podporządkowany cewce, przebijającej statek na wylot wzdłuż jego osi. W połowie odległości między rdzeniem a powierzchnią kadłuba, w równej od siebie odległości, szły trzy równoległe korytarze, połączone kilkoma poprzecznymi, oplatającymi rdzeń niczym pierścienie. Gdyby przekroił statek w poprzek dowolny poprzeczny korytarz utworzyłby koło, którego środkiem byłby rdzeń, zaś korytarze byłyby punktami wpisanego w to koło trójkąta. Najdłuższy, główny korytarz łączył ze sobą dok na dziobie i sekcję rufową. Te korytarze, wraz z wykutymi przy nich pomieszczeniami, stanowiły dolny pokład – dolny względem sztucznego ciążenia cewki. Górny tworzyły luźno porozrzucane, połączone w pary pomieszczenia do których docierało się z dolnego pokładu przez pionowe szyby. 
- Pozwala poruszać się między planetami – odpowiedział – Rozpędza plazmę, która wylatuje w kosmos i przesuwa statek do przodu. Ale to za mało aby opuścić Układ, prawda?
- Nie, to nie jest za mało. Dawno temu ludzie używali takich silników aby dotrzeć do innych gwiazd. Dzisiaj potrafimy to robić szybciej. Do tego służą emitery. Lecz rdzeń to nie tylko napęd. To także ciążenie.
- Takie samo jak na stacji? Jak to działa?
- Już nie uczą tego w szkole?
- To nie to samo – wzruszył ramionami – Mówią ci to co chcą, a nie to co chcesz wiedzieć. Sam to wiesz. Nie o to chodzi w szkole?
Nie było to do końca prawdą, ale nie było też całkowitym kłamstwem. Na niektórych lekcjach naprawdę uważał. Nauczyciele mówili że jest zdolny, zachęcali by nie ograniczał się tylko do lekcji, lecz on twierdził że nie ma na to czasu. Nieprawda. Znalazłby czas, lecz nie chciał wyjść przed innymi grupami na jajcogłowego. Już to że uważał na lekcjach wystarczyło by mówili o nim różne rzeczy. Lecz znajomość sztucznego ciążenia mogła okazać się przydatna dla jego planu. W kanałach przyciąganie nie istniało.
- To zależy od nauczycieli... Ale dobrze. Czy wiesz dlaczego kropla soku zawisa w powietrzu, krople pod prysznicem muszą być popychane strumieniem powietrza, lecz rzucona w górę kanapka spada na podłogę?
Arto coś o tym słyszał lecz gdy się zastanowił, odkrył że tak naprawdę tego nie rozumie.
- W kanapce jest coś co ją przyciąga do stacji. Takie małe cząsteczki. My jej jemy i przez to stajemy się ciężcy.
- Te cząsteczki to magnograwiony, mikroskopijne kawałki metalu otoczone warstwą syntetyków, które pomagają wniknąć im do komórek naszego ciała i chronią nas przed ich szkodliwym działaniem. Ta warstwa pozwala krążyć tym cząsteczkom w naszych żyłach, utrzymuje je we krwi i rozprowadza po całym ciele, do każdej komórki. Rdzeń stacji wytwarza pole magnetyczne, które je przyciąga.
- Tak jak na statku?
- Tak jak na statku. Rdzeń przechodzi przez oś dysku stacji, na przedłużeniu łączącej nas z Ziemią windy. No, mniej więcej. Winda nigdy nie jest prosta. Dlatego środkiem ciążenia jest dla nas oś stacji, niemal jak na powierzchni Ziemi. Nie tak jak na najstarszych stacjach, gdzie podłoga była jednocześnie ich osłoną. Ot i cała tajemnica. Nie ma pola, nie ma ciążenia.
- Wygląda prosto.
- A jednak, synku, stoi za tym bardzo skomplikowana technologia. Cewka musi być zmontowana z niezwykłą precyzją. Zajmuje mi to wiele dni.
- Nie masz maszyn? Żadnych robotów które by to zrobiły? – zdziwił się Arto.
Stacja roiła się od przeróżnych maszyn i automatów. Wiedziało o tym nawet małe dziecko. To one utrzymywały stację, naprawiały ją, sprzątały – i pilnowały ludzi.
- To trochę... skomplikowana sprawa. Korporacje wolą by niektórymi rzeczami zajmowali się ludzie. Tak wychodzi taniej. I dzięki temu mam pracę – uśmiechnął się do niego.
- Znowu praca – odezwała się matka – Nie wiem czy się cieszyć, czy martwić. Pół dnia siedzisz w doku, a drugie pół myślisz co będziesz robił jutro. I jeszcze zawracasz mu tym głowę.
Używała starego zwrotu z Ziemi choć na stacji nie było dnia ani nocy. Ale rodzice pochodzili z Ziemi. Byli do nich przyzwyczajeni, jak on do tych ze stacji.
Matka nie lubiła rozmów o pracy bo sama bezskutecznie próbowała ją znaleźć. Kobiety na stacji nie były do niczego potrzebne. Mówiono że o pracę dla nich było tak samo łatwo jak o zezwolenie na opuszczenie Układu. Nigdy tego nie zrozumiał. To nie jej wina że było tylu chętnych i że wszyscy woleli zatrudniać mężczyzn.
- Czemu mam nie wyjaśnić, jak go to ciekawi? – odparł ojciec – Niech ma jakieś zainteresowania. To dobra praca, dobrze płatna – zwrócił się do Arto – Jeśli zechcesz pójść w moje ślady, na pewno tego nie pożałujesz.
Arto się uśmiechnął. Chciałby pracować przy budowie statków, ale nie dla Floty. Już prędzej dla kolonistów, lecz Prawa Kolonialne zabraniały im budować gwiazdoloty. Nie wierzył że zdoła nauczyć się tyle co jego ojciec. Dziwne, bo nigdy nie myślał o ojcu jako o jajcogłowym, lecz skąd znał się na tych wszystkich rzeczach, nawet tych nie dotyczących jego pracy? Prawdziwy wojownik nie tracił czasu na naukę...
Ale nie, to nie była prawda. Sam to robił, uczył się historii i astronautyki i jeszcze czasem astrofizyki, jak był ciekawy temat. Lubił uczyć się o napędach międzygwiezdnych i fizyce kosmosu, słuchać o dawnej Ziemi i o tym jak mogła wyglądać historia wymarłych Obcych. Czasem żałował że żaden z nich nie przetrwał by powiedzieć jak było naprawdę, lecz dla ludzi tak było najlepiej.
Inni wojownicy nie mogli go zrozumieć. Nie po to chronili jajcogłowych by się za nich uczyć. Zgadzał się z nimi gdy chodziło o pozostałe przedmioty, zwłaszcza o chemię i biologię. Lecz inni wojownicy tak bardzo skupiali na walce że nie zauważali jak przydatna może być wiedza w przechytrzaniu dorosłych. Tolerowali jego dziwactwa bo nie było nikogo kto zdołałby odebrać mu przywództwo, zaś on sam nigdy nie pozwolił by jego zainteresowania wpływały na sprawność grupy.
Czy ojciec był taki mądry bo na Ziemi uczyli inaczej? Co jajcogłowi powiedzieli wczoraj o Nowym? Wiedział dużo, choć nie tyle co oni. Może na dole dzieci naprawdę się uczą, wszystkie, nie tylko jajcogłowi? Myśl wydawała mu się niedorzeczna, lecz zbyt dobrze pasowała do Nowego i jego ojca. Gdy ojciec miał tyle lat co on, mógł być i silny i mądry.
Przypomniał sobie o przeprowadzkach Nowego. Czy, gdy byli na dole, jego rodzice też się przeprowadzali? Czy robili tak wszyscy na Ziemi? Nie miał jak tego sprawdzić. Tylko Nowy był w szkole nowy. Inni urodzili się tutaj.
- Może i masz dobrą pracę, panie Wilan – odezwała się matka. Zawsze gdy mówiła na poważnie zwracała się do ojca po imieniu – lecz to dzisiaj nie wystarczy. Gdyby nie ulga jedynacza, nie mielibyśmy aż tyle.
Ojciec westchnął.
- W całym Układzie nie ma pracy która by pozwoliła utrzymać rodzinę z dwójką dzieci. Nie na takim poziomie jak nasz i nie bez jakiejkolwiek ulgi. Z wyjątkiem pracy w rządzie lub którymś z zarządów – dodał szybko – lecz taka praca nie jest osiągalna dla każdego.
- Kochanie, nie krytykuję twojej pracy – matka nieco złagodniała – Myślę tylko że gdybym coś znalazła nie musielibyśmy się godzić na ten głupi dodatek. Arto, nie miałbyś nic przeciwko siostrzyczce, prawda?
- Jasne że nie – odpowiedział, trochę smutniej niż chciał – Ale nie możecie tego zrobić. Zgodziliście się nie mieć, więc jakby się urodziła, Opiekunki zabrałyby ją do akademii.
- Właśnie. Tak to wszystko wygląda. Prawa Populacyjne. Rób co do ciebie należy i siedź cicho, to będziesz żył bogato i szczęśliwie. Jeśli to można nazwać szczęściem... – siadła i mechanicznie sięgnęła po jedną z kanapek. Zawsze po coś sięgała, jak stawała się tak ponura jak teraz. Musiała coś zrobić z rękoma.
Arto wiedział o czym mówiła. Wkrótce po jego narodzinach rodzice zgodzili się nie mieć więcej dzieci. Nie mieli szansy na ulgę genetyczną, zachowującą standard życia nawet przy dwójce czy trójce dzieci. W zamian za regularne branie odpowiednich leków zyskali dostęp do szeregu zniżek i dodatków. Zrobili to by jemu żyło się lepiej. Czasami tego żałował. Nieraz zastanawiał się jak by to było, mieć młodszego brata lub siostrę, nawet jeśli nie mieliby aż tyle impulsów co teraz, ani tak dużego domu. Ale decyzja o jedynactwie nie była czymś co można by było cofnąć. Złamanie zobowiązania było traktowane jak oszustwo czy kradzież.
Nawet on rozumiał że są inne sposoby na zmniejszenie przeludnienia. Ludzie mogliby opuścić Układ i zamieszkać na jakiejś kolonii, lecz zamiast im na to pozwolić, Rząd napisał Prawo Emigracyjne i stworzył Urząd Opieki. Gdyby nie ono jego rodzice byliby już od dawna gdzie indziej. Gdyby nie ja, pomyślał, zrobiliby to nawet wbrew Prawu.
Były dwa prawa – Stare Prawa, oraz prawa rządowe – i każde mówiło co innego. Pierwsze pozwalały mieć tyle dzieci ile się chciało, te drugie twierdziły że mając zbyt wiele dzieci rodzice nie potrafią zapewnić im właściwej opieki i stwarzają zagrożenie przeludnienia. W ten sposób Rząd naginał ograniczające go Stare Prawa by wyjść na swoje.
Po raz pierwszy spotkał się z tym gdy znalazł Lili. Koty były na stacji od początku, odkąd ludzie porzucili nieudane próby walki ze szkodnikami za pomocą coraz wymyślniejszych maszyn. Szkodniki, zwłaszcza szczury, zbyt szybko się uczyły jak je omijać. Tylko koty potrafiły uczyć się równie szybko. Ludzie przyzwyczaili się do ich obecności, pozwalając by natura walczyła z naturą. Wielu trzymało je w domach. Gdy więc pewnego rozjaśnienia Arto znalazł kociaka, postanowił zabrać go ze sobą.
Matka nie chciała kota w domu, lecz stanęło na tym że skoro nie może mieć rodzeństwa, to powinien chociaż mieć jakieś zwierzę. Potem zdenerwowała się gdy ojciec chciał zabrać Lili do lekarza dla zwierząt, by nie mogła mieć małych kotów. Oznajmiła że nie pozwoli zrobić kotu tego, co rząd robi im. Ojciec stwierdził że rząd wcale ich nie sterylizuje, na co odpowiedziała że jeśli tak to niech zrobią jeszcze jedno dziecko. Kłócili się tak prawie całe rozjaśnienie. Arto czuł że nie chodziło im już tylko o kota, lecz także o niego, a raczej o to że nie mają nikogo więcej. Gdy wrócił ze szkoły było już po wszystkim. Matka wygrała, ojciec zabrał Lili do lekarza dopiero wiele miesięcy później, gdy urodziła małe kotki i gdy były już dość duże by je komuś oddać. Po powrocie ojciec powiedział że teraz Lili może chodzić gdzie chce a oni nie będą musieli się martwić o stado niechcianych kotów, jak to robi rząd, nie będą musieli wypędzać ich na ulicę, gdzie nie ma dla nich miejsca. Arto nie wiedział dokładnie o co chodzi z tą ulicą – był to jeden z tych ziemskich zwrotów, których nie rozumiał – ale czuł że według ojca kotów na stacji było za dużo.
Spytał go wtedy dlaczego Opiekunki nie robiły tego samego z ludźmi, skoro to bezpieczne, a ojciec odpowiedział że gdyby mogły to pewnie wysterylizowałyby połowę ludzi, tych gorszych, uznając ich za dzikich. Wyjaśnił jednak że stare prawa na to nie pozwalają i nikt nie waży się ich zmieniać, bo tego już by ludzie nie wytrzymali. Arto wspomniał że może koty na stacji są dzikie, ale gdyby nie one to szczurów byłoby jeszcze więcej. Ojciec odpowiedział tylko że ludzie to nie koty i że mogą myśleć nad tym co robią, po czym wyszedł.
Przy stole zapadła cisza. Rodzice szybko kończyli rozmowę gdy schodziła na pewne tematy. Ojciec przysunął do siebie konsolę, wracając do planowania. Arto postanowił nie przerywać milczenia, lecz i tak wiedział co sobie myślą. Nie chcieli być tutaj, tak samo jak on. Gdyby mogli, odlecieliby do pierwszej lepszej kolonii gdzie można było mieć tyle dzieci ile się chciało i gdzie każdy miał pracę, lecz bez niego nie chcieli opuścić stacji.
Przeze mnie, wiedział to choć rodzice nigdy by mu tego nie powiedzieli. Nieważne czy świadomie czy nieświadomie, ale był winien, bo się urodził, bo rząd zrobił z niego zakładnika, a rodzice zrezygnowali dla niego z drugiego dziecka.
Muszą tu zostać bo mam tę głupią pluskwę, jak każde dziecko w Układzie. Dorośli noszą swoją na karcie i zawsze mogą ją zostawić w domu. My tak nie możemy, bo Stare Prawa każą dorosłym czuwać nad nami i zmuszać do nauki. Ale to nie o to chodzi Opiekunce, tylko o szantaż. Wiemy, gdzie jest wasz syn lub córka, oto co nam mówią. Albo zostaniecie z nim, tutaj, albo uciekniecie sami a wtedy, zgodnie z prawem, wasze dziecko będzie należeć do nas, bo wy okazaliście się złymi rodzicami. Oddamy je Flocie, wychowamy w akademii i jak przeżyje, będzie nam służyć i łapać takich jak wy. Ale ja jeszcze wam pokażę, pomyślał ze złością, jeszcze wam ucieknę i wtedy wy wszyscy, wy przeklęte szczury z Opieki, przekonacie się gdzie możecie sobie ją wsadzić. Jeszcze się przekonacie kto zostanie tutaj, a kto stąd odleci.
- Zapomnij o tym małym draństwie, synu – głos ojca zupełnie go zaskoczył. Arto drgnął – Nie warto zawracać sobie głowy.
To było jak odpowiedź na jego myśli. Czyżby ojciec wiedział? Nie, nie o to mu chodziło. Arto spostrzegł że kątem oka cały czas bezwiednie wpatrywał się w niewielką wypukłość na opartym o stół lewym ramieniu. Obaj myśleli o tym samym, choć w inny sposób. Pożałował że przed założeniem koszulki nie zaprogramował jej rękawów na dłuższe, by ukryły ten dowód jego niemocy.
- To tylko dla twojego bezpieczeństwa, Arto – matka ścisnęła go lekko za rękę – Stacja jest niebezpieczna. Tyle dzieci ginie w wypadkach...
Akurat, pomyślał. To nie o to w tym chodzi, mamo i ja to rozumiem. Nie jestem już dzieckiem. Wiem skąd się biorą te wypadki.
- Podobno kiedyś ludzie znakowali zwierzęta – odpowiedział chłodno, choć z żalem – Kiedy jeszcze nie potrafili hodować organów i jedzenia w zbiornikach, tylko musieli uprawiać pola i hodować zwierzęta, by mieć co jeść. Wtedy znakowali swoje bydło, by łatwiej je odszukać. I my jesteśmy jak to bydło – ostatnie zdanie powiedział wręcz lodowatym głosem.
I po to oznakowali go ci z Opieki. Chcieli by pożarła ich akademia. Biedny, mały Arto, ironicznie rozczulił się nad sobą, oto co oni z tobą zrobili. Niewolnika, tak mówił Dael. I jeszcze szkoła...
Matka, zmrożona tonem jego głosu, cofnęła rękę.
- Przepraszam – powiedział – Nie chciałem, aby zabrzmiało to tak...
- Dorośle? Prawdziwie? – spytał ojciec – Ale tak właśnie jest – spojrzał na matkę –Wypadkom można zapobiegać na wiele lepszych sposobów. Człowiek, nawet tak młody, zawsze poczuje prawdę.
- Dlaczego ludzie zgodzili się kiedyś nosić w sobie coś takiego? – spytał Arto – Gdyby wtedy się nie zgodzili, dzisiaj nikt nie mógłby nas zmuszać do noszenia tych pluskiew.
- A... Widzisz, wtedy takie... pluskwy były przydatne. Nasi przodkowie odrzucili je dopiero gdy rząd zaczął nadużywać swoich uprawnień. Stare Prawo, Karta Praw Człowieka, nie pozwalało zmusić ludzi do noszenia lokalizatorów wbrew własnej woli. Lecz zapis o dzieciach pozostał. Dla dobra dzieci... – ojciec zamilkł.
- Mamo, też to miałaś, prawda? I ty też, tato, jak byłeś mały? Też ci wszczepili pluskwę?
- Tak, Arto. Też to miałem. I twoja mama, i jej mama, i jej ojciec, i mój... Urząd Opieki robi to od dawna. Lecz w dniu dwudziestych urodzin, z samego rana, poszedłem do Urzędu i kazałem wyjąć z siebie to małe paskudztwo. Na to nie ma rady, musisz przeczekać.
Ja nie będę tyle czekać, pomyślał ze złością. Nie aż do dwudziestego roku życia.
Sama myśl o pluskwie wprawiała go w ponury nastrój. Znowu czuł się jak w potrzasku, samotny i otoczony przez wrogów, bez przyjaciół, a tak naprawdę i bez rodziców, bo choć byli obok to nie mógł z nimi o tym porozmawiać. I była jeszcze szkoła.
Chcecie mnie, pomyślał. Chcecie bym był twardy, bo taki się wam bardziej przydam. Nie ma już żadnych Obcych, sami się zniszczyli i ta cała wielka, wspaniała Flota, o której wciąż tyle mówią wcale nie ma nas bronić, tylko pilnować. Tylko czekacie aż mi albo rodzicom powinie się noga, by mnie zabrać do akademii i wychować na bezwolnego żołnierza Floty. Jesteście gotowi nas zniszczyć, jeśli tylko pomoże wam to przerobić nas zgodnie z waszym życzeniem.
Miał rodziców, nie tak jak ci którzy trafili do akademii. Czasami myślał że jest mu przez to łatwiej, lecz w tym najważniejszym nie mogli mu pomóc. Widział ich codziennie. Byli tuż za ścianą, gdy kładł się spać. Mógł z nimi rozmawiać, lecz mimo to był sam. Był dla nich ciężarem na drodze do wolności. Czy tego nie rozumieli? Lecz dorośli nie rozumieli tak wielu rzeczy że czasem go to dziwiło. On rozumiał. Tak długo uczył się obserwować, słuchać i myśleć aż odkrył, że aby się chronić, musi nauczyć się manipulować innymi.
- Nie jesz, Arto? – z zamyślenia wyrwał go głos matki – Coś ci dolega?
- To nie to – odpowiedział – Tak sobie myślę...
- O lokalizatorze? Arto, ojciec ma rację. Szkoda twojego zdrowia. Po prostu o tym zapomnij.
Ale ja nie mogę, mamo, pomyślał. Nie potrafię zapomnieć, że to draństwo – to dobra nazwa – trzyma mnie tutaj, a was razem ze mną.
- Może zamiast rozprawiać o rzeczach na które nie mamy wpływu powiesz nam co robisz w szkole? – zaproponowała i to postawiło go w stan czujności – Nic o niej nie mówisz. Te dziecinne sekreciki...
- Kiedy nie mam o czym. Tam jest zawsze nudno i nic się nie dzieje – powtarzał to zawsze, niemal automatycznie. Musiał wymyślić inną wymówkę, inaczej przestaną mu wierzyć.
- Nie wierzę że tam nic się nie dzieje – nawet ojciec oderwał się od swojej konsoli by porozmawiać o szkole – To jakaś dziwnie spokojna szkoła. W mojej tak nie było. Czasami biłem się z kolegami i też nie mówiłem o tym rodzicom.
- Czasami się zdarza – Arto wzruszył ramionami. Zbyt idealne kłamstwo zawsze budziło wątpliwości dorosłych – To nic wielkiego. Nie biłeś się codziennie, prawda?
- Ale od czasu do czasu, to i owszem. Dzieci czasem się biją.
Czasem...
- O czym mam opowiadać. Siedzimy nad konsolami i coś tam robimy. Różne rzeczy. Większość do niczego mi się nie przyda...
- I po szkole tak samo? Gdy byłem w twoim wieku to połowę czasu spędzałem z kolegami, a połowę nad komputerem.
Arto ledwo się powstrzymał by nie wydąć pogardliwie warg. Tylko jajcogłowi marnowali czas na zabawę. Jego ojciec rzeczywiście był jajcogłowym! Arto nie był głupi. Czuł że mógłby dorównać im wiedzą, gdyby tylko chciał. Ale nie chciał. Jajcogłowi byli na samym dole hierarchii ważności. To wojownicy rządzili szkołą. Arto zamierzał sam decydować o sobie, a nie czekać aż zadecydują o nim inni.
- To chyba dobrze że się uczę – odpowiedział – Nie o to wam chodzi?
- To bardzo dobrze! – zapewniła go matka – Twój ojciec ma dobrą pracę bo wie i umie więcej niż inni – ojciec przytaknął, milcząco - Tylko... zajmuje ci to tyle czasu... Jesteś dzieckiem a starasz się być dorosłym. Na to będziesz miał dużo czasu, całe życie...
Czas... Arto spojrzał na odmierzającą czas cienką błonkę, naklejoną na grzbiet lewej ręki, zasilaną ciepłem jego ciała.
- Muszę już iść – przerwał, zrywając się od stołu – Wrócę jak zwykle.
Złapał jedną z kanapek i odwrócił się do drzwi.
- Może tym razem wrócisz do domu zaraz po zajęciach, zamiast włóczyć się z kolegami? – zawołała za nim matka – Choć raz nie robiłabym obiadu tylko dla siebie...
Nie odpowiedział. Bardzo tego chciał, ale po prostu nie mógł. Musiał zajmować się szkołą, aby przetrwać kolejne rozjaśnienie, by wieczorem wrócić do domu i by wszystko wyglądało tak jakby nic się nie stało.
Obejrzał się. Ojciec popatrzył na niego z zainteresowaniem.
- Taki wiek – przy drzwiach usłyszał jak powiedział cicho do matki – Nasz syn wcześnie zaczyna dorastać. Słyszałem że na stacji to normalne.
Nie chciał tego słuchać. Wyszedł. Uciekał by nie kłamać. Pośpiesznie ruszył w stronę windy, gdzie zwykle czekał na niego Żimmy, starając się o wszystkim zapomnieć.

* * * * *

Wilan Waspers powoli zbliżył się do strefy kontroli przejścia prowadzącego do doku stoczni. Od kilku tygodni uważnie, lecz dyskretnie przeczesywał ten wąski odcinek korytarza. Gdyby za długo i zbyt nachalnie im się przyglądał, strażnicy lub nawet komputer stacji mógłby zwrócić na to uwagę. Wtedy zarejestrowany przez perceptory obraz Wilana, gapiącego się na czujniki, uzyskałby odpowiednio wysoki priorytet „niezwykłości” by zainteresować tym ludzka obsługę.
System miał swoje wady. Komputer do analizy wykorzystywał ogólne wzorce zachowania ludzi. Dorosły z dzieckiem nie wzbudziłby jego podejrzeń, niezależnie od miejsca zarejestrowania. Przeszkody były dwie – ludzie, których łatwo było oszukać, oraz elektronika, której bezlitosnej uwagi nie dało się odwrócić, lecz która była bardziej naiwna niż dwulatek.
Szukał sposobu obejścia czujników automatycznej kontroli lokalizatorów. Nie było tu czytników DNA, analizatorów zapachu czy skanerów siatkówki. Był tylko czujnik sprawdzający lokalizatory przechodzących pracowników. Centrala wierzyła że stocznia jest tak dobrze zabezpieczona że nie da się przez nią wydostać na zewnątrz. Sam, jako pracownik, nigdy nie miał problemów z przekroczeniem tego odcinka korytarza, podobnie jak jego żona. Oboje mieli wstęp pracowniczy, lecz nie Arto. Nie dzieci.
Ene miała rację. W niektórych miejscach, jak stocznia, dzieci nie powinny się znaleźć. Były takie ciekawskie i nieuważne... Zwłaszcza te małe potrafiły wcisnąć się wszędzie, w każdą najmniejszą nawet dziurę, często z tragicznym dla nich skutkiem. Rodzic, choćby zdarł struny głosowe, nie był w stanie zmienić natury ich zachowania. Zresztą, kto w ich wieku zachowywał się inaczej? Musieli je chronić. Temu służyły lokalizatory i czujniki. W tym jednym wypadku naprawdę chodziło o bezpieczeństwo. Lecz zbyt często był to tylko kamuflaż, chroniący nadużycia tej technologii – i to kamuflaż bardzo prymitywny.
Nie każdy wiedział – bo nie każdy chciał wiedzieć – że identyfikatory służyły także Korpusowi Ochrony Stacji – Kosie, jak ich wszędzie nazywano. Na Ziemi pozwalały odróżnić zwykłych ludzi od bezimiennych. Bezimienne dziecko nie posiadało wszczepionego lokalizatora; gdy dorosło, nie dostawało także identyfikatora. Na stacji prawdziwy powód wszczepiania identyfikatorów był inny. Wilan czuł, że Arto intuicyjnie to rozumiał.
Teraz ten system był dla niego przeszkodą. Problem stanowiły dwa czujniki. W takich miejscach zawsze montowano je parami. Wszystko co miał zrobić to odłączyć je, jednocześnie, tak by wyglądało to bardziej na przepięcie, czy awarię przekaźników niż na sabotaż – i była jeszcze sprawa wykrycia uszkodzenia przez automatyczną diagnostykę systemu.
Wystarczył moment by Arto znalazł się po drugiej stronie – lecz jak go sprowokować?
Może źle podchodzę do problemu, pomyślał. Po co walczyć z czujnikiem? Nie jego mam pokonać, lecz uruchamiający go nadajnik. Jak przemycić tędy Arto, razem z lokalizatorem który sprawia że nie ma prawa tu przebywać...
Informacje o budowie i działaniu lokalizatora nie były jawne, lecz wiedza o zabezpieczeniach przed usunięciem była powszechna. Lokalizator wykrywał pulsowanie krwi i spadek temperatury poniżej trzydziestu sześciu stopni. Analizował zmianę składu swojego otoczenia i alarmował gdy nie zgadzała się ze składem żywej tkanki. Gdy coś go uaktywniło, wysyłał sygnał alarmowy, niezależny od sieci czujników. Wtedy wyruszała nagonka – automaty przeszukujące, żelboty, psy Kosiarzy, oraz policja. Mniej liczni wiedzieli że do łączenia się z czujnikami urządzenia te wykorzystują zaawansowane układy kodowania transmisji, oparte o zmienne klucze szyfrujące. Ale ta wiadomość była równie precyzyjna, jak stwierdzenie że na Ziemi istnieje życie – nie mówiła nic na temat tego jak ono wygląda.
Zwolnił. Nie musiał udawać zamyślenia. Jak co dzień minął strefę działania czujników, szukając pomysłu wartego rozważenia.

*

Hala montażowa stoczni znajdowała się na samej kryzie stacji. Miała półtora kilometra wysokości, trzy długości, lecz przy swoich rozmiarach była nieproporcjonalnie wąska – dwieście metrów z ledwością wystarczało by upchnąć na nich potrzebne roboty. Zajmowały tu większość powierzchni; pracowały bez chwili przerwy, składając elementy lub przenosząc je do wnętrza budowanego statku. Te najbardziej niebezpieczne czy hałaśliwe znajdowały się w bocznych pomieszczeniach.
Obiekt ich pracy tkwił nieruchomo na zewnątrz stacji, doczepiony dziobem do spodniej części kryzy. Choć dla planetarianina asteroida mogła wydać się ogromna, dla Wilana była najmniejszą przy jakiej pracował – niemy symbol jego epoki, epoki podboju Kosmosu na ogromną skalę, świadczący iż ludzkość coraz lepiej panowała nad swoim otoczeniem. Z zewnątrz asteroida przypominała wystrzelony z Ziemi pocisk, który przywarł do kadłuba stacji. Na obwodzie było wiele takich stoczni, przemieszanych na z dokami. Przy każdej tkwił inny pocisk, mierzący w Ziemię swoim emiterem. Utrzymywany przy stacji przez ogromną śluzę montażową i kilka mocnych włókien cumowniczych, oczekiwał na chwilę gdy, decyzją ludzi, stanie się kolejnym skalnym wygnańcem, błąkającym się po Peryferiach, przesuwającym granicę znanej przestrzeni. Według planu miało się to stać już za miesiąc, lecz Wilan już wiedział że ta chwila trochę się opóźni.
Jedyną drogą do wnętrza statku była para śluz. Półkolista, niemal dwudziestometrowej wysokości śluza montażowa wydawała się niczym wrota w porównaniu z tkwiącym w niej kilkumetrowym otworem głównej śluzy statku. Zaprojektowano ją tak by mimo wielomiesięcznej pracy połączenie ze statkiem pozostało szczelne. Miało to swoje wady. Sama zamiana statku zabierała kilka minut, lecz aktywacja połączenia była o wiele bardziej skomplikowana. Systemy wymiany powietrza statku i stoczni, zasilanie, łącze sieci komputerowej – wszystko musiało zostać rozłączone i zabezpieczone. Wszystkiego pilnowały automaty, gotowe na najmniejszy błąd zablokować całą procedurę. Każdy jej etap był autoryzowany przez centralę. W tym czasie w hali montażowej mogli znajdować się jedynie pracownicy Obsługi Kosmicznej, oraz wszędobylscy Kosiarze. Śluza stoczni była tu jedynym wyjściem prowadzącym w kosmos, otwartym ledwie na kilka minut, w trakcie których odczepiano gotową jednostkę, by zastąpić ją kolejnym kadłubem. Nawet ekipy pracujące na zewnętrznej powierzchni statku wychodziły w przestrzeń przez śluzy spoza stoczni. Hala mogła wydawać się słabym ogniwem ochrony stacji, lecz to było tylko złudzenie.
Podszedł do gigantycznej, plaszklanej szyby, jaką była zewnętrzna ściana hali montażowej. Statek miał niewiele ponad dwa i pół kilometra średnicy – nie dość by przesłonić całą semi-krystaliczną taflę. Jej idealna przezroczystość dawała poczucie swobody; kosmos po jej drugiej stronie był niemal namacalny. Takie same szyby opasywały stację wzdłuż obu promenad. Potrafił zrozumieć desperatów, którzy z bronią w ręku i skafandrem na grzbiecie próbowali rozbić taką szybę. Chęć wydostania się stąd czasem odbierała ludziom zmysły. Zapominali że broń ręczna nie jest w stanie choćby naruszyć molekularnej struktury plaszkła.
Spojrzał przez szybę. Na zewnątrz grupa automatów krzątała się między nieskończenie czarnym mrokiem kosmosu a oświetloną tu i ówdzie reflektorami powierzchnią asteroidy. Pomagało im kilkudziesięciu ludzi. Nie musiał patrzeć na symbole na ich skafandrach by wiedzieć że są z Obsługi Kosmicznej. Tylko oni mogli wyjść na zewnątrz. Rozbierali zewnętrzny dok; powłoka ochronna została już zdjęta, pozostały tylko kratownice. Jeszcze przedwczoraj ta ogromna konstrukcja z krat, prętów i płyt szczelnie okrywała kadłub, ułatwiając montaż zewnętrznych elementów, wiercenie i klinowanie otworów zewnętrznych śluz, a potem montaż emitera. To on miał rozpędzić ten kawał skały do granicy dziewięćdziesięciu ośmiu procent prędkości światła – granicy której jak dotąd nie udało się przekroczyć.
Wilan już dawno nie miał okazji spojrzeć w kosmos. Gwiazdy zdawały się być tak blisko, choć tak odległe; przypominały mu dlaczego buduje statek za statkiem, wiedząc że większość z nich powstaje na zamówienie Floty. Czuł ironię sytuacji. Wytwory jego rąk leciały tam, gdzie sam nie mógł się dostać. Dawno temu Rząd postanowił że Układ ma być gigantycznym i jedynym centrum przemysłowym ludzkości. Reszta, jak Prawa Emigracyjne, była tylko konsekwencją tej decyzji – koniecznością utrzymania potencjału produkcyjnego i wysokiej konkurencyjności na rynku pracy.
Wilan często powtarzał w myślach że żyje w chorych czasach, w których praca stała się ważniejsza od rodziny. Ten świat dąży do zagłady, uznał, i to o wiele szybciej niż wtedy, gdy Ziemia była podzielona na państwa. Mógł albo to rzucić, albo ciągnąć dalej, lecz po tym co zrobił w ciągu ostatnich miesięcy nie potrafiłby o wszystkim zapomnieć.
To co że byli bogaci. Zarabiał dużo, lecz lata pracy w takim miejscu potrafiły doszczętnie zmęczyć człowieka. Uczynić go mniej wydajnym i mniej konkurencyjnym. A pracę miało się tak długo, jak długo pozostawało się konkurencyjnym wobec tych którzy chcieli ją mieć, jak długo doświadczenie przeważało nad spadkiem wydajności. Może wytrzyma tu kolejne jedenaście lat, lecz to nie będzie trwało wiecznie. Co wtedy? Gdy nadeszła oferta pracy w stoczni Ene była w ciąży a on szukał sposobu by zapewnić im byt. Dla tej posady oboje rzucili wszystko. Pozostawili swoje przeszłe życie i wkroczyli w nowe, ledwie z tą garstką rzeczy które był sens zabierać ze sobą na górę. Tak wtedy jak i dziś, Wilan uważał tę decyzje za słuszną. Na stacji czuł się bardziej wolny. Nawet jeśli kraty były tu bardziej namacalne niż na Ziemi, mógł przez nie wyjrzeć na zewnątrz.
Na Ziemi o pewnych sprawach nie wypadało mówić. Można było to robić, bo istniała wolność słowa, lecz nie gwarantowała ona braku problemów. Na stacji śmiało rozmawiali o rzeczach o których na dole strach było szeptać. Tutaj kosmos przychodził do nich. Każdego dnia na pokład każdej stacji schodziły setki kolonialnych kupców i przewoźników – zbyt dużo by utrzymać ziemski reżim informacyjny. Rząd wiedział że nie zdoła ukrócić swobody wymiany myśli i informacji. Nawet nie próbował. Zamiast tego wolność myśli kosztowała tu swobodę ruchów.
Na Ziemi trzeba było uważać na to co się mówi, za to można było iść gdzie nogi poniosły. Tu było na odwrót – nie bez powodu. Stacje były jedynymi bramami do gwiazd. Ktokolwiek chciał opuścić Układ, musiał przez nie przejść. 

Trzy kwadranse później, ubrany w roboczy kombinezon, Wilan zeskoczył z załadowanej platformy, sunącej wzdłuż magnetycznej poduszki transportera. Poduszkę tworzył pas ustawionych nad i pod podłogą dodatkowych cewek, pozwalających na regulowanie pola magnetycznego niezależnie od pola stacji. Tak powstał korytarz regulowanego ciążenia, którym lekkie maszyny przewoziły sprzęt i materiały – te same które kilkadziesiąt centymetrów obok mogły ważyć nawet dziesięć razy tyle. Uboczne skutki Wilan odczuwał na sobie – czuł się jakby jechał kolejką na Księżycu. Transporter nie był przystosowany do przenoszenia ludzi, lecz rozmiary hali wymuszały jego wykorzystanie. Wskoczyć na poruszającą się platformę mimo zmniejszonej w locie masy ciała, uniknąć zderzenia i zeskoczyć na miejscu, nie przewracając się na podłogę – wyglądało to na popisy cyrku zmiennej ważkości, lecz te sztuczki znali tu wszyscy.
Stanął przed śluzą. Mimo miesięcy pracy asteroida pozostała ledwie wydrążonym kadłubem, nie przystosowanym do lotów z żywą załogą. Ich zadanie kończyło się na montażu niezbędnych do lotu podzespołów oraz tego czego nie mogli zrobić koloniści – nic więcej i nic mniej. Sterowany przez komputer gwiazdolot miał zostać skierowany ku odległemu sektorowi przestrzeni, gdzie po wykończeniu będzie pełnić swoją służbę. Tam otrzyma nazwę, numer kodowy i pierwszą załogę – ludzi, których rodzice jeszcze się nawet nie narodzili. Do tego czasu skała była gwiazdolotem jedynie z nazwy. Nikt, poza Wilanem, nie wyobrażał sobie by w tym stanie mógł spełnić swoją funkcję. 
Taka była polityka ekonomiczna Układu. Prawa Kolonialne zapewniały monopol na budowę statków osiągających prędkości podświetlne. Rząd trzymał je twardą ręką. Niemal wszystkie koncesje na ich budowę trafiały do lokalnych korporacji; jedynie kosmoloty budowano tam gdzie miały służyć. Stwarzało to pewien problem. Dzięki sieci łączności tachionowej informacja potrzebowała najwyżej dni by dotrzeć do najodleglejszych zakątków ludzkiego dominium. Gdy statek docierał do celu, większość dodatkowego wyposażenia okazywała się muzealnym złomem. W kadłuby wsadzano więc tylko to, co było nieosiągalne dla kolonistów, lub niezbędne do lotu.
Najważniejsze były dwa podzespoły – emiter napędowy i reaktor. Od dwóch wieków ich konstrukcja pozostawała prawie niezmieniona, osiągając szczyty swojej wydajności. Nie pozostało w nich nic co można było ulepszyć. Jedynie nowe odkrycie mogło naruszyć ten porządek, lecz zmieniłoby ono o wiele więcej niż budowę gwiazdolotów.
Wilan przeszedł przez śluzę doku stoczni. Minął krótki łącznik i wszedł na kładkę. Przeszedł przez skalną jaskinię doku statku, minął śluzę wewnętrzną i skierował się w stronę głównego tunelu pierwszego pokładu. Nic dziwnego że nikt nie traktował poważnie tej drogi ucieczki. Gwiazdolot był pozbawiony systemów podtrzymywania życia. Bez komór inercji jego pasażer zginąłby od towarzyszącego przyspieszaniu przeciążenia. Gdyby jakimś niezwykłym przypadkiem ktoś zdołał to przeżyć, musiałby wytrzymać kilka lat pokładowych podróży do najbliższej stacji przystankowej.
Wilan nie sądził by było to niewykonalne. Wariackie, mało realne, lecz nie niemożliwe. Jego plan był tak prosty że aż genialny w swym zamyśle, dość śmiały i bezczelny by się powieść, choć gwiaździście trudny w realizacji. Miał możliwości, potrzebną wiedzę i dość determinacji by go urzeczywistnić. Nie była to jego pierwsza próba, lecz mogła okazać się ostatnia. Nie dlatego że nie wierzył w powodzenie – po prostu nigdy nie był tak blisko celu. Nie mówił o tym nawet własnej żonie, lecz był coraz bliższy chwili gdy ten pusty, martwy kadłub stanie się ich biletem do wolności.
Od kiedy zaczął realizować swój plan, Wilan prowadził w pracy podwójne życie. W pierwszym posłusznie montował przewody transportujące plazmę, w którą zamieniała się woda nim trafiła do komory reaktora. Instalował reaktor, w którym wskutek łączenia się wodoru w hel, a helu w azot, plazma zamieniała się w gaz który, po usunięciu dwutlenku węgla, ustawieniu stężenia azotu i neonu oraz uzdatnieniu wykorzystywano do stworzeniu astronautom atmosfery wewnątrz statku. Potulnie układał cewki rdzenia, stanowiące część napędu międzyplanetarnego. Pomagał w zakładaniu ekranów antyradiacyjnych, mogących z równym powodzeniem chronić przed promieniowaniem komputer pokładowy jak ich własne ciała, oraz zagłuszać lokalizator jego syna.
W swoim drugim życiu sekretnie przygotowywał kadłub do montażu systemów, które miały ich chronić gdy zanurzą się w wygenerowanej przez komputer wirtualnej rzeczywistości. Gromadził żywność, którą automaty będą ich karmić. Przygotowywał się do zainstalowania dodatkowego reaktora, który miał to wszystko zasilać. Skupił się tylko na tym, co było niezbędne do przetrwania. Po zakończeniu przyspieszania astronauci mogli wychodzić z komór inercyjnych, oni będą w nich siedzieć aż do chwili gdy przyjdzie im opuścić pokład.
Skrzętnie ukrywał swoją działalność. Wykorzystywał znajomości do zdobywania potrzebnych części, oraz swój spryt i umiejętności by je montować. Statek wciąż wyglądał na nie nadający się do lotu załogowego. Każdy rządowy agent, Protektor, mógł to sprawdzić. Tylko kto chciałby przeszukiwać niesprawny statek? Tylko stuknięty Kosiarz, oraz równie stuknięty pracownik stoczni. Nie, nie stuknięty. Zdesperowany.
Gdyby chodziło tylko o niego, nie wahałby się ani chwili. Istniała technologia pozwalająca zakonserwować ciało na czas lotu – komory konserwujące. Lata świetlne od najbliższej bazy czy okrętu, były ostatnią szansą ratunku dla astronautów. Skazani przez los na zagładę, wypijali kilka litrów płynu zastępczego i zamykali się w specjalnych komorach. Gdy zapadali w sen, impuls elektromagnetyczny zestalał płyn; cząsteczki wiązały się w molekularną siateczkę, chroniącą delikatne struktury komórek przed zgubnymi skutkami zamrożenia ciała – ostatniego etapu konserwacji. Od czasu do czasu znajdowano i ożywiano zaginionych przed wiekami Tułaczy, którzy w ten sposób wymknęli się śmierci. Do przetrwania wystarczyła im komora konserwująca i akumulator, mający dość energii by wytworzyć impuls i zakończyć proces zamrażania. Potem nie potrzebowali już nawet zasilania. Czas przestawał się liczyć.
Niestety, zbyt często dochodziło do powikłań przy ożywianiu. Układ krążenia mógł nie wytrzymać wchłonięcia dodatkowych litrów płynu. Naczynia w mózgu mogły popękać wskutek nagłej zmiany ciśnienia krwi. Sam proces przywracania do życia był tak skomplikowany i zależny od reakcji organizmu że nie mógł być przeprowadzony automatycznie. Musiał nadzorować go żywy człowiek. Nawet astronauci unikali konserwowania jak ognia. Co innego konserwować się gdy śmierć zagląda w oczy, a co innego dla wygody. Na coś takiego godzili się jedynie ci dla których cel lotu znajdował się często aż na krańcu znanej przestrzeni – czyli koloniści. Byli jeszcze żołnierze Floty, lecz oni nie mieli nic do powiedzenia.
Wilan sprawdził harmonogram prac jego zespołu z zeszłego rozjaśnienia. Spojrzał na zegarek. Praca przy cewce rdzenia zajmie mu kilka godzin, dość by inżynierowie skończyli pracę. Gdy w stoczni pozostaną sami technicy, wtedy przejdzie do innej części kadłuba, do pomieszczenia w którym prace już się zakończyły. Kilka rozjaśnień wcześniej dociągnął tam przewody zasilające; wkrótce zamierzał zainstalować podłączenie do komputera. Dzisiaj przygotuje złącza dla przyszłych komór inercyjnych.
Wiedział że jest zmęczony i że wygląda na zmęczonego. Już sama jego oficjalna praca wysysała z niego całą siłę. Nawet żona widziała że coś z nim jest nie tak, lecz nie mógł zwolnić. Być może będzie musiał przyspieszyć. Jeszcze miesiąc, może dwa i statek zostanie ukończony. Do tego czasu wszystko musi być gotowe. 


Kanał


- Więc tak naprawdę niczego się nie uczycie? 
- Uczyć się? – Orfius prychnął pogardliwie – Tylko jajcogłowi się uczą. Po to ich trzymamy.
Wskazał na jednego z chłopców z grupy, który stał w asyście dwóch innych, silniejszych. Zupełnie jakby go pilnowali, pomyślał Iwen.
Nietrudno było dostrzec linię, dzieląca uczniów w całej szkole na dwie bardzo nierówne części. Znaczną większość stanowili wojownicy, reszta składała się z jajcogłowych i beks. O tych ostatnich ledwie słyszał; w ich klasie nie było ani jednej. Niewiele więcej wiedział o jajcogłowych, poza tym że zajmowali dwa pierwsze rzędy stanowisk. Nie wiedział skąd brało się to przezwisko i dlaczego mało kto mówił im po imieniu, lecz domyślał się że ma to coś wspólnego z organizacją grupy. 
Stali na korytarzu szkoły. Mimo iż dookoła pełno było dzieci, czyniony przez nie hałas był słabszy od znanego mu z przerw w ziemskich szkołach. Nikt tu nie biegał, nie ścigał się po korytarzach. Młodsi chłopcy przemykali się chyłkiem, czujnie obserwując otoczenie, niczym przestraszone zwierzątka. Robili wszystko by omijać ich z daleka. Zapamiętał – należy schodzić z drogi starszym od siebie.
Teraz, zamiast obserwować, Iwen bacznie słuchał Orfiusa. Jak oświadczył, kapitan polecił mu zostać jego niańką. Miał mu wyjaśnić „pewne sprawy” – a w miarę jak Iwen słuchał, te sprawy stawały się coraz ciekawsze.
Chłopcy przezywali Orfiusa Grubaskiem, co zdało mu się dziwne. Był wprawdzie pucołowaty i niewysoki, lecz szczupły, z jasnymi, przedzielonymi łagodnym przedziałkiem, krótkimi, sterczącymi włosami i błękitnymi oczami. Nie wyglądał na szczególnie silnego; siedział w drugim rzędzie, przed Bebre, zaraz za jednym z jajcogłowych. Kapitan przeniósł miejsce Iwena do tego samego rzędu, a zatem mieli podobną, niską rangę – Orfius był wojownikiem w sam raz do niańczenia nowego.
- To oni słuchają nauczyciela i robią jego zadania – wyjaśniał dalej Orfius – Wszystko co robią przesyłają na twój projektor. Jeśli chcesz być jednym z nich, to proszę bardzo – dodał ironicznie – Podobno byś się nadał... choć ledwo. Dobry wojownik nie zajmuje się nauką i odrabianiem lekcji. Nie mamy na to czasu.
Teraz zrozumiał panującą w klasie zależność. Jajcogłowi odpowiadali za dobre oceny wszystkich uczniów, zaś w zamian wojownicy bronili ich przed innymi. Coś za coś. Każdy robił co potrafił najlepiej. Niezależnie od obaw jakie żywił wobec tego miejsca, taka szkoła zdała mu się spełnieniem marzeń.
- Jak to robicie? Nie zauważyłem niczego...
- Gdybyś zauważył, znaczyłoby że coś jest nie tak, a to się jeszcze nigdy nie zdarzyło.
- Nie zdarzyło? Nigdy, ani razu?
- Nigdy – Orfius uśmiechnął się i pokręcił głową.
- Jak to działa?
- A kogo to obchodzi? Chcesz być wojownikiem czy nie? To jest zajęcie jajcogłowych. Jak coś zepsują, to... – ręką wykonał gest wyrzucania czegoś do kosza.
Nie musiał mówić nic więcej. W grupie nie było miejsca na błędy.
- Ale... nauczyciel widzi co robisz na projektorze! Obraz jest przezroczysty...
- A właśnie że nie widzi! – Orfius uśmiechnął się łobuzersko – Projektory są jakby... podzielone. Po jednej stronie jest jeden obraz, a po drugiej inny. Po drugiej stronie projektor wygląda... wygląda... No, jest tam to co ma u siebie twój opiekun. Jak się pomyli, wiesz do kogo iść. Po swojej stronie możesz robić co chcesz. To jakiś układ podwójnej projekcji. 
Orfius sprawiał wrażenie że nic z tego nie rozumie. Iwen rozumiał trochę więcej, ale tylko trochę – dość, by wiedzieć że to skomplikowane.
- Zwykły projektor może robić takie rzeczy?
- To jakaś zabawa światłem – Orfius podrapał się w głowę – Projektor też to robi, ale... Wiesz, jak chcesz wiedzieć o co chodzi, idź do jajcogłowych. Chociaż... nie wiem czy nawet oni potrafią to wyjaśnić.
Rada wydała mu się rozsądna, lecz na razie Iwen wolał ograniczyć swoje kontakty do już poznanych dzieci. Świadomie zaczął budować wokół siebie ochronny krąg towarzyszy, którzy zniechęcą innych do zaczepek. Technika tyleż cyniczna co skuteczna.
- Ktoś musi coś wiedzieć – zauważył – Ktoś musiał to stworzyć.
- Pewnie uczniowie przed nami. Wiem że tak jest od dawna. Starszaki mogą wiedzieć więcej, ale radzę ci ich o to nie pytać. Nie odzywaj się do nich, chyba że cię zaczepią.
Iwen obiecał sobie że posłucha tej rady. Niemniej, odgadł szybko że niezależnie od tego jak działa układ podwójnej projekcji, posiada on pewien słaby punkt.
- A co się stanie jak nauczyciel stanie mi za plecami? Wtedy zobaczy to co ja. 
- Nie. To działa automatycznie. Program śledzi nauczyciela i odwraca drugi obraz w jego stronę. On nie może zobaczyć tego co naprawdę robisz, nawet gdy stoi tuż za tobą.
- Ale... ja też niczego nie będę widział!
- Widzisz? Zaczynasz rozumieć – Orfius uśmiechnął się – Gdy dorosły cię zajdzie, nikt ci nie pomoże. Nie możesz zwracać na siebie uwagi.
Rozumiał. Nic dziwnego że miejsca z tyłu były najcenniejsze. Te z przodu były dla jajcogłowych – i nowych.
- Kto to wymyślił? Chyba nie dorośli.
- No co ty, dorośli mieliby pomagać się oszukiwać? – Orfius popukał się w czoło i szeroko uśmiechnął – To robota jajcogłowych. Ciągle wynajdują nowe sztuczki. Tworzą nowe programy i dołączają go do innych. Starszaki są w tym dobre. Są tu najdłużej i wiedzą najwięcej, ale nie lubią się dzielić. Wolą zabrać coś siłą niż handlować.
Iwen zastanowił się nad tym.
- Jeśli to jajcogłowi uważają na lekcji, to moje oceny zależą od nich, nie ode mnie?
- Zobaczysz jak zrobią za ciebie testy, lub pomogą przy odpowiedzi – Orfius szturchnął go lekko – Tak wstawiają błędy że nauczyciele nie widzą że zrobiła je ta sama osoba. Dorośli nie mają pojęcia, co potrafimy – dodał z dumą.
Wciąż, pomyślał Iwen, to nie musi być najlepsze z możliwych rozwiązań. Tylko jajcogłowi znali się na sieci, nikt inny nie rozumiał jak ona działa, to zaś ograniczało możliwości jej wykorzystania. Iwen wolał zrozumieć to, czego używał – i być może dlatego nigdy nie nauczył się walczyć tak dobrze jak oni. Był po części jajcogłowym, po części wojownikiem – a na dobrą sprawę ani jednym, ani drugim. Czuł że nadeszła chwila wyboru.
- Taki wojownik to co robi? – spytał Orfiusa – Tylko się bijecie z innymi wojownikami?
- Zwykle tak, ale mamy też inne zajęcia. Musimy chronić jajcogłowych i dbać o zapasy, o impulsy dla starszaków... – zastanowił się – Ale najważniejsza jest siła grupy. Wojownik to najważniejsza funkcja w całej szkole.
- Myślałem że to nauczyciele są najważniejsi.
- Dorośli się nie liczą! – Orfius lekko się zirytował – O niczym nie wiedzą.
- Jak to? Nie wiedzą o niczym? – Orfius pokręcił głową. Brwi Iwena uniosły się w zdumieniu – Nikt im nic nie mówi? Zupełnie nic? Ani razu?
Orfius tylko kręcił głową. Iwen nie mógł uwierzyć by to wszystko działo się za plecami dorosłych. Ktoś musiał od czasu do czasu coś powiedzieć. Były lokalizatory, perceptory... Nawet jeśli uszkodzone, to ich obecność o czymś świadczyła. Chyba że...
Zaczął mieć niejasne przeczucie że dobrze zrobił, od początku trzymając język za zębami. Gaduły i skarżypyty nigdzie nie były popularne, ale czuł przez skórę że tu chodziło o coś więcej. Tajemnica mogła być głębsza, niż z początku przypuszczał, poważniejsza niż bójki między jakimiś gangami czy grupami, nawet jeśli były bardziej ostre niż ta wczorajsza.
Gdzieś w jego umyśle zapaliło się ostrzegawcze światełko. Jeśli dzieci tak sprawnie oszukiwały nauczycieli, do czego jeszcze mogły być zdolne? Wspomniał nauczycielkę. Może rzeczywiście dorośli nic nie wiedzą?
- A spróbowałby który co powiedzieć! – odparł hardo Orfius – Zwykle skarżą się ci najmłodsi, pierwszaki, dwojaki i trojaki, ale oni nic nie wiedzą o szkole. Jak tylko oberwą, lecą do rodziców. Wtedy zjawiają się dorośli i obserwują tych których taki karaluch wskaże. Czasami obserwują też innych. Wtedy naprawdę musisz się uczyć i uważać na wszystko co robisz. I nauczyciele karzą tych, co pobili skarżypytę, takiego nędznego karalucha...
- Karalucha? 
- Tak. Karaluch to słabeusz, coś bez wartości co dba tylko o siebie i nie uznaje zasad. Wierz mi, Nowy, marny jego los. Taki obrywa od każdego. Nigdy nie wie, kiedy czeka go zasadzka.
- Ale co to ma do mówienia czegokolwiek dorosłym?
- Jeszcze nie wiesz? – zdumienie Orfiusa było szczere – Skarżenie się szkodzi wszystkim. Dla takiego nie ma litości, musi się nauczyć trzymać język za zębami. Jak się nie zamknie za pierwszym razem, obrywa jeszcze mocniej.
Orfius machnął ręką w kierunku jakiegoś sześcioletniego malucha. Chłopiec zatrzymał się w miejscu, z paniką w oczach. Dopiero widząc że nie zwracają na niego uwagi, ze strachem powoli zawrócił i odszedł. Nie odbiegł, mimo że się bał. Iwen zapamiętał to – nie należy uciekać przed starszakami. Nie wiedział dlaczego, lecz skoro sześciolatek mógł to zrozumieć, to on powinien tym bardziej.
W milczeniu trawił to co usłyszał. Dotąd wszystko było zwyczajne, każda szkoła niemal taka sama. Tu były reguły, tam ich nie było. Póki ich nie pozna, nie będzie mógł czuć się bezpiecznie.
- Oni dopiero się uczą, więc obrywają tylko trochę, jak ty wczoraj. Ale ty, Nowy, wyglądasz na takiego co ma swój honor – Iwenowi wydało się że ujrzał na twarzy Orfiusa coś na kształt uznania – Nie chciałeś się skarżyć rodzicom.
- Nie myślałem że to ważne – to akurat była prawda, choć nie tak, jak rozumiał to Orfius. Przeczucie go nie zawiodło. Nie powinien szukać pomocy ani u rodziców, ani u nauczycieli. Cokolwiek się będzie działo, musiał radzić sobie sam. Zauważył coś jeszcze – chłopcy z grupy mówili sobie wszystko. Tylko Bebre mógł im zdradzić że nie chciał skarżyć. 
- Tylko najmłodsi lecą do rodziców – powiedział pogardliwie Orfius – Prawdziwy wojownik nie może się tak poniżać. Nowy, nie jesteśmy pierwszakami. 
Orfius znowu nazwał go Nowym. Nie on jeden. Nowy to, Nowy tamto – zaczynało go to drażnić, ale ukrywał swoją niechęć, by ich nie prowokować. Dzieci lubiły powtarzać nielubiane przezwiska. Ci z tylnych ławek zdawali się być takimi którzy to robią, może z wyjątkiem Arto. Przezwisko kilka razy dziennie przypominało mu o Ziemi i o tym że naprawdę jest tu nowy. Nienawidził ciągłego bycia Nowym, jeszcze raz i jeszcze, bez końca. Te przezwisko stawiało go poza grupą.
- Jak długo będziecie mówić na mnie Nowy? – spytał, niby od niechcenia – Jak długo on będzie tak na mnie wołał?
- Kapitan? Nie wiem. Pewnie aż coś z ciebie wyrośnie.
- A ty? Wciąż nazywają cię Grubaskiem.
- Bo gdy byłem pierwszakiem, byłem najgrubszy – Orfius uśmiechnął się. Nie był to uśmiech złośliwy, czy gorzki. Orfius akceptował swoje przezwisko, a może nawet lubił.
Teraz nie był, zauważył Iwen w myśli, ale przezwisko pozostało. Świetnie. Będę Nowym aż do końca szkoły. Chyba że przyjdzie ktoś nowszy, albo znów się przeprowadzimy. Może tym razem nie byłoby to takie złe. 
- Tobie to nie przeszkadza?
- Nie. Czemu?
- Tak pytam...
- Przezwiska są normalne. Każdy ma jakieś. Przydają się, zwłaszcza podczas wypraw.
- A Żimmy, ten wysoki chłopak? Mówicie na niego Dziadek. Wydaje się starszy od was.
Dziwne przezwisko. Wcale nie wyglądał na dziadka. Przypomniał sobie swoich dziadków. Jednego już prawie nie pamiętał, poza tym że go nie lubił, a drugiego nie widział już od bardzo, bardzo dawna. Tak samo było z babciami. Jego ziemscy koledzy znali swoje babcie i dziadków, nawet pradziadków i prababcie. Mieszkali blisko nich, lub z nimi. A on... jego domem była cała Ziemia. Czuł się tym zmęczony.
- Bo jest starszy, ode mnie o półtora roku. Ty lepiej tak do niego nie mów. Nie wtedy gdy może to usłyszeć. Żimmy to prawdziwy starszak i... czasem zachowuje się jak starszak.
Iwen nie wiedział co to znaczy, zachowywać się jak starszak, ale nie był pewien, czy chce się tego dowiedzieć akurat na sobie. Czy jemu też powinien schodzić z drogi? Uznał że nie, że to by była oznaka słabości. Obaj należeli do tej samej grupy. Nie byli sobie równi, ale w grupie nikt nie schodził drugiemu z drogi.
- Myślałem że wszyscy są w tym samym wieku.
- Na początku tak, ale czasem... Dwa lata temu opiekun Dziadka coś pokręcił. Przez niego nie zdał ze swoją klasą i trafił do nas.
- Kapitan go przyjął?
- Nie od razu – pytanie wprawiło Orfiusa w zakłopotanie – Na początku nieźle się ze sobą spięli. Starszaki są zwykle silniejsze i jak trafiają do klasy młodszaków to uważają że muszą dowodzić. Nowy... znaczy Żimmy, też tego próbował.
Iwena ukłuło wahanie w głosie Orfiusa, gdy nazwał Żimmiego Nowym, to jak się poprawił. Dotąd to Żimmy był nowy, lecz teraz przezwisko należało się jemu. Pozbycie się go zajęło Żimmiemu dwa lata. On nie zamierzał tak długo czekać.
Przypomniał sobie spojrzenie Żimmiego gdy szukał przeciwnika do swojej pierwszej walki. Żimmy chciał by wybrał właśnie jego. Gdyby Iwen nie wiedział że to Arto jest kapitanem, pewnie spełniłby milczące życzenie jego oczu. Żimmy wyglądał najgroźniej ze wszystkich. Był bardziej dziki, bardziej agresywny i wyższy od każdego innego chłopca z klasy, lecz Iwen już wiedział że to nie ten wysoki chłopiec jest tu najważniejszy.
Dotknął dłonią lewego boku. Wciąż go bolał, choć wczoraj wziął po kryjomu aż dwie tabletki przeciwbólowe. Dwie dodatkowe łyknął dziś rano – te były ostatnie. Matka skończyła medycynę, zauważy znikanie tabletek. Musiał nauczyć się walczyć z bólem. Tym bardziej ciekawiło go jak radzą sobie z tym inni, jak poradził sobie Bebre, lecz pytając o takie rzeczy wyszedłby na słabeusza.
- Arto pokonał starszaka?
- Dokładnie tak było! Żimmy go wyzwał, ale Arto był silniejszy. Nie jakiegoś tam słabeusza, ale od samego Dziadka! – w głosie Orfiusa brzmiał wyraźny podziw – Potem się zaprzyjaźnili. Arto to najlepszy kapitan w całej szkole.
Słowa Orfiusa potwierdziły wczorajsze domysły Iwena. Nie chodziło o siłę. Oni nie bali się kapitana, oni go szanowali. Wyczulony zmysł obserwacyjny Iwena pokazał mu więcej niż dostrzegała większość chłopców z grupy, choć byli tu dłużej niż on. Orfius mógł sobie wierzyć że Żimmy uległ sile ich kapitana i może tak było dwa lata temu, lecz dziś słuchał go z własnej woli. Jak ktoś taki zgodził się słuchać poleceń kogoś młodszego od siebie? Iwen zrozumiał że Arto nie był byle tępym wojownikiem. W jakiś nieznany mu jeszcze sposób scalał grupę w jedność. Znalazł sposób na Żimmiego – czy znajdzie i na niego? Iwen nawet nie myślał nad takim rozwiązaniem. Nikomu się nie podporządkowywał, za wyjątkiem rodziców, a i to nie zawsze.
- Naprawdę jest najlepszy? – spytał – Muszą być silniejsi od niego.
- Och, ale nie ma sprytniejszych! U nas nie jest tak jak u innych. Pamiętasz, co ci wczoraj powiedział? To jest prawda.
- Prawda o czym?
- O bójkach w grupie. Arto jest mądry. Wie że takie bójki nas osłabiają. Lepiej współpracować niż się bić.
Dla Iwena nie było to niczym nowym. Prawie nie zwrócił uwagi na to stwierdzenie. Prawie, gdyż w porę uświadomił sobie że tu jest inaczej. Tu rządziła siła, na współpracę nie było miejsca – chyba że była to współpraca wymuszona.
- Nikt inny tak nie robi?
- No... nie. Kilku kapitanów naprawdę rządzi grupą, a nie tylko... No wiesz. Ale jest ich bardzo, bardzo niewielu, a Arto jest od nich lepszy.
- Orfius, jestem tu nowy – przypomniał – Więc nie wiem. Jak jest w innych grupach? Skąd to wiesz?
- Z różnych rozmów... i od szpiegów – Orfius nie był pewien czy powinien powiedzieć wszystko, ale mówił, bo tak kazał kapitan – Żimmy czasem coś opowiada i słyszałem trochę od innych. Inni kapitanowie traktują swoje grupy jak młodszaków i robią z nimi co chcą. Walczą razem i razem na nas napadają, ale potem biją się między sobą. Każdy martwi się o siebie. Arto on nami dowodzi, wiesz, trochę jak w wojsku i... myślę że tak jest dobrze. Jesteśmy silniejsi, inni nas szanują, jajcogłowi mają spokój, więc mamy lepsze oceny – poklepał Iwena po ramieniu – Mówię ci, Nowy, trafiłeś do najlepszej grupy w całej tej szczurzej norze. Chodź, zaraz zacznie się lekcja. Nauczyciele nie lubią jak się spóźniamy.
Iwen mechanicznie ruszył za nim, rozważając w myślach wszystko co usłyszał. Arto był inny niż reszta dzieci, ale jak daleko ta inność sięgała? Postanowił go obserwować. Iwen na razie był tu nikim, ledwie Nowym bez wartości, a Arto był kapitanem. Jeśli miał coś znaczyć w grupie, jeśli miał znaleźć w niej spokój i ochronę przed resztą dzieci, stanie się tak tylko za zgodą kapitana. Nie mógł się do niego zbliżyć, ale mógł obserwować, tak jak Arto obserwował jego, w tym samym celu – by się przekonać na ile może na nim polegać. 

Na następnej lekcji jego konsola została włączona do systemu grupy. Iwen wreszcie mógł poznać jak wyglądała nauka w nowej szkole. Dokładniej – jak nie wyglądała.
Z początku otrzymywał wiele ostrzegawczych notek o swojej nieostrożności. Parę razy zwrócił na siebie uwagę nauczyciela. Pouczali go, lecz bez złośliwości, pamiętając że pewnych rzeczy jeszcze nie poznał. Wciąż czuł granicę między sobą a resztą klasy, ale to było naturalne. Za mało o sobie wiedzieli. Byli wprawdzie razem, należał do nich – jak to wczoraj ujął kapitan – lecz to nie czyniło go jednym z nich.
Do tego dnia Iwen, trafiając do nowej klasy, starał się niczym nie wyróżniać. Tutaj, jeśli chciał sobie wyrobić imię, musiał postępować odwrotnie. Zaczął szukać czegoś, co zwróciłoby ich uwagę – i znalazł. Posiadał coś, czego nie miał nikt inny, a co wzbudzało żywe zainteresowanie niemal wszystkich uczniów. Posiadał wspomnienia o Ziemi. Choć zawsze była w pobliżu, była tak samo nieznana jak stacja dla niego. Nie trwało długo nim to zrozumiał, nim ktoś na kanale ogólnym zadał mu pytanie jak to jest na dole. Odpowiedział – i dostał następne pytanie, i kolejne. Inni zaczęli dołączać do rozmowy. Zanim Iwen się spostrzegł, był w centrum uwagi.
Pisali tak szybko że ledwo nadążał odpisywać. Rzadko kiedy był w stanie przeczytać wiadomość nim ta przepłynęła w górę okienka wiadomości. Z trudem orientował się w sieci krzyżujących się wątków. Jeszcze nigdy tak intensywnie nie używał panelu projekcji klawiatury, lecz odpowiadał, uznając zaspokojenie ich ciekawości za doskonałą okazję na zacieśnienie kontaktów z grupą. Wykorzystywał ją by wejść między nich, by choć na chwilę zapomnieli że jest Nowy, nawet jeśli wciąż się tak do niego zwracali. Opowiadając o sobie stawał się mniej obcy.
Czasami rzucał własne pytanie, wplatając je w treść rozmowy, wymieniając jedną wiedzę na drugą. Cały czas bacznie szukał jakichkolwiek wiadomości z konsoli kapitana. Na próżno. Rzucił jakąś wymówkę by oderwać się od pytań i zaczął obserwować rozmowy, myśląc że kapitan milczy bo nie chce konkurować w dyskusji. Liczył że Arto wreszcie się odezwie, lecz tak się nie stało. Iwen zrozumiał że nie jest przyczyną jego milczenia. Arto nie uczestniczył w dyskusji, robili to za niego zastępcy. Przyjrzał się wprowadzanym przez nich uwagom i zadawanym pytaniom, uznając że większość z nich nie pasuje ani do ich zainteresowań, ani do pełnionej funkcji. Wiedział komu najprędzej przypisałby ich autorstwo. To nie był przypadek. W dyskusjach na kanale ogólnym zastępcy odgrywali rolę pośredników kapitana.
Podziw Iwena do kapitana wzrósł jeszcze bardziej. Uderzyła go dorosłość tego rozwiązania. Doskonały kompromis, pomyślał z uznaniem, przypominając sobie słowo którego ojciec tak nie lubił. Na przerwie Arto rozmawiał z każdym, był jednym z nich, lecz na lekcji odcinał się od nich, komunikując się przez pośredników. To podkreślało jego rangę, nie izolując od otoczenia. Arto był zarówno towarzyszem jak i dowódcą, wiedział jak uczestniczyć w ich zwykłych, dziecięcych rozmowach nie tracąc respektu, jakim go otaczali, pozostając kolegą.

Nawiązywanie kontaktów przez konsolę szło mu łatwo, lecz na przerwie Iwen starał się unikać innych dzieci. Nie dlatego że tak chciał, po prostu robił tak z przyzwyczajenia. Wciąż łapał się na tym że znów to robi, aż w końcu pomyślał że może nie jest gotowy by to zmienić. Ale będzie musiał. Samotność nie była już czymś co dodawało powagi i pozwalało zachować dystans – tu była powodem obaw wśród jego nowych towarzyszy. Czuł że nie pozwolą mu pozostawać samemu, choćby dla dobra grupy – i jego samego, jak powtarzał kapitan, ile razy zobaczył że stoi z dala od innych.
Po części sami byli sobie winni. Nie próbował ich zagadywać, a oni nie próbowali rozmawiać z nim, lecz nawet jeśli jego koledzy nie podchodzili do niego i nie próbowali wciągnąć do swoich rozmów, zaczął czuć się wśród nich nieco swobodniej. Wiedział że jedna lekcja to za mało by się zaprzyjaźnili, ale nie był już nieznajomym. Nowym może, lecz nie obcym.
Z tą optymistyczną myślą, pogrążony w zadumie, podążał powoli korytarzem, szukając klasy w której miały odbyć się jego kolejne zajęcia. Jeszcze nie zapamiętał rozkładu pomieszczeń w szkole. Zwykle mijało kilka miesięcy nim nauczył się odszukiwać sale bez patrzenia na oznaczenia. Przeprowadzki wyrobiły w nim zmysł orientacji, lecz czasem to nie wystarczyło by zapoznać się z nowym miejscem, tym bardziej że nowa szkoła była duża. Chodziło do niej kilkanaście tysięcy uczniów, a nie była największą na stacji.
- Hej, ty! – głos wybił się ponad cichy gwar, docierając do jego świadomości. Dochodził gdzieś z tyłu i należał do jakiegoś starszaka – Ty, mały śmieciu, chodź tu!
Nie zareagował. Głos mógł być skierowany do kogokolwiek, jednak Iwen stał się czujny. Powstrzymał się przed spojrzeniem do tyłu, koncentrując się na stawianych krokach. Wciąż szedł powoli, bez pośpiechu, spoglądając na drzwi kolejnej sali, udając że nic nie usłyszał.
- Słuchaj, ty mały gnojku, ty, w tej długiej koszuli! Albo przyjdziesz sam, albo my pójdziemy po ciebie. A wtedy...
W głosie zabrzmiała wyraźna groźba. Iwen nie miał już wątpliwości, chodziło o niego. Zatrzymał się i odwrócił powoli, starając się zachować spokój mimo przyspieszonego bicia serca.
Było ich trzech, starszaków o jakieś trzy lata starszych i kilkanaście centymetrów wyższych od niego. Stali wyczekująco, z założonymi rękoma, poirytowani jego opieszałością. To się nie może skończyć dobrze, ocenił. Będą kłopoty. Ale zaraz pojawiła się inna myśl. Nigdy nie uciekaj przed starszakami.
- Tak, do ciebie mówię, szczurzy bobku! Co tak świecisz oczami, jak kot w ciemnym korytarzu?
Nie było po co się stawiać. Podszedł do nich powoli, nie na tyle by ich zdenerwować, ale dość by nie pomyśleli że mu zależy. Niech będzie jak chcecie, uznał niechętnie, ale nie zamierzam całować was po tyłkach.
Stanął przed tym który do niego mówił, zakładając że przewodzi tej bandzie. Miał ciemnobrązową skórę i mocno zaczesaną w górę czuprynę, tworzącą czub. Nadawała ona jego głowie wygląd kropli deszczu, lub czarnego płomienia – obie rzeczy nie do ujrzenia na stacji. Przezornie poczekał aż tamten odezwie się pierwszy.
- Masz szczęście. Nie widziałem cię wcześniej, a znam wszystkich pętaków z tej sekcji. Nowy?
- Tak jakby – Iwen posłał mu zmęczone spojrzenie.
- Niezły połów! – drugi z trójki starszaków uśmiechnął się złośliwie – Nowi zawsze coś mają.
- Chodzę do klasy Arto. Smoczy Jeźdźcy – Iwen uznał że warto powołać się na swoją grupę. 
- Ach tak? – na starszaku nie zrobiło to żadnego wrażenia – Nie wiedziałem że dostał nowego. Dobra, pewnie nie znasz jeszcze naszych zasad – podkreślił dwa ostatnie słowa – jak mnie zadowolisz to dziś ci podaruję, ale następny raz masz lecieć biegiem jak cię zawołam, jasne?
Na wszelki wypadek, Iwen kiwnął głową, tyle by pokazać że usłyszał, a nie że tak będzie robił.
- No, mały, pokaż co masz – rzucił drugi.
Iwen spojrzał na niego, nie rozumiejąc.
- Co, nie wiesz co robić? Jesteś pierwsze rozjaśnienie w szkole, czy co? Sam mam cię przeszukać, jak pierwszaka? Twoje rzeczy, pryszczu!
- Nic nie mam – odpowiedział gniewnie – Zresztą, to moja sprawa. Co cię to...?
Błąd. Ledwo dostrzegł ruch przywódcy bandy gdy ten złapał go za koszulę i przysunął do siebie.
- Podatek szkolny, pchło! – syknął – Nie nauczyłeś się szacunku dla starszych? Zaraz się tym zajmiemy. I nie pyskuj mi tu, śmieciu!
Starszak rozejrzał się, szukając czegoś. Nauczycieli, zrozumiał Iwen. Starszak zasłaniał mu widok. Przez chwilę miał nadzieję że któryś z dorosłych będzie w pobliżu, lecz gdy tamten znów spojrzał na niego zrozumiał że miał pecha.
Starszak pchnął go w stronę ściany. Iwen niemal stracił równowagę. Jakoś zdołał utrzymać się na nogach. Przywarł plecami do gładkiej, pionowej powierzchni.
Dookoła nich zrobiło się pusto. Omijający ich uczniowie rzucali pośpieszne spojrzenia i natychmiast odchodzili. Iwen spojrzał w bok, szukając drogi ucieczki.
- Chcesz uciekać, karaluszku? – starszak podszedł niespiesznie, wyczekująco – Dalej, zrób mi tę przyjemność. Nauczę cię dlaczego nie ucieka się przed starszakami.
Iwen przypomniał sobie co Orfius mówił o karaluchach. Ucieczka nie wchodziła w grę. Wyprostował się i dumnie podszedł do starszaka. Powinnością młodszaka jest znosić razy starszych. Niech i tak będzie. Może się znudzą i dadzą mi spokój.
- Możesz mnie bić i okradać – powiedział stanowczo – Ale nie obrażaj.
Jego słowa odniosły zamierzony skutek. Na twarzy starszaka pojawił się gniew, ale nie wykonał żadnego groźnego ruchu.
- Może nie jesteś karaluchem – odpowiedział chłodno, grożąc palcem – Ale odezwij się do mnie tym samym tonem a będziesz musiał sobie hodować nowe zęby.
Skinął ręką na swoich towarzyszy. Przeszukali go szybko lecz dokładnie; nie robili tego po raz pierwszy. Iwen zapamiętał kilka ciekawych możliwości ukrywania drobiazgów. Nie miał przy sobie wiele, nic co miałoby jakąś wartość dla kogokolwiek poza nim samym. W plecaku trzymał proste przyrządy, z jakich korzystał w ziemskich szkołach, oraz kilka zapasowych kart pamięci – w tej szkole te rzeczy były zbędne. Zrozumiał dlaczego tylko jajcogłowi nosili plecaki – za bardzo krępowały ruchy. Postanowił że od jutra przestanie go nosić.
Przeszukanie rozczarowało starszaków. Znaleźli ledwie kilka drobiazgów i jego kartę identyfikacyjną. Iwen najbardziej obawiał się o robota-zabawkę wielkości małego palca, ukrytego w wewnętrznej kieszonce spodni. Rodziców nie stać było na wyszukane zabawki, więc ojciec starał się to nadrobić, składając je ze swoich części. Małe, często zabawne maszynki, proste w budowie lecz posiadające zaskakująco dużo możliwości, były dla Iwena po stokroć cenniejsze niż najdroższe zabawki. Na dole pokazywał je swoim kolegom, wkupując się do ich kręgu, lecz tutaj jakoś nie potrafił się przekonać do tego pomysłu.
Jak zwykle w takich chwilach, najgorsze stało się faktem. Któryś ze starszaków wymacał zawartość kieszonki. Iwen szarpnął się gwałtownie, byle tylko uwolnić rękę, byle sięgnąć do kieszeni. Ledwie zdołał objąć przedmiot swoimi palcami gdy jeden ze starszaków wprawnie złapał go za nadgarstek. Plastalowy uścisk zmusił Iwena do rozwarcia palców, jego ręka została brutalnie wyszarpnięta z kieszeni. Drugi starszak natychmiast przygniótł ją do ściany.
- Chyba coś mamy! – oświadczył swojemu szefowi.
- Hej, oddawaj! – Iwen napiął mięśnie, lecz starszak mocno go trzymał – Złodziej!
Chłopiec wsadził rękę do kieszeni Iwena. Wyciągnął rękę i rozwarł dłoń, ukazując zdobycz. Jej widok rozczarował całą trójkę.
- Zabaweczki jajcogłowych? – zaśmiał się ten, który trzymał go za rękę – A nie wygląda...
- Ciebie to łatwo nabrać!
- Nie jestem jajcogłowym! – odparł wściekle Iwen.
- Nie? Więc to nie będzie ci potrzebne, prawda? – nim Iwen zdążył coś powiedzieć, starszak upuścił zabawkę i rozgniótł ją obcasem – Może zrobisz sobie nową?
Wszyscy trzej roześmiali się niczym z dobrego żartu.
- Szczury! – Iwen szarpnął się najmocniej jak potrafił. Popełnił błąd, pokazał że mu zależy. Gdyby nie zareagował, nie zwróciliby na nią uwagi. A tak...
Cios w brzuch przypomniał mu w jakim był położeniu. Przestał stawiać opór, obiecując sobie że jeśli tylko istnieje sposób na odpłacenie za to co zrobili, zrobi wszystko by tak się stało. Starszaki kontynuowały przeszukiwanie. Gdy skończyły, przycisnęły go do ściany. 
- Świetliście. Ten nowy to jakaś beksa – zauważył jeden z nich.
Chłopiec z czupryną jak kropla wody wzruszył ramionami.
- Znaleźliście coś?
- Same śmieci. Ma tylko kartę.
- Zobaczmy... Może mały szczur coś na niej ma i pójdziemy na zakupy – ich szef wyciągnął z kieszeni miniaturowy czytnik i sprawdził stan jej zawartości.
Z lekcji historii Iwen pamiętał że kiedyś było coś takiego jak pieniądze. Można je było wziąć do ręki i zapłacić a sieć bankowa nie miała o tym pojęcia. Jednak ostatnie pieniądze nie znikły z powodu banków, kradzieży, przez identyfikatory, karty elektroniczne czy próby śledzenia impulsów przez rządy, lecz przez zarazę, która z pomocą plastykowych pieniędzy przeskakiwała z jednego miejsca w Układzie na drugie, omijając wszelkie bariery. Teraz pieniądze były tylko impulsami w sieci, a pamięć identyfikatora służyła do ich lokalnego przechowywania. Była obrazem stanu konta, służącym do szybkich rozliczeń i opłat.
Bez tłumaczenia zrozumiał co znaczą zakupy. Przekazanie każdego impulsu było rejestrowane; dorośli łatwo by zauważyli że niektórzy starsi chłopcy zbyt często otrzymują wpłaty od młodszych dzieci. Starszakom nie były potrzebne impulsy jako takie, lecz konkretne rzeczy jakie można było za nie dostać. No to się rozczarujecie, pomyślał z satysfakcją, nie mam ani impulsu. Gdybyśmy byli bogaci zostalibyśmy na Ziemi i nie musiałbym patrzeć na taką żałosną, cuchnącą stertę śmieci jak ty i twoi kumple.
- Pusta! – przywódca starszaków ze złością wziął identyfikator w dwa palce. Iwen odruchowo odwrócił głowę i zamknął oczy. Plastikowa karta uderzyła go płasko w policzek i spadła na ziemię. Gdy spojrzał na starszaka, ten uderzył go grzbietem dłoni w twarz. Iwen zatoczył się do tyłu.
- Za co? – spytał. Policzek palił go żywą plazmą – Nic nie mam...
- Właśnie za to, szczurze! Zapamiętam cię i jeszcze wrócę – machnął w jego stronę – Przywitajcie nowego w szkole i nauczcie by nie zapominał o podatkach!
Nauczyli go. Szybko lecz dokładnie obili cały jego tors. Już wiedział po co tutejsze dzieci noszą zbroje. Gdy znikali na schodach właśnie wstawał z podłogi, próbując siąść. Wciąż był zgięty wpół, odruchowo przyciskał lewą rękę do boku. Znowu odezwały się wczorajsze obrażenia. Zrozumiał co to znaczy być bitym na poważnie. Rzeczywiście, było gorzej.
Inni uczniowie nie zwracali na niego uwagi, jakby go nie było. Tylko młodszaki gapiły się chwilę, ale gdy tylko spojrzał na takiego, natychmiast pośpiesznie się oddalał. Więc wciąż wyglądam groźnie, uznał. Nie jest ze mną tak źle, jak się czuję.
Niepewnym ruchem ręki podniósł identyfikator i wsunął go do kieszeni. Kolejna lekcja, nigdy nie chodzić z pustym identyfikatorem. I nie kłócić się ze starszymi od siebie. Zgarnął resztki robota, wierząc że ojciec zdoła go naprawić. Znowu usłyszy że nie powinien obnosić się z rzeczami na którymi mu zależy, ale tym razem zapamięta to na zawsze, bez jego pomocy. Pocieszył się że mogło być gorzej. Mogli zabrać jego zabawkę. Miejsce takie jak to szybko uczyło jak odzwyczaić się od posiadania czegokolwiek na własność.
To, czego mógł być pewien w tej szkole, to podatków. Że będą się powtarzać. Przesłanie było oczywiste – im mniej ma, tym mniej straci, lecz gdy nie ma nic... Jak znaleźć złoty środek? Kolejna z rzeczy, których musiał szybko się nauczyć.

Reszta chłopców czekała pod salą. Do zajęć pozostało kilka minut. Iwen zabrał Orfiusa na bok i opowiedział co mu się przydarzyło. Wiedział że to się rozniesie. Orfius opowie o tym innym, jednak Iwen był zbyt wściekły by myśleć jak odbije się to na jego wizerunku w grupie. 
- Nic ci nie zabrali? – jego historia nie wywarła na Orfiusie wielkiego wrażenia. Przypominał mu ojca martwiącego się zepsutą windą. Nie działa? Trudno, przejdzie kilka korytarzy do następnej.
- Nie mieli czego – wyjaśnił. O robocie nie wspomniał. Nie chciał wyjść na dziecko – Nie mam nawet jednego impulsu.
- To niedobrze. Gdyby coś dostali, skończyłoby się na kopniaku. Nie martw się, Nowy. Zajmiemy się twoim podatkiem.
Przynajmniej jakaś pomoc. Ale nie na to liczył. Liczył na zemstę.
- Myślałem że jesteśmy grupą by się bronić.
- Bo tak jest! Ale to nie są sprawy dla grupy. Z takimi rzeczami każdy musi sobie radzić sam. Oni są silniejsi.
- Ale gdybyśmy zaatakowali ich razem...
- I co? Chciałbyś mu odebrać to co twoje? A może pobić?
- Moglibyśmy spróbować – nie to, żeby Iwen o tym nie marzył, ale to były tylko dziecięce marzenia. Nawet on zdawał sobie z tego sprawę.
- To nie takie proste. Grupy biją się z grupami, a wojownicy z wojownikami. Gdyby było nas trzy razy tyle co tamtych, pewnie byśmy im dołożyli, ale wtedy ich kapitan miałby prawo wypowiedzieć nam wojnę. Nikt nie chce wojny ze starszakami. Zresztą, chcesz chodzić wszędzie całą grupą, nawet aby się wysikać? Tak się nie da. Od czasu do czasu każdy z nas zostaje sam, a tamci by tylko na to czekali. Reguły są po to by był porządek w szkole.
Tak, reguły. Starszaki robiły z nimi co chcieli. Mógł zapomnieć o zemście.
- To żadne reguły! Takie to są wszędzie! Nikt nie musi ich przestrzegać...
- To nie tak – Orfius stanowczo zaprotestował – Nie rozumiesz. One są po to by ukrywać szkołę przed dorosłymi. Są tak samo dla nas jak dla starszaków. Gdyby każdy robił co chce pewnie wszyscy wylądowalibyśmy w akademii. Łamanie reguł szkodzi wszystkim, całej szkole. Chciałbyś trafić do akademii, Nowy?
Czy chciałby? Skąd miał wiedzieć?
- Nie wiem nic o tej akademii – przyznał.
- Uwierz mi na słowo, nie chciałbyś się tam znaleźć. Tam jest sto razy gorzej niż tutaj.
- To możliwe? – nie chciał tego powiedzieć, ale pytanie samo przeszło z głowy do ust.
- Nowy, taka jest szkoła – pocieszył go Orfius – Gdy już się przyzwyczaisz sam zaczniesz rządzić tymi którymi możesz i unikać tych którzy rządzą tobą. Nie jesteśmy słabi, ale nie jesteśmy ani tak wysocy ani tak silni by stawiać się starszakom. Wiedzą, że nie możemy im dorównać.
- Bo nie próbujecie...
Orfius się zdziwił. Popatrzył na niego z niepokojem.
- A chciałbyś spróbować? Możesz odszukać któregoś z tych co cię pobili i wyzwać go na pojedynek. Pewnie by się zgodzili, bo oni lubią rozwalać takich co nie okazują szacunku – Orfius położył prawą dłoń na lewej piersi – Wtedy, przysięgam ci, jak tu stoję, na własne życie, jak go pokonasz to zrobię wszystko by przekonać Arto do wojny.
Iwen spuścił głowę, zażenowany. Zrozumiał co Orfius chciał powiedzieć. Jakim prawem żądasz tego, czego sam nie możesz dokonać?
- Do próżni z takimi regułami! To nie w porządku... – niesprawiedliwe, tak chciał powiedzieć, lecz czym tutaj była sprawiedliwość? Czy ktokolwiek znał to słowo? 
- Musisz to zrozumieć – Orfius przyjacielsko poklepał go po plecach – To nie ma sensu. Po to jesteśmy grupą by było mniej silniejszych chłopców którzy nie baliby się nas bić. Jeśli grupa jest silna to walczy z drugą, która bije tych którzy do niej należą. Jak wygra, sama może bić tych z pokonanej grupy a tamci już im nie oddadzą. Takie są reguły. Gdybyś był sam, bez grupy, wtedy byłoby ci jeszcze gorzej. Wiesz, jest kilku takich samotnych starszaków. Nikt się ich nie boi. Nawet młodsze grupy robią z nimi co chcą. Trojaki śmieją się z nich i wyzywają od karaluchów. Wstyd na to patrzeć. Nowy, gdyby któryś spróbował tak ze mną, chyba bym go zapuszkował.
Iwen chwilę milczał.
- Czyli to jest normalne? – spytał w końcu – Siódmaki, ósmaki i inni mogą nas... opodatkować i bić, ale za to wy bijecie młodszaki, by wam płacili?
- A jak myślisz? – Orfius odpowiedział pytaniem na pytanie – Skąd my będziemy mieć na podatek dla starszaków? Nie każdy ma tak bogatych rodziców by mu dawali impulsy, nie pytając na co. Jeśli dasz coś starszakowi, on będzie zadowolony i może nawet cię nie uderzy. Ale jak nie masz nic, to... sam już wiesz co wtedy.
Iwen w myśli przyznał mu rację. Tylko silny decyduje, słaby musi słuchać. Jak w życiu. Tylko dorośli nazywali siłę władzą. Nie chciał, nie lubił być słaby. Nie uważał by taka szkoła była sprawiedliwa, lecz uzmysłowił sobie że tu nie będzie miał wyboru. Albo będzie robić to wbrew sobie, albo będzie bity przez starszych uczniów.
- Wszyscy tak robią?
- Prawie – Orfius przekrzywił głowę – Arto jest genialny, silny i w ogóle... ale ma swoje dziwactwa. Jest trochę... inny niż my.
- To zauważyłem.
- To nie tylko to. Rzadko kiedy ściga młodszaki. Nie wiem, nie chce czy myśli że nie warto, po prostu pozwala nam robić to za niego.
- Naprawdę? – notowania Arto na liście wartościowych osób Iwena poszły punkt w górę.
- Naprawdę. Sam woli ich straszyć i wie jak to robić. Widziałem trojaka który raz złamał jego polecenie. Nie uderzył go ani razu ale gdy przed nim stanął tamten od razu posikał się ze strachu. To działa, więc myślę że to chyba dobry sposób. Bezpieczniejszy, bo dorośli, nawet jak to zobaczą, nie mają się czego czepić.
Pół punktu mniej. Iwen poczuł się rozczarowany. Miał cichą nadzieję że Arto jest lepszy niż inni, lecz on był tylko bardziej wyrachowany. Wciąż, pomyślał, lepiej straszyć niż łamać kości.
- Więc co mam zrobić? – spytał bezradnie – Mam łapać młodszaków by mieć na podatek?
Myśl o pobiciu i okradzeniu młodszego chłopca zdała mu się obrzydliwa. Zaczął rozważać inne rozwiązanie. Mógłby poprosić rodziców o kilka impulsów, ale zaraz spytaliby go na co ich potrzebuje. Musiałby kłamać, a i tak było to tylko chwilowe rozwiązanie. Nie wiedział jak często starszaki pobierają swoje podatki. Powinien się zapytać, lecz bał się że Orfius pomyśli iż boi się starszaków.
- Tu też są reguły – odparł Orfius – Są starszaki które mają nas prawo czyścić. Są naszymi właścicielami, za to my posiadamy młodsze klasy. Gdy wyczyści nas wojownik który nie należy do grupy naszych właścicieli to będzie miał z nimi do czynienia. Oni sami zatroszczą się by więcej tego nie robił, wystarczy im powiedzieć.
- A jeśli ten wojownik będzie starszy od tych... właścicieli?
- Wreszcie chwytasz – Orfius uśmiechnął się – Starsi mogą robić co chcą, jak długo są silniejsi od właścicieli. My, Nowy, jesteśmy silniejsi od czworaków – wydął wargi – Nie zwracamy uwagi na to kto i jak dzieli się tą drobnicą. Dzielimy się trojakami i czworakami z innymi grupami w naszym wieku, ale z tymi młodszymi robimy co chcemy. Możesz zapolować na jakiegoś dwojaka, ale nie wiem czy zdążysz – machnął ręką – Oni i tak nic nie mają. Na taki wypadek mamy wspólną kasę. Każdy dokłada się jak coś ma, dla dobra grupy. Inne grupy płacą silniejszym za ochronę, ale my tak nie musimy robić. Jesteśmy najsilniejsi. To nam płacą za ochronę.
Iwen pojął że poza zwykłym systemem przynależności istnieje także możliwość opłacania najemników. Nie był zdziwiony. Gdzie ludzie się biją zawsze znajdzie się ktoś kto zgodzi się płacić za ochronę. Tak samo było z jajcogłowymi, tylko oni nie płacili impulsami lecz swoją wiedzą. Szkoła aż za bardzo przypominała wilcze stado. Najsilniejszy pożywia się jako pierwszy, następni dostają resztki, a ci na samym dole zwykle obywają się smakiem i głodują.
- Kapitan... nie używa tej kasy? – spytał niepewnie.
- Arto? Nie, on nie – Orfius energicznie zaprzeczył – Inni kapitanowie tak robią, ale nie on. Jak coś ma, dokłada się jak wszyscy.
- Też będę, tylko nie mam z czego. Od rodziców dostaję tylko na jedzenie, ale dzisiaj już wydałem...
- Z jedzenia nie możesz rezygnować, bo osłabniesz. Coś wymyślimy. Możesz powiedzieć rodzicom że potrzebujesz impulsów na coś do szkoły. Ale... wiesz, myślę że na razie Arto pozwoli płacić twoje podatki z naszej kasy.
Dla niego takie rozwiązanie było tak samo tymczasowe co proszenie rodziców o impulsy. Co z tego że czasem oszukiwał ich na Ziemi, tu nie chciał tego robić. Ale jaki miał wybór? Albo kraść od młodszaków, albo się zdać na łaskę grupy. W ten sposób nie zdobędzie niczyjego szacunku.

*

Zajęcia dobiegły końca, lecz Iwen nie udał się prosto do domu. Nawet to miało się zmienić. Każdego dnia po zajęciach grupa zbierała się na treningi. To było coś nowego. Jego ciekawość walczyła z obawą co taki trening może dla niego oznaczać.
Razem z grupą zagłębił się w labirynt korytarzy sekcji. Nie znał stacji tak dobrze jak oni, ledwie pobieżnie przyjrzał się ogólnemu schematowi i trochę dokładniej planowi sektora w którym mieszkał, lecz było tego dość by zrozumieć że trafił do podsekcji magazynów i pomieszczeń technicznych. Nie był to plac zabaw, niemniej jego koledzy sprawiali wrażenie że wiedzą co robią.
Skrzętnie omijali strzeżone części sekcji. Pół godziny później dotarli do dziwnie pofałdowanej ściany. Idąc wzdłuż niej znaleźli stare, na wpół zasunięte drzwi, wygięte na zewnątrz i tak mocno zdeformowane że żaden siłownik nie zdołałby ich zamknąć. Bez trudu weszli do pogrążonego w głębokim półmroku wnętrza. Z początku Iwen widział jedynie wąski snop sączącego się z tunelu słabego światła. Bardziej czuł niż widział że znaleźli się w dużej i pustej hali. Ktoś ustawił lampę; jej słabe światło pozwoliło mu rozejrzeć się po pomieszczeniu. Wykonane z mocnego, grubego na ramię tworzywa ściany pokrywały deformujące je wypukłości. Tylko sufit i podłoga wciąż były płaskie, lecz chyba tylko dlatego że zrobiono je ze znacznie grubszych płyt. Zatrzymał się, rozglądając ze zdumieniem.
- Co to za miejsce? – spytał przechodzącego obok Orfiusa.
- Najnowsza sala treningowa. Cała nasza – zatoczył ręką szeroki łuk – Podoba ci się?
- Jakaś dziwna...
- Nie trudno zauważyć, prawda? – Orfius roześmiał się w odpowiedzi. Jak na szkołę, często się uśmiechał – To magazyn. Teraz jest porzucony, bo jakieś trzy lata temu wybuchł tu pożar.
- Pożar? Na stacji? Myślałem że to niemożliwe...
- Bo to jest niemożliwe. Wszystko tutaj jest z niepalnego tworzywa. Ściany, ubrania, łóżko... Masz tu plastik lekki i ciężki, twardy i miękki, nieprzewodzący i przewodzący, przezroczysty i nie... I każdy z nich jest niepalny. Cała stacja to wielki kawał plastiku.
- Myślałem że Delta Komet to jedna z tych starszych stacji i jej część wciąż jest metalowa.
Orfius przecząco pokręcił głową.
- Nawet jeśli tak było, dorośli dawno to wymienili. Pamiętaj, Nowy. Na stacji tylko metal lub to co go zawiera może coś ważyć. Metal jest, ale w tak małych kawałkach że go nie zobaczysz. Jak coś nie musi być z metalu to zamienia się to na plastik, bo jest trwalszy.
- I tylko on pozostał? Podobno kiedyś używano też betonu, szkła i drewna...
- Nowy, nie w kosmosie! Nie wiem co to jest ten beton... ale drewna to chyba nawet moi rodzice w życiu na oczy nie widzieli. Jedynie na promenadach rosną drzewa, ale to wszystko. Gdzieniegdzie zdarzają się kawałki czystego metalu, ale reszta... Może w muzeum stacji?
Więc nawet tutaj wszystko było z plastiku. Więc nie tylko Ziemia. Druga rewolucja przemysłowa, plastikowa rewolucja, to wtedy się zaczęło, dawno temu.
Dlaczego plastik? – spytał ktoś kiedyś. A dlaczego nie? – odpowiedzieli inni. Węgla, azotu, tlenu czy wodoru, nawet siarki w kosmosie wszędzie jest pod dostatkiem, a metalu nie zawsze. Wraz z powstaniem pierwszych reaktorów H-He-N ludzie nauczyli się wytwarzać te pierwsze ze zwykłej wody, a tych drugich jeszcze nie mogli. Zaczęli używać plastików niemal do wszystkiego. Łatwo dawały się przetwarzać i kształtować, zaś zużyty łatwo rozkładał się na pojedyncze cząsteczki, gotowe do ponownego złożenia. Podobno od tego czasu wszystko stało się jeszcze tańsze, lecz po cenach w sklepach na stacji Iwen wcale tego nie widział.
- Na stacji nic nie może się palić, tak?
- Tak musi być. Ogień przy sztucznym ciążeniu to koszmar. Jest jak woda, przyczepia się do wszystkiego i wypełnia całe powietrze, dlatego dorośli tak się go boją. Wtedy musieli tu trzymać coś co mogło się palić i jakoś się zapaliło... a jak już się zaczęło, to wszystko trwało moment. Cale pomieszczenie wypełniła kula ognia, widziałem to na projekcji. To był widok! Obsługa stacji niewiele mogła zrobić. Gdybyśmy byli bliżej powierzchni pewnie wyssaliby powietrze na zewnątrz, ale jesteśmy kilkadziesiąt poziomów w głębi kadłuba i musieliby wyssać je z całej sekcji. Odcięli magazyn od wentylacji i poczekali aż ogień sam zgaśnie. Potem weszli tam w skafandrach, uprzątnęli resztki, wywietrzyli i tak to zostawili. Teraz magazyn jest pusty. Dorośli się tu nie kręcą i nie zadają pytań.
- Czy to bezpieczne?
Drapiąc się po głowie Orfius spojrzał najpierw na sufit a potem na podłogę, oceniając ich wytrzymałość.
- Czy ja wiem? - wzruszył ramionami – Gdyby coś miało się zawalić dorośli już dawno by się tym zajęli.
Orfius odszedł, dołączając do stojących na środku sali towarzyszy. Jajcogłowi zebrali się nieco z boku. Kręcił się przy nich jeden z wojowników, chłopiec którego Iwen jeszcze nie znał. Wciąż stał blisko drzwi. Nikt nie powiedział mu co ma robić, nie kazał przyłączyć się do innych, więc uznał że poczeka i popatrzy co się będzie działo.
Zaczął myśleć nad sposobem zdobycia prawdziwej akceptacji w grupie. W wielu ziemskich klasach podlizywanie się osiłkom było skutecznym sposobem na akceptację. Póki zadowalanie najważniejszych nie zamieniało się w bezczelne nadskakiwanie, było dobrym wyjściem do uzyskania własnej pozycji, bez konieczności bicia się z kimkolwiek. Iwen nigdy nie musiał tak postępować, lecz wraz z odkrywaniem „uroków” nowej szkoły zaczął rozważać nawet takie wyjście – aż do chwili gdy zrozumiał że tutaj wzbudziłoby to jedynie wzgardę. Tu walczyło się o swoje miejsce. Arto zakazał walk miedzy sobą, pozostawały więc walki na zewnątrz grupy, z innymi dziećmi. Na to nie czuł się jeszcze gotowy. Jak mógł zrekompensować brak siły? Oczywiście, sprytem. Tylko jak stworzyć odpowiednią sytuację?
Chłopcy zebrali się wokół tłumaczącego im coś Żimmiego. Iwen ledwo co słyszał, widział jedynie jak pokazuje dłońmi na uda i biodra. Stanął w rozkroku i wyrzucił w górę prawą nogę, utrzymując ją pionowo w górze. Obrócił się na stopie, przesuwając rękę wzdłuż łydki jednej nogi do uda drugiej, objaśniając coś pozostałym dzieciom. Iwen uważnie obserwował jak pewnie kontroluje ciało, utrzymując je w równowadze przez balansowanie całym torsem. Jego ruchy były niebywale precyzyjne. Jak długo musiał ćwiczyć by to osiągnąć? I po co?
Żimmy dociągnął nogę do tułowia, zgiął ją, opuścił na ziemię i odszedł na bok. Słuchający go wojownicy ustawili się w trzy luźne szeregi. Jeden z nich pozostał przy Żimmym. Wciąż o czymś rozmawiali, lecz Iwen nie zwracał już na nich uwagi. Nagle coś go uderzyło. To Arto miał być najlepszym wojownikiem w grupie. Logiczne było że to on powinien prowadzić zajęcia. Dlaczego robił to za niego jego zastępca? Dopiero teraz zauważył że kapitan gdzieś się zapodział. Spróbował sobie przypomnieć kiedy go widział po raz ostatni. Jeszcze na zajęciach dostrzegł w nim jakąś zmianę. Był mniej uważny niż wczoraj i trochę zamyślony, choć rozmawiając z innymi chłopcami nie sprawiał takiego wrażenia. Nie było go z nimi przez całą drogę do magazynu. Musiał zniknąć wcześniej...
- Szukasz kogoś, Nowy? – chłopiec który przed chwilą rozmawiał z Żimmym stał teraz obok niego. Patrzył na Iwena pewnym siebie wzrokiem, lecz brakowało w nim tej czujności jaką miał Arto. Iwen nie znał go z imienia, ale wiedział że jest jednym z chłopców z tylnych rzędów, kimś znacznie ważniejszym niż Orfius czy Bebre. Większość dzieci w klasie miała skórę równie jasną jak Iwen, czasem wręcz bladą, lecz u tego wojownika była ona zupełnie ciemnobrązowa. Jego czarne włosy niemal skręcały się w pierścienie. Aż dotąd, w trakcie wszystkich przeprowadzek, w żadnym z miejsc Iwen nie spotkał Afrykańczyka, który byłby tak bardzo... Afrykański. To chyba na historii usłyszał że kiedyś żyli ludzie których skóra była prawie czarna, zanim ich przodkowie wymieszali się z innymi.
- Kapitan nie trenuje? – spytał.
- Trenuje – odparł chłopiec – Sam prowadzi ćwiczenia. Czasem tylko ma te swoje rozjaśnienia, jak dzisiaj.
- Swoje rozjaśnienia?
Chłopiec zmieszał się. Arto miał swoje wady a oni nie lubili o nich mówić.
- Czasami nas zostawia i każe Dziadkowi nas ćwiczyć. Nikt nie wie gdzie wtedy idzie i lepiej nie próbuj się tego dowiadywać. Kapitan ma oczy z tyłu głowy. Zawsze wie kiedy ktoś próbuje go śledzić i bardzo tego nie lubi.
Już wcześniej Arto zdał się Iwenowi bardzo czujny. W jakiś sposób zawsze wiedział co się dzieje, nawet gdy wydawał się nie uważać. Czy to go nie męczyło?
Ciemny chłopiec mówił pewnym, zdecydowanym głosem, choć nie aż tak zdecydowanym i pewnym jak kapitan. Wypowiadał wyrazy trochę szybciej niż inni, mówił krótkimi zdaniami, z jakimś lekkim, dziwnym akcentem. Różnice były niewielkie i większość mogła na to nie zwrócić uwagi, lecz ucho Iwena było wyczulone na takie drobiazgi.
Spojrzał na rozgrzewających się chłopców.
- Często trenujecie? – spytał.
- Bardzo często. Ty też będziesz musiał, nawet częściej. Arto kazał mi cię uczyć. Nazywam się Grejgy.
To była dobra i zła wiadomość. Dobra, bo Iwen chciał nauczyć się ich sposobów walki. Zła, że musiało się to stać właśnie w taki sposób – jego lekcje nie były dobrowolne. Były poleceniem od kapitana. Nie pozwolił mu wybrać nauczyciela, poprosić kogoś samemu. Iwen zacisnął zęby. Arto pokazał kto tu rządzi.
- Będziesz moją drugą niańką? Aż tylu nie potrzebuję.
Spróbował zażartować, ale chłopiec ani się nie uśmiechnął ani nie przytaknął. Zdawał się być poważny, najpoważniejszy w grupie. Odwrotnie niż Orfius.
- Tylko podczas treningów – odpowiedział – Nie będziesz ćwiczył z innymi, tylko ze mną. Nie licz na to że będę cię oszczędzał. Musisz szybko nas dogonić. Jestem Grejgy.
- Postaram się – Iwen kiwnął głową. Wytrzyma. Dostosuje się. Inni mogą, może i on. Nie jest gorszy. Spojrzał na grupkę jajcogłowych. Leżeli na ziemi, próbując robić pompki, ale nie wychodziło im to za dobrze. Nad nimi stał jakiś wojownik. Co rusz przyciskał któregoś stopą do podłogi, zmuszając do większego wysiłku. Widział jak bardzo im się to nie podoba, lecz robili to czego od nich wymagał.
Pełne posłuszeństwo. Pełna lojalność. Żadnych pytań, żadnych wątpliwości. Żadnych „ale”.
- Jajcogłowych też trenujecie? – spytał – Myślałem że oni nie walczą.
- Tak jest na lekcji i na przerwach – przyznał Grejgy – Ale nie podczas bitew. Wtedy walczy każdy. Takie są reguły.
Iwen nie musiał widzieć tutejszych bitew aby wyobrazić sobie na czym polegają.
- Bez sensu – uznał – Jeśli nie potrafią się bić to jaka z nich korzyść?
- Reguły każą by walczyła cała grupa. Reguł się nie zmienia, reguły się uznaje. Jajcogłowi to słaby punkt każdej grupy.
- Nie rozumiem. Skoro tylko przeszkadzają to po co się nimi zajmować? Mogą stać z boku...
- Nie po to bronimy ich w szkole by pozwolić bić podczas walki. Jak dostaną za mocno przestają uważać na lekcji. Byle kopnięcie i zaraz zaczynają płakać.
To ich byle kopnięcie, jak Iwen zdążył się przekonać, doprowadziłoby do płaczu niejednego osiłka z ziemskiej szkoły. W tym jego.
- I kapitan chce nauczyć ich walczyć?
- Nauczyć ich walczyć?
Grejgy szczerze się roześmiał. Iwen odruchowo też się uśmiechnął, choć myśl nie była dla niego aż tak zabawna. Jego trener był jednym z tych dzieci które poświęcały się całkowicie jednej rzeczy. Tylko pytania kogoś kto nie miał o niczym pojęcia były w stanie ich rozbawić.
- Nowy, to nie miałoby sensu. Popatrz na nich – Grejgy machnął niedbale ręką w ich kierunku – Oni nie nadają się do walki. Nie chcą tego i nie potrafią ale Arto uznał że w bitwie mają pilnować się sami – wskazał ręką na chłopca musztrującego jajcogłowych – Żor nie uczy ich walczyć tylko znosić ciosy, by nie jęczeli z byle powodu – ściszył nieco głos – Dla mnie to strata czasu. Oni już się przyzwyczaili że są słabi. Gdy my przegramy bitwę oni też będą mieć kłopoty, dlatego myślę że to może mieć sens, ale nie taki jak myśli Arto.
Jakiś sens ma na pewno, uznał Iwen. Nie raz widział słabszych chłopców którzy, przyciśnięci do muru, rzucali się na swoich napastników. Dostawali lanie, lecz następny raz podchodzono do nich z większą ostrożnością.
Grupa pod kierunkiem Żimmiego wykonała skok, robiąc wykop z półobrotu. Nie wszyscy zachowali równowagę przy lądowaniu; kilku się zachwiało, lecz nikt się nie przewrócił. Ćwiczyli równo i płynnie, w jednakowym rytmie. Iwen odniósł wrażenie że trafił do prawdziwej armii, takiej z dawnych projekcji, gdzie dorośli maszerowali równo obok siebie. Nic dziwnego że zachowanie Arto tak do nich pasowało. Oni byli żołnierzami, on – ich dowódcą. Tak po prostu.
- Ze mną będzie łatwiej – zapewnił – Dam z siebie wszystko.
- Mam nadzieję. Szkoda tracić czasu. Zachowaj pytania na koniec. Skup się na tym co masz robić.
Odeszli w bok. Grejgy ustawił Iwena w miejscu i cofnął się o dwa metry.
- Stań w lekkim rozkroku, jak ja – polecił – i spróbuj zrobić to samo.
Lekko przeniósł ciężar ciała na lewą nogę i szybko wyrzucił prawą w górę i w bok, rękoma wykonując zasłonę. Iwen kiwnął głową. Stanął tak jak mu pokazał, po czym spróbował wybić nogę. Uniósł ją zaledwie na wysokość biodra, nim poczuł że traci równowagę. By ją odzyskać, musiał postawić obie stopy na podłodze. O zasłonie nawet nie myślał.
Spróbował jeszcze raz, z niewiele lepszym skutkiem. Nie potrafił poprawnie przenieść ciężaru ciała. Grejgy tylko się skrzywił.
- Dotąd nikogo nie kopałem – wytłumaczył Iwen. Zrozumiał prawdziwe intencje kapitana. Arto wiedział co potrafią jego wojownicy, jak walczą i jak uczą. Chciał jak najszybciej uczynić go użytecznym. Iwen przyrzekł sobie że nie będzie więcej pochopnie oceniać jego decyzji.
- Będziesz musiał poćwiczyć. Zwykłe treningi ci nie wystarczą. Możemy spotykać się częściej, jeśli znajdę czas, ale sam też musisz pracować. Wykorzystuj każdą wolną chwilę by powtarzać ćwiczenia.
- Jasne.
- Tylko nie ćwicz w domu. Moim rodzicom to nie przeszkadza, ale nie wiem co powiedzą twoi. Że tak po przybyciu na stację zaraz zaczynasz swoją gimnastykę... Mogą za dużo pytać.
Iwen pewnie skinął głową. Nie był aż tak głupi by próbować tego w domu. I tak było tam zbyt ciasno. Wiedział że będzie ciężko. Treningi nie będą łatwe, ale nauczą go jak się bronić, jeśli nie przed starszakami to przynajmniej przed dziećmi w jego wieku. Czuł że bez tego nie wytrzymałby tu długo.

* * * * *

Arto był zbyt przygnębiony by myśleć o treningu. Nie zwykł przejmować się czymkolwiek, lecz czasem nawet drobne zdarzenie potrafiło go rozbić. Marzył wtedy by biec, nieważne gdzie, byle dalej, aż padłby z wyczerpania. Po porannej rozmowie poczuł się samotny. Nie, był samotny, nawet pośród grupy, nawet wtedy gdy razem z innymi dumnie szedł przez szkołę. Prawda, trzymali się razem lecz nie byli sobie nikim więcej niż współtowarzyszami.
Stacja była mu domem. Znał ten świat, czuł się w nim swobodnie, poruszał swobodnie – na ile pozwalały mu maszyny dorosłych. Był tylko jeden problem – nienawidził taki dom i takie życie.
Samotnie ruszył do wyjścia, unikając spotkania z grupą. Był w połowie drogi gdy dostrzegł wychowawczynię jego klasy, prowadzącą ożywioną rozmowę z jakimś mężczyzną. Dorośli spoza szkoły rzadko tu przychodzili, a jakby tego było mało, obok stał jakiś dwojak, uparcie kręcący głową ile razy wychowawczyni zwróciła się do niego z pytaniem. Skarżypyta. Wychowawczyni znalazła sobie informatora. Malec wszystkiemu zaprzeczał, ale tacy jak oni w końcu pękali. Arto nie znalazł powodu do obaw. Młodszaki nie obrywały na poważnie. Główną zmorą pierwszaków i dwojaków były trojaki, a rzadko który miał dość siły by zadać poważne obrażenia, nie mówiąc o połamaniu kości. Starszaki prawie nie zwracały uwagi na taki drobiazg. Ten malec z pewnością nie miał wiele do powiedzenia czy udowodnienia. Takie gadanie kończyło się najwyżej na lekkich karach. Potem zajmą się nim trojaki na które naskarży. Gorzej z wychowawczynią. Jako nauczyciel była w porządku, lecz zbyt usilnie wypytywała o szkołę. Arto chętnie coś by z tym zrobił, lecz nie bardzo wiedział co. Takimi sprawami zajmowali się uczniowie z ostatnich klas.
Oparty o ścianę, udając zmęczonego, Arto obserwował rozmowę spod lekko przymkniętych powiek. Nie słyszał co mówili, mimo to bał się zbliżyć, by wychowawczyni go nie rozpoznała. Rozmowa nie trwała długo. Młodszak wciąż uparcie milczał. Dobrze dla niego. Wiedział co robić by nie sprowadzić kłopotów na szkołę. Dorośli się rozeszli. Arto ruszył w swoją drogę.

Wyszedł ze szkoły, skręcił skręcił w bok i zaczął iść dobrze sobie znana trasą. Zwolnił, uświadamiając sobie jak wiele czasu stracił na obserwację rozmowy. Już wiedział że się spóźni. Musiał poczekać na koniec następnego cyklu.
Minął główny korytarz i skręcił w jeden z bocznych, zwykle pustych. Przeszedł jakieś sto metrów nim na wpół odruchowo przekręcił lekko głowę, udając że patrzy na mijaną właśnie tablicę z numerem korytarza – dość by posłać szybki rzut oka na przebytą część korytarza.
Ktoś tam był. Kątem oka dostrzegł młodego mężczyznę, około czterdziestu czy trochę więcej lat. Szedł w tę samą stronę. Arto szedł dalej, nie zmieniając tempa. Skręcił w bok, trzymając się swojej stałej trasy. Odruchy zastąpiło świadome działanie.
Dorosły skręcił za nim. Teraz Arto zaczął się bać. Przypadek? Nie obejrzał się ponownie. Z tego co dostrzegł dorosły wyglądał na Kosiarza, choć nie nosił ich charakterystycznych emblematów. Skręcił, schodząc z trasy, skrywając napięcie pod maską nieuważnego, automatycznego spaceru. Już miał rzucić kolejne ukradkowe spojrzenie gdy odgłos cichych kroków podpowiedział mu że dorosły nie poszedł za nim. Arto odwrócił się. Kilkoma zwinnymi i cichymi susami dopadł do narożnika. Wyjrzał. Dorosły pośpiesznie szedł dalej. Odetchnął, karcąc się w myśli za skłonność do przerysowywania rzeczywistości. Od kiedy to ktoś chciałby go śledzić osobiście? Od tego były automaty poszukiwawcze, a nawet jeśli tropiłby go ktoś spoza Kosy, nie byłoby trudno złożyć własnego szpiega. Sądził że ta myśl go uspokoi, lecz wynik był odwrotny. Przeszył go dreszcz. Nikt nie mógł mieć pewności czy nie jest obserwowany. Wiedział co potrafi technologia, lecz niewiele mógł zrobić, najwyżej starać się o tym nie myśleć.
Nie od razu puścił ten przypadek w niepamięć. Chwilę krążył po korytarzach nim, uspokojony, zniknął w niewielkiej odnodze bocznego korytarza. Kilka minut później zatrzymał się przed kwadratowym otworem szybu wentylacji, szerokości koło pół na pół metra. Jak w większości szybów w szkole i jej okolicy, nie był zabezpieczony kratką. Czasem dorośli wstawiali nowe, lecz szybko dzieliły one los perceptorów. Ostawały się tylko te które nie przeszkadzały uczniom w podróżowaniu. Starsi uczniowie byli zbyt leniwi na czołganie się przez wentylację, lecz dla młodszych klas szyby były czymś na kształt drugiej sieci korytarzy. Tam mogli robić wszystko.
Szyb na ścianie naprzeciwko Arto był najkrótszą drogą do głównego szybu sekcji. Podskoczył, uchwycił się krawędzi, wczołgał do środka i ruszył tonącą w mroku trasą. Parę zakrętów dalej było już zupełnie czarno. Szedł z pamięci, po ciemku. Bał się że światło zwróci uwagę wszędobylskich automatów. Żaden nigdy nie zareagował na jego obecność, niemniej wolał być zbyt ostrożny niż zbyt pewny siebie. Słuchowi i pamięci ufał równie mocno jak oczom. Gumowe naszywki na spodniach pomagały mu w szybkim poruszaniu się wewnątrz szybu. Nie bez powodów takie modele cieszyły się wśród dzieci szczególnym uznaniem.
Dmuchające w kark powietrze przypominało mu że jest już blisko. Po kilkunastu minutach doczołgał się do wylotu. Z głębi długiej, trzymetrowej średnicy rury głównego szybu sektora wydobywał się przytłumiony, ostrzegawczy szum wentylatora. Tutaj musiał skręcić.
Wystawił głowę. Pęd powietrza, dość silny by zwalić z nóg nieprzygotowane dziecko, gnał ku odległemu źródłu hałasu. Zręcznie chwycił umocowanych w ścianie klamer i wysunął się z wąskiego przejścia. Trzymając się niewidzialnych w mroku uchwytów, popychany podmuchem powietrza, ostrożnie ruszył do przodu, uważając na każdy stawiany krok. Musiał daleko wyrzucać rękę by uchwycić kolejnego zaczepu. Szerokie rozstawienie klamer pomagało technikom w poruszaniu się szybem, ale oni zawsze mieli łatwiej. Na wpół automatyczna, sterująca działaniem stacji Centrala wyłączała dla nich każdy wentylator do którego się zbliżyli. Dla niego nikt by tego nie zrobił. Gdyby dorośli wiedzieli gdzie wlazł mógłby liczyć jedynie na policyjny areszt i, być może, na akademię.

W końcu stanął przed wentylatorem – wielkim, skrytym w ciemności kołem szybko wirujących łopatek. Jedynie słuch ostrzegał go przed zagrożeniem. Dudniący, hałaśliwy świst, zdolny zagłuszyć każdy krzyk, wędrował wiele dziesiątków metrów w głąb szybu. Tu Arto musiał zachować szczególną ostrożność. Jeden fałszywy krok i wpadłby między łopatki. Wariacko kręcący się wentylator tarasował całe przejście, lecz nie tędy prowadziła jego droga. Znał tu każdy uchwyt, nawet tu światło nie było mu potrzebne.
Przyklęknął. Prawą ręką mocniej uchwycił się klamry, lewą szukając przejścia. Wiedział że gdzieś tutaj, wycięta w dolnej części cylindrycznej ściany, znajdowała się klapa. Wisiała luźno na zawiasach, dociśnięta do ściany przez ssącą siłę ciągu powietrza. Wystarczyło zatrzymać łopatki by opadła w dół, jak bezradnie opuszczona ręka. Dłoń natrafiła na znajomą krawędź. Arto cofnął się, usiadł, uderzeniem nogi odrzucił ją w dół i zatrzymał powracającą przeszkodę na podeszwie buta. Wciąż przytrzymując klapę stopą obrócił się na brzuch, złapał za krawędź i wsunął się w powstałą szczelinę, zawisając na rękach. Nie próbował odszukać drabinki, zresztą do podłogi nie było daleko.
Zeskoczył. Miękko opadł na zgięte nogi. Puszczona klapa kłapnęła cicho; hałas turbiny ucichł, zredukowany do ledwie słyszalnych wibracji. Był w rozdzielni, równie ciemnej jak wnętrze szybu. Jedyne światło, jakie cyklicznie rozjaśniało pomieszczenie, pochodziło ze ścian rur kanałów, rozgrzewających się do czerwoności gdy przechodził impuls. Tuż obok niego kryły się w mroku trzy metrowe garby ich górnych połówek. Wychodziły z pomieszczenia obok, gdzie za ścianą wentylator tłoczył powietrze wprost między dwie z nich. Ogrzane przez nie powietrze szło do regeneratorów, a stamtąd rozchodziło się po całej sekcji stacji. To tam pojedyncza nić głównego kanału sekcji rozdzielała się na trzy części. Wszystkie kierowały się ku krawędzi stacji, lecz każda docierała tam inną drogą.
Spojrzał na słabo świecące cyfry wyświetlacza zegarka. Według rozkładu rury powinny być już chłodne. Ostrożnie dotknął dłonią najbliższą z nich. Wciąż była lekko ciepła. Kanały nigdy nie stygły.
Odszukał w ciemności płytkę skrywającą schowek z bezcenną zawartością. Wsunął rękę w odsłonięty otwór i zacisnął na znajomej rękojeści. Ciepło ciała i uścisk palców uaktywniły niewielki wyświetlacz klucza molekularnego.
Były tylko dwie drogi ucieczki ze stacji. Ta w dół odpadała. Pozostał kosmos. Arto tak długo szukał dojścia do doków aż odkrył kanały plazmy. Zbudowano je ze złożonych w pierścienie modułów, sczepionych molekularnym złączem. Skradziony ojcu klucz potrafił je rozłączyć. Był kluczem do jego planu.
Obsługa była maksymalnie prosta. Elektronika klucza automatycznie lokalizowała szew złącza. Wystarczyło nacisnąć przycisk i przesunąć narzędziem wzdłuż granicy elementów, by zmienić konfigurację molekuł w grubej na palec ścianie cewki. Po wyjęciu modułu powstawał półmetrowy otwór. Czająca się za nim niebezpieczna otchłań była jego jedyną nadzieją.
Wystarczyło wybrać odpowiedni kanał. Lewy ogrzewał pomieszczenia stoczni numer osiem, w której pracował ojciec. Prawy docierał do pasażerskiego doku dla gwiazdolotów. Do środkowego nie wchodził nigdy. To był kanał zrzutu bezpośredniego. Ukryty w grubej izolacji, szedł do zewnętrznej śluzy, otwierającej się tylko po to by przepuścić rozżarzone spaliny prosto w próżnię.
Główne kanały plazmy rozchodziły się promieniście od centralnego reaktora stacji, gdzie płonęło bez ustanku małe słońce, zapalone wiedzą Obcych i możliwościami ludzi, zasilane wciąż dopływającą plazmą, na jaką zmieniła się rozgrzana woda. Wewnętrzna warstwa komory zbierała i przetwarzała wytworzoną energię. Wyssane z jądra komory spaliny kierowano impulsami do kanałów. Stygnące resztki tworzyły nadającą się od biedy do oddychania atmosferę. Podwyższona zawartość tlenu i dwutlenku węgla przyprawiała go czasem o przejściowy ból głowy, lecz Arto traktował to jako ostrzeżenie. Ograniczał swoje wyprawy i starał się nie przebywać w kanale ni chwili dłużej niż musiał.
Impulsy szły cyklicznie. Z sekundową precyzją tunel zamieniał się w piec o temperaturze dorównującej Słońcu, by potem, z równą dokładnością, stygnąć w oczekiwaniu na kolejną dawkę rozpalonej plazmy. Igranie z kanałami było igraniem ze śmiercią. Cena za pomyłkę była najwyższa. Wiele razy planował każdy drobiazg nim wyruszył w swoją pierwszą podróż. Godzinami czatował blisko żaru rozpalonej powierzchni, pocąc się nie od temperatury lecz ze strachu przed popełnieniem choćby najdrobniejszego błędu w obliczeniach. Z oczami na zegarku sprawdzał kiedy przechodzi impuls i ile musi czekać nim rura ostygnie. Szukał momentu w którym mógłby bezpiecznie wejść i wyjść. Zapisywał wszystko i uczył się tego na pamięć, lecz nawet pewność że da radę nie dała mu dość odwagi by zaryzykować.
Setki razy obiecywał sobie że tym razem wejdzie, lecz gdy stawał przed chłodną powierzchnią kanału nogi same zaczynały się pod nim uginać, a ręce trząść tak mocno że ledwo był w stanie utrzymać klucz w dłoniach. Tę walkę ze swoim ciałem przegrywał już w chwili gdy zeskakiwał na podłogę rozdzielni. Lecz nadeszło rozjaśnienie które przemieniło zrozpaczonego trojaka w desperata, któremu było już wszystko jedno.
Tego rozjaśnienia Żimmy pokonał go w walce o przyjęcie do grupy. Przegrana była nieważna, lecz Arto wiedział że wkrótce będą walczyć jeszcze raz, o dowództwo – i znów przegra. Bał się jak nigdy gdy drżącymi rękoma zdjął fragment pierścienia i po raz pierwszy zanurzył się w ciemność wnętrza kanału. Drżał tak mocno że obawiał się iż to go zgubi. Lecz tym razem strach nie zwyciężył. Kanał przyzywał go zbyt silnie. W swojej niecierpliwości wszedł za wcześnie. Niemal mdlał od gorąca, lecz kanał stygł szybko. Dotarł na drugą stronę, a potem dalej, wentylacją, aż do upragnionej nagrody.
Od tego czasu mógł rozwijać swój plan. Odzyskał nadzieję, uwierzył że da radę. Kilka tygodni później pokonał Żimmiego, choć jego dawni towarzysze próbowali zmiękczyć go przed walką. Wytrzymał. Pobił Dziadka, a potem zebrał grupę i wyzwał jego kumpli na wojnę. Nie wygrali, lecz walka była ciężka. Zyskali spokój, a rok później Smok pokonał ich w bitwie. Kanał dał mu siłę by się zemścić. Zmienił go. Dał mu drugie, lepsze życie.
Odszukał kluczem zaczepy modułu. Światełka na wyświetlaczu naprowadziły go na cel. Zatrzaski nie poddawały się łatwo. Rozdzielenie ich zabrało kilka minut. Powoli zdjął płytę. Jak na swoje rozmiary, była zadziwiająco lekka. Czerń wnętrza tunelu była równie głęboka jak mrok rozdzielni, lecz Arto zawsze miał wrażenie że widzi ciemniejszą plamę. To tylko moja wyobraźnia, zapewnił siebie po raz setny. Ale plama zawsze tam była.
Powietrze wewnątrz było już chłodne. Bez wahania wsunął się przez otwór, zamknął go płytą i połączył zaczepy. Głuche dźwięki pracującego wentylatora nagle ustały. Zapanowała cisza. Arto nie marnował czasu. Przejście zajmowało mu ponad pół godziny, w zapasie miał najwyżej kilkanaście minut, a musiał jeszcze zamknąć płytę. Przed każdym impulsem układy kontrolne cewki wykonywały diagnostykę podzespołów i sprawdzały kontrolę szczelności. Gdyby nie zamknął otworu, automat wykryłby że coś jest nie tak i zablokował impuls. Dorośli wiedzieliby że to nie jest awaria. Złącze molekularne nigdy nie pękało.
Zaczepianie złącza trwało krócej niż rozłączanie. Po kilkudziesięciu sekundach był gotów do drogi. Przysunął klucz do warg i zacisnął zęby na jego rączce, obracając tak by kątem prawego oka obserwować mały pulpit klucza i pojawiające się na nim cyferki.

W kanale najcudowniejszą rzeczą był brak sztucznego ciążenia. Ściany kanału były ekranami odcinającymi wnętrze od pola stacji. Między impulsami pole cewki pozostawało nieaktywne. Arto kochał ten stan. Mógł swobodnie płynąć do przodu lub do tyłu, wystarczyło tylko odepchnąć się od ścianki. Jeden z końców był zawsze chłodniejszy od drugiego, co tworzyło różnicę ciśnień, delikatnie popychającą powietrze ku krawędzi stacji. Lecz poza przyjemnościami były także niedogodności, stale przypominające mu gdzie się znajduje. Oddychał tu z trudem, ciało słabło, zaś myśli ogarniała dziwna ociężałość.
Kanał był prosty niczym naciągnięte włókno. Czuł że gdyby tylko zechciał mógłby przelecieć całą jego odległość, ledwie kilka razy muskając ścianki. Pamiętał jednak że nie miał na to czasu, a kanał nie był placem zabaw. Swoboda nieważkości była zwodniczo niebezpieczna. Choć przechodził tędy już dziesiątki razy, nie pozwalał sobie na rutynę. Rutyna oznaczała śmierć.
Ekranowanie miało inne uboczne skutki. Drobne urządzenia, by działać, czerpały energię z pola magnetycznego stacji. Tylko nieliczne, jak klucz molekularny czy automaty poszukujące, posiadały własne źródła zasilania. W kanale większość ze zwykłych przedmiotów przestawała funkcjonować. Tak samo było z zegarkiem. Wprawdzie do pracy starczyło mu ciepło ludzkiego ciała, lecz i on był tu bezużyteczny. Operacje wykonywane przez sieć, jak choćby opłaty impulsami, wymagały precyzji w odliczaniu czasu. Precyzja żadnego z przenośnych zegarów nie mogła równać się z zegarami systemowymi, więc w pole magnetyczne każdej stacji zaszyto częstotliwość, bez ustanku przesyłającą sygnał synchronizujący do każdego urządzenia wrażliwego na upływ czasu. Niektóre automaty, zwłaszcza te wrażliwe na zakłócenia, posiadały wbudowany zegar, który synchronizowały okresowo z sygnałem pola, lecz zwykłe zegarki były zredukowane do roli prostych odbiorników. Same z siebie, nie mierzyły niczego. Tu, w kanale, jego zegarek po prostu się zatrzymywał. Za jedyną wskazówkę miał klucz.
Mając wolne ręce, Arto ostrożnie obrócił się głową w stronę krawędzi stacji i odbił się od gładkiej ścianki wnętrza kanału, w miejscu które dla niego stało się spodem. Płynął przed siebie, rytmicznie poruszając rękoma. Nogi trzymał nieruchome, wyprostowane. Tu ich nie potrzebował. Miarowo odbijał się palcami od dna kanału, szybko przesuwając się do przodu. Siła odbicia wyrzucała go w dół, by po kilku sekundach zetknąć jego plecy z górną ścianą rury. Odbijał się wtedy by znów opaść w dół i odbić rękoma do przodu, rytmicznie niczym maszyna. Zanurzony w ciszy i ciemności, jego umysł zamieniał się w dotyk. Uderzenia plecami i palcami w rurę były jedynymi doznaniami, zarazem jedyną rzeczą na której mógł i skupiał swoją uwagę. Nie myślał nad tym jak się porusza. Ciało, nauczone przez dziesiątki podobnych wypraw, posuwało się do przodu bez udziału świadomości. Jedyne dźwięki, odgłosy odbijania się, wykorzystywał do synchronizacji. Ciche pacnięcie palcami o powierzchnię, lekkie uderzenie pleców. I znowu. I jeszcze raz.
Stale utrzymywał takie samo ułożenie ciała w poziomie. Gdyby choć raz się obrócił, nie wiedziałby już gdzie jest dół a gdzie góra, gdzie są kierunki na zewnątrz kanału. Wnętrze kanału było jednolicie srebrzystą, gładką rurą. Raz nieuważnie utraconej orientacji nie byłby w stanie odzyskać, a to mogło kosztować życie. Tylko górna część kanału pozwalała się odsunąć, próbując tego z dolną połówką odsłoniłby jedynie twardą plastikową masę nośnej struktury stacji, zaś na kolejną próbę nie miałby po prostu czasu. Pierwsza pomyłka mogła być ostatnią. Spodziewał się że klucz ma jakiś układ zapamiętywania kierunków, choćby prosty żyroskop, lecz nie odkrył jak coś takiego uruchomić. Dlatego musiał polegać na sobie. Wyobrażał sobie że wskakuje na wysoką drabinkę, łatwo i chętnie odsuwającą się na boki. W ciemności to niewiele pomagało, choć nie pozwalało bać się tego że już się pogubił.
Od czasu do czasu zerkał na pulpit klucza, odczytując lekko świecące cyferki, zliczające każdy pierścień cewki jaki mijał. Dorośli sprytnie to obmyślili. Każda poprzeczna krawędź złącza była spolaryzowana odwrotnie niż sąsiednie. Licznik klucza dodawał jedynkę gdy mijana krawędź miała inną polaryzację i odejmował ją gdy okazywała się zgodna. Wystarczyło uruchomić odpowiedni podprogram. Arto mógł płynąć do przodu, mógł się cofnąć – klucz zawsze wiedział ile pierścieni przebył. Bez niego nigdy by nie odgadł jak długo tu przebywa. W ciemnościach, wykonując te same monotonne ruchy, rozum zbyt łatwo zawierzał martwym, nie odbierającym niczego zmysłom. Zbyt łatwo dawał się przekonać że tkwi tu nie pięć minut, ale trzydzieści, nie pół, lecz dwie, może trzy pełne godziny. Arto nie raz krył się w ciemnych zakamarkach stacji. Wiedział jak łatwo zgubić w nich swój czas. Teraz pozwalał by cyferki trzymały go w gotowości.
Czasem, gdy przez dłuższy czas nie patrzył na klucz, zaczynał na własną rękę bezwiednie odliczać niewidzialne pierścienie, jakby były niczym więcej niż upływającymi sekundami. Liczył je zgodnie z rytmem własnych ruchów i szumiącej w uszach krwi, której pulsowanie w ciszy kanału stawało się niespodziewanie głośne i wyraźne. Odliczał tak mechanicznie przez jakiś czas, lecz niezmiennie odkrywał iż jego rachuba jest wolniejsza od bezlitośnie precyzyjnych cyferek klucza.
Bez niego nie tylko nie dostałby się do środka kanału. Bez niego nigdy by stąd nie wyszedł. Tu, wewnątrz wielokilometrowej rury, był tylko Arto, klucz i ściany tunelu. Reszta wszechświata przestawała istnieć; rozmywała się w chwili gdy jego własne ja wypływało z ciasnej objętości ciała, ile razy przez dłuższy czas wpatrywał się w nieprzeniknioną ciemność. Zawieszony w pustym, nieskończonym mroku, czuł się jakby sam był wszechświatem. Jedynie jego palce i plecy czuły że istnieje w pobliżu coś poza jego ciałem. Lecz wystarczył jeden ruch oka dostrzegającego zmianę cyferek na wyświetlaczu by nagle, w ciągu jednego uderzenia serca, wszystko wróciło na swoje miejsce. Czas, współrzędne, kierunek znowu miały swój sens i miejsce – do czasu kolejnego zagubienia się w otchłani.
Tym razem podróż wydała mu się krótka. Ponownie spojrzał na klucz i spostrzegł iż od celu dzieli go już tylko kilkanaście pierścieni. Przepłynął je w kilka sekund. Przestał się odbijać, skulił się i obrócił dokładnie o ćwierć obrotu w górę. Wyćwiczonym, płynnym ruchem rozłożył ramiona, podciągnął nogi i wyprostował ciało. Barki i kolana oparły się na przeciwległych ściankach, natychmiast zatrzymując go w miejscu. Nie zmieniając pozycji podszedł do przodu o jeden, ostatni pierścień.
Był na miejscu. Licznik klucza wybił dokładnie obliczoną ilość pierścieni. Wziął go do ręki i przesuwając nim wzdłuż ścianki szukał miejsca w którym układ świateł na wyświetlaczu potwierdzi iż jego ręka znajduje się nad miejscem połączenia modułów.
Gdy zdejmował klapę, widział tyle samo co dotąd, lecz pamiętał że pomieszczenie było podobne do poprzedniego, tylko mniejsze i kryło zaledwie ten jeden garb, z którego właśnie się wynurzył. Stłumione wibracje były cichsze – wentylator po tej stronie także był mniejszy. Ożyły cyferki zegarka na jego ręce, wracając do swojej pracy.
Gdy wychodził, góra znowu była tam gdzie powinna, bezpieczna na swoim stałym miejscu. Poczuł ulgę. Mimo całej swobody, jaką uzyskiwał w kanale, wolał stać twardo na podłodze stacji, nawet jeśli trzymające go przy niej ciążenie było całkowicie sztuczne. Dla niego i tak nie miało to znaczenia. Sztuczne czy prawdziwe, było jedynym jakie znał.
Odszukał drabinkę i wspiął się do głównego szybu stoczni. Złapał za zamocowaną do klapy rączkę i pociągnął mocno, przezwyciężając siłę zasysającego ją w górę powietrza. Hałas pobliskiego wentylatora zagłuszył wszelkie inne dźwięki. Wdrapał się do szybu. Choć wciąż nic nie widział, przysiągłby że dookoła zrobiło się jaśniej.

*

Pół godziny później był już u celu. Wylot szybu zamykała mocna siatka. Nigdy nie próbował jej zdejmować. Nigdy nie schodził w dół, do stoczni. Marzył o tym by zobaczyć statek z bliska, dotknąć go i wejść do środka, lecz przy całym swoim sprycie za bardzo bał się że ktoś, lub coś, mogłoby go zobaczyć. Zbyt wiele było tam niebezpiecznych maszyn. Wystarczyła chwila nieuwagi by wydarzył się wypadek. Przydarzały się nawet znającym się na nich dorosłym, co dopiero jemu. Starał się nie myśleć że to samo, choć mało prawdopodobne, może się przytrafić ojcu. Kłótnie o to że woli jego niż impulsy miał już dawno za sobą. To był świat dorosłych, inne racje, których nie mógł zrozumieć, więc uważał za głupie.
Ostrożnie spojrzał na dół, przytykając twarz do siatki. Podłoga była może cztery metry niżej. Wyraźnie czuł że tu, w pobliżu krawędzi stacji, sztuczne ciążenie jest słabsze, lecz taki skok nie byłby łatwy, a powrót jeszcze trudniejszy. Nie raz kusiło go by spróbować. Tuż obok biegła w dół po ścianie wiązka rur i przewodów. Pewnie by się udało, ale byłby przy tym widoczny niemal z każdego zakątka sali. Obserwował więc tylko, ze świadomością że gdyby tylko zechciał, mógłby się tam dostać.
Czuł podwójną niezwykłość tego miejsca. Gdzieś w tej skale pracował jego ojciec. Arto czasem go widział i wtedy cieszył się że są w tym samym miejscu i patrzą na ten sam statek, który poleci kiedyś tam, gdzie oni nie mogli. A kiedyś któryś z nich może ich stąd zabierze. Patrzył jak powstaje gwiazdolot, jak miesiąc po miesiącu w jego wnętrzu znikają kolejne podzespoły. Na projektorze mógł oglądać schematy, poznawać ich budowę i rozmiary. Tu mógł je zobaczyć na własne oczy. 
Tu odżywał. Oczyszczał się ze wszystkiego czym nasiąkł w szkole. Bezustanna czujność męczyła go tak bardzo iż czasami wierzył że gdyby nie to miejsce, już dawno by się załamał. Tu zyskiwał siłę by wrócić i zwyciężać. Gdy widział statki i czerń kosmosu, uświadamiał sobie że poza stacją rozciąga się przestrzeń tak rozległa że jego los jest przy niej mniej niż niczym. Odwieczna czerń, w którą odeszło tak wielu i tak wielu dopiero będzie iść. Niczego nie pragnął bardziej jak tam być. Nieważne co dziś się działo. To wszystko było niczym wobec majestatu odległych gwiazd i setek, może tysięcy znanych światów.
Czasami, gdy porównywał dzieci do szczurów, dorośli wydawali mu się niczym polujące na nich koty. Kryli się przed nimi w szybach wentylacji, starając się być niewidzialni. Dorośli nie mogli ich tam ścigać, czaili się tylko w ciemności, pełnej wspomagającymi ich wzrok czujnikami. Zastawiali pułapki, a oni, jeśli byli zbyt nieostrożni, sami włazili im w łapy. Zrozumiał że gdy zostanie doskonałym szczurem, będzie mógł iść gdzie zechce. Zaś doskonały szczur to taki, który doskonale zna swojego wroga.
Arto starał się obserwować dorosłych, zrozumieć ich sposób myślenia, to jak patrzyli na dzieci. Odkrył jak bardzo są pewni siebie i swojej wiedzy, jak bardzo łatwowierni, jak beznadziejnie nieuważni i jak łatwo można ich przechytrzyć. Najbardziej niebezpieczni nie byli sami dorośli, lecz ich urządzenia, ich prawdziwe oczy.
Urządzenia dorosłych... Pluskwa, czujniki i automaty poszukiwawcze nie pozwalały mu, gdy był mały, ukryć się przed zmuszającymi go do powrotu do szkoły dorosłymi. Od tego czasu pluskwa stała się jego wrogiem, pilnującym go bez ustanku, w zaciemnienie i w rozjaśnienie, wrogiem którego nie mógł się pozbyć. Wtedy za bardzo się bał by ją z siebie wyjąć. Potem zrozumiał że to byłby błąd.
Wielu starszaków próbowało oszukiwać pluskwę. Wierzyli że są sprytniejsi od dorosłych. Tyle, że wcale tacy sprytni nie byli. Próbowali trzymać ją w specjalnie przygotowanych pojemnikach, tylko po to by zbyt późno zrozumieć że w pluskwie było coś jeszcze, o czym nie wiedzieli. Głupie, głupie, bardzo głupie. Kosa i Protektorzy – najlepsi z najlepszych jakich miał Rząd pod swoimi rozkazami, najbardziej mu oddani ze wszystkich, doskonale wyszkoleni i nie do rozpoznania dla zwykłego człowieka – bardzo poważnie traktowali próby usunięcia lokalizatora. Wielu eksperymentatorów w nagrodę skończyło w akademii. I dobrze wam tak, pomyślał mściwie. Zasłużyliście na nią. Głupcy, nie wiedzieli że robiąc to pokazują dorosłym słabe punkty systemu. To przez nich był dziś tak bezradny. Chociaż... Ich wpadki nauczyły go że nie ma sposobu na pozbycie się pluskwy. Próbowali tego lepsi od niego. Próbowali – i zawiedli.
Musiał uciec, a skoro nie mógł tego zrobić bez pluskwy, musiał znaleźć sposób by zabrać ją ze sobą.
Znał tylko jedną droga ucieczki ze stacji – pokład lecącego poza Układ transportowca. Nieważne na jaką kolonię, byle jak najdalej stąd. Był pewien że gdyby mu się udało, rodzice nie czekaliby długo. Powodzenie zależało tylko od tego jak dobrze rozpracuje pluskwę. Nie znał jej tak dobrze jak tego pragnął, lecz rozumiał że gdy nie widzi przeszkód, to tylko dlatego, że za mało wie. Lecz wciąż wierzył że ucieczka jest możliwa.
Jego pierwszy plan polegał na wyskoczeniu w skafandrze za jednym z odcumowujących statków. Lecz zdobycie skafandra okazało się niemożliwe, tak samo jak przepchnięcie go do doku przez szyb wentylacyjny. Zresztą, nawet gdyby to się udało, skafander miał blokadę nie pozwalającą na dopasowanie się do rozmiarów dziecka. Wymyślał więc i sprawdzał kolejne możliwości, tylko po to by zrozumieć że Kosa już dawno wpadła na to samo.
Gdyby był z nim Dael... Razem mogliby coś wymyślić. Tylko jemu ufał. Był najmądrzejszą osobą jaką znał. Nie dziwił się że nie dostrzegał tego co chciał mu pokazać. Czuł że nie dorósł by go zrozumieć, więc po prostu wierzył że Dael postępował słusznie i starał się go naśladować, choć nie zawsze potrafił.
Poznali się na promenadzie, gdzie Arto, jako dwojak, przewodził swojej małej, złodziejskiej grupce. Już wtedy był sprytny i potrafił obserwować, lecz był słaby i unikał walki. Dael pokazał mu jak stać się silnym. Rozjaśnienie w którym odszedł było tragedią. Rozumiał że jako sierota musiał iść do akademii, lecz czuł że idąc tam z własnej woli, nie próbując się bronić czy uciekać, po prostu go zdradził.
Gdy spróbował przypomnieć sobie jak wyglądał, widział tylko niewyraźną, zamazaną postać. Pamiętał jego długie, jasne włosy i prawie niebieskie oczy, lecz to było wszystko. Gdy naprawdę silnie próbował go sobie przypomnieć, gdy skupiał się na tym aż do bólu, przypominał mu się niewyraźny obraz Daela, mówiącego coś, czego nie potrafił zrozumieć. Było w tym wspomnieniu coś dziwnego, jakby spotkanie nastąpiło po jego odejściu. Nie rozumiał tego, lecz cieszył się że choć tyle w nim zostało. Czuł ogromny żal że pozwolił sobie zapomnieć, lecz tym mocniej starał się zapamiętać wszystko inne, zwłaszcza to, co mówił i robił. Dael potrafił się włamać do każdego komputera. Znalazłby sposób na wysłanie wiadomości, gdyby tylko zechciał. Lecz jeśli opowieści o akademii były prawdą, Dael nie żył już od ponad dwóch lat. Tylko dlatego się nie odzywał, dlatego nie odzywał się nikt kto tam poszedł. To potwierdzało że wszystko co mówią o akademii jest prawdą.
Stąd brała się moja ostrożność, pomyślał. Nie, poprawił się, stąd brało się moje tchórzostwo. Boję się tego o czym dzieci szepczą ze zgrozą między sobą. Czego bym nie wymyślił, akademia zawsze czeka na końcu, a ja boję się zrobić pierwszy krok. Wolę czekać.
Spróbował o tym nie myśleć. Wpił palce w oczka siatki blokującej szyb i położył zwieszoną głowę na rękach, dotykając ich czołem. Bezradność sprawiła że poczuł pustkę, tak przejmująca że na moment oczy zaszły mu łzami.
Obserwując odlatujące statki często czuł coś dziwnego, gdzieś w brzuchu. Jakiś brak, pustka po czymś czego nigdy nie miał. Gdy był tutaj, to uczucie pojawiało się w głowie. Sny... Sny. Pamiętał je. Nie potrafił zapomnieć. Były zbyt straszne, zbyt przerażające – i zbyt bliskie rzeczywistości by je ignorować.
Był kapitanem, szanowanym nawet wśród starszaków, lecz był sam, nawet pośród własnej grupy. Z nikim nie próbował się związać i nikt nie próbował się zbliżyć do niego. Zaufać komuś, nawet z własnej grupy, oznaczało odsłonić się, pokazać słabość. Wykorzystanie jej przeciwko niemu było tylko kwestią czasu.
Pamiętał jak w drugiej klasie jego koledzy dowiedzieli się że Uber bał się ciemności i bycia samemu w zamkniętym pomieszczeniu, zwłaszcza małym. Wtedy Arto i Uber przyjaźnili się ze sobą. Nie pamiętał już czy przed tym zdarzeniem wiedział o jego lękach, lecz nigdy nie zapomniał o jednym, najważniejszym – nie powiedział o tym nikomu, nigdy.
Lecz Uber wierzył że to był on. Nie brał w tym udziału, lecz był tam, z nimi – i nie pomógł. Silniejsi chłopcy, jak Dert i Alsza, wiele razy zamykali Ubera w małych, ciemnych pomieszczeniach i trzymali czasem po kilka godzin, aż umilkł. Przestali dopiero gdy oduczył się krzyczeć i walić pięściami w drzwi. Do dziś widział w jego oczach że nie zapomniał, że nigdy nie wybaczy – i że, być może, te zdarzenia uczyniły go takim, jakim był dziś – nieufnym, lękliwym i milczącym. Jak to jest, pomyślał, że najlepiej pamięta się te złe momenty, nie te dobre? Dlaczego tak musi być?
Gdy go zamykali, Arto stał razem z resztą, z boku. Nie śmiał się razem z innymi, nie odzywał się do nikogo, lecz był tam, patrzył na wszystko, słuchał jego błagań – i nie robił nic. Nie rozumiał dlaczego to robili, tak samo jak nie rozumiał dlaczego nie spróbował tego przerwać. Wstydził się tego, wtedy i dzisiaj, lecz czuł że to nie strach mu przeszkodził. Stał tam i słuchał wszystkiego, bo wtedy to go bawiło.
Uber nie był jedynym którego spotykały podobne rzeczy, lecz jego Arto pamiętał najbardziej. To dlatego otaczali się pancerzami, tak długo aż te pancerze wrastały w nich samych. Inni czuli się z tym dobrze, lecz on się dusił. Było mu niewygodnie, jak gdyby między umysł a otaczającą go osłonę ktoś wsypał uwierające go okruszki. Wiedział kto zasiał w nim te wątpliwości, nie rozumiał tylko dlaczego.
Grupa go szanowała, lecz to było wszystko na co mógł liczyć. Żimmy był wprawdzie blisko niego, lecz był tylko kumplem, niczym więcej. Gdyby nie rodzice, byłby zupełnie samotny, lecz kłamstwa i tajemnice powoli zmieniały ich w kogoś zupełnie mu obcego. Samotność zawsze była tuż za nim, wystarczyło by się obrócił. Od lat musiał udawać kogoś, kim nie zawsze był – twardego i odważnego kapitana, zadowolone, może tylko trochę zmęczone dziecko... Tak wielu chciało być na jego miejscu, a on, osiągnąwszy to wszystko, czasem tego nienawidził. Nie wiedział nawet czy chciał uciekać dla rodziców, czy dlatego że miał dość tego miejsca. Był najsilniejszym dziesięciolatkiem w szkole, lecz to nie wystarczało by znieść takie potrójne życie.
Uczucia rozpaliły się i zgasły niczym supernowa, pozostawiając wypaloną czarną dziurę. Wszystko, czego dotykała, znikało z jego umysłu. Nad nią Arto potrafił już zapanować. Stał się taki jakim był zawsze. Jeśli powstrzymywał go tylko brak odwagi, to kiedyś ją zdobędzie, jak wtedy gdy po raz pierwszy przeszedł przez kanał.


Kłopoty


„Zastanów się dlaczego nie dobrze zapłacę naprawdę”.
„Nie umiesz czytać piszę że nie to nie to nie są zabawki dla młodszaków pogadamy za dwa lata szczylu jak ci jaja urosną jeśli się do tego czasu nie odczepisz to oberwiesz”.
Arto nie zamierzał się poddać i nie zamierzał czekać dwóch lat. Obrywał mocno, z o wiele bardziej błahych powodów, a ten był dla niego ważny. Chciał mieć to urządzenie, a Aristo, starszak z 7a, z grupy zwanej Tygrysami, był w jego posiadaniu, choć go nie potrzebował.
Aristo bał się że w rękach Arto przyrząd stanie się źródłem poważnych kłopotów które, gdy wpadnie w nieodpowiednie ręce, spadną także na niego. Mylił się. Arto nie uważał się za zwykłego młodszaka. Był pewien że potrafi z niego korzystać bez wzbudzania podejrzeń dorosłych. Tylko jak przekonać do tego Arista? Dobra cena wydawała się rozsądnym argumentem, lecz jego partner w interesie za bardzo bał się dorosłych. Zaoferował mu wszystko co miał, lecz Aristo nie reagował.
Potrzebował czegoś lepszego.
„A jeśli pomogę ci zdobyć dowództwo nad twoją grupą”.
Każdy chłopiec w szkole, może za wyjątkiem jajcogłowych, marzył o tym by zostać kapitanem. Nie sądził by Aristo był wyjątkiem. Nie był dość silny ani sprytny by sięgnąć po nie samemu, lecz był jednym z silniejszych wojowników Tygrysa. Gdyby już został kapitanem, z powodzeniem utrzymałby swoje stanowisko – przez jakiś czas, lecz to już nie było jego zmartwieniem.
„Zaraza ty naprawdę chcesz oberwać jak taki mały pryszcz mógłby mi pomóc może mi powiesz że pokonasz siódmaka daj mi spokój z kopalnianymi żartami bo sam wybiję ci je z głowy tak że zobaczysz gwiazdy do dwudziestej wielkości”.
Kopalniane żarty oznaczały głupie żarty. Dawno temu, gdy nie było tylu inteligentnych maszyn, w kopalniach zastępowali je niewykształceni robotnicy. Określenie „głupi jak kopalniak” szybko rozwinęło się w szereg różnych, równie znaczących porównań. Słowa starszaka subtelnie dawały do zrozumienia co sądzi o Arto.
Nie doceniasz pryszczy, pomyślał Arto. Czytając wiadomość zrozumiał że tekst mówił jedno, lecz to jak został napisany, że w ogóle został napisany, świadczyło o czymś innym. Może cię to śmieszy, Aristo, ale jesteś ciekaw czy naprawdę mogę to zrobić. Nawet starszaki mawiały o Arto że zna różne sztuczki. Nie były to sztuczki, jedynie zwykły spryt, lecz tego, jak odkrył, brakowało bardzo wielu kapitanom. 
Czy młodszak naprawdę mógł mu pomóc? Ten wierzył że mógł. Ten nie był głupi.
„Nie żartuje mogę ci pomóc ale coś za coś potrzebuję tego urządzenia i dobrze zapłacę”.
„Niech ci będzie jak zostanę kapitanem to porozmawiamy o cenie ale nie wierzę by głupi młodszak miał wpływ na to kto będzie rządził tygrysem”.
„Nie musisz wierzyć tak osłabię twojego kapitana że dasz radę go pokonać unikaj walki zachowaj siły na potem masz kogoś kto pomoże ci zrobić rozłam”.
„Takie małe ścierwo miałoby go osłabić chcecie go rozśmieszyć na śmierć”.
„Nie wierzysz to zapomnij o sprawie” – Arto poczuł złość.
„Rób jak chcesz chciałbym to zobaczyć nie moja sprawa jak ty go osłabisz ale jak ci się to uda to ja jestem kopalnianym szczurem pamiętaj jeśli stracę przez ciebie pozycję to zachowam dość siły by cię wpakować do puszki” – rozłączył się
Aristo mógł być złośliwy, jak każdy starszak, lecz zżerała go zbyt wielka ciekawość by się wycofać. Mimo poważnej groźby, Arto uznał to za zgodę. I miał już pomysł.
Zamyślił się. Aristo nie byłby złym kapitanem. Nie był najgłupszy, nie zapomniałby tak łatwo co mu zawdzięczał, ani tego iż skoro młodszak uczynił go kapitanem, mógł go także stamtąd zdjąć. Jasne, jako starszakowi nigdy nie przyszłoby to do głowy, lecz jakaś cząstka jego umysłu pamiętałaby o wszystkim.
By wykonać swój zamiar, Arto potrzebował dobrej wymówki. Przypomniał sobie próbę wyczyszczenia Nowego. Czemu nie? Smok był własnością Marsjan, z klasy 8o, którymi dowodził Egino. Nazwano ją tak od przezwiska pierwszego, dziś byłego kapitana, który urodził się na jednej z marsjańskich stacji. Przeprowadził się tu gdy miał jeszcze trzy lata, lecz ktoś się o tym dowiedział i przezwisko pozostało.
Jako właściciele, Marsjanie mieli wyłączne prawo do pobierania podatków. Starsze starszaki i tak robiły co chciały i Egino nie mógł nic na to poradzić, a czasem zdarzało się wręcz że wojownicy z innych grup łapali ich i czyścili, lecz to były ledwie pojedyncze przypadki. Wiedział jedno – to nie Marsjanie chcieli wyczyścić Nowego. Nie był to także nikt z Tygrysa. Ci którzy to zrobili byli o rok starsi, nie przejmowali się Eginem i nie znali Nowego, tak samo jak nie znali go jeszcze Marsjanie, lecz zawsze mógł się tłumaczyć że to jego wojownicy źle mu donieśli, a jego przy tym nie było.
Po kilku minutach plan był gotów. Odszukał konsolę Egina.
„Przepraszam że przeszkadzam czy mogę zadać pytanie”.
„Czego znowu chcesz nie masz komu przeszkadzać mam dać ci lekcję”.
W rozmowie z nim Arto musiał być podwójnie ostrożny. Znał ten rodzaj starszaków. Egino brał, dużo i często. To czyniło go silniejszym i sprawniejszym, lecz także nieobliczalnym. Tacy jak on potrafili nagle wybuchnąć i pójść na całość. Takich bali się wszyscy młodsi lub słabsi. Także Arto. Z Eginem i jego wojownikami nie było mu wygodnie. Byli silni, bronili ich przed konkurencją, lecz często posuwali się za daleko, zupełnie bez powodu.
Gdyby tylko znalazł coś co pozwalałoby działać...
Dzięki Daelowi znał cenę za tę siłę – była nią utrata kontroli nad swoim życiem. Arto nie pozwalał się kontrolować, nikomu. Nieraz widział Egina po szkole. Był panem, jak długo działał narkotyk, bez niego stawał się słaby niczym dwojak i bredził kopalniane głupoty. Bez narkotyku był nikim, więc musiał je brać, stale, by utrzymać pozycję. To uzależniało go nie tylko od tego co brał, lecz także od dostawcy. Musiał jechać na nich nawet w domu, bo gdy przestawał, pękał i rozsypywał się niczym rzucona o ścianę kula zamarzniętej wody.
Arto poprzysiągł sobie że nie popełni tego błędu. Nie chciał się kryć po domu, by każdego ranka pakować w siebie kolejną dawkę i liczyć że zacznie działać nim rodzice coś zaważą. Czuł się źle już przez samą zbroję. W jego grupie tylko Żimmy próbował brać, po swojej przegranej walce, lecz gdy ich stosunki w końcu się ułożyły, szybko zapomniał o wszystkim. Jedynie Rejkert brał coś od czasu do czasu, jak mówił, na wyostrzenie myśli. Poza tym jego grupa była czysta. Narkotyki były zbyt drogie dla młodszych grup. Jednak Arto zawsze pamiętał jaką siłę daje handel takim towarem. Spłukane starszaki były skłonne zrobić niemal wszystko w zamian za kolejną działkę. Narkotyki były potężną bronią i kiedyś, gdy podrośnie, zamierzał ją wykorzystać, by kontrolować takich jak Egino.
„Wybacz wiem że jesteście dość silni by nie zawracać sobie głowy takimi drobiazgami lecz czy nie prowadzicie teraz wojny z tygrysami”.
Zastanawiająca chwila wahania. Marsjanie mogli mieć kłopoty. Postanowił to sprawdzić. Jeśli byli osłabieni, była to szansa dla Smoka by zmienić swojego właściciela, zaraz po tym jak Aristo zostanie kapitanem.
„Kpisz sobie my i wojna z młodszakami chcesz mnie obrazić”.
„Jak mógłbym o tym myśleć ale ostatnio wyczyścili kilku moich wojowników myślałem że może jest wojna albo nas im sprzedaliście ale to chyba tylko pomysł ich głupiego kapitana na pewno dacie mu dobrą nauczkę”.
Minęła chwila czasu nim Egino odpisał. Zastanawiał się.
„Niech ci będzie ale następny raz pisz o tym od razu a nie dopiero kiedy już was wyczyszczą to dla waszego dobra inaczej oberwiecie za brak impulsów czy to jasne”.
„Jasne staram się tylko pomóc” – zaczekał aż Egino się rozłączy i zamknął okno. Egino powinien uwierzyć że Mira, obecny kapitan Tygrysa, a więc i Arista, próbuje po cichu wykraść należny Marsjanom podatek, być może nawet przejąć Smoka. Uwierzy tym łatwiej jeśli Marsjanie naprawdę mają kłopoty. Pomyśli że Mira wykorzystuje sytuację.
Arto wpadł w głębokie samozadowolenie. Egino był urodzony do tego by nim manipulować. Silny, lecz niezbyt bystry, zbyt głupi by zadawać pytania, by cokolwiek podejrzewać.
Zdobędzie to urządzenie. Zawsze dostawał to co chciał. Pytanie nigdy nie brzmiało czy, lecz – kiedy i w jaki sposób.

* * * * *

Wilan był przy swojej drugiej pracy. Wcześnie skończył co do niego należało. Teraz, pod koniec zmiany, gdy prawie nikt nie kręcił się po doku, mógł w spokoju zająć się połączeniem układów statku do podzespołów, które jakiś czas temu zainstalował w tajemnicy na drugim pokładzie.
Długo zastanawiał się jak to zrobić. Ustawienie i ukrycie kilkunastu przekaźników było łatwiejsze od maskowania przewodu, który musiałby się ciągnąć przez setki metrów tuneli. Lecz nie o wygodę chodziło, tylko o bezpieczeństwo. Przewody były rozwiązaniem nieco staroświeckim, lecz czasem skutecznym.
Osłona antyradiacyjna gwiazdolotu miała pozostać nieukończona. Główne moduły komputera każdego statku znajdowały się w sterówce, posiadającej niezależne zabezpieczenia przed promieniowaniem. Co nie szkodziło ludziom, mogło zaszkodzić elektronice – i na odwrót. Zresztą, ludzi na pokładzie być nie powinno. Jeśli by się jacyś znaleźli, sami byliby sobie winni. Teoretycznie.
Zaś praktycznie...
Pomieszczenie które wybrał miało w przyszłości służyć jako laboratorium. By zwiększyć sprawność czułych instrumentów należało odizolować je od wszelkiego rodzaju promieniowania. Nawet pole sztucznego ciążenia mogło wpływać na wyniki ich pracy. Dodatkowa warstwa ekranująca osłaniała je równie dobrze przed polem magnetycznym jak i wiązką skanującą, jaką omiatano świeżo zbudowane statki przed wypuszczeniem w kosmos. Pomieszczenie było już dawno wykończone, nikt nie miał tam czego szukać. To tu Wilan zamierzał umieścić komory. Niestety, komputer i ekranowane pomieszczenie dzieliła przestrzeń, która zaraz po opuszczeniu doków miała zostać wystawiona na działanie promieniowania kosmicznego. Niektóre pasma mogłyby przeniknąć przez warstwę skały, a połączenie musiało być całkowicie odporne na zakłócenia transmisji danych. Od tego mogło zależeć ich życie. 
Teraz jego uwaga koncentrowała się na wtapianiu przewodu w ścianę. Niewielkim ogrzewaczem plazmowym roztapiał wierzchnią warstwę, by zanurzyć w niej kolejny metr zwiniętej w szpulę struny, grubości nie większej niż kilka splecionych włosów, lecz równie wytrzymałej jak molekularne włókno.
Powoli przesuwał po ścianie długi na dłoń i gruby na dwa złożone palce ogrzewacz, wzdłuż przyłożonego do niej drugą ręką przewodu. Twarda, skalna ściana topiła się niczym żel gdzie tylko zbliżył przód ogrzewacza. Gdzieś na środku przyrządu znajdował się grzebień, wciskający w głąb skały nanizany weń przewód. Po przejściu ogrzewacza rozgrzana, półpłynna masa była formowana i schładzana, zaś odzyskane ciepło powracało do przedniej części przyrządu.
Szczególnie dużo uwagi poświęcał temu by po zakończeniu operacji świeżo roztopiona i schłodzona powierzchnia skały wyglądała tak, jakby nie była ruszana od chwili gdy wycięto w niej korytarze. Było w tym coś ze sztuki – skomplikowane fałszerstwo na wagę powodzenia. Zupełnie mimochodem, w odruchu nabytym przez lata pracy, zauważył że grubość wewnętrznej powłoki korytarzy była zawyżona. Nic dziwnego że za każdym razem gdy wchodził na pokład czuł że staje się lżejszy. Aż do dziś myślał że to tylko zwykłe, ludzkie odczucie. Błąd jak ten, z pozoru błahy i na rękę, gdyż ułatwiał Wilanowi ukrycie dokonanych modyfikacji przed skanowaniem, mógł wpływać na działanie innych systemów. Obiecał sobie że w wolnej chwili sprawdzi inne korytarze. Zamierzał powierzyć temu statkowi losy swojej rodziny i musiał wiedzieć o wszystkim co się z nim działo.
Od wycięcia korytarza nikt tu nie pracował. Surowe wnętrza tonęły w ciemnościach. By coś widzieć, Wilan musiał użyć skanera widma, w codziennej pracy pomagającego mu dostrzec nieciągłości struktury w elementach. Nie użył lampy, to mogłoby kogoś zwabić. Skaner był pasywny, lecz energia topionej ściany sprawiała że dla niego było jasno jak w rozjaśnienie. Człowiek bez skanera ujrzałby najwyżej niewielki rozżarzony punkcik, w miejscu pracy ogrzewacza. Gdyby ktoś tu wszedł, prosto z oświetlonej części statku, prędzej wpadłby na Wilana, niż dostrzegł co tu robił. Mimo to co kilkanaście sekund Wilan rozglądał się czujnie dookoła, nasłuchując. Za każdym razem wydawało mu się że w pobliżu dostrzega ruch. Jak teraz. Jakieś nieuchwytne poruszenie, ledwie dostrzegalne, znikające niemal natychmiast gdy tam spojrzał.
Znowu to samo, pomyślał. Jestem zbyt zmęczony, albo zaczynam mieć manię prześladowczą. Albo obie rzeczy naraz. Jeśli ktoś by coś zauważył, już bym siedział w areszcie. Mój zespół nie składa się z durniów.
Czas, jaki zmarnował wypatrując duchów wystarczył by skała zestaliła się wokół nieaktywnego ogrzewacza. Puścił tkwiący w ścianie przyrząd, robiąc przerwę. Wygasił skaner, zdjął go z twarzy i przetarł oczy. Dookoła panował ten sam cichy mrok, towarzyszący mu od początku pracy. Chwilę węszył, ale nic nie poczuł. I dobrze. Po wstępnym przetopieniu wierzchniej warstwy, podczas wycinania tuneli, wszelkie dodatki, jakie wcześniej znajdowały się w masie asteroidy, dawno uleciały z powietrzem. Nie pozostało w niej nic co mogłoby nadać lawie zapach topionej skały. Nikt nie powinien niczego zauważyć.
Odetchnął powoli, głęboko. Już nie myślał o duchach. Jego umysł zajął inny problem. Czy będą potrzebować regeneratora powietrza? O zdobyciu skafandrów nawet nie marzył. Pilnowano ich lepiej niż bank swoich impulsów. Będzie musiał polegać na powietrzu zawartym wewnątrz kadłuba. Komory inercyjne mają swoje własne regeneratory, ale kiedyś będą musieli je otworzyć i przejść do śluzy, by opuścić statek. Co wtedy?
Kadłub był uszczelniony. Wszelkie otwory, które w przyszłości miały prowadzić na zewnątrz, teraz były zatkane twardą pianką. Objętość przestrzeni statku była ogromna. Jeśli pozostanie tu atmosfera, wystarczy jej na całe dni przebywania poza kapsułą.
Z drugiej strony... Przypomniał sobie rozkład czynności, tych wykonanych i tych dopiero planowanych. Korytarze były świeżo wydrążone; ledwie parę miesięcy temu ukończono wytapianie ostatnich odcinków. Wszystko to wykonano w próżni, nim asteroida została doczepiona do doku. Wprawdzie topiona skała była natychmiast przedmuchiwana tlenem, lecz robiono to zbyt szybko – dość by ulotniły się tylko najbardziej reaktywne pierwiastki. Nie planowano głębokiej transformacji i przekrystalizowania jej struktury. Ściany miały na zawsze pozostać takie jakie były teraz, utleniając się w sposób naturalny, podczas przelotu.
Czasem, by ułatwić oddychanie ścian, kadłub wypełniano powietrzem o składzie pół na pół tlenu i azotu. Nie wątpił iż część tlenu zostanie związana przez powierzchnię skały. Jaka – tego nie wiedział. Uznał że nie będzie musiał się martwić o pełne odtwarzanie składu powietrza, jednak chciał pozostawić możliwość jego uzupełniania.
Wystarczy jeden filtr atomowy by uzdatnić powietrze ze spalin reaktora. Na wszelki wypadek. Filtry były małe, a ich konstrukcja tak prosta że nieomal nie do zepsucia. Nikt go nie zauważy, a nawet jeśli, nie zwróci na to uwagi. Takich małych, tanich elementów było wszędzie pełno. Były częścią wielu urządzeń codziennego użytku. Miały go nawet destylarki.
Dodał zdobycie i zainstalowanie filtru do pojutrzejszych zadań. O takich drobiazgach też musiał pamiętać, lecz było ich tak wiele, że sama myśl o przeoczeniu choćby jednego nigdy nie dawała mu spokoju. O czym jeszcze powinienem pamiętać? – pytał siebie, aktywując ogrzewacz. Kolejno wyliczał w myśli pozostałe do zrobienia modyfikacje, podczas gdy ręce same wykonywały dobrze wyuczone czynności.
Powoli, lecz systematycznie, przewód znikał pod powierzchnią skały.

* * * * *

Iwen powoli zaczynał rozumieć jak działa szkoła. Tydzień, jaki minął od pojawienia się w nowej klasie, obfitował w nowe, ważne informacje, które starał się zapamiętać i poukładać. Wciąż nie wiedział wszystkiego, lecz szybko się uczył. Wciąż obserwował.
Inni chłopcy, nie tylko z jego grupy, byli zwykle równie poważni jak dorośli. Dziwne dzieci, uznał. Prawie nie kontaktowali się z rówieśnikami z innych klas, robił to tylko kapitan i wyznaczeni chłopcy. Szybko zrozumiał to, co oni wiedzieli od początku – każda informacja, jaką mógł bezwiednie zdradzić, mogła być wykorzystana przeciwko nim. Dzieci spoza grupy były potencjalnymi wrogami. Jeśli nie chciał być źródłem kłopotów, musiał nauczyć się myśleć jak inni. 
Iwen przyznawał przed samym sobą że nigdy dotąd nie został przyjęty do klasy tak szybko i tak łatwo. Arto twierdził że jego obecność wzmocni grupę i to wystarczyło by większość go zaakceptowała. Kilku chłopców nawet zdążył polubić – jak Orfiusa, który chyba jako jedyny poza nim naprawdę lubił i potrafił się śmiać i któremu Iwen, choć był słabszy od niego, imponował wiedzą, zachowaniem i niezależnością. Lecz większość nie odnosiła się wobec niego z sympatią.
Wielu było obojętnych, a kilku wręcz niechętnych. Prawie wszyscy z tych ostatnich zajmowali miejsca w tylnych rzędach. Nie lubił tego, lecz w duchu przyznawał im rację. Bili najlepszymi z najlepszych i nie mieli powodów by traktować go jak swojego. Trzymali się z daleka, gdy był w pobliżu, swoją postawą wyraźnie dając mu do zrozumienia że na razie jest dla nich nikim. Owszem, może kiedyś coś z niego będzie, lecz póki co marnował tylko powietrze i czas przydzielonych mu nianiek i opiekunów.
Nie taki był plan Iwena. Nie obchodziła go grupa, nie zamierzał angażować się w ich sprawy, chciał tylko by dali mu spokój. Wszyscy. Dlatego starał się zdobyć sympatię najważniejszych wojowników. Arto był najważniejszy, lecz – na razie – nieosiągalny. Zaczął więc szukać kogoś kto był na tyle blisko kapitana, by samą swoją znajomością z Iwenem wpływać uspokajająco na każdego kto próbowałby dobrać się do jego skóry. Szybko odkrył że nikogo takiego nie było. Ci z góry chętniej widzieliby jego porażkę niż sukces. Na Ziemi to Iwen był tym poważniejszym, sprytniejszym i mniej dziecinnym. Tu było odwrotnie.
Przez chwilę miał nadzieję że znajdzie pomoc u Derta, drugiego zastępcy, lecz to co przez porównanie z innymi wziął za życzliwość, okazało się obojętnością. Właściwie, było gorzej – Dert nie zwracał na niego uwagi, jakby nie istniał. Za to Żimmy, pierwszy zastępca, oraz trzech innych – ci wyraźnie za nim nie przepadali i bardzo chętnie mu o tym przypominali. Jak dzisiaj.

Program zajęć w nowej szkole różnił się od programu jaki obowiązywał na dole. Jednych zajęć było mniej, innych więcej, a pewnych lekcji nie było wcale, jak rysunku. Były za to takie których nie znał, jak te związane z kosmosem i podróżami. Lekcje historii były trochę inne, pełniejsze. Na dole więcej mówiono o historii Ziemi i zjednoczeniu Układu, tutaj doszła historia kolonizacji i odkryć światów Obcych, początki eksploracji kosmosu. Tu po raz pierwszy usłyszał o Tułaczach. Na Ziemi byli jedynie wzmianką, informacją że taki to a taki Tułacz dokonał czegoś jako pierwszy. Tu dowiedział się kim byli – ludźmi którzy poświęcili się badaniu odległych gwiazd. Wiedzeni wizją mistycznego kosmicznego porządku, czując kosmos całym swoim umysłem, spędzali lata w samotności, lub w towarzystwie drugiego Tułacza, przemierzając nieznany wówczas kosmos, od jednej gwiazdy do drugiej, badając je i opisując. W zwykłych okolicznościach Iwen uznałby to za fascynujące, może na tyle by samemu poszukać dodatkowych informacji, lecz nowa szkoła nie zachęcała do marnowania czasu na naukę. Ograniczył się do tego co wpadało mu przypadkiem do ucha na lekcji, gdy akurat nie potrafił sobie znaleźć zajęcia, pozwalając by jajcogłowi odwalali za niego całą robotę. Jeszcze nigdy nauka nie nudziła go tak bardzo jak przez ostatnie dni.
Jedynymi zajęciami, na których nie potrzebowali pomocy jajcogłowych, były zajęcia ruchowe. Było ich więcej niż w szkołach na Ziemi. Z początku obawiał się tych zajęć. Po zdjęciu stroju kompensacyjnego latałby po sali, niezdolny do ćwiczeń, lecz nauczyciel pozwolił mu w nim zostać.
Przebierając się, inni chłopcy dokładali wszelkich starań by ukryć swoje zbroje. On nie musiał, więc siedział i czekał aż inni skończą. Znowu się wyróżniam, pomyślał, jestem inny. Najbardziej ze wszystkiego złościło go to, że nic nie mógł na to poradzić. Mógł tylko czekać.
Nie był pewien czy podoła tutejszym ćwiczeniom. Tutejsze dzieci były niezwykle silne i zadziwiająco wytrzymałe, bał się że nauczyciele wymagają od nich proporcjonalnie więcej wysiłku. Na szczęście tak nie było. Odkrył nawet że jest najlepszy w bieganiu. Zawsze kończył wyścigi jako pierwszy. Nauczyciel go pochwalił, lecz po niechęci bijącej w spojrzeniach kolegów zrozumiał że szybkość nie jest powodem do dumy. Bardziej do wstydu. Zrozumiał to dopiero gdy wrócili do szatni.

Gdy brali prysznic mógł ocenić jak niepozornie, mimo treningów, prezentowali się jajcogłowi wobec wojowników. Niepozorność była względna – nie wyglądali gorzej od rówieśników z Ziemi, lecz dzieci na dole nie miały tej masy mięśni i tak wyprostowanej sylwetki. W porównaniu z kolegami jajcogłowi byli wyraźnie niedotrenowani. Iwen z zadowoleniem stwierdził że nie wygląda przy nich źle – ktoś z zewnątrz mógłby go wziąć za średniej klasy wojownika – lecz nie zamierzał na tym poprzestać.
Siedział sam, na ławce pod ścianą, czekając aż inni skończą się przebierać. Arto wciąż był w szatni, a instynkt Iwena podpowiadał mu by trzymać się blisko niego. Dookoła uwijały się małe automaty, chwytacze wody, wyszukując i wyłapując latające kuleczki wody, by po napełnieniu swoich zbiorniczków opróżnić je w małych otworkach w ścianie. Kabiny pryszniców były szczelne, lecz podczas ich otwierania trochę cieczy zawsze wydostawało się na zewnątrz. Patrząc na nie pomyślał że powoli zaczyna się przyzwyczajać do tych dziwnych pryszniców. Gdy wychodził z kabiny, nie rozlewał tyle wody co dawniej.
Patrząc na wysokie, wysmukłe, lecz muskularne ciało Żimmiego Iwen nie miał wątpliwości kto był najbardziej niebezpieczny. Był dobrze zbudowany, lecz nie wyglądał na powolnego osiłka. Czuło się w nim niebezpieczną proporcję siły i szybkości, w ruchach czaiła się agresja, każde napięcie mięśni świadczyło o zwinności i dobrej koordynacji ruchów. Gdy Żimmy i Arto, nadzy, stanęli obok siebie, mijając się przy kabinach, wydało mu się niemożliwe by Arto, wyraźnie niższy i nie tak dziki, mógł go zwyciężyć.
Kapitan bynajmniej nie wyglądał na ułomka. Sam jego wygląd mówił iż nawet Grejgy, najbardziej muskularny wojownik, nie byłby dla niego wyzwaniem. Jednak przy Żimmym Arto nie wyglądał na szczególnie niebezpiecznego przeciwnika. Jak Arto zdołał go pokonać i podporządkować? Czy sprawiła to wola walki, o której tyle mówił? A może dwa lata temu różnice między nimi nie były aż tak duże? Żimmy był w okresie gdy chłopiec zaczyna szybciej rosnąć, Arto jeszcze nie.
Skończywszy prysznic, większość wojowników zajęła się swoim wyglądem. Pieczołowitość z jaką zwracali uwagę na kosmetyczne detale była dla Iwena kolejną zdumiewającą, nową rzeczą. Przypominali w tym jego siostrę. Plamka na włosach Żimmiego była tylko jednym z wielu sposobów na wyróżnienie się. Dert, na przykład, miał pod prawym okiem niewielki znaczek, jakby przecinek. Wyglądał jak naturalny pieg, lecz czasem był jaśniejszy, a raz ciemniejszy. Zaplatał też kosmyk włosów na prawej skroni w niewielki, lecz efektownie wyglądający warkoczyk. Wyglądał niczym wpleciony w jasnożółtą czuprynę admiralski epolet, mimo to pasował do wyglądu, podkreślając bijącą od niego pewność siebie.
Obserwując jak Arto i kilku innych chłopców męczy się nad włosami, zmuszając je by sterczały tak jak powinny, zamiast tak jak same tego chciały, Iwen zrozumiał że każdy miał tu rodzaj własnego znaku, może kodu. Dotyczyło to także innych grup. Uczesanie, przystrzyżenie, barwne plamki, czasem nawet kolczyki. Niektórzy, choć nie Arto, modelowali włosy żelmasą – półpłynną galaretowatą substancją, zestalającą się pod wpływem impulsu elektromagnetycznego. Jej stosowanie przez dzieci trochę go zaskoczyło. Na Ziemi jedynie kobiety modelowały włosy.
Wojownicy stosowali przeróżne sztuczki by wzbogacić swój wygląd, lecz tleniona plamka Żimmiego wydała się Iwenowi najoryginalniejsza. Prosta, lecz elegancka. Z początku myślał że bardziej ekstrawaganckie ozdoby są zarezerwowane dla wyższych rangą, lecz później uznał że to raczej wina rodziców. Silniejsi nie musieli wyglądać wyzywająco, wystarczy że byli silni. W ozdabianiu się, wszyscy byli równi. Tylko jajcogłowi nie zwykli nosić takich ozdóbek, jakby nie chcieli się wyróżnić. To także była walka. Bardziej imponujący wygląd wzbudzał większy respekt. Postanowił że musi wymyślić coś dla siebie.
Ubierając się, Żimmy i Dert zaczęli cicho rozmawiać. Łatwo było zgadnąć jaki był temat.
- Pewnie to zwykły karaluch i beksa – Żimmy powiedział to głośniej, nakładając zbroję. Specjalnie stanął odwrócony plecami do Iwena – Kto inny biega tak szybko? I to w takiej ciężkiej zbroi? Dobry wojownik tego nie robi.
Rzucił uwagę niby od niechcenia, lecz Iwen wiedział kto miał ją usłyszeć. Gdyby nie zwrócił na to uwagi, jego złośliwość by się zmarnowała.
Dert umilkł. Nie patrzył w jego stronę. Większość chłopców wciąż brała prysznic w szczelnych kabinach, albo czekała przy wejściu. Niewielu usłyszało uwagę Żimmiego, lecz kilku wojowników zaczęło się uśmiechać i szeptać do siebie. Przynajmniej nie mówili głośno co sobie myślą, pocieszył się Iwen, lecz i tak wszystko się rozniesie. Sytuacje takie jak ta wciąż mu się przydarzały. Przypominały mu kim jest w oczach ważnych chłopców.
Choć próbował im to wyjaśniać, wiedział że większość nie rozumiała dlaczego nosi tę swoją zbroję. W końcu przestał tłumaczyć. Oni i tak wiedzieli lepiej, lub, jak Żimmy, myśleli że nosi ten głupi, wyróżniający go strój tylko dlatego że się boi pobicia.
Poczuł się dotknięty jego uwagą. To nic, że Żimmy był silniejszy i starszy, nie powinien tak o nim mówić. Już miał odpowiedzieć że nie jest karaluchem, lecz się rozmyślił.
- Chcesz by Nowy się sprawdził, Żim? – spytał jakiś chłopiec, chyba Żor – Może ma się rzucić na starszaka?
Kilku chłopców się roześmiało. Iwen nie od razu zrozumiał ukryty sens tych słów.
Miał tego dość. Wyprostował się, oparł plecy i tył głowy o ścianę i zamknął oczy. Jeszcze na Ziemi nauczył się że najlepszy sposób na docinki to nie zwracać na nie uwagi. Zaczął się zastanawiać czy gdyby wybrał Żimmiego do swojej walki, teraz zachowywałby się inaczej i czy dodatkowy ból byłby tego wart. Doszedł do wniosku że mógłby go traktować jeszcze gorzej. Wtedy by wiedział że jest słaby. Tacy jak on lubili dominować.
Nie wiedział dokładnie ile tak siedział, lecz gdy otworzył oczy, zrozumiał że za długo. Był sam, jedynie Arto stał przy wejściu do korytarza i bacznie mu się przyglądał. Iwen zerwał się na nogi.
- Jak się będziesz odłączał spotka cię krzywda – ostrzegł go kapitan – Nie mam czasu cię pilnować. Nie jestem twoją niańką.
Krzywda spotyka mnie i bez odłączania się, pomyślał.
Nic nie denerwowało go bardziej niż obojętność Arto. Owszem, ingerował gdy zaszła taka potrzeba, lecz Iwen nie miał złudzeń – przez większą część dnia kapitan zapominał że Nowy istnieje. Pamiętał o nim o tyle, o ile przedstawiał sobą szansę na coś, w przyszłości. Innym Iwen przynajmniej przeszkadzał, jak Żimmiemu. Dla nich przynajmniej istniał. Reagowali na jego obecność.
Na szczęście, były też chwile jak ta, gdy sobie przypominał.
- Żimmy chyba mnie nie lubi – powiedział. Iwen był dla niego nikim. Nic nie przypominało mu o tym bardziej jak takie uwagi. Żimmy musiał dobrze o tym wiedzieć.
- I co z tym zrobisz? Będziesz go unikał? Wczołgasz się do kąta? Poprosisz mnie bym im rozkazał by cię polubili? Jeśli chcesz by to się skończyło, musisz im pokazać dlaczego ma się skończyć.
Cóż, kapitan nie był od okazywania sympatii. Iwen przełknął to w milczeniu. Znów miał rację. Gdyby Arto powiedział innym by mu nie dokuczali... Na Ziemi byłby to najlepszy sposób sprowokowania innych do znęcania się. Tu pewnie tak by się nie stało, lecz w ich oczach stałby się przez to słabeuszem.
- Jak?
- Nie wiem. Wymyśl coś, zaczekaj na okazję...
Iwen nie wątpił że okazja się nadarzy. Tyle, że może go przerosnąć.
- Czy zawsze taki był? – spytał, ruszając powoli do wyjścia – Znaczy, w swojej starej grupie?
- Nie. Tam było zupełnie inaczej. On też był inny. Był nikim – powiedział to bez pogardy i Iwen pomyślał że nawet taka prawda nie jest tu tajemnicą – Czuje się ważny bo pokonał mnie w walce o przyjęcie do grupy.
Iwen się zdumiał. Żimmy wygrał...? Czyżby się pomylił? Właściwie, tak powinno być. Widział jak się różnili, po prostu... aż dotąd Iwen nie wyobrażał sobie by Arto mógł przegrać. Nie z kimś ze swojej grupy. Dla niego, był zawsze zwycięzcą.
- Był waszym kapitanem? Nie wiedziałem...
- On, kapitanem? – Arto uśmiechnął się ironicznie – Nie nadawał by się. Wtedy mógł wygrać, ale nie mógł mnie wyzwać póki nie był w grupie, więc wynik się nie liczył. 
- Ale pozwoliłeś by z tobą walczył! – zauważył.
- Myślisz że potraktowałbym cię inaczej niż Bebre? Ja, Nowy, byłbym jeszcze twardszy. Żałowałbyś tego, a Żim i tak by się czepiał. Ze starszakami różnie bywa. Musiałem wziąć go na siebie. Ty... po prostu schodź mu z drogi i nie odpowiadaj. Jest starszakiem i patrzy się na ciebie jak starszak, ale mu to przejdzie, zobaczysz.
Wszyscy mówili że Żimmy zachowuje się jak starszak, a on wciąż nie rozumiał co to znaczy. Rozumiał tylko że był inny, lecz inaczej niż Arto. Kapitan był inny na swój wyjątkowy sposób. Żaden wojownik nie mówił i nie myślał jak on. Żaden nigdy nie starał się zrozumieć. Oni po prostu przebijali się siłą do przodu.
- Dlaczego oni cię szanują? – zapytał.
Arto nie od razu zrozumiał.
- To proste. Nauczyłem ich współpracować, zamiast walczyć ze sobą. Uczyniłem grupę silną.
- Nie pytam dlaczego grupa cię szanuje. Chcę wiedzieć dlaczego oni to robią. Każdy z nich.
- Każdy z nich coś mi zawdzięcza – usłyszał po dłuższej chwili milczenia – Nie lubią o tym mówić, ale... Żimmy wie że po walce dałem mu szansę. Dert... kiedyś dałem się spisać zamiast niego. Jajcogłowi... traktuję ich jak innych. Wszyscy wiedzą że mogą mi zaufać i potrafię im pomóc. Nawet jeśli tego unikają, pamiętają. Stoją za mną, zamiast gryźć się między sobą i myśleć jak mogą wskoczyć na moje miejsce.
- A ja?
- Ty? Nie musisz mnie szanować. To nie obowiązek. Chcesz zostać to musisz być przydatny. Masz mnie słuchać albo pokonać. Sam wybierz.
- Nie chcę twojego miejsca. Nie potrzebuję go.
- Więc trenuj, nabieraj sił i unikaj kłopotów. Jesteś w grupie i nikt cię nie zostawi. Nawet Żimmy ci pomoże.
- Jak pokażę co jestem wart.
- To normalne. Musisz pokazać dlaczego mają dla ciebie nadstawiać głowę. 
Odwrócił się i wyszedł. Iwen ruszył za nim. Rozumiał dobrze to, czego Arto nie dopowiedział – kiedy już dostaniesz okazję, lepiej żebyś jej nie zmarnował.

*

Poza niechętnymi, w grupie byli tacy którym był obojętny. Byli to głównie jajcogłowi. Szybko zauważył że nie chodziło o to że jest nowy. Im nie zależało na znajomości z kimkolwiek kto nie był taki jak oni.
Byli obojętni na wszystko, także na zaczepki. Trzymali się i rozmawiali wyłącznie ze sobą. Mieli nawet swój własny kanał, na którym pisali o rzeczach których nie rozumiał żaden z wojowników. Iwen rozumiał. Kłócili się o tematy z lekcji, opowiadali historyjki, czasem wspominali coś o jakiejś grze. Wojownicy nie grali. Dla nich granie w gry było czymś niegodnym. Zabierało czas potrzebny na doskonalenie innych umiejętności. Nic dziwnego że nie mieli pojęcia o czym szepczą jajcogłowi.
Dla innych byli dziwakami, dla niego... Cóż, nie interesowali się nim, więc z początku on nie interesował się nimi. Jedynie Rejkert trochę się od nich różnił, o tyle że równie często przebywał z dowództwem grupy co z innymi jajcogłowymi. I może jeszcze Lien Kires, inny jajcogłowy. Czasami jakiś chłopiec miał jakieś pretensje do swojego opiekuna, lecz na tym kończyły się ich kontakty z resztą grupy.
Znał takich jak oni. Na Ziemi pogardzano takimi, nazywając kujonami i lizusami. Tutaj ich wiedza była wykorzystywana przez grupę a oni, choć poniewierani przez wojowników, godzili się na taki stan rzeczy. Aż tak bardzo potrzebowali ochrony, czy było w tym coś jeszcze?
Postanowił to sprawdzić. Tak jak oni, był w grupie tym gorszym. Dlaczego mieliby się nie poznać? Przynajmniej nie traktowali go z góry.
Na przerwie podszedł do swojego opiekuna. Inne dzieci zwracały uwagę na kujonów zwykle tylko w jednym celu - by stroić sobie z nich żarty. Zdobycie ich zaufania było trudne, lecz Iwenowi kilka razy się udało. Dzięki temu wiedział że choć dziwni, byli takimi samymi dziećmi jak inne, tylko lepiej radziły sobie z nauką niż ze swoimi rówieśnikami. Nie mogąc liczyć na ich uznanie, szukali go u nauczycieli i dorosłych.
- Nazywasz się Uber, prawda? – zagadnął.
Uber był opiekunem najmniej cenionych wojowników – jak on. Większość chłopców wymawiała jego imię twardo. Iwen znał je Europy, gdzie wymawiano je miękko, bo kiedyś, gdy istniało coś co nazywano francuskim, zaczynało się na H, a r wypowiadano jako przeciągnięcie e. Mimo to, zwrócił się do niego tak samo jak inni.
Uber uniósł głowę i spojrzał na niego niechętnie, z obawą.
- Czego chcesz?
- Chcę tylko pogadać – odpowiedział, uspokajająco.
- Coś takiego – odpowiedź Ubera mogłaby zamienić każdego w bryłę lodu – Wojownik chce gadać z jajcogłowym...
- Co w tym złego?
- Co złego? – Uber uśmiechnął się ironicznie – Wy zawsze chcecie tego samego. Nie gadacie z nami, tylko pokazujecie nasze miejsce. Nowy czy nie, powinieneś to wiedzieć. Może znasz się na lekcjach trochę lepiej niż te kopalniaki, ale to nie czyni cię jednym z nas.
Nawet jajcogłowy mówi na mnie Nowy, zauważył, choć już bez złości. Niemal natychmiast złapał się na tym że to była myśl wojownika. Uber miał rację. Był jednym z nich.
- Słyszałem jak rozmawiacie o grach – spróbował nieco inaczej – Też trochę grywałem, kiedyś. Grałem nawet w...
- Wojownik, który gra! – Uber spojrzał na niego dziwnie, jakby... z niedowierzaniem? Przez chwilę był zaskoczony. Potem nagle się zaśmiał. Iwen poczuł że się czerwieni – Nie, w to chłopaki mi nie uwierzą! Nowy jest graczem!
Poczuł się zawstydzony i upokorzony, jakby ktoś wymierzył mu mocny policzek. Co w tym było złego, że czasami lubił sobie pograć? Sami to robili, Uber to robił, a jednak śmiał się z niego. Próbował być miły, nigdy nie obraził ani nie uderzył żadnego jajcogłowego, a mimo to Uber wykorzystywał każde słowo by go poniżyć. Czy aż tak nienawidził wojowników, że mścił się na mnie? Nawet oni kpią sobie z Nowego...
Uber, wciąż z uśmiechem na twarzy, oparł się plecami o ścianę. Wyciągnął z plecaka małą konsolę, bardzo podobna do tych na których pracowali dorośli. Szybko zapomniał o Iwenie, pochłonięty swoją pracą. Nie to nie, powiedział sobie, nie będę więcej z wami gadał. Jestem wojownikiem, mimo wszystko. Nie jestem jednym z was, nie chcę być nigdy jednym z was. Niech wam będzie. Wygraliście.
Już miał odejść, gdy zauważył jak dwóch chłopców w jego wieku przygląda się Uberowi. Jasne, średnio długie włosy jednego z nich splecione były w małe warkoczyki, grzywka drugiego z nich, usztywniona i wysunięta lekko do przodu, przypominała krótki daszek. Szli powoli w jego stronę, wymieniając między sobą znaczące spojrzenia. Uber niczego nie zauważył; cokolwiek robił, pochłonęło go całkowicie, jednak Iwen nie sądził by to coś zmieniło w jego zachowaniu. Sam stał nieco z boku, dość by tamci nie poznali że ma z nim coś wspólnego. Nie znali go, pewnie wciąż nie wiedzieli że jest z tej samej grupy.
- I co, Uber, gdzie twoja ochrona? – chłopiec z warkoczykami na głowie uderzył dłonią w spód konsoli, tak by trafiła Ubera w twarz. Uber nie zdążył się uchylić; bezradnie zamachał rękoma, bezskutecznie próbując ją złapać nim spadnie na podłogę. Chłopiec z daszkiem przydusił go do ściany.
- Holuj się, kopalniaku – odpowiedział zaczepiony, zaciskając zęby. Iwen dostrzegł jak nerwowo splótł ze sobą dłonie, jak rytmicznie poruszał palcami. Oczekiwał że będzie się bronił, lub chociaż się zasłoni, zrobi unik, cokolwiek, ale Uber tylko stał, gdy tamten uderzył go pięścią w twarz. Uber spojrzał na niego nienawistnie, oblizując rozciętą wargę. Przeciwnik mocno nadepnął piętą na cienką konsolę.
- Pożałujecie tego! – syknął jajcogłowy.
- Pewnie! – chłopiec z warkoczykami złośliwie się roześmiał – Co mi zrobisz tym razem? Skasujesz jajcogłowcom moją pracę domową?
- Zawsze cię znajdziemy, szczurku – dodał ten z daszkiem nad czołem – i zapłacimy za wszystko, gdy nie będą cię pilnować!
Iwen uznał że powinien zareagować. Byli w jednej grupie i to on był wojownikiem.
- Ja jestem jego ochroną – powiedział, podchodząc powoli. Starał się wyglądać na pewnego siebie – Zostaw go.
- Kto? Ja? – chłopiec z warkoczykami spojrzał na niego z ironicznym grymasem na twarzy.
Zmierzyli się wzrokiem. Iwen nie miał złudzeń co do wyniku starcia. Bał się tego czym się może skończyć, więc nadrabiał miną. Na dole zwykle to wystarczało, lecz nie tutaj.
Nie byli zainteresowani tym, co Iwen nazywał wstępem. Od razu przeszli do rzeczy. Chłopiec z daszkiem zareagował szybko, drugi zaraz po nim. Kilka ciosów i Iwen leżał skulony na podłodze.
- Coraz lepiej – odezwał się chłopiec z warkoczykami – Kolejny jajcogłowy. Chyba mam dobre rozjaśnienie.
- Nie wiedziałem że Jeźdźcy Smoków zmuszają jajcogłowych do samoobrony – kąśliwie dodał ten z daszkiem. Zwrócił się do Ubera – Czas dołączyć do kolegi...
Iwen był pobity, lecz nie tak bardzo jak po walce z Bebrem, czy po nauczce od starszaków. Nie znali go, więc byli ostrożni. On nie zamierzał.
Zerwał się na nogi. Chłopiec z daszkiem natychmiast go podciął. Znowu wylądował na podłodze. Jego przeciwnik uśmiechnął się złośliwie. Iwen wpadł w gniew, lecz nim znów zdołał wstać, spostrzegł za ich plecami Arto. Bez ostrzeżenia, kapitan kopnął chłopca z warkoczykami z półobrotu w plecy, aż jęknął i zwalił się prosto na Iwena. Drugi otrzymał cios w bok, w żebra. Nawet nie miał czasu by się odwrócić. Skulił się, lecz nie upadł. Arto poprawił łokciem w kark. Chłopiec przyklęknął, niemal u stóp Ubera.
Chłopiec z warkoczykami spróbował wstać. Iwen, całkowicie odruchowo, zgiął prawą rękę w łokciu i uderzył, rozwalając mu nos na miazgę. Z satysfakcją pomyślał że mógł go nawet złamać. Niczym słoneczne promienie, warkoczyki rozsypały się wokół jego głowy, gdy uderzył potylicą w podłogę. Zastanawiał się jeszcze nad kopniakiem kolanem w brzuch, lecz zrezygnował. Pozwolił mu uklęknąć. Mimo wszystko, to nie było jego rozjaśnienie.
Uderzony chłopiec zakrył dłonią silnie krwawiący nos i łypnął wściekle na Iwena. Arto schylił się. Chłopiec odwrócił się i spojrzał na niego z obawą, lecz Arto sięgnął tylko po uszkodzoną konsolę. Martwy, elastyczny ekran przecinało wyraźnie widoczne pęknięcie.
- Zapłacicie za to, całą grupą. Powiedz Pilpowi że nie pozwolę na niszczenie sprzętu – ostrzegł chłodno, wręczając ją Uberowi – Sprawdź czy nic nie przepadło.
Obaj chłopcy spojrzeli z gniewem na Arto. Ten z warkoczykami obejrzał się na Iwena, jakby chciał oddać, lecz wstał tylko i odszedł, trzymając rękę na twarzy. Drugi chłopiec poszedł za nim. Żaden nic nie powiedział, lecz ich rzucone na odchodnym, milczące spojrzenia zrobiły to za nich. Jeszcze się spotkamy, mówiły.
Iwen nerwowo oblizał wargi. Bycie Nowym miało swoje dobre strony, lecz docenił to dopiero gdy je stracił. Większość chłopców miała swoich zaprzysięgłych wrogów. Przyczyny były różne, ale wszystkie wypływały ze starych konfliktów, dziś będących powodem zarówno do żartów, jak i bójek czy ucieczek.
Jeszcze wczoraj zastanawiał się czy i jemu przytrafi się coś podobnego. Dziś miał własnych wrogów. Tydzień bez bijatyki był długim okresem czasu, ale nie miałby nic przeciwko jego przedłużeniu, nawet dziesięciokrotnie. Było za późno by się wycofać. Mógł przeprosić się z Bebrem, lecz z nimi... Niemal żałował że uderzył tamtego chłopca, lecz to był odruch. Należało mu się, usprawiedliwił się w duchu, sam zaczął. W tej szkole mam prawo się bronić i mam prawo się zemścić.
Myśl że bronił swoich interesów pojawiła się znacznie później. Wciąż nie myślał tymi kategoriami. Wiedział jedno. Może był słaby, lecz miał wolę walki. Nie zamierzał zostać bezwolnym popychadłem, byle jajcogłowym, jak Uber. Jeśli taka była tego cena to trudno. Potrafił uderzyć i dobrze oddać, a w razie potrzeby wiedział gdzie mierzyć na przyszłość, by nawet tacy jak oni poczuli to najbardziej. To powinno wystarczyć by go sobie zapamiętali.
Lecz najbardziej dziwiło go że jajcogłowy nie próbował mu pomóc. Cały czas stał z boku i obserwował. Nie zrobił nic, odsunął się tylko, pozwalając się bronić, pozostawiając go samego z dwoma przeciwnikami. A razem mogliby dać im radę...
Pamiętał co powiedział Grejgy na jego pierwszym treningu, lecz żadna rozmowa nie uzmysłowiła mu tego że jajcogłowi nie walczą. Nigdy. Nie widział by kiedykolwiek się bronili. Dlaczego?
- Dobrze że broniłeś swojego jajcogłowego – Arto przerwał jego rozmyślania – To nasza funkcja. Ale spróbowałeś choć wiedziałeś że nie masz szansy. Marnujesz siły.
- Muszę bronić swoich ocen – odpowiedział.
- Jesteś za słaby. Zacznij oceniać swoje możliwości. To ważne. Bez tego...
Zrozumiał. Wstał z podłogi. Spojrzał na jajcogłowego. Uber kiwnął głową i odszedł. Jeśli Iwen spodziewał się podziękowania, musiał zadowolić się rozczarowaniem.
- Kim byli ci dwaj, kapitanie?
- To Rajza i Sochn, z Dzikiego Pazura. Czasem z nimi współpracujemy, ale ostatnio mamy mały problem. Uważaj na nich. Orfius powinien częściej z tobą chodzić.
- Miał coś do załatwienia – odparł krótko. Orfius wstydził się z nim chodzić, lecz Iwen wolał go kryć niż oskarżać. Nie miał tu zbyt wielu prawdziwych kolegów – Ty też jesteś sam...
Arto splótł ręce i kiwnął głową, wskazując coś za plecami Iwena. Odwrócił się. Żimmy, Dert i Basakis czekali kilkanaście metrów dalej.
- Nigdy nie chodź sam. Nigdy. Nie mam czasu być twoją trzecią niańką.
Kolejne upomnienie. Iwen miał ich powyżej uszu, lecz milczał, bo było słuszne.
- Dlaczego napadli Ubera? – spytał po chwili – Znają się, prawda? Zawsze go biją? – i czy zawsze Uber pozwala się im bić, pomyślał.
Arto skinął głową.
- To stara sprawa. Kiedyś pobili go na korytarzu, więc Uber i Lien włamali się do ich systemu i odcięli ich na sprawdzianie. Musieli go zdawać jeszcze raz, sami, bez pomocy jajcogłowych. Od tego czasu ciągle się ścigają. Uber mści się na lekcji, a oni na przerwie. Normalka.
Normalka...
Poczuł wstyd. Został obrońcą jajcogłowych, choć sam potrzebował ochrony kapitana. Był wdzięczny za pomoc, lecz jeśli to się zacznie powtarzać, stanie się obiektem drwin. Musiał zacząć radzić sobie sam.

* * *

Po zajęciach odbył się kolejny trening. Choć Grejgy jak zawsze wyciskał z niego wszystkie siły, Iwen spostrzegł że choć Arto z początku sam prowadził ćwiczenia, to przerwał je godzinę wcześniej i oddał prowadzenie Żimmiemu. Zdziwiło go to tym bardziej że kapitan nie wydawał się tak rozkojarzony jak wtedy gdy zniknął. Choć był zajęty bardziej niż reszta grupy, Iwen był jedynym który zdawał się dostrzegać bezczynność stojącego z boku kapitana. Poczuł że jest oceniany. Nie przyłapał kapitana na spoglądaniu w jego stronę, lecz był pewien że od czasu do czasu obserwuje on jego ruchy, analizując, oceniając dokonane postępy.
Wreszcie Grejgy go zwolnił. Minęło najgorsze zmęczenie. Iwen podszedł do kapitana. Inni wciąż ćwiczyli, lecz to nie na nich skupiała się uwaga Arto. Obserwował jajcogłowych. Czy Arto mógł wyjaśnić zachowanie Ubera? Skoro zmuszał ich do ćwiczeń, musiał wiedzieć dlaczego są, jacy są.
Arto obserwował jak Żor zmuszał ich do wysiłku. Wydawał się zamyślony, przynajmniej na ile ktoś tak czujny mógł sobie pozwolić. Spostrzegłszy zbliżającego się Iwena skinął lekko głową, lecz nie odwrócił jej w jego stronę. Mógł go dostrzec najwyżej kątem oka, lecz to wystarczyło by go rozpoznał. On jest chyba po części jednym z nich, pomyślał wtedy. Tak jak on, nie myślał żaden wojownik, nawet Dert czy Żimmy. Żaden z nich tak nie oceniał, nie przewidywał. Przypominało mu to dzielenie się strategią gry między jajcogłowymi. Obiecał sobie że nie będzie więcej z nimi rozmawiał i zamierzał tej obietnicy dotrzymać. Mógł za to porozmawiać z Arto – jeśli mu na to pozwoli.
- Ćwiczą, choć nie lubią – zauważył, stając tuż obok – Rozumieją po co, czy tylko wykonują rozkaz?
Kapitan wiele razy powtarzał narzekającym jajcogłowym że szkoła to ból. Mówił że muszą stać się bardziej wytrzymali, nawet jeśli tego nie chcą, bo są gdzie są i nic tego nie zmieni. Nie potrafił odmówić mu racji, a jednak...
- Wiesz co starszaki mówią o jajcogłowych? – Arto nie odwrócił się do niego – Że trzeba ich dobrze trzasnąć, by robili co do nich należy. Ale nie u nas – w jego głosie zabrzmiała nuta satysfakcji – Nie chcą tego, lecz rozumieją że to jest potrzebne. Tylko widzisz, Nowy... Rozumieć to jedno, ale nadrobić kilka lat umiejętności to już zupełnie co innego. Oni to wiedzą. Gdybym im pozwolił, przestaliby ćwiczyć. Nie wierzą że mogą nas dogonić, wolą się poddać, bo tak jest łatwiej. Każdego można nauczyć walczyć, jeśli tylko tego zechce, ale czasami zajmuje to tyle czasu że to się nie opłaca.
- Też tak uważam – przyznał – Myślę że wielu nie bije się tylko dlatego, bo nie musi. Znaczy, na Ziemi. U was, musi to robić każdy.
Arto wreszcie odwrócił głowę w jego stronę i po raz pierwszy szczerze się uśmiechnął. Na chwilę znikł dystans jakim oddzielał się od Nowego.
- Wreszcie ktoś kto rozumie co myślę – powiedział – Wiesz dlaczego musisz trenować ciężej niż inni, prawda?
Iwen przypomniał sobie treningi. Nie tylko ten dzisiejszy, także wszystkie inne. Cztery godziny ciężkich, codziennych, forsownych ćwiczeń, rozciągania i zginania mięśni o których wcześniej nawet nie wiedział że je ma. Za to wtedy przypominały mu o swoim istnieniu, boleśnie i stanowczo protestując przed tak bezwzględnym traktowaniem.
Grejgy nie szczędził mu trudów. Zawsze robił to samo co Iwen, tyle że wykonywał wszystko szybciej. Gdy czuł jak miękną pod nim nogi, Grejgy ledwie się pocił. Wracając do domu czuł się jakby szedł na krótkich szczudłach. Wiedział że kiedyś to minie, kiedyś będzie taki jak oni, jeśli tylko wytrzyma ten najgorszy początek. A że sam zaczynał prawie od zera, mógł sobie wyobrazić co czują jajcogłowi.
- Wiem. Ale niełatwo was dogonić – przyznał otwarcie.
- Twardy robi co może – inni chłopcy czasami tak mówili na Grejgiego – Jasne, nie od razu staniesz się prawdziwym wojownikiem, ale to nie jest najważniejsze. Tego można się nauczyć. Większość nie zauważyłaby dobrego wojownika nawet gdyby ten ugryzł ich w dupsko – znów spojrzał na trenujących jajcogłowych – Wiesz dlaczego jajcogłowi nie walczą? Znaczy, na początku, gdy jeszcze są mali.
Rzucił to pytanie niejako od niechcenia, lecz Iwen odgadł że nie zrobił tego bez powodu. Rzadko kiedy Arto robił coś bez powodu, choć odkrycie go zajmowało Iwenowi trochę czasu.
Porozmawiali jeszcze o kilku innych rzeczach, lecz Arto nie wrócił już do tej sprawy, jakby o wszystkim zapomniał. Sprawdzał go? Kolejna próba?
Pytanie Arto było bardzo dobre. Dlaczego jedni walczyli, a drudzy nie? Czym różnił się jajcogłowy od wojownika? Też miał ręce, nogi, głowę i oczy, też mógł nauczyć się walczyć. Różnica musiała tkwić w środku, w ich głowie. Iwen postanowił, że to odkryje. Sam, by przekonać się czy jest tak dobrym obserwatorem jak myślał.
Wrócił myślami do pierwszej rozmowy z Grejgiem. Czy miał rację? Spojrzał na kapitana. Może jajcogłowi nie są wcale tacy słabi jak sądzi. Rozum potrafi nadrobić braki w sile, a gdy idzie w nią w parze, wtedy nic nie może go powstrzymać. Bez jajcogłowych grupa nie mogłaby istnieć, lecz ci nie wykorzystywali swojej pozycji. Niczego nie próbowali zmienić.
Czegoś im brakowało... i teraz zrozumiał czego.
Miał rację. I miał ją Grejgy. To nie siły brakowało jajcogłowym, lecz woli walki. To ona czyniła chłopca wojownikiem. Tego szukał w nim Arto, gdy kazał mu się bić. I znalazł to. Iwen nie był jak jajcogłowi.
Pamiętał ich niezbyt czujne, zamyślone spojrzenie, jakby trochę tu, lecz zwykle gdzie indziej. Czasem byli tak nieuważni że ochroniarze musieli ich odciągać z drogi starszaków. Zupełnie jakby nie potrafili odnaleźć się w rzeczywistości. Przyzwyczajali się do bycia tym kim byli, jak przyzwyczajali się do tego wojownicy. Jajcogłowi byli od nich mądrzejsi, rozumieli prawdziwe znaczenie tak pogardzanej funkcji. Wojownicy mogli o nich myśleć co chcieli, mogli nimi gardzić, lecz pamiętali że ich potrzebują.
Pozwalali się poniżać, nie próbując zyskać należnego szacunku. Ich twarze mówiły zawsze to samo – jeśli mnie potrzebujecie, to zapewnijcie mi spokój. Obie funkcje były potrzebne grupie, to prawda, ale żaden chłopiec nie uzna że zostanie słabym jajcogłowym, bo taka jest potrzeba. Raczej będzie walczył o pozycję. Dla nich było lepiej tak, jak było. Dlaczego? Czuł że doszedł ledwie do połowy rozwiązania. Nieważne jak mocno próbował myśleć, wciąż czegoś mu brakowało. Brakowało przyczyny.
Ćwiczenia dobiegły końca. Pozostawieni samym sobie, chłopcy zaczęli grać w jakąś dziwaczną grę. Uczestniczyła w niej jedna para, inni jedynie się przyglądali, by potem zamienić się z którymś z graczy. Stawali naprzeciwko siebie i na przemian wymieniali ciosy. Część wojowników rozmawiała o swoich sprawach, część przyglądała się rozgrywce. Niektórzy żartowali na temat jej przebiegu, inni komentowali każde uderzenie, z powagą rozprawiając o najskuteczniejszych technikach. Jajcogłowi, jak zawsze, zebrali się gdzieś na boku, nie zwracając uwagi na wojowników.
Iwen przyjrzał się uważniej pojedynkującej się parze. Nie, nie udawali, jak z początku sądził. Ze zgrozą zrozumiał że bili się na poważnie. Zadanie atakującego było proste – wyprowadzić mocy i szybki cios, trafić tam gdzie zaboli najbardziej. Nie szczędzili sił, lecz starali się zadawać naprawdę poważnych obrażeń. Obrońca miał tylko dwa wyjścia – albo wykonać unik, albo mężnie znieść uderzenie. Reguły zdawały się zabraniać odbijania ciosu, czy wykonania zasłony.
Gra zdawała się mieć dwa poziomy – pierwszym było wytrzymanie bólu, drugim – zachowanie sił. Gracz który osłabł jako pierwszy, lub jako pierwszy stracił refleks, natychmiast zamieniał się w worek treningowy.
- To wytrzymanka – wyjaśnił Arto – Albo uczyni cię szybkim, albo twardym. Wygrywa ten kto zniesie najwięcej.
Gra nie pozostawiała innej możliwości. Taki zresztą wydawał się być cel tej... zabawy. Skrzywił się, widząc jak jeden z wojowników uderzył drugiego w czułe miejsce. Trafiony chłopiec zniósł to lepiej niż obserwujący go Iwen. Nie był pewien czy sam by tak potrafił. Uderzał tylko po to by zranić.
- To... potrzebne?
- Przyzwyczaja. Gdy dorwą cię starszaki, postąpią z tobą gorzej.
- Lepiej się przygotować... – powiedział cicho, bez przekonania.
Jeden z chłopców, Dert, zauważył Iwena. Machnął ręką.
- Zagrasz z nami, Nowy? – zaproponował – Wojownik musi ćwiczyć wytrzymałość.
Dert nie był złośliwy. Być może nie w pełni rozumiał co taka zabawa znaczy dla Iwena. Dla niego coś takiego było pewnie normą. Iwen zrozumiał że nie ma wyjścia. Mógł odmówić i być może niektórzy by to zrozumieli. Lecz tylko niektórzy.
- Powinieneś się przyłączyć – powiedział spokojnie Arto, lecz ton głosu nie pozostawił cienia wątpliwości co do intencji. Jeśli chodziło o odgadywanie myśli, kapitan był mistrzem.
- Wiem, ale...
Nie potrafił ukryć przed nim bólu jaki sprawiała mu myśl że będą z nim robić to co robili ze sobą. Ledwo się powstrzymał by nie zwiesić głowy ze wstydem, by nie pokazać jak bardzo był przerażony.
- Wiesz co? Chciałeś mnie wyzwać – głośno oświadczył Arto, tak by inni to usłyszeli – Może zagramy, zamiast tego? Przekonasz się czy byś ze mną wytrzymał.
Wojownicy uznali to za dobry pomysł. Iwen spojrzał na niego dziwnie. Czyżby chciał go zbić? Lecz w spojrzeniu kapitana dostrzegł tylko zrozumienie.
- Nie mogę dać ci wygrać – dodał po cichu – ale mogę cię oszczędzić. Inni tego nie zrobią.
Rozumiał to, choć ciało niemal kuliło się w proteście. Mógł się bać, lecz przed pewnymi rzeczami nie zdoła uciec. Musiał się nauczyć je znosić, a to był ich sposób uczenia.
- Zróbmy to – powiedział głośno, z całą z pewnością siebie na jaką było go stać.
Odwrócił się i podszedł do kolegów. Wierzył że będzie bolało, i to bardzo. Lecz wierzył także że Arto był kimś komu mógł zaufać, jeśli chodziło o sprawy grupy. Z jakiegoś powodu, kapitanowi zależało by stał się jednym z nich, i to zależało bardziej niż Iwenowi.

* * * * *

Od rana Arto zastanawiał się co się dzieje z Tygrysami. Minęły dwie doby od kiedy wcielił swój plan w życie – aż nadto by ujrzeć wyniki. Egino działał szybko i energicznie, choć tym razem okazał się bardziej gadatliwy niż przypuszczał.
Przekonał się o tym na własnej skórze, gdy odpowiedź na jego pytanie znalazła go sama. Mira był wściekły. Było widać że niedawno ktoś się do niego dobrał. Szukał kogoś na kim mógłby się wyżyć – najlepiej kogoś winnego. Dwa szerokie, czerwone pasma, biegnące od grzywki znad ciemnych oczu aż do karku nadawały jego twarzy bardziej złowieszczy wygląd niż zwykle. 
- Brać go! – polecił Mira.
Jego towarzysze przyszpilili Arto do ściany za ręce i nogi. Nie pierwszy raz przychodziło mu płacić cenę za wtrącanie się w sprawy starszych. Baczniejsze przyjrzenie się Mirowi zdradziło Arto coś jeszcze. Mira był nawalony. Sięgnął po wszystko by się zemścić i utrzymać władzę. Nie będzie sobie żałował.
Spojrzał na Żimmiego. Był tylko o rok młodszy od Tygrysów, tak jak Arto był o rok młodszy od niego. Oby nie naszła go ochota by czegoś spróbować. Ledwie dostrzegalnie pokręcił głową. Żimmy się cofnął.
- Pozdrowienia od Egina! – Mira stanął przed nim. Rozprostował palce i zacisnął prawą pięść. Cios był mocny. Głowa Arto odskoczyła w bok, uderzając prawą skronią o ścianę. Na pierścieniach starszaka zalśniła krew z rozcięcia nad lewym policzkiem. Mira cierpliwie poczekał aż uniesie głowę i uderzył ponownie. Ulżyj sobie, pomyślał jak przez mgłę, czując że traci czucie w szczęce. Jeśli mi się uda, już niedługo będziesz kapitanem. A jeśli nie... wkrótce to samo zrobi ze mną Aristo. Mógł mieć tylko nadzieję że do tego nie dojdzie. Znał Egina. Każde podejrzenie traktował równie bezwzględnie, nie wnikając w jego prawdziwość. Rządził siłą i lubił ją okazywać, zaś narkotyki zamieniały go w bezwzględnego mściciela. Nigdy niczego nikomu nie podarował. Nie wierzył by Mira spróbował mu cokolwiek tłumaczyć. Przyznając się że został obity za sprawą młodszaka zyskałby tylko pogardę i narobiłby sobie wstydu.
Po kilku kolejnych ciosach Arto zaczął się liczyć z tym że malowanie nie wystarczy i że może być zmuszony opuścić kilka następnych lekcji. Mirze musiało o to chodzić. Choć odurzony, chciał by zemsta była jak najdotkliwsza.
W końcu dał znak swoim ochroniarzom by go puścili. Arto zwalił się na podłogę.
- Do jutra, zaropiały szczurze! – wysyczał tuż przed kopniakiem na pożegnanie. Ból z krocza zmusił Arto do zwinięcia się w kłębek. Jak dobrze pójdzie, nie będzie żadnego jutra. Wiedział to tylko on i Aristo, lecz jego umysł był zbyt zamglony by myśleć o tym akurat teraz.
Mira odszedł. Żimmy podniósł go z podłogi, pomagając stanąć na nogi. Gdy oparł się na ramieniu Żimmiego, jego obitą twarz rozciągała bolesna parodia uśmiechu.
- Ty chyba lubisz tak obrywać – Żimmy spojrzał na niego z niepokojem w oczach – Przyznaj się. To ty ich na siebie napuściłeś? Jesteś szalony! Nie wiem jak i po co, lecz tylko patrzeć jak zaczną nas bić. Tyle mówisz o odpowiedzialności za grupę...
Ledwie przez chwilę myślał że Żimmy może mieć rację. Czasem warto ryzykować, czasem nie. Lecz z jakiegoś powodu, on ryzykował zawsze.
- Nie safną – wybełkotał przez puchnące wargi – Alisfo nie pofoli.
Z trudem składał język do niektórych głosek, lecz Żimmy był przyzwyczajony do trudności w mówieniu po spotkaniu ze starszakami.
- Aristo? A co on ma do tego? To Mira...
Żimmy wybałuszył oczy i rozdziawił usta. Wyraz nagłego zrozumienia rozlał się na jego twarzy. Posąg zdziwienia, pomyślał. Nic nie mogło pokazać wyraźniej jak bardzo jego pierwszy zastępca nie zna się na takich sprawach.
- Ale jak...? – wydusił z siebie.
- Faśnie fak – Arto kiwnął słabo głową w kierunku w którym odszedł Mira. Od razu tego pożałował – Nie mal sę, sam za fo zafasę – uśmiechnął się szerzej i niemal od razu przyłożył dłoń do policzka.
- Jesteś wariat – Żimmy pokręcił głową – Aristo nie kiwnie palcem jeśli to mu się nie opłaci. Po co się narażać? Tylko ty się w to bawisz i oto co z tego masz. Myślisz że on będzie lepszy?
Arto sięgnął do kieszeni, ruchem niepewnym i drżącym, niczym u niemowlaka. Z trudem wydobył chusteczkę. Przetarł usta, wypluł krew.
- Musi byś. Jes mi soś finien – odpowiedział trochę wyraźniej. Będzie winien przysługę. Przysługę wartą więcej niż rozcięta skóra, ból, niewyraźna mowa i podbite oczy. To minie, jak tylko Żo nastawi mu szczękę.
Tam gdzie dwóch się bije, trzeci zawsze korzysta, mawiał Dael. Korzysta zwłaszcza wtedy gdy wie jak skłonić tę dwójkę do walki. Lecz póki Miro nie ochłonie i pogodzi się ze zmianą, Arto będzie musiał częściej trzymać się grupy, miast paradować jedynie w towarzystwie Żimmiego. Nie lubił wlec ze sobą połowy grupy, lecz być może przyjdzie mu to robić bardzo długo. Być może na zawsze.

*

Dwie lekcje później czuł się już znacznie lepiej. Przeszły kłopoty z mówieniem, za to Dert spóźnił się na zajęcia o całe pięć minut. Obawiał się że to kolejne dzieło Mira i że tym razem nie tylko on zapłaci za swoje pomysły, lecz powód okazał się inny. Wyjaśniła go wiadomość, którą dostał wkrótce po podłączeniu konsoli jego drugiego zastępcy do systemu grupy.
„Jakiś dwojak z 2b chce pogadać na następnej przerwie mówi że będziesz zainteresowany ale nie powiedział czym”.
„Któraś z naszych mrówek”.
„Nie znam go zlejemy go co ty na to zawsze to jakaś rozrywka”.
Tak, rozrywka. Jego wojowników bawiło pokazywanie młodszakom gdzie jest ich miejsce. Nie to żeby sam nigdy tak nie robił. Czasami było to konieczne, poza tym to było dobre narzędzie by nauczyć ich posłuchu, lecz znał lepsze metody.
Niemniej, zaczął rozważać czy powinien się interesować czymś takim, czy po prostu wysłać Żimmiego i Derta by zbili go za bezczelność. Czym mógłby go zainteresować byle dwojak?
„Zobaczymy dowiedz się czegoś o jego bandzie”.
Dert się uśmiechnął.
Mimo wszystko, Arto był ciekaw. Dwojaki rzadko odważały się na takie rozmowy. Większość z nich była zastraszona przez trojaki, unikała ich niczym plazmy i panicznie bała się choćby zbliżyć do kogokolwiek starszego od siebie. Z jakiegoś powodu, ten młodszak zachowywał się inaczej. Tacy jak oni nie mieli swoich systemów, więc nawet gdyby znał jego sygnaturę i połączył się z jego konsolą, nauczyciel młodszaka poznałby że z kimś rozmawia. 

Dwojak – nazywał się Karros – nie był ani wysoki, ani mały, za to bardzo pewny siebie. Przyszedł sam, co rozczarowało Derta i Żimmiego; teraz obaj niecierpliwie czekali na okazję. Jeśli znajdzie się powód, nie będzie miał nic przeciwko jej dostarczeniu.
- Dobra, jestem – ostrzegawczo rozprostował palce, aż strzeliło w knykciach. Młodszak niezbyt się tym przejął – Przyszedłeś tylko po lanie, czy chcesz zaliczyć coś poza tym?
Malec stanął dwa kroki przed nim. Spojrzenie miał pewne, lecz Arto z zadowoleniem zauważył jak chłopiec nerwowo ściska swoją rękę. Był spięty, choć z tym walczył. Jego umysł już potrafił się odciąć od lęków ciała i podświadomości. Nieźle, jak na jego wiek.
- Chciałbym, jeśli mogę, prosić o ochronę dla mojej grupy – oświadczył pewnym głosem.
Więc dlatego ryzykował. Gdyby Karros od razu oznajmił Dertowi w czym rzecz, Arto nawet by nie chciał z nim gadać. Niemniej jego słowa odrobinę go zaintrygowały. Zawsze mógł go wysłuchać, a potem pozwolić zbić.
- Grupy? – spytał niedbale – Od kiedy to dwojaki mają grupę? A ty niby jesteś kapitanem?
Pierwszaki i dwojaki nie miały grup, kapitanów, ani nazwy. Jeszcze nie potrafiły się zorganizować, były po prostu bandą dzieciaków, z jakimś nieoficjalnym przywódcą, który często się zmieniał i rzadko kiedy był w stanie nad nią zapanować. Dopiero trzeciaki, jeśli ustaliły wśród siebie jakąś hierarchię, mogły zostać uznane za prawdziwą grupę, partnera w interesach i w walce.
Karros zacisnął zęby. Uwaga Arto wyraźnie go rozdrażniła.
- Dla mojej klasy – poprawił się ze skrywaną niechęcią – Chcemy należeć do was.
Młodszak nie wyglądał na speszonego czy wystraszonego. Stając przed Arto, zachował należyty szacunek, lecz swoim zachowaniem pokazywał że dostaje go tyle, ile sam uznał za stosowne i ani słowa więcej. Słabo nad sobą panował, lecz miał dość odwagi by żądać tego spotkania, przyjść na nie i odpowiadać na docinki.
- A ja chcę mieć myśliwiec – odpowiedział ironicznie, używając popularnego zwrotu, jakby stworzonego na tę okazję. Rozejrzał się z udawanym zdziwieniem – Czy ktoś mi go dał?
Jego towarzysze roześmieli się. Karros zagryzł wargi i spuścił wzrok, w milczeniu przełykając gorzką pigułkę upokorzenia.
- Możesz prosić o ochronę – Arto litościwie położył temu kres, okazując swoje rosnące lekceważenie – lecz nie widzę powodu by Smok miał zauważyć waszą żałosną obecność.
- Dobrze zapłacimy! – wyważona i niezbyt złośliwa odpowiedź Arto rozochociła młodszaka.
- Dobrze zapłacimy? – przedrzeźnił go Arto – Dwojak który dobrze płaci?
- Damy wam tyle podatku ile dają czworaki – Karros odpowiedział jednym tchem, bojąc się końca rozmowy – Czy to wystarczy?
Arto spojrzał na Żimmiego. Wyraźnie swędziała go ręka. Uśmiechnął się w myśli. W przeciwieństwie do Żimmiego, rozmowa zaczynała bawić. Chłopak był całkiem bystry i dość zawadiacki, lecz nie starał się być bezczelny. Pamiętał że Arto przewyższa go co najmniej o półtorej głowy. Wyważona zuchwałość malca zwyczajnie go śmieszyła, zwłaszcza gdy tamten, stojąc tuż przed nim, śmiało patrzył mu prosto w oczy, zadzierając głowę niemal tak bardzo jak tylko mógł ją unieść. Zupełnie jak on, gdy był w jego wieku.
Pokręcił lekko głową. Żimmy był wyraźnie rozczarowany, Dert trochę mniej. Młodszak wiedział kogo wybrać. Jeśli naprawdę mieli taką sumę, nie mogliby jej lepiej wydać. Wiążąc się umową ze Smokiem, zapewniali sobie ochronę aż do połowy szóstaków włącznie. Oczywiście, jeśli Smok się zgodzi, zaś Smok to Arto.
Czy się zgodzi?
Normalnie, zastanowiłby się czy warto marnować siły na dwojaków. Smok zwykle nie obsługiwał drobnicy. Grupa o ich pozycji nawet nie chciałaby się na nich wysikać. Starsi uczniowie czyścili ich ze wszystkiego, nie oglądając się na nic, nawet na terminy. Pierwszaki i dwojaki były najniższą i najsłabszą warstwą w szkole, niedoświadczoną i całkowicie niezorganizowaną. Drobnica mówiła że dobrze zapłaci, lecz ich podatek mógł okazać się zwykłą fikcją. Nawet jeśli mieli jakieś impulsy, kto inny mógłby je łatwo sprzątnąć sprzed ich nosa.
Jednak był jeden silny argument za przyjęciem oferty – pogłoski o nadchodzących zmianach. O kryzysie.
Zmiany jak ta zawsze nadchodziły nagle. Te najgorsze zawsze z zewnątrz. Nikt nie miał na nie wpływu. Dorośli znów mówili o trudnościach. Zarządzająca stacją korporacja planowała obniżyć pensje podstawowe, a Arto wiedział że gdy tak mówią, to tak się stanie. Znowu zaczną się zwolnienia. Wkrótce skutki tych działań dotkną także szkołę. Dorośli będą miej zarabiać i mniej dadzą dzieciom. Starszaki zaczną ich częściej nachodzić z podatkami. Smok był silny, nie musieli kupować protektoratów, lecz lepiej mieć za dużo, niż za mało. Sam, jako uczeń i wojownik, nie miał się czego obawiać. Miał dużo znajomych, rodzice dawali mu niewielkie impulsy gdy tylko poprosił, o nic nie pytając. Nie zauważyłby że coś się zmieniło – w przeciwieństwie do reszty grupy.
Pamiętał też o module dla Rejkerta. Rozumiał jak bardzo pomógłby on jajcogłowym, lecz nie miał z kim i za co się wymienić. Jedynym wyjściem byłby zakup za impulsy, lecz ceny starszaków były wysokie, a on nie chciał w takiej chwili opróżniać kasy.
Nie liczył że dwojaki są w stanie zdobyć takie fundusze, lecz coś musiały zdobywać. Jeśli zaś, jak przypuszczał, klasa tego młodszaka była już zorganizowana, choćby częściowo, dochód mógł być odpowiednio większy, a i praca przydzielonej im ochrony byłaby łatwiejsza, bo dzieciaki trzymałyby się razem, zamiast bezładnie włóczyć się po całej szkole. Z zebranych przez Derta informacji wynikało że 2b różniła się od rówieśniczych grup. Była gotowa do interesów. W oczach Arto malec już teraz zasługiwał na prawdziwy tytuł kapitana. Dobrze zorganizowana grupka mrówek byłaby niezwykle użyteczna.
- Zapomniałeś o haraczu – powiedział po chwili milczenia. 
Był to rodzaj zwyczajowej, pierwszej dużej wpłaty na przyszłą umowę. Podatek można było spłacać w ratach, lecz haracz był płacony od razu. Rzadko kto miał taką sumę na starcie, tym bardziej dwojaki, lecz młodszak nawet nie mrugnął.
- Dwa razy tyle w towarze co za jeden podatek, od każdego z nas – powiedział. Niedużo, uznał Arto, lecz jak na dwojaków to całkiem sporo.
- Musisz się lepiej postarać by mnie zainteresować, jasne? – stwierdził – Jeźdźcy Smoków traktują swoich podwładnych poważnie. Nie jesteśmy jak inne grupy i nie zadowalamy się byle czym. Cztery razy tyle.
- Zgadzacie się?
Żadnej chwili namysłu. Dzieciak był całkiem zdecydowany, a jego grupa – dziwnie bogata. Zbyt bogata, by nikt nie próbował tego wykorzystać.
- Należycie do kogoś? Gadaj prawdę! I tak się dowiem, a wtedy...
Młodszak się zmieszał. Nerwowo przełknął ślinę.
- Do Dzikiego Pazura... ale cisną nas zbyt mocno! – dodał szybko, z przejęciem – Nie grają uczciwie! Wcale nas nie chronią i biorą więcej niż się umówiliśmy. Nie możemy płacić tyle ile chcą!
- Więc chcecie się od nich wykupić, przez nas, tak?
- Nigdy bym nie śmiał! – Karros odparł szybko, lecz Arto wyczuł że ma rację.
Młodszaki chciały zmienić właściciela.
Dziki Pazur... 5d, grupa druga pod względem siły, zaraz po nich, lecz to nie znaczyło że byli równie silni. Byli po prostu lepsi od pozostałych. Ich kapitan, Pilp, był całkiem niegłupi. Kiedyś robili ze sobą wiele świetnych interesów, byli nawet sojusznikami, lecz ostatnio stosunki między nimi znacznie się ochłodziły. Jeszcze nie wchodzili sobie w drogę, niemniej Arto zdążył już usłyszeć że Pilp miał jakieś problemy. Zwykle dobrze dbał o swoją własność. Musiał mieć dobry powód by bezlitośnie obdzierać swoich podwładnych, pozostawiać ich bez ochrony i do tego bawić się w ochronę dwojaków, nieważne jak bardzo bogatych.
Czy warto tracić dla nich sojusznika? Lepiej na jakiś czas pokłócić się z Pilpem niż ze starszakami, uznał. Starszaki trudniej zapominają, a Pilp pozłości się trochę, lecz bić się nie będzie, nie ze Smokiem. Wiedział jak kosztowna byłaby taka walka. Arto uznał że warto ich pożyczyć na czas kryzysu, w zamian za zniszczoną konsolę. Sporo go kosztowała. Jeśli Pilp potraktuje to jako nauczkę by lepiej opiekować się podwładnymi, to tym lepiej dla szkoły. 
Słowa Karrosa musiały być tylko wymówką. Pilp wydusił z nich więcej niż się umówił, co nie przeszkodziło im słono opłacić Smoka. Arto wiele by dał aby dowiedzieć się ile Pilp zdołał już z nich ściągnąć. Owszem, dzieciak mógł okazać się spłukany i obiecywać mu impulsy na projekcji byle tylko zrzucić Pilpa z gardła, lecz w takim wypadku Karros mógł być pewien że rozboje Pazura wydadzą mu się wypoczynkiem w porównaniu ze smoczym gniewem. Pożałował że sam nie mógł tak łatwo wykupić się spod Egina do innej grupy. Niestety, im wyżej, tym układy stawały się bardziej skomplikowane i kosztowne w zamianie. Bardzo kosztowne, pomyślał, dotykając końcem języka gojącego się rozcięcia nad wargą.
Marsjanie ograniczali swoją ochronę do doglądania stada, broniąc ich najwyżej przed co upartymi i słabszymi napastnikami. Tak naprawdę umowa o ochronę służyła jedynie uzgodnieniu prawa do ściągania podatku. Reszta była tylko dobrą wolą silniejszego, a dobra wola była zwykle oznaką słabości. Arto nie podobała się taka ochrona. Wolał być niezależny, lecz w tym przypadku nie mógł nic zrobić. Gdyby spróbował się wyzwolić, przyszedłby ktoś silniejszy i zmusił go do posłuszeństwa. Na niezależność mogły sobie pozwolić tylko najstarsze klasy.
Arto wiedział aż za dobrze że czasem właściciele potrafią być gorsi od całej reszty. Znali swoje ofiary, wiedzieli gdzie ich szukać. Więcej było z nimi kłopotu niż pożytku. Co innego płatny protektorat, ale taki nie trwał długo i sporo kosztował. Jednak Smok swoje obowiązki traktował poważnie. Bezpieczny młodszak szybciej zarabiał na podatek niż taki którego ciągle bito i grabiono. Lecz zapewnienie stałej ochrony wszystkim podwładnym było niemożliwe. Było ich za dużo. Jak inni, musiał się ograniczyć do pilnowania czy nie nękają ich inne grupy. Reszta zależała od sprytu samych podopiecznych.
- Mogę się zgodzić... na razie – powiedział z nie udawanym namysłem. Nieważne czy Karros uzna że mówi prawdę, czy tylko podbija cenę, powinien być ostrzeżony – Nie obiecuję potem że nie oddam was Pilpowi.
Karros kiwnął głową, jednak się nie poruszył. Wciąż na coś czekał.
- Chcesz jeszcze czegoś? – Arto nie krył irytacji.
- Chciałbym... Znaczy, jeśli można, możemy zrobić jeszcze jeden interes – tym razem młodszak na krótko spuścił wzrok.
- Wyduś to! – zachęcił go łagodnie.
- Jeśli się zgodzicie... Zapłacimy wam za zrobienie systemu dla mojej... klasy.
System dla dwojaków? Wcześnie zaczynali. Co więcej, było ich na to stać, mimo zawartej umowy o haracz. Arto aż korciło by ich zwyczajnie ograbić, bez patrzenia się na umowy czy cokolwiek innego, lecz to było dość krótkowzroczne podejście. Nie zamykało się kolonii przynoszącej impulsy. O ile przynosi impulsy...
- A co, wyczyściliście bank? – splótł ręce na piersi – Zresztą, dwojaki nie mają systemu.
Młodszak spojrzał mu hardo prosto w oczy.
- Mamy skąd brać impulsy, czyste – powiedział – A mówią że Smok miał system zanim nazwał się Smokiem. W drugiej klasie.
- Jakbyś słuchał tego co mówią to wiedziałbyś, młodszaku, że zrobiliśmy go sami. Nie kupiliśmy go od nikogo.
Nie kłamał. Musieli go zrobić sami, bo nikt nie chciał go sprzedać. Razem z innymi udało mu się połączyć konsole tak by nauczyciele tego nie zauważali. System był słaby, bez porównania z tym co mieli obecnie, nawet bez układu podwójnej projekcji. Z ledwością nadawał się do ukradkowej rozmowy i przesyłania podpowiedzi – ale był.
- O tym wie każdy – w głosie chłopca Arto usłyszał szczere uznanie – i że byłeś jajco...
Prawa ręka Arto wystrzeliła w stronę gardła młodszaka. Zacisnął ją, przysunął go do siebie i podniósł kilka centymetrów, zbliżając do swojej twarzy, zmuszając by stanął na palcach. Wszystkie mięśnie młodszaka napięły się niczym włókna. Żimmy i Dert podeszli bliżej.
- Uważaj co mówisz! – syknął chłodno przez zęby.
- Chcecie zarobić czy nie? – wycharczał. Uwiesił się rękoma na trzymającej go ręce, lecz nie próbował się wyrywać. Był bardziej pewny zgody Arto niż sam Arto.
Pchnął go w stronę zastępców. Złapali go chętnie i wykręcili obie ręce do tyłu, zmuszając by ukląkł. Obaj aż się palili by odpłacić mu za bezczelność, lecz dał im znak by zaczekali. Młodszak się wystraszył. Czy Arto to lubił? Gdyby go ktoś spytał, pewnie nie wiedziałby co odpowiedzieć, poza tym że prawdziwą satysfakcję dawał mu dobrze zrealizowany plan, czy spełnione zamierzenie. Jeśli straszenie młodszych dzieci było narzędziem ich realizacji, pewnie potwierdziłby że tak, że sprawia mu ono pewną przyjemność – radość na raty z wykonania zamysłu.
- Zastanowię się – oświadczył tym samym chłodnym głosem – Zależy ile zapłacicie.
- Ile tylko zechcecie! – choć młodszak klęczał, w jego głosie słyszał nie strach, lecz podniecenie. Albo był doskonałym kłamcą, albo miał fortunę. Postawienie prostego systemu było doskonałym zajęciem dla Ubera – Arto niemal widział jak się zdziwi gdy mu o tym opowie – tylko czy takie dzieciaki zdołają go utrzymać? Wzruszył ramionami. Nie widział powodów dla których nie miałby na nich zarobić, skoro byli za głupi by zrobić wszystko samemu. Ciekaw był na ile jajcogłowy wyceni im swoją pracę. Starczy na nową konsolę?
- Jutro podam moją cenę. Naucz się trzymać język za zębami, póki je masz.
Młodszak kiwnął głową. Dert i Żimmy puścili go z widocznym rozczarowaniem. Karros z obawą podszedł do Arto i wyciągnął rękę. Uścisnęli dłonie, pieczętując umowę o ochronę. Arto nie pożałował mu ręki. Uścisk nie trwał długo, lecz słyszał jak coś cicho trzasnęło w małej rączce Karrosa. Chłopiec skrzywił się. Gdy go puścił, odszedł, próbując udawać że nic się nie stało, lecz drugą dłonią mocno przyciskał tę prawą do brzucha. Drobne napomnienie nowego pana, choć należało mu się więcej. Sam nie wiedział dlaczego go puścił.
- Powinniśmy go zlać – powiedział Żimmy – Jesteś zbyt miękki dla młodszaków. Mamy ich uczyć szacunku, a nie... robić coś takiego. Za jajcogłowego to bym mu przyłożył, i to zdrowo.
Tak, powinienem, przyznał w myśli, lecz dzieciak miał rację. Machnął ręką.
- Ty nas nie uczysz szacunku, Żim – zauważył wesoło – Nie martw się, czuję że niedługo dadzą nam okazję.
Żimmy wzruszył ramionami. Najwyraźniej nie widział w tym nic zabawnego.
Arto musiał przyznać że młodszak mu zaimponował. Mógłby go wcielić go do swojej siatki mrówek, lecz wpierw musiał go dobrze poznać. Najpierw reguły. Mógł mu dać protekcję, jak długo będzie ich na nią stać. A potem... Cóż, potem sam zobaczy do czego może mu się przydać taki hardy dwojak. Teraz był dla niego tylko źródłem impulsów. Niczym więcej.
Interesem.

* * *

Iwen rozumiał że zdarzenia, jakiego wczoraj padł ofiarą, były tu normalne. Nie bez powodu rzadko kto chodził samotnie po szkole, nawet starsi chłopcy. Widok grupek uczniów stał się dla niego tak naturalny że przestał zwracać na nie uwagę. Za to zaczynał się przyglądać, gdy dostrzegał samotnego chłopca starszego niż siedem lat. Gdy przyłapał się na tym po raz pierwszy, pomyślał z zadowoleniem że jednak się dostosowuje. Mógł myśleć jak jego towarzysze, a mimo to zachować coś z dawnego siebie.
Grupa dawała ochronę. Liczył że wśliźnie się do niej, zyska zaufanie i w końcu dadzą mu spokój. Zapomniał tylko że jest Nowym, w dodatku słabeuszem, a to sprawiało że każda dotycząca go informacja rozchodziła się po grupie z prędkością błyskawicy. Już na następnej lekcji wiedzieli o tym wszyscy. Tym razem zadziałało to na jego korzyść. Orfius towarzyszył mu chętniej niż poprzednio, dołączył doń także Kerell.
Nikt nie miał nikogo kogo mógłby nazwać przyjacielem, niemniej wielu uczniów łączyły relacje ściślejsze niż z pozostałymi członkami grupy. Jak Kerell i Orfius. Byli niemal nierozłączni. Kerell okazał się wiecznie żywym i energicznym chłopcem, zawsze czujnym i niesamowicie spostrzegawczym, o jasnych, podgolonych włosach, sprawiających iż wyglądał jakby cały czas nosił na głowie ochronny kask.
Obaj opiekunowie, jak ich w myśli nazywał, byli najniższymi chłopcami w klasie. Nie był najwyższy, a i tak przerastał ich o ponad pół głowy. Siła i pewność siebie wydawały się iść w parze ze wzrostem, z dwoma wyjątkami – jego samego i Arto. Lecz Iwen nie próbował się oszukiwać. Gdyby przyszło mu z nimi walczyć, rozsmarowaliby go na ścianie równie łatwo jak Bebre. Wyglądałoby śmiesznie gdyby jego niżsi towarzysze musieli go bronić – o ile by spróbowali. Czuł że granice pomocy, jakiej są skłonni udzielić, wciąż są bardzo wąskie, lecz jak bardzo – tego nie chciał wiedzieć. Taka lekcja mogła okazać się wyjątkowo bolesna.

Oczekując na kolejne zajęcia, Iwen obserwował jednego z wojowników, w zamyśleniu mnącego w dłoni kawałek mieniącej się kolorami żelmasy. Pierwszy raz widział jak jeden z nich robi coś dla zabawy, nie krzywdząc przy tym innego dziecka. Czy to możliwe, spytał sam siebie w myśli, że oni wszyscy gdzieś w głębi siebie są zwykłymi dziećmi, lecz szkoła stłumiła to w nich i ukryła tak głęboko że sami nie wiedzą dlaczego czasem pociąga ich zwykła, z pozoru bezsensowna czynność? Nawet Iwenowi, choć zgrywał samotnika, zdarzało się wdawać w gry z dziećmi z którymi jeszcze kilka tygodni temu był na przysłowiowe noże. Gdy już pogrążał się w zabawie, nie liczyło się kto w niej uczestniczy. Powstała więź istniała dotąd aż ten drugi nie próbował jej niechcący zerwać. Jakże często taki spontaniczny kontakt utrwalał się na tyle że przełamywał jego niechęć do wiązania się z miejscowymi, wbrew wiecznie żywej świadomości że za jakiś czas, może za tygodnie...
Z początku po cichu liczył że tu będzie podobnie, lecz teraz już wiedział że tak się nie stanie. Nic nie uświadomiło mu tego lepiej niż krzyk jakiegoś młodszego chłopca i widok jaki zobaczył gdy się odwrócił. Paru wojowników Smoka przeciągało młodszaka. Była to jedna z wielu popularnych w ich wieku gier. Parzysta liczba wojowników, tym razem czterech, chwytała wrzeszczącą ofiarę za ręce i ciągnęła z całych sił w swoją stronę. Zwycięzca miał prawo opodatkować ofiarę. Zabawa równie okrutna jak szkoła, uznał, zaniepokojony łatwością z jaką zaczął przywykać do takich widoków.
Młodszak darł się by go puścili. Grupka wojowników Smoka ochoczo zaczęła dopingować towarzyszy. Dwaj jajcogłowi spoglądali na nich ze skrywaną niechęcią. Tuż obok Arto rozmawiał z Uberem. Zachowywał się jakby nic się nie działo. Dla niego, wychowanego w szkole od małego, taka zabawa zdawała się równie niewinna jak siłowanie na ręce.
Jedna z rywalizujących par puściła młodszaka. Przeciwnicy wraz z ofiarą zwalili się na podłogę, stając się obiektem krótkotrwałych drwin. Szybko wstali i zabrali się za ofiarę.
- Czas zatroszczyć się o podatek, Nowy – Iwen usłyszał za sobą szorstki i zniecierpliwiony głos kapitana – Jesteś słaby, nie wywalczysz go, ale...
- Podatek? – odwrócił się, zaskoczony. Arto stał tuż za nim. Jego mina mówiła wiele o tym co sądzi o łatwości z jaką go podszedł.
Od kilku dni czuł że kapitan wkrótce przydzieli mu jakieś zajęcie. Teraz, gdy tak się stało, poczuł nagły lęk. Nie chciał robić z innymi tego co zrobiły z nim tamte starszaki.
Na swój sposób, Arto musiał rozumieć targające Iwenem wątpliwości.
- To twoje pierwsze zadanie – wyjaśnił tym swoim chłodnym, spokojnym tonem. Tylko do niego odzywał się w taki sposób – Nie możemy wiecznie za ciebie płacić. Najwyższy czas byś nauczył się jak sobie radzić w szkole. Zajmij się tym, na następnej przerwie.
- Mam napadać na młodszaków?
Arto się skrzywił. Odgadł o co mu chodzi, lecz z jego twarzy nie mógł odczytać czy to go cieszy, dziwi, czy ma mu to za złe, czy jest mu wszystko jedno.
- Są inne sposoby. To zależy od ciebie. Przydzieliłem ci kilku młodszaków. Możesz ich pobić, albo przekonać że jak nie będą się stawiać, to nawet nie będą mieć siniaków. Rób obchód nie częściej niż raz w tygodniu. Taką mamy umowę. Orfius wytłumaczy ci resztę. 
Iwen kiwnął głową. Chciał odejść, lecz Arto złapał go za ramię i przyciągnął do siebie. Patrzył na niego, z uwagą nie mniejszą od tej z jaką oceniał go przed jego walką.
- Widzę co wyprawiasz, Nowy – powiedział cicho – Chcesz zostać kotem, jak jajcogłowy, lecz oni są użyteczni, rozumiesz? Myślisz że zrobisz sobie z naszej grupy wygodne legowisko. Nie jesteś już na dole. Nie będziesz uciekał za nasze plecy i za darmo prosił o ochronę. Chcesz ją dostać to walcz i pracuj dla grupy. Twoja niezależność może imponować Orfiusowi czy Kerellowi, ale póki nie zrozumiesz dlaczego istnieje grupa, póki nie nauczysz się robić tego co my, nikt nie zwróci na ciebie uwagi, choćby cię kroili na naszych oczach.
Iwen zmarszczył brwi. Starał się wyglądać naturalnie, lecz czuł że ponosi go złość.
- Odczep się! Zdobędę podatek – odburknął gniewnie – Nie będziecie za mnie płacić!
Arto nie dał się wholować w jego plan. Rozstawianie innych po kątach, zwłaszcza rozstawianie jego, zaczęło go drażnić, nieważne jak bardzo słuszne i logiczne wydawały się polecenia. A były i słuszne, i logiczne, to tylko Iwen był stale na „nie”, a wyrozumiałość kapitana, niczym lekceważące napominanie dziecka przez dorosłego, od dawna zaczęła wychodzić mu bokiem. Dla niego Arto wcale nie był taki dorosły za jakiego się uważał.
- Chcesz ochrony, zapracuj na nią, jak jajcogłowy – brak emocji w głosie kapitana był gorszy niż gniew – Daj coś w zamian, to wszystko. Nie musisz być jednym z nas, ale nie spodziewaj się że będziemy cię traktować lepiej niż ich. Jajcogłowi też są tylko użyteczni.
Kapitan puścił go, z odrazą odpychając jego ramię. Równie dobrze mógł go spoliczkować. Ze złości Iwen aż poczerwieniał na twarzy. Odwrócił się i odszedł bez słowa. Kapitan postawił sprawę jasno, niemniej Iwen czuł że decyzję jak głęboko ma wejść w grupę pozostawił wyłącznie jemu. A niby jak miał zdecydować? Wiedział jak działa szkoła. Decyzja mogła być tylko jedna.
Został sam na sam ze swoimi myślami. Nie były najlepsze. Od samego początku podatek mu się nie podobał, zwłaszcza gdy od niego go pobierali. Podobał mu się jeszcze mniej wiedząc, że wkrótce będzie robił to samo. 

*

Nie było w tym nic co mógłby polubić. Wiedział że robi źle, lecz musiał to zrobić, niezależnie od tego co o tym myślał. Pocieszył się że nie będzie musiał krzywdzić tych chłopców bardziej niż to było konieczne. Tylko tyle ile muszę, by mi nie stała się krzywda, powtarzał sobie. Lecz to nie umniejszało poczucia winy.
Przedsmak fachowości, z jaką wojownicy Smoka wykonywali swoją robotę, zaznał już przy pierwszej ofierze ich „obchodu”. Była to bardziej ofiara Orfiusa niż jego, jednak nie protestował. Dostał w opiekę pięciu. Orfius już z daleka wskazał pierwszego z nich,
- Zaopiekuję się nim dla ciebie – oświadczył – Obserwuj uważnie. Następny będzie twój.
Orfius lubił działać z zaskoczenia. To osłabiało opór ofiary. Podszedł ostrożnie do młodszaka i nim ten zdążył go zauważyć brutalnie pchnął twarzą na ścianę, mocno przygniatając kark lewym przedramieniem. Wolną dłonią złapał za rękę, wykręcił ją i przycisnął do pleców właściciela, rzucając go na kolana.
- Stęskniłeś się? Nie bój się, my nie zapominamy – zdjął rękę z jego karku, złapał za włosy, obrócił jego głowę w stronę Iwena i przycisnął bokiem do ściany – Widzisz go? Od dziś będzie cię obsługiwał. Jak mu się nie spodobasz, pomożemy mu cię wychować. Jasne?
Młodszak ze strachem pokiwał energicznie głową. Grubasek odwrócił go plecami do ściany i cofnął się krok do tyłu. Młodszak rozstawił nogi i wzniósł ramiona, niczym przestępca z projekcji. Orfius szybko go przeszukał. Lubił dominować nad ofiarą. W porównaniu ze starszakami zdał się łagodny niczym rodzice wobec niemowlęcia, lecz Iwen był przekonany że młodszak posłuchałby ich równie sprawnie gdyby byli łagodniejsi.
Przejrzeli drobiazgi swojej ofiary. Łup należał do Iwena. Nie chciał nic zabierać, lecz Orfius skinięciem głową i zmarszczonymi brwiami dał do zrozumienia by robił co należy. Wybrał kilka rzeczy, resztę pozwolili mu schować. Na koniec Orfius zeskanował identyfikator.
- Nie jest goły. Idziemy na zakupy – uśmiechnął się z zadowoleniem – Masz na coś ochotę?
- Zjadłbym coś – przyznał.
- Dobrze. Idziemy do automatu. On stawia – Grubasek skinął głową na młodszaka.
Iwen, wbrew sobie, złapał go za ramię i popchnął przed siebie. Musiał grać twardziela, więc grał, myśląc przy tym ile minie czasu nim zacznie mu to sprawiać przyjemność.

*

Dorosły mógł trzymać swój identyfikator wszędzie – czy w kieszeni, czy w domowej szufladzie; byle tylko był dostępny dla sieci. Przy zakupie opłata była pobierana zdalnie, przez wbudowany weń lokalizator. W przypadku dzieci do zakupów potrzebny był nie tylko sam identyfikator, lecz także jego właściciel. Ich lokalizator był zamknięty wewnątrz ciała, więc system rozliczający sprawdzał czy jest ono w pobliżu karty. Tłumaczyły to względy ochrony dzieci przed kradzieżami. Iwen właśnie miał się przekonać jak bardzo to się nie sprawdzało.
- Co wybierasz? – spytał Orfius.
Pod ścianami podłużnej sali stały liczne automaty, głównie z żywnością i napojami, lecz były także inne, jak te z pigułkami. W pobliżu kręciło się wielu chłopców w różnym wieku, każdy w towarzystwie co najmniej dwóch starszych od siebie. Kilka grup czyhało w pobliżu wejścia. Ich spojrzenia prowadziły ich odkąd tu weszli, przyprawiając Iwena o ciarki. Jeśli chciałby kupić dla siebie coś trwałego, szkolny sklepik był ostatnim miejscem do którego powinien się udać.
Sięgnął dłonią w stronę panelu wyboru jednego z automatów. Orfius złapał ją, nim zdołał dotknąć palcem wybrany symbol.
- Nowy, co ty robisz?
- Wybieram, nie?
Orfius przewrócił oczami i spojrzał na sufit, niczym w niemej prośbie by kosmos wybaczył Nowemu ignorancję.
- Ależ z ciebie Nowy – szarpnął młodszaka za rękę, przyciągając bliżej – On musi wybrać. Jak myślisz, skąd automat wie z czyjej karty ma pobrać impulsy?
Orfius miał rację. Jego uwaga przypomniała mu że opłata pobierana jest zdalnie. Automat sprawdzał odcisk palca, DNA i siatkówkę oka kupującego, po czym wysyłał do sieci informację o transakcji. Zapamiętywał wszystkie operacje i przesyłał swoje dane kilka razy na dobę, by uniknąć oszustw z zakłócaniem transmisji. Jeśli sam wybierze, to sam za to zapłaci. 
Cofnął się. Orfius wsunął identyfikator młodszaka do kieszeni na piersi jego właściciela, poklepał i ponaglająco pchnął w stronę maszyny.
- No, dalej. Widziałeś co wybrał. Chcesz pomocy?
Młodszak odwrócił się i zmierzył Iwena hardym spojrzeniem, od stóp do głów. Iwen splótł palce i rozprostował je, aż strzeliły w stawach. Młodszak szybciutko zajął się swoją robotą. Dopiero wtedy pozwolił mu odejść. Pierwsza kradzież, w majestacie szkolnego prawa. Lecz spojrzenia starszaków, opartych o ścianę w pobliżu drzwi, szybko skierowały jego myśli gdzie indziej.
- Bez obaw, Nowy – uspokoił go Orfius – Kto przyszedł na zakupy, nie może zostać opodatkowany. Takie są zasady.
Zasady. Jak miło że wreszcie na coś się przydały. Mimo zapewnień Orfiusa, Iwen poczuł ulgę dopiero gdy znaleźli się trzy skrzyżowania od sklepiku.
- W szkole na dole tego nie uczą, co? – Orfius szturchnął go lekko w ramię – Spodobało ci się?
Nie bardzo, odpowiedział w myśli, lecz wolał nie mówić tego na głos. Miał nadzieję że pozostała czwórka też nie będzie protestować.
- Nie było to trochę za... brutalne? – spytał – Nie wystarczyłoby, gdybyśmy go...
- Strach poprawia pamięć i nie pozwala się stawiać. Zaczniesz się litować to zrobią się bezczelni. Odwrócisz się i zaraz będą o tobie mówić że jesteś beksą. Albo pozwolisz im na to, albo im przyłożysz. 
- A zasady kapitana?
- Zasady kapitana mówią by nie bić bez potrzeby – Orfius wskazał kciukiem za siebie – To jest potrzebne. Następnego robisz ty. Nowy, musisz się nauczyć. Bez tego nie przeżyjesz.
- Ktoś próbował?
Orfius westchnął.
- Możesz być pierwszy, jak chcesz. Pomagam ci, ale to tylko na razie. Niedługo będziesz musiał sobie radzić sam. Wiesz, lubię ci pomagać... Nie jesteś taki jak inni, ale... mam sprawy do załatwienia. Jak każdy.
- Oprócz mnie – nawet Iwen nie uważał by odbieranie podatków należało do ważnych spraw. Nie po tym co powiedział mu kapitan.
- Nie myśl sobie że tak będzie zawsze. Nie po to Arto cię przyjął. Gdy poznasz szkołę, nie będziesz miał czasu na zbijanie bąków.
Iwen nie wiedział tylko, jak długo minie, nim pozna szkołę. A raczej, nim Arto uzna że ją poznał.

* * *

Orfius i Kerell wciąż trzymali się w pobliżu, a nawet zaczęli towarzyszyć Iwenowi. Kolejna przerwa zapowiadała się zwyczajnie, do chwili, gdy Kerell nagle się zatrzymał i syknął ostrzegawczo.
- Grubasek, uważaj – szepnął – Idzie twój starszak.
Orfius zaklął cicho. Kerell skinął głową za siebie. Dopiero wtedy Iwen dostrzegł dwójkę starszaków. Oto dlaczego niektórzy chłopcy mówili na Kerella Patrzałka. Jak on ich dostrzegł, skoro wcześniej byli za ich plecami?
Tamci mieli około szesnastu lat i byli dużo wyżsi. Musieli widzieć ich wcześniej. Cierpliwie czekali aż się zbliżą. Po raz pierwszy odkąd tu był, Iwen stanął przed starszakami i nie wylądował na ścianie.
- Ty, mały szczurze! – powiedział jeden na przywitanie – Jesteś mi coś winien! Zmusiłeś mnie abym cię szukał po całej szkole. Lepiej dla ciebie abyś to miał przy sobie.
- Oczywiście że mam! – Orfius stanął przed nim ze spokojem – My nie oszukujemy. Szukałem was, ale...
- Nie mądrzyj się, tylko dawaj. Nie mam czasu na takich jak wy.
Starszak nie był specjalnie zły, lecz to nie oznaczało że wszystko skończy się tak jak ich wczorajsze podatki. Iwen poczuł że Kerell ciągnie go za rękę.
- Chodź, Nowy – usłyszał – Nic tu po nas.
- Kolejna sprawa między nami a starszakami? – zapytał – Nie powinniśmy pomóc? Jesteśmy grupą, czy nie?
Kerell spojrzał na niego dziwnie. Odwrócił się. Starszak patrzył na niego ze złością.
- Chcesz się przyłączyć, mała pchło? – spytał, poirytowany.
Iwen nie wiedział co odpowiedzieć. Już powiedział zbyt wiele. Kerell próbował mu uświadomić że to nie należało do właściwego zachowania, że nie okazywał należnego szacunku. Wiedział że starszak zmiażdżyłby go, nawet się przy tym nie męcząc, jednak czuł się zobowiązany by coś zrobić, najlepiej coś co nie skończyłoby się bólem.
Z kłopotów wybawił go Kerell. Złapał go po prostu za rękę i odciągnął w głąb korytarza. Iwen pozwolił się prowadzić, aż do bezpiecznej odległości.
Kerell zatrzymał się.
- Zwariowałeś, Nowy? – spytał ze złością – Chcesz się bić ze starszymi? Grubasek niczego ci nie wyjaśnił?
- Wyjaśnił – przytaknął. Odwrócił się, szukając ich wzrokiem – Ale...
W szkole panowało powszechne przekonanie iż starszakom nie da się dołożyć. Myślał tak każdy, wobec wszystkich starszych od siebie o ponad rok. Choć Arto złamał zasadę, nie zdołał przełamać tej wiary – lub doświadczenia, które potwierdzało tych parę wyjątków.
- To tylko interes, między nimi a Grubaskiem. Wolę nie wiedzieć o co chodzi...
- Kapitan o tym wie?
- Mam nadzieję. Grubasek jest naszym kupcem. Jeśli musimy robić zwykłe interesy ze starszakami, on się tym zajmuje.
- Nie powinniśmy zostać przy nim, na wypadek gdyby chcieli go zbić?
- Ty chyba zawsze pozostaniesz Nowym – Kerell uderzył się dłonią w czoło – Takie jest ryzyko. Grupa nie ucierpi, jeśli oberwie się nam lub Orfiusowi.
To stwierdzenie go zaskoczyło. I to miała być wymówka?
- Najsłabsi zajmują się najniebezpieczniejszymi zadaniami?
Kerell przewrócił oczami. Tłumaczenie oczywistości łatwo go irytowało.
- Ktoś musi się tym zajmować, nie? Kogo lepiej poświęcić, najlepszego czy najgorszego? Grubasek taką ma funkcję. Umie rozmawiać ze starszakami.
To było logiczne, lecz nie czuł by to było w porządku wobec Orfiusa. Reguły były tu strasznie dzikie i bezwzględne. Wierzył że Orfiusa i Kerella łączy coś więcej, ale teraz zrozumiał że tylko mu się wydawało.
- Gdybyśmy zostali, może daliby mu spokój. Może tylko...
- Może – Kerell podkreślił to słowo – Ale starszaki nie lubią jak się im stawiamy. Może nie spodobałoby im się że obserwujemy ten ich interes. Zamiast jednego pobitego wojownika mielibyśmy trzech. Nie musisz być jajcogłowym by to policzyć. A tak jesteśmy cali i gdy będzie po wszystkim, możemy tam wrócić. Nigdy nie wiadomo co zrobią starszaki.
- I to wszystko? – jasne, proste wytłumaczenie. Dotąd lubił, jak coś było jasne i proste. Teraz zaczynał tego nienawidzić – To nie jest w porządku! Towarzysze powinni sobie pomagać...
Nie dokończył. Pewność siebie opuszczała go z każdym kolejnym słowem. Czuł że zaczyna tracić wiarę w słuszność swoich starych zasad, wszystkiego czego nauczyli go rodzice i w co dotąd wierzył. Co gorsza, nie było tu nikogo kto myślałby jak on. Nawet Arto zgadzał się z takimi zasadami. A dlaczego miałby tego nie robić? Był tu tak samo długo jak inni. Zdążył się przyzwyczaić. W czymkolwiek się wyróżniał, nie było to myślenie o zasadach. 
- Grupa jest ważniejsza od ciebie czy ode mnie – pouczył go Kerell – Zobaczysz jak wrócimy. Grubasek sam ci powie że dobrze zrobiliśmy. On zna reguły – dodał, dając do zrozumienia że nie zna szkoły i nie powinien się mądrzyć.
- Ja bym został – odpowiedział.
- I zrobiłbyś głupio. Niepotrzebnie byś się naraził a cierpiałaby za to cała grupa. Myślisz jak prawdziwy pierwszak. Jak dziecko.
A nie jesteśmy dziećmi? Lecz tylko tak pomyślał. Rozmowa o tym nie miała sensu. Co najwyżej znowu by mówili, że straszny z niego dziwak. Zaczynał rozumieć ich zasady i wciąż uważał je za złe, tylko nie chciał im tego powiedzieć. Nie potrafiłby im wytłumaczyć. Sam zaczynał mieć wątpliwości. Dlaczego były złe? Bo tak myślał? Tamci mieli ze sto dobrych powodów by postępować jak postępowali, a on na swoją obronę miał tylko jedno – że swoim postępowaniem czynią innym krzywdę. A co mieli robić? Krzywdzić, czy być krzywdzonym? Czy to zasady dyktują warunki, czy na odwrót? Czy w takim miejscu można było postępować inaczej? 
Kerell uznał rozmowę za skończoną.
- Wrócę po Grubaska – powiedział – Tak na wszelki wypadek. Nigdy nie wiadomo co zrobią starszaki – powtórzył.
Powiedział to jakby Iwen wiedział o co chodzi. Nie wiedział, lecz nie spytał, tylko kiwnął głową. Sam także, choć wolniej, ruszył w jego ślady.

Obiecywał sobie że się zamknie, lecz nie potrafił się powstrzymać. Takie gadanie tylko odsuwało go od grupy, a jeśli będąc w grupie można mieć kłopoty, to tym bardziej poza nią. Tłumaczył sobie że ich zasady nie są tak bez sensu jak mu się zdaje. Nie wiedział czy gorsze, czy lepsze – były po prostu inne.
Jego sprzeciw był jak walka z zarazą. Nie da się jej usunąć, ale można zamknąć budynek, odciąć sekcję miasta, aby inni od niej nie ucierpieli. Zarażeni i tak umrą. Jeśli ktoś przeżyje, lekarze opracują nową szczepionkę, o ile w porę nie zrobią tego komputery. Z biciem było tak samo. Trafił do zarażonego budynku.
Tłumacząc mu skąd się wzięła i czym jest zaraza, matka stwierdziła że ludzie sami się do niej przyczynili, choć z początku o tym nie wiedzieli. Wszczepiali swoje geny do wirusów, bakterii i roślin, nawet innych zwierząt, by produkować tanie leki. Lecz wirusy i bakterie dzieliły się tymi genami między sobą, pomimo ludzkich zabezpieczeń. Cząsteczki i osłonki, które zaczęły wytwarzać, stały się tak podobne do ludzkich że organizm nie potrafił ich odróżnić i oślepł. Kiedyś, gdy ludzi było mniej, choroby były łagodniejsze. Nie zabijały szybko, bo chory nie miał dość czasu by zarazić innego i gdy umierał, zarazki ginęły wraz z nim. Teraz ludzi było dużo i wiedzieli jak walczyć z chorobami. Słabsze zarazki wyginęły, pozostały tylko te silne, które zabijały szybko i równie szybko przenosiły się na innych ludzi. Zaraza robiła to błyskawicznie.
W szkole działo się podobnie. Przemoc była jak zaraza. Atakowała każdego, kto nie był dość wytrzymały. Gdy raz się pojawiła, nie było na nią lekarstwa.
Kerell, Orfius i inni mieli rację. Gdyby starał się pomagać innym, byłby najbardziej zbitym chłopcem w grupie. A przez to byłby słaby. Nie mógł być słaby, zatem nie mógł pomagać innym. Zresztą, jemu też nikt nie pomoże.
- Patrz gdzie leziesz, pętaku! – nim spostrzegł co się dzieje, jakiś starszak schwycił go za ramię i odrzucił ze swojej drogi, prosto na ścianę. Jak każdy starszak, nie zwracał na nic uwagi. Gdyby Iwen nie zasłonił w porę twarzy, jego nos zmieniłby się w naleśnik. Odbił się, zatoczył i uklęknął, bezskutecznie próbując odzyskać równowagę. Jeszcze nie potrafił jak oni – być zawsze czujnym, zawsze gotowym na coś takiego. Nie wierzył że kiedykolwiek będzie.
Wstał – i omal nie wpadł na kolejnego starszaka. Szedł przed siebie, z rękoma w kieszeniach, nie spodziewając się że jakiś młodszak spróbuje nie zejść mu z drogi. O mały włos tak by się stało. Iwen odskoczył w porę, klnąc się w duchu za taką nieostrożność; mało brakowało by znów wylądował na podłodze. Chcąc iść dalej, rozejrzał się za Kerellem.
- Czekaj chwilę! To ten planetarianin! – Iwen nie zdążył się nawet odwrócić by zobaczyć kto to powiedział, a już był przyparty do ściany. Spojrzał w górę. Spodziewał się zobaczyć znajomą trójkę starszaków, ale to byli inni. Czterech. Tych jeszcze nie znał. Przestraszył się. Powinienem bardziej uważać – tylko tyle zdążył pomyśleć.
Ten który go przygniótł do ściany wyglądał naprawdę groźnie. Był starszy o trzy czy cztery lata i o wiele wyższy od Iwena. Nie wyglądał już jak dziecko, choć bardzo dorosłym też nie był, za to wyglądał na naprawdę silnego. Czuł to w łatwości z jaką go trzymał. Jego włosy, sczesane i zestalone żelmasą w nachodzące na siebie prostokątne płytki, przypominały chaotycznie skleconą, pradawną zbroję łuskowa. Jego towarzysze byli niżsi, nie wyglądali tak dojrzale, choć zdawali się nie mniej silni.
Spotkali się wzrokiem. Jego szaroniebieskie oczy były zupełnie dorosłe, o wiele chłodniejsze niż jakiekolwiek spojrzenie Arto. Nie wyglądał na takiego co toleruje sprzeciw. 
- Przepraszam – powiedział na wszelki wypadek.
- Za to że tu jesteś, czy za to że żyjesz? – starszak, nie spiesząc się, złapał go obiema rękoma za strój i mocniej przydusił do ściany. Ucisk był tak silny że Iwen ledwo mógł oddychać. Coś tępego wgniatało się w kilku miejscach w jego żebra, po obu stronach klatki piersiowej.
- Za oba – jęknął. Nie wiedział o co chodzi, więc starał się wyjść z tego w jak najmniej bolesny sposób. Zyskał przynajmniej tyle, że go puścił.
- Ty jesteś ten nowy z Ziemi, co?
- Jestem. Co z tego? – Iwen nie chciał by zabrzmiało to tak bezczelnie, lecz był zły.
- A to, że nie lubię planetarian – starszak złapał go ponownie i przysunął do siebie – Uważaj do kogo z tym tonem! Twoja zbroja na wiele się nie zda, jak się do ciebie dobiorę.
Przysunął wolną pięść do twarzy Iwena. Na każdym palcu, nawet na tym najmniejszym, tkwiły pierścienie z twardego plastiku. Były szerokie, każdy z wyciągniętą do przodu wąską, wypustką. Iwen mógł sobie wyobrazić jak łatwo czymś takim połamać komuś kości.
- Puść mnie, to porozmawiamy – odpowiedział, siląc się na spokój – Mam dwa impulsy. Możecie je sobie zabrać. Więcej nic nie mam.
Starszak w zdziwieniu uniósł brwi.
- Widzicie tego małego kloca, jaki bezczelny? – odwrócił się do towarzyszy, ale tylko na chwilę. Teraz w jego oczach Iwen dostrzegł gniew – Myślisz że chcę cię wyczyścić, pryszczu? Że możesz sam decydować co robisz? Błąd! Ja decyduję, ty słuchasz.
- W porządku. Ty decydujesz – przyznał Iwen – Jesteś silniejszy. Nie moja wina...
Starszak znowu przydusił go do ściany. Przyłożył przedramię do jego szyi i począł na nią naciskać, tuż pod krtanią. Iwen nie mógł dokończyć słowa, nawet nie był w stanie zaczerpnąć powietrza. Chwycił za jego rękę, ściągając ja w dół, lecz ta ani drgnęła. 
- Tak... To na pewno nie twoja wina że się tu znalazłeś – starszak zachowywał się spokojnie, lecz jego oczy zdradzały że to tylko maska dla jego towarzyszy. Mówił powoli, by Iwen zrozumiał każde słowo – Powiem ci, nie obchodzi mnie przez kogo i dlaczego tu jesteś. Ważne że jesteś, w tej samej szkole, na tej samej stacji co ja. A to bardzo, ale to bardzo mi się nie podoba. Powinieneś się już nauczyć że jesteś nikim, zwykłym śmieciem, takim który wrzuca się do reaktorów na odpady. Takim którego nawet nie warto odzyskiwać. Nie masz nic do gadania i masz się słuchać starszych. Jestem starszy, o wiele starszy, i mówię ci że albo się stąd wyniesiesz, albo będziesz miał poważne kłopoty.
Mówił i mówił, a Iwen dusił się coraz bardziej. Próbował łapać powietrze przez usta – bezskutecznie. Nie rozumiał bijącej z jego oczu nienawiści. Nagle zdał sobie sprawę, że nie wie jak daleko starszaki mogą się posunąć.
Czy mogli...
Zaczął wpadać w panikę. Kilkoro młodszych dzieci przyglądało się im z bezpiecznej odległości, ale żadne nie reagowało. Inne, starsze, po prostu przechodziły, jakby nic się nie działo. Pojął że nikt nie zaoferuje pomocy, nieważne co się stanie.
Starszak zabrał rękę i pozwolił mu osunąć się na podłogę. Iwen zakaszlał, próbując wciągnąć powietrze. Gardło paliło go żywym ogniem. Teraz poznał co to prawdziwy strach.
- Chłopaki, popatrzcie tylko co z tej Ziemi próbuje wylatywać w kosmos! – starszak stał nad nim, spoglądając z pogardą – Nie trzeba mu dobrze dołożyć, a już się cały trzęsie. To ma być wojownik? Co oni tam hodują, takie delikatne nie wiadomo co? Po co się tu pchałeś?
- To nie moja wina! – głos Iwena stał się płaczliwy. Był zbyt przerażony by odczuwać poniżenie – Nie jestem dorosłym, nie mogę...
- Chyba mnie nie słuchasz. Mam rację? – starszak podniósł go i ponownie przyparł do ściany – Nie obchodzi mnie co zrobisz, byle byś stąd zniknął. Dla swojego własnego dobra.
To było dokładnie to samo, co sam chciałby teraz zrobić. Zniknąć.
- Nie potrafię... Nie mogę! Rodzice...
Twarz starszaka wykrzywiła się w gniewie. Wciąż trzymał go mocno prawą ręką. Bez słowa, przeraźliwie powoli, zacisnął lewą dłoń. Iwen skulił się przed ciosem, jednak starszak nie uderzył. Jeden z jego towarzyszy złapał go za rękę i kiwnięciem głowy wskazał coś z boku. Korytarzem szedł pośpiesznie jeden z nauczycieli. Nie patrzył w ich stronę lecz sama jego obecność wystarczyła by napastnik opuścił rękę i cofnął się krok do tyłu.
Nogi ustąpiły pod Iwenem. Osunął się w dół i usiadł, z dłonią na gardle.
- Nie myśl że z tobą skończyłem – starszak wycelował w niego palec. Jego oczy zwęziły się do wąskich szczelin. Mówił ze źle tłumionym gniewem – Jeszcze się spotkamy. Znajdę cię, jak długo tu będziesz. I mam nadzieję że zrobisz mi tę przyjemność i opowiesz o wszystkim swoim rodzicom. Wtedy pożałujesz że się urodziłeś.
Groźba czy obietnica? Przed oczami Iwen wciąż widział migoczące plamki. Nie próbował wstać. Zamiast tego przetarł oczy.
Starszaków już nie było. Był za to nauczyciel, który teraz szedł prosto w jego kierunku. Cofnął trzymaną na szyi dłoń i pochylił głowę. Kręciło mu się w głowie. Podkulił nogi, nie próbując wstawać. Po czymś takim nauczyciel nie zostawiłby go w spokoju.
Instynkt podpowiadał mu by milczał. Nie mogę być słaby, powtórzył sobie.
- Coś się stało? – nauczyciel stanął nad nim, bacznie go obserwując.
- Nie, nic – zaprzeczył, udając zdziwienie, nie tak szybko by pomyślał że coś się stało.
Zmusił się by mówić normalnie i prawie mu się udało. Nauczyciel nie zauważył w jego głosie nic niezwykłego, lecz tylko dlatego że go nie znał. Spróbował wstać. Wiedział że siedząc nie przekona go do odejścia.
- Na następny raz siadaj na ławce. Ktoś się może potknąć.
Iwen kiwnął głową. Nauczyciel chciał coś dodać, ale tylko spojrzał na ścienny zegar i ruszył w swoją stronę.
Stojąc pewnie na nogach, Iwen rozejrzał się za Kerellem. Poszedł do miejsca gdzie starszaki zaczepiły Orfiusa, ale tam też ich nie było. Widocznie nic się nie stało i odeszli. Nie zauważyli że coś się z nim działo. Tu każdy uważał sam na siebie.
Poczuł że jego kłopoty nie były przypadkowe. Co jakiegoś starszaka mogło obchodzić skąd pochodzi? Wydawał się go poznawać. Iwen był pewien że jeszcze się spotkają, tak jak on spotka młodszaków od podatku. Choć niczego mu nie zabrał, odebrał spotkanie jako karę za to że ich okradł. Postanowił wrócić do grupy. Po raz pierwszy pomyślał że próba izolowania się może być błędem, że sam nie da tu sobie rady. Oni nie zachowywali się jak inne dzieci i może on nie powinien traktować ich jak swoich dotychczasowych znajomych, z innych szkół.
Po drodze rozglądał się jeszcze uważniej niż dotąd. Nie wiedział czy lada moment starszak nie zaczepi go ponownie. To jego kiedyś mogło być równie dobrze za miesiąc, jak i za pięć minut.

*

Najpierw uznał że powinien wrócić do domu i opowiedzieć o wszystkim. I akurat miał gdzieś groźby starszaka i ostrzeżenia towarzyszy. Chciał powiedzieć rodzicom że to straszne miejsce i prosić, by wrócili na Ziemię. Lecz szybko uświadomił sobie że nie może tego zrobić.
Rodzicom bardzo zależało na tej przeprowadzce. Nie rozumiał tego. Ojciec miał dobrą pracę, od ponad pół roku mieszkali w tym samym miejscu – i nagle, z tygodnia na tydzień, rodzice zaczęli mówić tylko o tym jak się tu dostać. Myślał że tylko tak mówią, nie wierzył że naprawdę to zrobią, lecz gdy znalazł się w windzie, pędzącej w górę wielkiego rękawa, zrozumiał że to jest na poważnie. Wtedy było mu obojętne czy opuszczą Ziemię czy nie. Dopiero gdy trafił do tej szkoły, zapragnął wrócić na dół, do starego życia, bez bólu na co dzień
Widział jak wiele impulsów i dawnych znajomości kosztuje pokonywanie kolejnych przeszkód na drodze do stacji. Nie mówili dlaczego, ani jemu, ani Ros, jego starszej siostrze. A przecież oboje wiedzieli że ojciec nie stracił swojej pracy, że nic się jeszcze nie działo. Nie było tak jak zawsze. Czy rodzice wiedzieli że widzą to co starali się ukryć? Że rozmawiają o tym wieczorami, próbując odgadnąć dlaczego tak robią? Pewnie nie, pomyślał. Skąd by mogli? Wiedział jedno. Jeśli tak bardzo im na tym zależało, to musi wytrwać. Tak naprawdę, nie mieli do czego wracać. Na dole wszystko mogło iść tylko gorzej.
To tu miała czekać na nich nowa przyszłość, tak mówili, ale tutaj też wszystko szło gorzej, choć tylko dla niego. Ojciec dobrze się czuł w pracy, choć poświęcał jej więcej czasu niż zwykle. Ich nowi sąsiedzi byli spokojniejsi. Nie było bezimiennych, ani ponurych, podejrzanych nieznajomych, przychodzących w nie mniej podejrzanych i ponurych sprawach. To wszystko były sprawy dorosłych, których nie rozumiał. Ale ufał rodzicom. Wierzył że postępują najlepiej jak tylko mogą i że to wszystko jest dla ich dobra. Szkoła oczywiście nie, ale o tym wiedzieć nie mogli.
Te wszystkie dzieci, które tu chodziły, jakoś ze sobą wytrzymują, powiedział sobie. Ja też się tego nauczę. Dostosuję się. To nie może być trudne. Prawda, one są o wiele twardsze. Co dla mnie jest bolesne czy groźne, dla nich jest normalne. Starszak na pewno nie posunąłby się tak daleko jak myślałem. Chciał mnie tylko nastraszyć. Widocznie tutaj tak się to robi.
Dotąd myślał że jest twardy, bo potrafił stawać z najlepszymi uczniami w klasach. Miejsca w których przyszło im mieszkać roiły się od skorych do bitki dzieciaków – i on potrafił robić z nimi porządek. Tutaj przekonał się że niczego nie potrafi i jest niczym. Tu poznał czym jest prawdziwa wytrzymałość, siła, odporność. I brutalność.
Przeczekam to, uznał. Tak jak przeczekałem innych. W końcu da mi spokój. Muszę to tylko ukryć, zwłaszcza przed grupą. Inaczej pomyślą że jestem słaby.

Pod klasą była już większość chłopców. Kerell zobaczył go jako pierwszy. Syknął cicho, pokazując palcem na szyję. Nie od razu zrozumiał o co mu chodzi. Pojął to dopiero gdy chłopiec ruszył w jego stronę.
- Jak ty wyglądasz? – spytał go cicho – Człowieku, weź się pomaluj, zanim dorośli to zobaczą! – z dezaprobatą pokręcił głową – Chodzić tak, środkiem szkoły...
- Mam nałożyć szalik? – przyłożył dłoń do szyi. Jego głos wciąż był lekko chrapliwy – Masz jakiś?
Kerell przewrócił oczami. Wydobył z kieszeni płaskie pudełko, rozmiarów połowy dłoni.
- Grubasek powinien od razu ci to wyjaśnić – stwierdził, podając je – O czym on, na próżnię, myśli? Może sam ma głowę równie pustą jak kosmos, ale... – znowu pokręcił głową – Nowy, musisz nauczyć się malować.
- Malować?
- Ukrywać siniaki i inne takie. Bez tego sam sobie budujesz korytarz do akademii – zaczął mu wszystko wyjaśniać, w stylu jaki Iwen nazwał w myśli „sam powinieneś się tego domyślić, ale skoro już o tym mówię to niech ci będzie”. Wskazał palcem na szyję Iwena – Takie drobiazgi sam musisz usuwać. Najlepiej rób to w łazience, tam nauczyciele nie wchodzą za często. Nowy, na przestrzeń, wytłumacz mi, jak chcesz oszukiwać dorosłych, skoro wyglądasz jakby ktoś cię dusił?
Drobiazgi...?
- Bo tak było... – Iwen niepewnie obrócił w rękach niebieskie pudełeczko.
- Zdarza się. Każdemu – Kerell klepnął go w ramię – Dlatego nie powinieneś chodzić sam. Ale to nic. Musisz tylko nauczyć się słuchać starszaków i do wszystkiego się przyzwyczaić.
Przyzwyczaić... Do czego jeszcze? Duszenie? Może jeszcze wykręcanie rąk z barku i łamanie nóg? Nagle pomyślał że to wcale nie musi być takie ironiczne. Zaczął powoli się na to przygotowywać.
- Jak starszaki połamią mi kości to też mam się przyzwyczaić? – spytał z niedowierzaniem.
- Masz złamanie? – Kerell przyjrzał mu się bacznie.
- Nie. Jeszcze nie. Ale... pewnie to kwestia czasu?
- Tak myślę – powaga z jaką potraktował pytanie wystraszyła Iwena – Sama maść nie pomoże na złamanie. Wtedy musisz iść do Żo. On wie jak takie rzeczy poskładać, jakich leków używać. To... trochę bardziej skomplikowane niż malowanie i trwa troszeczkę dłużej.
Kerell wskazał jednego z chłopców, niewysokiego, ale wyglądającego na silnego. Wojownik ze środkowych ławek, przypomniał sobie. Na lewym ramieniu chłopca, dokładnie nad pluskwą, dostrzegł dużą, niebieską plamkę. Iwenowi zdawało się że już gdzieś taką widział, u kogoś spoza grupy
- Żo? Ma coś wspólnego z Żorem?
- Co? Nie, nic a nic – Kerell pokręcił głową – Według Żora, kiedyś nazywałby się Dżordż, a Żo to dawny Dżon, czy jakoś tak. To ich sprawa i jak chcesz, ich o to pytaj. Na razie lepiej słuchaj mnie.
- Słucham, cały czas – zapewnił.
- I dobrze. Pamiętaj, jak stanie ci się coś poważniejszego, to Żo się tym zajmie. Jest jeszcze Sandżira, ale... jeśli Żo jest wolny, lepiej nie próbuj. On jest głównym medykiem. Wie jak porządnie składać kości, ale zna się nie tylko na tym. My nie chodzimy do dorosłych lekarzy. Wiesz dlaczego.
Iwen potwierdził ruchem głowy. Nie obyłoby się bez pytań.
Kerell odszedł. Iwen zajął się tekstem na etykietce. Nie zwykł bawić się lekami, lecz teraz nie miał wyjścia. Pudełko zawierało maść regeneracyjną dla skóry. Wchłaniana przez skórę, w miejscu urazu aktywizowała kaskady genowe i transkrypcyjne, nie wpływając na nieuszkodzone tkanki – tyle mógł zrozumieć z krótkiego opisu działania. Poprawiała ukrwienie i zmuszała komórki do przyspieszonej naprawy uszkodzeń. Efektem ubocznym było podwyższenie temperatury ciała w miejscu obicia. Ślady obrażeń miały znikać po kilkunastu minutach, pełne zaleczenie ran miało zajmować całe dwa dni. Niestety, nie było mowy o znieczuleniu. Nie zalecano stosowania u dzieci, lecz „rzadko pojawiające się efekty uboczne nie są groźne i są łatwe do usunięcia” – cokolwiek to znaczyło. Preparat miał klasę bezpieczeństwa A2, dla leków szeroko dostępnych z możliwymi sporadycznymi efektami ubocznymi, tylko o klasę niższą od A1 – leków w pełni bezpiecznych dla każdego, niezależnie od posiadanych genów.
Wszystko co musiał zrobić to posmarować tym siniak. Odkręcił wieczko. W środku była płaska bryła półprzezroczystej, różowawej maści. Cóż szkodziło spróbować.

Spóźnił się na następną lekcję. Poza zwykłym napomnieniem nauczyciel nie zwrócił na niego uwagi. Maść działała; nie dziwne że w całej szkole nie widział nikogo posiniaczonego. Nigdy dotąd aż tak nie cieszył go brak konieczności uważania na lekcji. Wciąż myślał o zdarzeniu na korytarzu, lecz im bardziej się zastanawiał, tym więcej miał wątpliwości. Postanowił że najbezpieczniej będzie wypytać się o wszystko kogoś, kto miał większe doświadczenie i kto już raz ostrzegł go przed kłopotami.
Zaraz po lekcji odciągnął Bebra na bok i opowiedział o całym zdarzeniu. Nie czuł się pewnie. Obawiał się że Bebre go nie zrozumie, lecz jak na wojownika z jego pozycją, okazał się wyjątkowo wyrozumiały. 
- Duszenie to nic – wyjaśnił przyciszonym głosem – Wierz mi, nawet gdyby kroili cię żywcem, to i tak jest lepsze od tego co się stanie gdy powiesz o tym dorosłym. Pamiętasz? Powiedziałem że zawsze może być gorzej i tak właśnie jest. Dorośli ukaraliby starszaków, a starszaki lubią się mścić.
- Ale... jeśli ktoś się poskarży i rodzice nie puszczą go do szkoły? – Iwen rozpaczliwie szukał jakiegoś wyjścia, lecz ostrzegawcze światełko znowu się zapaliło. Gdyby to było takie proste, po co by była ta cała tajemnica?
- Wtedy dopadną cię dorośli, a to już bardzo, bardzo źle – Bebre nie uznał tej rozmowy za hipotetyczną, jak starał się o tym myśleć Iwen. Postawił go przed sobą, położył dłonie na jego barkach i popatrzył mu prosto w oczy – Chcesz na zawsze zostać w domu? Dorośli nie ukarzą wszystkich starszaków. Zawsze zostaną inni, którzy cię dopadną. Nowy, musisz chodzić do szkoły, a wszystkie szkoły są takie same.
Z wyjątkiem Ziemi, pomyślał. Z wyjątkiem planet. Ale na Ziemię nie wrócą, a na stacji mieszkali dopiero dwa tygodnie. Za wcześnie na przeprowadzkę. Musiał tu zostać.
- Jest takie stare prawo, które każe nas wychowywać według przepisów – ciągnął Bebre – Mamy chodzić do szkoły, nie wyjmować pluskwy, nie wchodzić gdzie nam nie wolno. I jak złamiesz to prawo, to Opiekunka może uznać że rodzice nie dają ci właściwego wychowania i że w akademii zajmą się tobą lepiej.
Opiekunka... Iwen wiedział co się dzieje z dziećmi bitymi czy źle traktowanymi przez rodziców. Urząd Opieki gdzieś je zabierał. Nigdy nie zastanawiał się co się z nimi działo. Teraz wiedział. Pewnie akademia. Ale żadne nie trafiło tam za sprawą szkoły. 
- Mogą to zrobić tylko dlatego że nie chodzę do szkoły? – spytał.
- Po jakimś czasie – Bebre kiwnął głową – Byli tacy którzy tak skończyli. Maszyny i komputery są wszędzie. Jako dorosły, musisz wiedzieć pewne rzeczy, inaczej nie dasz sobie rady. Jeśli ich nie wiesz, to źle dla ciebie i dla innych, bo możesz stać się niebezpieczny lub ulec wypadkowi. Tak twierdzi Opiekunka. Nowy, zrozum... Opiekunka nie zwraca uwagi na to, jak wyglądają szkoły. Chce mieć dość dzieci w akademii, dla Floty. Gdy coś zrobisz źle, wtedy może cię zabrać i wychować tak jak sama zechce, byś był im posłuszny. 
Dziwnie odmieniony ton głosu Bebra pomógł Iwenowi zrozumieć że to nie oznacza nic dobrego. To o tych konsekwencjach wspominało powiadomienie. Konsekwencją było zabranie go do akademii, nawet wbrew woli rodziców.
Niewiele o niej wiedział, ale czuł że to złe miejsce. Dzieci ze szkoły niechętnie o niej mówiły, ale z tych niewielu fragmentów jakie wpadły w jego ucho, poznał że za nic nie chciałby się tam znaleźć. Z akademii się nie wracało. Dla niego droga do szkoły prowadziła tylko w jedną stronę.
Wcześniej nie bardzo się tym przejmował, lecz teraz, gdy docierało to coraz głębiej w jego umysł, ta myśl przerażała go coraz bardziej. Nie wątpił że to była prawda. Dorośli też mówili różne straszne rzeczy o akademii. To było dużo gorsze niż szkoła. Co tam duszenie i parę bójek. Nawet jakby miał oberwać jeszcze mocniej, to było niczym.
- To straszne... – wymknęło mu się bezwiednie.
- Ale to prawda. Dorośli to nasi najgorsi wrogowie. Nikt nie zrobi ci w szkole tego co oni mogą zrobić poza nią. Ale potrafimy ich oszukiwać. Wszyscy tu wytrzymują, nawet beksy.
- Racja...
Starał się poukładać to wszystko w myśli. Nie może nic mówić, ale inni nie będą mówić o nim, o tym co sam zrobi. To działa w obie strony. Bebre miał rację.
Poczuł się bezradny, bezbronny i kompletnie zagubiony. To musiała być pierwsza rzecz której dzieci uczyły się w takiej szkole. Ale on nigdy nie był pierwszakiem. Nie na stacji.
- Jak wygląda akademia? – spytał. Co w niej było strasznego, że bały się jej nawet starszaki?
- To wiedzą tylko ci co do niej trafili, ale tacy nigdy się nie odzywają, jakby przestali istnieć. Podobno zostają żołnierzami, ale takimi bardziej podobnymi do maszyn niż do ludzi. Cały czas walczą. Wielu ginie, dlatego ciągle potrzebują nowych dzieci. Zależy im by przetrwali tylko najsilniejsi. Uczą posłuszeństwa wobec Floty, a po roku sprawdzają mózg jakimiś czujnikami, które wykrywają myśli. Wybierają tych, co za dużo myślą... i zabijają ich. 
- Zabijają? – Iwena zmroziło. Wiedział że cokolwiek by mu zrobili w akademii, nie ważne jak bardzo by próbowali, nigdy nie byłby w stanie przestać myśleć.
- Pakują w puszki i oddają Ziemi. Dla nich oni są „niedostosowani”. Tak samo ci słabsi. Ci z Floty wybijają takich jak szczury. Różnie o tym mówią. Jedni twierdzą że wyprowadzają takich na bok i... ale starszaki twierdzą że takich dzieci jest za dużo i że robi to za nich maszyna. Dorośli kładą cię na taśmę, przywiązują jednego za drugim, a ty wjeżdżasz do środka i tam maszyna ucina ci głowę. Starszaki twierdzą nawet że potem ona wyjmuje z ciebie wszystko co się da. Mówią że nie wszystkie organy są hodowane, ale myślę że to jest bzdura – czoło Bebra pokryły zmarszczki – Każdy jajcogłowy ci powie że najlepszy przeszczep nie będzie tak dobry jak twoje własne komórki. Moje pasują do mnie i nie i nie działałyby właściwie w nikim innym, tak słyszałem. Może robiono tak kiedyś, lecz nie dziś.
Uczucie prymitywnego strachu przyprawiło ciało Iwena o drżenie. To nie treść przerażała go najbardziej, lecz obojętność, z jaką Bebre o wszystkim opowiadał. Mówił tak spokojnie że zapragnął by przestał. Nie mógł uwierzyć że dorośli mogli robić takich rzeczy.
- Dlaczego... to robią? – spytał, ze ściśniętym gardłem. 
- Dlaczego? – Bebre wzruszył ramionami – Żołnierz nie może myśleć, bo wtedy źle wypełnia rozkazy i może być niebezpieczny dla innych żołnierzy. Nie mogą cię wypuścić, bo za dużo wiesz. Dlatego albo cię zabiją, albo zrobią z ciebie żołnierza. Nawet jeśli to przeżyjesz... nie wrócisz na stację. Będziesz żył i umrzesz na jakimś okręcie. Ale tak kończą zwykle beksy. Gdy dorosnę, pójdę do Floty, ale nie w ten sposób! Wojownicy wytrzymują szkołę. Gdy trafią do Floty, rządzą takimi z akademii – dokończył z dumą.
Być pilotem, to było to o czym marzył każdy chłopiec. Iwen nie był wyjątkiem. Nie chciał tłumić rebelii, prędzej walczyć z Obcymi, jak by się jacyś pojawili, lecz z Bebrem łączyła go wspólna wola trzymania się z dala od akademii. Ta droga była zbyt przerażająca.
- Ja też wytrzymam – odpowiedział szybko – Ale musiałem wiedzieć...
- Więc wiesz. Zapamiętaj to. Między sobą możemy się bić, nawet bardzo poważnie, ale to dorośli są naszym prawdziwym wrogiem. Gdy się pojawiają, cała szkoła staje przeciwko nim, jak jedna grupa. Każdy kto idzie do dorosłych staje się naszym wrogiem, bo naraża nas na akademię. Rodzice, Nowy, są też dorosłymi.
Już o tym wiedział. Dla każdego byli wyjątkowi, inni niż reszta dorosłych, ale byli dorośli i niczego nie rozumieli. Dzieląca go od nich cienka z początku granica z każdym dniem w szkole rozrastała się coraz bardziej, tak szybko że wkrótce zamieniła się w przepaść.
- Bebre... Nie mów o tym nikomu, dobrze? O naszej rozmowie...
- O czym tu mówić? – Bebre wzruszył ramionami – Obiecuję że będę milczał. Takie rzeczy to normalka.
- Dzięki, mimo wszystko.
- Od tego jesteśmy grupą.
Bebre odszedł. Iwen został sam, lecz tym razem wiedział że nie powinien być sam. Ruszył w stronę grupy.
Podobno akademia pierze nam mózgi, pomyślał, ale może my sami robimy to równie dobrze, nawet o tym nie wiedząc? Wszystkie dzieci żyły tu w strachu przed starszakami i akademią. Ten strach zmuszał ich do milczenia. Nic dziwnego że nigdy się ze sobą nie bawiły. Ciężko się bawić gdy w każdej chwili ktoś może pobić uczestnika. Nie żartowały, nie śmiały się, chyba że z wypadków innych dzieci, w których on nie widział nic śmiesznego, raczej smutnego, ale ich to bawiło. Śmiały się wtedy złośliwie. One nie potrafiły być inne. Czy dlatego to miejsce było inne? Dlaczego sam przestał się śmiać? Ledwie czasem się uśmiechał...
Na dole zgrywał odludka, lecz dawał się skusić na zabawę z dziećmi z sąsiedztwa. Bawili się w policjantów i Podziemie, lub we Flotę i rebeliantów. Inni woleli być silną i potężną Flotą, on zawsze wolał biednych i słabych kolonistów i gdy przewodził, potrafił wygrać. Tutaj nie było zabaw. Zastępowała je rzeczywistość. Bawiąc się na Ziemi można było bezboleśnie popełnić błąd. Tu nie.
Gdyby nie znał innych szkół, byłby po prostu jednym z tych dzieci; nieświadomą, ślepą dziesięcioletnią maszyną do bicia. Śmiałby się z tego co one, myślałby o tym samym, robiłby to samo i uważał że to jest słuszne. Już nauczył się najważniejszej rzeczy o tym miejscu – nie powinien spodziewać się litości, po nikim. Zwłaszcza po starszakach. Wielu zdawało się nawet nie rozumieć tego słowa.
Ojciec twierdził że to ludzie, że się przyzwyczajają. Wiedzą że to złe, ale przyzwyczajali się do takiego życia, myślenia i zachowania się, bo tak było bezpieczniej, bo inni robili to samo. Akceptowali je tym mocniej gdy wmawiano iż że to wszystko służy wyższemu dobru, lecz jedynie usprawiedliwiało to zwykłe, ludzkie tchórzostwo. Byli tacy, którzy nie zgadzali się na nowe prawa, tak jak on nie zgadzał się na to co się działo w szkole. Pokazywali ich czasem w wiadomościach, na nielicznych demonstracjach które kończyły się zawsze tak samo. Tak samo skończyłby tutaj, gdyby dalej się upierał przy swoim.
Kiedyś nie rozumiał dlaczego inni się do nich nie przyłączali, choć widzieli że to jest złe. Dlaczego ojciec, choć się z nimi zgadzał, także nic nie robił. Teraz zrozumiał jego bezsilność. Tak w szkole, jak i w świecie dorosłych, o pewnych rzeczach nie należało mówić.
Lecz czy musiało się tak dziać? Dawniej było inaczej. Kiedy i jak to się zmieniło? Na to nie umiał odpowiedzieć, lecz był tylko dzieckiem. To dorośli byli mądrzy, tak go uczono. Szkoła stała się dla niego nie tylko twardym sprawdzianem woli i siły, lecz również zasad, w jakie wierzył – sprawdzianem na którym od początku czuł się na straconej pozycji.

*

Późno wrócił do domu. Nawet to się zmieniło. Nie miał już dla siebie tyle czasu co kiedyś.
Na Ziemi często grywał w gry. W takie zwyczajne, na domowym komputerze, bo do WIR-u mógł się dostać nie częściej niż raz na tydzień. Wolał je bardziej niż zmieniających się kolegów. Na koniec przestał nawet próbować się z kimkolwiek zaprzyjaźnić. Za kilka miesięcy znowu się przeprowadzą i znowu wszystko zacznie się od nowa. Gry były zawsze takie jakie chciał. Kontrolował je, włączał kiedy chciał i zawsze mógł zabrać je ze sobą. Grał zawsze sam. Czasem, gdy ojciec miał wolną chwilę, uczył się od niego o sieci i komputerach – tyle, ile mógł zrozumieć. Lecz od przybycia na stację wszyscy byli czymś zajęci. Ojciec ciągle bawił się elektroniką, nawet matka często była poza domem, choć nigdzie nie pracowała. Może to miejsce zmienia ich tak samo jak mnie, pomyślał. Skoro nawet dzieci są tu inne, to tym bardziej dorośli.
Jego ostatnia gra leżała nietknięta od tygodnia, porzucona w tym samym miejscu. Jego bohater miał kogoś ratować, już nawet nie pamiętał kogo i dlaczego, ale na przeszkodzie stał mu potężny smok. Jego drużyna była za słaba by go pokonać. Teraz nie miał na nią czasu, a i sama gra przestała go interesować.
Teraz jego grą była szkoła, grą bardzo rzeczywistą i nie mniej groźną dla niego, jako głównego bohatera. Życie w dwóch światach, w domu i w szkole, bez ładowania gry, bez możliwości naprawienia błędu, bez kolejnego wcielenia, tylko to jedno. Prawdziwy ból zmuszał do szybkiej nauki gry w szkołę, przypominał jak bardzo jest prawdziwa, więc grał tak by było go jak najmniej, a to nie było łatwe.
W nowym świecie przemoc była powszechna. Była odpowiedzą na każdą myśl i każdy problem – na nudę i ekscytację, na złe i na dobre stopnie, na krzywe spojrzenie, ubóstwo i zamożność, frustrację i dumę. W starym świecie, w świecie domu i terenów poza szkołą, wciąż panował spokój i porządek. Kilka dni czy miesięcy to za mało by nauczyć się tak żyć. Powoli tracił pewność który z tych światów był bardziej prawdziwy.

Niemal cała stacja była poutykana perceptorami. Nietrudno mu było wyobrazić sobie setki tysięcy ukrywających się w zakamarkach automatów poszukiwawczych, gotowych ruszyć do akcji na pierwszy sygnał z Centrali, by wykorzystać cały arsenał swoich czujników do odszukania wskazanej im osoby. Lecz były miejsca, gdzie system zawodził. Miejsca takie jak szkoła i sektor, w którym mieszkali – może nie najuboższy, lecz jeden z biedniejszych. Miejsca takie jak to stanowiły może pięćdziesiątą część objętości stacji, lecz istniały. Na Ziemi proporcje były odwrócone, lecz tam zawsze uważano że stacja to raj. Tu aż dziewięciu na dziesięciu mieszkańców miało jakąś pracę.
Mieszkali tu ludzie którzy kiedyś mieli pracę, lecz teraz żyli z oszczędności. Na Ziemię ich nie puszczano, więc starali się jakoś przeżyć. Rzadko kiedy legalnie. Jak w szkole, większość perceptorów była tu zniszczona, nawet dokładniej niż tam. Jedynie na głównych korytarzach wciąż je naprawiano, z uporem godnym lepszej sprawy. W tych dalszych, pokrytych po sufit przez brud i graffiti, już tego nie próbowano. Próbowano za to podkładać podsłuchy, które znikały niemal tak szybko jak się pojawiały. To była strefa wojny, choć innej, cichej, nie takiej jak wojna Protektorów z Podziemiem, o której wiedzieli wszyscy. O tej wojnie wiedzieli tylko zainteresowani – policja i przestępcy.
Widok walających się po korytarzach śmieci nikogo nie dziwił. Centrala stacji tylko w ostateczności zezwalała automatom na wejście na zakazany obszar. Dbająca o czystość i higienę maszyna była dla mieszkańców nie tyle dobrodziejstwem, co rezerwuarem części. Złapanie takiej, rozebranie i sprzedanie czego tylko się dało często znaczyło przetrwanie przez kolejny miesiąc. Nie dziwiło go iż, mimo surowych kar, ludzie wychodzili na polowania nawet poza swój sektor. Nawet automaty poszukujące rzadko się tu zapuszczały. Iwen odkrył że dla tutejszych dzieci ich łapanie było rodzajem hobby. Bystre oczy i zręczne palce odnajdywały i chwytały te małe urządzenia, czasami obezwładniając skleconymi naprędce elektronicznymi przyrządami by, na zawsze bezwolne, zamienić automaty w rodzaj kulek do grania. Dorosłym, którzy tu mieszkali, było to tylko na rękę.
Nie było na to sposobu; jak długo istniały takie przechowalnie dla byłych pracowników, tak długo Centrala musiała godzić się na utratę automatów. Zbyt wielu złodziei, rozbójników i bandytów gnieździło się w okolicy by jakiekolwiek system kontroli zdołał to wytrzymać. Policja zaglądała tu tylko na bardzo konkretne i stanowcze wezwanie. Tylko Kosiarze pojawiali się równie często jak w innych sekcjach, lecz tych nawet najgorszy bandzior omijał z daleka. Mimo to, panował tu spokój. Tu też istniały reguły, choć w porównaniu ze szkolnymi zdawały się Iwenowi jak przyjacielski uścisk ręki. Tu nie bał się niczego. Wiedział jak powinien się zachowywać. Miejscowi swoich nie tykali, jak długo nie byli zbyt wścibscy. Tu robienie sobie wrogów bywało niebezpieczne.
Korytarze nie były puste; choć takimi się wydawały. W drodze do domu Iwen zawsze mijał przynajmniej kilku ludzi. Wszyscy mieli w oczach charakterystyczną dla takich miejsc mieszaninę obojętności, czujności i respektu dla prywatności sąsiadów – prywatności która znaczyła tu znacznie więcej niż gdzie indziej, dotyczyła bowiem interesów o których wiedza mogła okazać się niebezpieczna dla obu stron, a jednak była niezbędna do przetrwania. Ludzie starali się nie zwracać na siebie uwagi; ich obecność była dyskretna, lecz była. Dowodem było tempo roznoszenia się nowych wieści. Ich sąsiedzi w jakiś niezwykły dla niego sposób wiedzieli o nich wszystko już w kilka dni po przybyciu. Niezależnie gdzie, czy na Ziemi czy w kosmosie, pewne cechy były powszechne. Nikt ich nie odwiedzał, ale wiedzieli o ich kłopotach, a po jakimś dłuższym czasie zjawiał się u ich drzwi pierwszy pacjent. Wiedza to jedno, zaufanie to co innego. Nawet desperat potrzebował na to czasu.
W miejscach jak to rodzice zawsze mieli zajęcie. Ojciec składał różne elektroniczne drobiazgi. Znał się na tym i potrafił milczeć, jego klienci dobrze płacili za obie rzeczy. Matka pomagała tym którzy nie chcieli lub nie mogli pójść do zwykłego lekarza – jak bezimienni. Wiele razy widział jej pacjentów i ich rany, jakby po silnym poparzeniu, lecz mniejsze niż powinny, jak projekcyjne oparzenia po wystrzale z karabinu plazmowego z dużej odległości.
Iwen tak się przyzwyczaił do tych wizyt że zwrócił na nie uwagę dopiero gdy ustały. Teraz pojawiali się tylko Kosiarze i ponurzy ludzie z Urzędu Emigracyjnego. Na Ziemi Kosy nie było, a urzędnicy ich nie odwiedzali. Tutaj pojawiali się często i ciągle żądali coraz to nowych dokumentów. Na stacji kontrola była silniejsza niż gdziekolwiek indziej. Cokolwiek ten Urząd mógł zrobić, wszyscy się go obawiali, nawet stali mieszkańcy. Miał władzę większą niż policja. Mógł zamknąć każdego pod byle pretekstem, a czasem i bez niego. Tu nawet pretekst nie był potrzebny, wystarczył sam adres.
Urząd miał ich stale na oku. Zajmował się przenosinami ludzi między planetami i poza Układ. Ich obecność drażniła urzędników, więc szukali czegoś co pozwoli ich odesłać. Wykorzystywali każdą wymówkę by do nich zajrzeć. Iwen podejrzewał że wie dlaczego. Kiedyś razem z Ros dogrzebał się do czegoś co wskazywało że ojciec robił dawniej rzeczy które bardzo nie podobały się policji. Nie wiedział czy miało to jakiś wpływ na pracę i przeprowadzki, wiedział tylko że póki byli na dole, póty nikt ich nie nachodził. To zaczęło się dopiero tutaj, na stacji. Nie wiedział czy to przez ojca, czy robią tak z każdym.
Coś się działo, czuł to. Nieznajomych wpadających z wizytą zastąpiły przynoszone przez ojca ciężkie walizki. Tylko raz udało mu się zajrzeć do środka. Zdziwiło go jak grube były jej ściany i jak niewielka przestrzeń była wewnątrz. Ojciec zabierał je do swojego pokoju i chował tak dobrze że nawet on nie mógł ich odszukać. Potem zamykał się na długie godziny. Nigdy wcześniej nie zachowywał się w ten sposób, nawet gdy składał coś dla klientów.
Zwykle było ich stać na coś więcej niż mieszkanie w takiej dzielnicy. Lecz na stacji ceny były wyższe. Brak było dobrych i w miarę tanich mieszkań, zaś Kosa nawet nie starała się ukrywać jak niechętnie widzi ich na stacji. Wszystko dlatego że ojciec miał tę „barwną przeszłość”. Ukrywał to, lecz z czasem wszystko wypływało na wierzch i zaczynały się kłopoty. Tutaj kłopoty zaczęły się niemal pierwszego dnia. Z jakiegoś powodu nie chcieli tu takich jak on, jakby zapomnieli że tylko w tej dzielnicy, ledwie za cienką plastalową ścianą, mieszkali ludzie stokroć gorsi i niebezpieczniejsi – ich nowi sąsiedzi.

Wszedł do domu. Był sam. Powoli poczłapał do małego pokoju, dzielonego wspólnie z siostrą. Jak co dzień, od prawie tygodnia, miał trening. Jak co dzień, był wyczerpujący. Jak co dzień, ćwiczył dotąd, dokąd nie opuściły go siły. Teraz chciał się tylko położyć i odpocząć.
Ich mieszkanie było małe, nawet w porównaniu z tymi starymi, najmniejszymi z małych, które pamiętał z Ziemi. Były tu ledwie trzy pomieszczenia – jeden wspólny pokój dla dzieci, drugi dla rodziców i trzeci, największy, który służył jednocześnie jako kuchnia, jadalnia i pokój gościnny. Jeszcze tylko krótki korytarzyk za drzwiami – i to było wszystko.
Rzucił się na łóżko i pogrążył w rozmyślaniach.
Rodzicom o niczym nie powie. To było pewne. Mógł o wszystkim zawiadomić kapitana. Czy powinien? Bebre, Kerell i Orfius zgodnie twierdzili że to, co mu się przydarzyło, nie jest niczym wyjątkowym. Gdyby za każdym razem mówili kapitanowi o takich napadach to nie miałby czasu na nic innego, tylko na wysłuchiwanie ich narzekań. Nie pójdzie do Arto. Nie pójdzie do nikogo. Uber się nie skarżył, on też nie będzie.
Ta myśl go przygnębiła. Czy tylko on miał taki problem?
Na pewno nie. Arto mógł mieć gorzej. Iwen mógł porozmawiać o swoich kłopotach z innymi, z Kerellem, z Orfiusem. Oni go rozumieli. Z kim mógłby porozmawiać Arto? Jako kapitan, nie mógł okazywać słabości, ale to były pozory. Nikt nie mógł być aż tak twardy. Arto mógł sobie grać siłacza, mógł patrzeć na wszystkich z wyższością, tym swoim pewnym, chłodnym wzrokiem, ale też był dziesięciolatkiem i też był bity.
Jak bardzo samotny musi być Arto, pomyślał nim pojął że będzie kiedyś taki sam. Będzie samotny, choć nie samotnością dowódcy, lecz... o tylu rzeczach nie będzie mógł porozmawiać z kolegami. Z Orfiusem, Bebrem, nawet z siostrą. Nawet z nią nie będzie mógł o tym rozmawiać, bo zaczęłaby się wtrącać. Ta świadomość przygnębiła go bardziej niż wszystko co się dziś stało.
Skłamałby, gdyby powiedział że kapitan mu nie imponuje. Był silny, inteligentny, wymagający lecz tolerancyjny, utrzymywał dystans wobec każdego lecz chętnie uczestniczył w rozmowach – pozostając tajemniczym. Za takim przywódcą poszłoby każde dziecko.
Jak Arto sobie radził ze szkołą? Na pewno nie myślał o niej tak jak Iwen, ale coś tam sobie myślał. Ze swoją inteligencją i wiedzą powinien być raczej słabym jajcogłowym, a nie dowódcą, tymczasem Arto wydawał się być i jednym i drugim. To jakby połączyć ogień i wodę. A jednak... Ogień i woda zapoczątkowały kiedyś epokę pary.
On wiedział od początku. Wiedział że tak będzie, że Iwen zrozumie iż nie może być sam. Obserwował jak stara się uwić spokojne gniazdko, jak stara się być w grupie, jednocześnie unikając wniknięcia w nią zbyt głęboko, a jednak nie starał się go przekonać, nie próbował zmusić do niczego poza podatkami. Po prostu stał i czekał aż sam do nich przyjdzie. Był najmądrzejszym dzieckiem, z jakim Iwen miał kiedykolwiek do czynienia, daleko sprytniejszym od niego.
Treningi dla jajcogłowych... Tego nie robił nikt w szkole. Inne grupy, gdyby wiedziały, ubawiłyby się do łez, lecz byłby to śmiech głupca. Jajcogłowi nie walczyli, tak mówiono. Dlaczego, dlaczego? Podział na wojowników i jajcogłowych nie dawał mu spokoju, a dziś absorbował myśli tym silniej że kapitan porównał go do nich. Może miał więcej racji niż Iwen był skłonny przyznać? Może nie tylko wiedza zbliżała go do nich? Może to samo, co odpychało jego od grupy, odpychało także ich? A może to było coś innego?
To musiało być coś innego. Nieważne czy samotny czy w grupie, Iwen chciał być silny – i wiedział że będzie. Oni też mogliby być, jakby zechcieli. Dlaczego nie próbowali? Tylko użyteczni... Jajcogłowi nie angażowali się w grupę, jak on. Dbał o swoją pozycję dla siebie, nie dla grupy. Robił to co oni – dbał tylko o własne bezpieczeństwo.
Wrócił myślami do rozmowy z treningu. Dzisiejsze spotkanie ze starszakiem, poznanie na własnej skórze co dzień w dzień czyhało w szkole na każdego z uczniów, pomogło mu zrozumieć przyczynę tego podziału. Jajcogłowi odcinali się od rzeczywistości bo nie mogli pogodzić się ze swoją słabością. Bali się ich, lecz nie mogli się zdobyć na odwagę by walczyć. Wybrali inne wyjście. Uciekali w głąb siebie, do własnego świata, gdzie sami dyktowali reguły. Tam mogli się mścić na swoich dręczycielach, w najbardziej wyrafinowane sposoby. Co z tego że ten świat istniał tylko w ich umysłach. Dla nich stawał się kapsułą ratunkową. Zamiast się bić, interesowali się zajęciami, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że dzięki temu w przyszłości to oni będą rządzić swoimi prześladowcami.
To dlatego Arto był wyjątkowy. Był jajcogłowym który się nie poddał.
Iwen czuł że to odkrycie jest ważne, choć jeszcze nie wiedział jak bardzo. Postanowił że dowie się co zmusiło Arto do walki i wykorzysta źródło tej siły by stać się tak twardy jak on.
Od początku, od dnia walki, toczyli pojedynek na wolę. Wolą Iwena była izolacja, wolą Arto – współpraca. Nie zmuszał go, choć mógł. Wierzył że jest dość inteligentny by dojść do wszystkiego na swój własny sposób. Wygrał. Sytuacja sama go przełamała. Po dzisiejszym rozjaśnieniu Iwen obiecał sobie że skupi swoje siły na grupie. Przywykł do tego że jest sam, że inne dzieci go omijają. Było mu z tym dobrze. Lecz, choć wszyscy w grupie działali razem, choć byli jej całkowicie lojalni, na swój sposób byli samotni. Arto też był samotny, lecz nie uciekał. Może już czas by i on przestał.

Ktoś wszedł do domu, przez drzwi od korytarza prowadzącego do dzielonych z sąsiadami wspólnych pomieszczeń, jak łazienka czy toaleta. O tej godzinie ojciec nie wracał do domu. Zatem matka albo siostra. 
Kroki zbliżyły się do pokoju. Drzwi rozsunęły się na boki, wpuszczając Rossie do środka. Choć była tylko o trzy lata starsza, właściwie była już prawie kobietą. Dziewczyny zawsze tak miały, pomyślał z zazdrością. Gdyby sam wyglądał na starszego...
Wracała prosto spod prysznica, szczelnie owinięta szerokim ręcznikiem, choć na stacji zawsze było ciepło. Wystawała jedynie jej oblepiona mokrymi włosami głowa. Mógł mówić – i mówił – różne rzeczy o jej wyglądzie, lecz oboje wiedzieli że nie jest tak źle. Wręcz przeciwnie. Niemniej, drobne utarczki słowne były ich językiem powszednim.
Nie mógł nie dostrzec zmian jakie wywarła na nią stacja i szkoła. Na dole ubierała się wyzywająco, wręcz prowokująco. Poruszała się niedbale, z nonszalancją. Ta nonszalancja wciąż w niej została, lecz cała reszta... W jej ruchach zaczęła dominować płynna, uwodzicielska, zmysłowa gracja, która nawet jego przyprawiała często o niepewność i dziwne zawstydzające dreszcze. Nowa Ros samą swoją obecnością potrafiła zasiać w nim niepokój, lecz odporność miejscowej młodzieży na jej wdzięki zdawała się dorównywać wytrzymałości na uderzenia pięści. To działało na niego, lecz nie na nich. Zbyt mocno pochłaniała ich walka. Jeśli chciała zwrócić na siebie uwagę, musiała się jeszcze sporo poduczyć, lecz gdy skończy, był pewien, będzie w nich przebierać, jak na Ziemi. Będzie ich tak samo zmieniać w zależności od potrzeb, niczym narzędzia. Na dole takie zachowanie czyniło z jego siostry renegatkę wśród innych dziewcząt i obiekt nienawiści u byłych chłopaków. Tu, jak słyszał, było to normalne.
- Nie powinnaś ograniczyć pryszniców? – spytał – Zostawiłaś coś dla innych?
Na Ziemi czasami brała je i dwa razy dziennie. Ciekawe czy i tutaj też będzie mogła sobie na nie pozwolić. Tam wody było pod dostatkiem, choć nie była tak czysta. Nigdzie nie widział równie czystej wody, może z wyjątkiem WIR-u i rezydencji dziadka. Lecz na stacji jej ilość była ograniczona. Za każdą kroplę ponad limit trzeba było płacić.
Tutaj woda nie pochodziła z ziemskich oceanów. Oczyszczanie jej opłacało się tylko dla potrzeb Ziemi, co więcej, część wody przywożono na Ziemię ze stacji, gdzie trafiała aż z księżyców gazowych gigantów. Wycięte bryły lodu pakowano w kontenery i wysyłano przez sztafetę miotaczy masy i wychwytywaczy, by po miesiącu podróży dotarła do celu.
Ros spojrzała na niego lekceważąco.
- Już to zrobiłam, Iw – odparła, lekko wydymając wargi – Nie bój się, dla ciebie zawsze wystarczy. Jesteś tak mały że wystarczyłby jeden kubek. Jedna torebka – poprawiła się.
Iwen uśmiechnął się do siebie. Mogła być złośliwa, ale czuła się tutaj tak samo nie na miejscu jak on.
Ros założyła na włosy siateczkę suszącą. Podeszła do Iwena i spojrzała na niego z góry.
- To prawda że znowu dopadł cię jakiś starszak? – spytała z troską – Bardzo cię pobił?
Zawsze to samo. Nie musiała się aż tak martwić. Chociaż... Przynajmniej nie udawała. Robiła to już od jakiegoś czasu. To, oczywiście, była wina szkoły.
Choć raz wyszło z tego coś dobrego.
- A ty skąd o tym wiesz? – szybko usiadł na łóżku.
- Powinieneś się już nauczyć że my, dziewczyny, wiemy więcej od was – Ros uśmiechnęła się z wyższością – Chodzimy do tej samej szkoły, pamiętasz? Jestem twoją starszą siostrą i powinnam na ciebie uważać.
Iwen zerwał się z łóżka. Jeśli aż tyle wiedziała... A jeśli uzna że nie powinna milczeć?
- I co, naskarżysz rodzicom? 
- Pewnie że nie – Ros usiadła na łóżku, więc zrobił to samo – Wtedy dopiero miałbyś kłopoty, co? Gdyby te dzikusy ze szkoły uznały że jesteś skarżypytą to pewnie by cię zabiły.
Wzdrygnął się. Spojrzał na nią uważniej. Nie żartowała.
- Nie bój się, ciebie też by zaczęli ścigać.
Trochę mu ulżyło. Odkąd pamiętał, zawsze obawiał się że Ros wyskoczy z czymś do rodziców, że wie coś o czym wiedzieć nie powinna. Nigdy nie mógł przewidzieć jak i kiedy to wykorzysta, lecz gdy obiecywała milczeć, zwykle dotrzymywała słowa.
- Ale ja mogę uciekać i nikt mi z tego powodu niczego nie zrobi. A i dołożyć potrafię! Mamy gdzieś te wasze durne zasady. Tak na Ziemi jak i tutaj.
- Dobrze ci – stwierdził z nutą zazdrości – Jak zacznę uciekać to mnie złapią i zbiją jeszcze bardziej. Głupia szkoła.
- Mówisz tak bo nie wiesz jak to jest u nas, Iw. Uwierzyłabym że trafię do miejsca gdzie chłopcy malują się jak kobiety? – parsknęła – Możesz być pewien że jeśli którekolwiek z nas coś powie rodzicom, to jedynie ty sam. Przysięgam.
Odprężył się.
- Dzięki.
- Drobiazg. Masz swoje własne problemy. Więc jak to było? Jak cię dopadli?
- Przypadek – powiedział z rezygnacją. Uznał że to prawda, choć wcale nie był tego pewien – Da się znieść. Wiedziałem że tak się kiedyś stanie.
- Mój dzielny, młodszy brat – Ros uśmiechnęła się i przytuliła lekko do siebie – Obyś tylko nie był zbyt głupi. Łatwo nam tu nie będzie, ale jakoś to zniesiemy. Wystarczy trzymać się razem. Oczywiście, nie w szkole. Ale poza nią, to już co innego.
Dawna Ros była poważna i wyniosła, lecz ostatnio złagodniała. Pozwalała mu na więcej niż kiedyś. Na Ziemi często powtarzała że jest głupi i nic nie rozumie. Mówiła to zwłaszcza wtedy gdy złościł się na rodziców, bo znowu się kłócili lub znowu musieli się przeprowadzać. Lecz od kiedy tu trafili przestała tak mówić.
Nie tylko ona się zmieniła. Rodzice stali się bardziej skryci niż zwykle, jakby coś ukrywali. Nie byłaby to pierwsza rzecz o której nie mówili, jak choćby to po co tu przybyli czy jak zdołali to załatwić. Niektóre z tych tajemnic znali, domyślali się, a niektóre tajemnicami pozostały.
- Co u ciebie? – spytał – Kolejny spokojny dzień w szkole?
- Spokojny? – odepchnęła go lekko – Nie myśl sobie że my mamy spokój. Choćby dzisiaj. Rozwaliłam jaja takiemu jednemu, co to sobie myślał że jak jest o rok starszy to może mnie dotykać. Och, może i są twardzi, lecz ja wiem jak przyłożyć by to poczuli.
Skrzywił się. To musiało boleć, ale był pewien że tamtemu się należało. Siostra była jeszcze bardziej bojowa niż on. Po jaką zarazę miał ją dotykać, tego nie rozumiał.
- Wiem, to miejsce jest obrzydliwe – dodała Ros – Ale lepszego nie będzie.
- Gorszego chyba też nie.
Spojrzeli na siebie. Ros pogłaskała go po głowie.
- Mam taką nadzieję. Zresztą, jak cała reszta, to też nie potrwa wiecznie. Tylko tak na przyszłość, uprzedzam cię, zapamiętaj sobie co zrobiłam z tamtym gnojkiem. Możesz sobie być moim bratem, ale jeśli kiedykolwiek spróbujesz tak robić z inną dziewczyną, która nie będzie tego chciała, to twoje jaja też będą w niebezpieczeństwie.
Iwen prychnął.
- Możesz sobie pomarzyć! – odparł z pogardą – Czego miałbym chcieć od dziewczyn?
- Jesteś głupi i o niczym nie masz pojęcia – odpowiedziała Ros. Zmierzwiła jego włosy, po czym wstała. Uśmiechnął się. Powiedziała to po raz pierwszy od przybycia na stację. Wytrzymała prawie dwa tygodnie. Nieźle, jak na nią.
- Teraz może nie, ale gdy dorosnę, będę od ciebie o wiele mądrzejszy. Mężczyźni zawsze są mądrzejsi! – zaznaczył. 
- Dzieciaki – stwierdziła Ros – Wszystkie tu są takie same. A ty, Iw, jesteś ich królem. Silniejszy, mądrzejszy... Tylko to się liczy – wzruszyła ramionami i wyszła z pokoju.
Zmęczenie przypomniało o sobie. Tak jak siedział, padł na plecy, rozrzucił ramiona i pogrążył się w myślach.
Nie wiedział jak szkoła wygląda dla Ros, ale był pewien że siostra też nie ma lekko. Nie może jej być tak ciężko jak jemu, ale z pewnością ma gorzej niż na Ziemi. Choć kto wie...? Tu wszystko było inne, a on i bez tego czuł że coś przed nim ukrywa, odkąd ich stopy dotknęły pokładu stacji.
Powiedział że będzie dobrze, choć wcale tak nie uważał. Sam przed sobą sądził że będzie jeszcze gorzej. Stacja to nie miejsce w którym coś może się polepszyć. Była miejscem do którego musiał przywyknąć. Przynajmniej, miał nadzieję, tylko na jakiś czas.

 
Alan Akab

|strona 28|