|
ONI :: Lato w środku Zimy ... .. .
Z dala od domu. Na ławeczce. W parku. Siedzę sobie ja. Nie wiem, jak tu trafiłem. Nie mam pojęcia, jak wrócę. Ale to nieważne. Teraz liczy się tylko oczekiwanie. Wiem, że Ona w końcu tu przyjdzie. ...Tak! Nadchodzi. Nie wiedziałem pod jaką postacią się zjawi, ale wiedziałem, że jakakolwiek by to postać nie była, ja rozpoznam Ją bez problemu. Tak też się stało. Długa czarna suknia. Takież włosy. Puste oczy. Usiadła koło mnie. Oboje spoglądaliśmy przed siebie, jakbyśmy nie byli świadomi swojej obecności. Niespodziewanie zaczęła mówić.
-Czy jesteś pewien swojej decyzji?
-...Tak.
-Nie.Nie jesteś. Nie kłam.
-Skąd Ty możesz to wiedzieć?
-Zapomniałeś kim jestem?
-...Zanim to zakończymy, czy możesz odpowiedzieć mi na jedno pytanie? Proszę...
-Nie po to tu przybyłam. Ale dobrze. Robie to tylko dlatego, że nie jesteś jednym z nich.
-Chciałbym wiedzieć, dlaczego przychodzi do mnie tylko jedna z twoich sióstr?
-Ty ją wzywasz, ona przychodzi. Takie panują tu zasady.
-Nie nie. Przecież ja nigdy nie chciałem, żeby w życiu towarzyszyła mi Cierpienie.
-Twierdzisz, że ona sama do ciebie przychodzi?
-...Tak.
-Zabawne. Wiesz, że wiele mi o tobie opowiadała? Mówiła, że ty ją wręcz uwielbiasz. Sama widziałam, jak płakałeś. Użalałeś się nad sobą. Żałosne. A może lepiej było choć jedną z tych nocy spędzić podziwiając piękno gwiazd, zamiast żałować straconych lat? Może lepiej było wyjść w końcu z domu i nauczyć się latać? Tak samo jak potrafisz sprowadzać na siebie Cierpienie, potrafisz też sięgać po Szczęście. Przecież dobrze wiesz, że oni nigdy nie pozwolą ci być sobą. Nie zmienisz tego, że jesteś od nich inny. Musisz nauczyć się żyć bez nich, sam... Bez nich TEŻ można być szczęśliwym. Ale myślałam, że ty o tym wiesz. Przecież tak bardzo wywyższasz się ponad nich. Przecież jesteś kimś więcej. A nie widzisz tak prostych rzeczy?
-Jeżeli tak jest, to powiedz mi, co mam robić, żeby Szczęście do mnie przyszła? Co mam zrobić?
-...przede wszystkim zacznij robić cokolwiek! Odzyskaj świadomość. Stracony czas nie wróci. Ale możesz sprawić, że nie będziesz żałował kolejnych lat. To trudne, wiem. Szczególnie dla kogoś takiego jak ty. Ale chociaż spróbuj...
-Tak łatwo Ci to mówić... Nikt nie wie, jak naprawdę wygląda samotność.
-Czyżby? Każdego, kogo do tej pory spotkałam, musiał natychmiast umrzeć. Samotność to moje drugie imie.
-...Widzę, że...
-Tak, nadszedł już czas.
-Ale ja nie chcę... już nie.
-Wcale nie przybyłam tu po to, żeby cię stąd zabierać. Miałeś tylko zrozumieć.
-Przecież każdy, kto Cię spotkał...
-Nie jesteś każdym. Zrozumiałeś, że Szczęście i Cierpienie przychodzą tylko wtedy, gdy Ty je o to prosisz. Przecież to moje siostry. A co to oznacza?
-...Że kontroluje również i Ciebie? Ale przecież Ty jesteś...
-Tak, jestem Śmiercią. Ale ty jesteś kimś znacznie więcej. Jesteś człowiekiem.
Nie próbowałem Jej zatrzymywać. Zniknęła w oddali. Spojrzałem w góre. Ujrzałem korony drzew, przez które widać było kawałki pięknego nieba. Do domu wracałem za rękę ze Szczęściem.
ONI

Marcin Popławski :: Nocny pociąg ... .. . . .
poprzez szklaną szybę widziałem ulicę. był wieczór, świeciły pomarańczowo latarnie, brukowana jezdnia lśniła wilgocią. obdarte z liści drzewa wystawały rzędem przy krawężniku, pulsująca pomarańczowo sygnalizacja świetlna odbijała się w kałużach jaskrawymi refleksami. poprzez szklaną szybę widziałem ludzi. szli powoli, z rozwagą, ostrożnie stawiając kroki. machali rękami, kiwali głowami, twarze wykrzywiały im grymasy niechęci, uśmiechy i zdziwienia. poprzez szklaną szybę widziałem noc. zimną, otuloną mgłą, mokrą, przeziębioną noc. siedziała na drewnianym krześle, patrzyła z góry na miasto. spoglądała na wsie, polne drogi, zaorane pola. na zastygłe, gęste niczym zupa jeziora porośnięte trzcina. patrzyła na góry wystające gdzieś z równin, oblepione ciszą i zamarłym czekaniem. poprzez szklaną szybę widziałem ptaki. leciały w różne strony, często zmieniając kierunek, jakby pozbawione orientacji. widziałem pędzące przed siebie psy z wywieszonymi różowymi językami, w zwolnionym tempie, gnały dokądś pchane niewiadomym instynktem. widziałem rosnącą trawę, wydzierającą się z wnętrza ziemi, pełną nadziei na spotkanie z niebem. poprzez szklaną szybę widziałem ludzkie myśli. leżały pijane na skraju drogi, rozczepiane nawzajem setkami powykręcanych rąk, oddychające ciężko i szybko. widziałem ludzkie poglądy z zaciekłością ścinające okazały i masywny dąb. wióry fruwały wirując dookoła. poprzez szklaną szybę widziałem ludzkie obawy, bawiące się w chowanego na podwórku. oraz ludzkie urazy. niczym misternie pokręcane śruby w gładką powierzchnię pachnącego żelaza. poprzez szklaną szybę widziałem niemowlęcą kołyskę, porozrzucane zabawki, lalkę bez ucha, wiszącego do góry nogami pluszowego misia z wbitą w bok strzykawką. widziałem chłopców grających w piłkę, widziałem małe dziewczynki rysujące choinkę. poprzez szklaną szybę widziałem szkołę, uczniów siedzących równo w ławkach, nauczycielkę w krótkiej spódnicy objaśniającą przyczyny drugiej wojny światowej. dostrzegłem strach przed karą, dostrzegłem lęk przed domem. poprzez szklaną szybę widziałem ból. z długą brodą, z drucianymi okularami na nosie, siedzący na inwalidzkim wózku. widziałem jego uśmiech, widziałem, jak sprawdzał coś w notatniku.
poprzez szklaną szybę widziałem odległe, błyszczące zielonkawo światełka dalekich latarni pośród mroku. samotnych, stojących przy jakiejś bocznej, zapomnianej wyboistej drodze. latarni obcych, latarni nieznanych, z mokrymi liśćmi u podstawy. zapowiadających domy. widziałem przechodzącego w ich świetle przez asfaltową jezdnię jeża. widziałem pogrążoną w głębokim śnie wiewiórkę. widziałem sarnę z pięknymi czarnymi oczami, stąpającą delikatnie w bujnej, wysokiej trawie. poprzez szklaną szybę widziałem padający deszcz. każda kropla leciała wolno, z ziemi do nieba. była noc. mglista, bezbarwna, chłodną noc. jesienna albo wiosenna, nie pamiętam. widziałem otwartą leżącą na stole książkę, drobne, czarne, zadrukowane gęsto strony. opowieść o człowieku, opowieść o cierpieniu, opowieść o życiu. widziałem człowieka coś piszącego, o szklanej szybie, o... nie wiem. niespodziewana radość, błyskawiczna myśl, piękna wiosna, żółty, pachnący różanecznik. wszystko(?)poukładane, dobre, spokojne. poprzez szklaną szybę widziałem dłonie. głaszczące, obejmujące, pokrzepiające dłonie. zwinięte w pieść, twarde uderzające dłonie. widziałem poustawiane w przedpokoju buty. spracowane, pomarszczone, przechodzone. obrazek na ścianie, drobne monety na półce. poprzez szklaną szybę widziałem człowieka, który, podpierając się na specjalnym wózku (był chory), kroczył z trudem, bardzo powoli. coś mu kazało iść. nadzieja jeszcze żyła. poprzez szklaną szybę widziałem wiarę. bawiła się w piaskownicy, robiła babki, usypywała zamek. widziałem lecący w powietrzu chropawy kamień, widziałem spadający z drzewa kolczasty, zielony kasztan, widziałem zamykający się pąk. widziałem opuszczoną, kiwającą się huśtawkę na przedszkolnym podwórku, skorodowane dawnokolorowe drabinki, odrapane z tynku mury. wlewającą się z szelestem do studzienki deszczową wodę. poprzez szklaną szybę widziałem parującą herbatę z cytryną, zielonkawe wnętrze kafejki, brązowe lakierowane stoliki, kwiaty na stojakach w kącie. widziałem bezsensowną ciszę, ciężką kłopotliwą pauzę, obracanie długopisu w palcach. widziałem zmiętą kartkę, spalony list, zapomniany wiersz.
poprzez szklaną szybę widziałem siedzące przed telewizorami rodziny, bawiące się samochodzikami dzieci, wpatrzonych w drgający ekran rodziców. widziałem smutny jesienny poranek, gdy jeszcze jest ciemno i sen nie do końca odstąpił. rażące w oczy światło stuwatowej żarówki, rozsmarowywane na chlebie masło. poruszające się miarowo szczęki, bezczuciowe spojrzenie. poprzez szklaną szybę widziałem choroby. naradzały się za rogiem trzymając nawzajem ręce na ramionach. widziałem niespełnione oczekiwania, podeptane marzenia, rozerwane na strzępy nadzieje. widziałem zrezygnowanie, poddanie się, potężną niemoc. gdy ogarnia ciemność, gdy nie wiadomo, dokąd iść, gdy odjedzie ostatni autobus. widziałem nieme pytania, istniejące osobno, spacerujące w zadumie po parku. oraz mędrców siedzących na zwykłych, pomalowanych zieloną olejną farbą ławkach, wołających niekiedy do nich. poprzez szklaną szybę widziałem sny. unoszące się lekko nad ziemią, oplatające drzewa, tańczące między gałęziami. ich smukłe dłonie, ich lśniące włosy, ich czarujące oczy, ich zmysłowe usta. opowiadające historie. parki z tysiącami jasnych żaróweczek, wszędzie, na wystającej spod śniegu trawie, na pniach, na korze gałęzi. biegnące w różne strony alejki, rozświetlone polanki, pomimo nocy, pomimo ciemności. poprzez szklaną szybę widziałem uczucia. widziałem „kochać”, widziałem „tęsknić”, widziałem „cierpieć”. widziałem czekanie, potwornie długie, rozciągnięte do granic możliwości czekanie. i niepewność. widziałem „nienawiść”, widziałem „złość”, widziałem „zazdrość”. pięknie wyglądające, z subtelnym pastelowym makijażem, pachnące tajemniczo, stonowanie. oraz te wyraziste. ekshibicjonistycznie jawne, krzyczące wprost, bez niedomówień. poprzez szklaną szybę widziałem zgasłą miłość, zwęglone, dymiące resztki okazalej budowli. widziałem chłopaka, dziewczynę. widziałem rozwiedzionych starych ludzi. z kiwającymi się głowami, z białymi włosami. młodą dziewczynę z ukrytą w dłoniach twarzą, chłopaka w bezruchu na łóżku, z otwartymi oczami, z głuchoniemymi myślami. widziałem rozlaną kawę, widziałem kapiące ze stołu wino. wolno kroczący czas. ogrodnika przycinającego żywopłot. spadającą z dachu cegłę na głowę przechodzącego właśnie dziecka.
poprzez szklaną szybę widziałem siebie. z kamienną twarzą, zastygłą nagle, niespodziewanie. patrzyłem na siebie, patrzyłem poprzez siebie. byłem w szklanej szybie. zupełnie realnie, całkiem wyraźnie. stałem cicho, nie ruszając się, pełen niepokoju. było nas dwóch. pośród wilgotnej nocy, pośród lodowatego przenikającego wiatru. w ten czas - gdy wszyscy już spali, w ten czas - gdy na niebie nie było żadnej gwiazdy, w ten czas - gdy chmury przetaczały się mozolnie i bezgłośnie. na opustoszałym autobusowym przystanku, metalowej konstrukcji z poobdrapywanymi ławkami, ze zdeptanymi na ziemi niedopałkami. z wybitym prawie całym szkłem. na szklanej szybie, coraz bliżej i bliżej, widziałem błyskające krople. spływały wolno, łącząc się niekiedy w większe strugi. po szybie, gdzieś pośród mglistej nocy spływały drobne krople deszczu.
usłyszałem nagle dzwoniący, nie odebrany telefon. nagle usłyszałem szelest wrzucanego do skrzynki listu. i coś jeszcze. gwizd odległego pociągu.
odjeżdżał beze mnie.
Marcin Popławski 24 I 98

KrH :: Triumf życia ... .. . . .
Łza spłynęła mi po policzku. Nie wiedziałem co mam powiedzieć. Spojrzałem na szlochającą żonę, która załamana podnosiła się z leżanki. Słowa doktor ginekolog zabrzmiały jak wyrok. Nasze dziecko może nie przeżyć własnych urodzin. W tym momencie jakby świat się dla mnie zatrzymał. Nic nie miało sensu. Jeszcze miesiąc temu cieszyłem się na samą myśl, że zostanę ojcem, a teraz kiedy do planowanego porodu pozostało niecałe 2 tygodnie, chciałbym, aby ta chwila nie miała miejsca. Rzeczywistość odwróciła się do góry nogami. Wszystkie ważne dla mnie wartości straciły znaczenie. Widok płaczącej Moniki był okropny. Nigdy nie widziałem jej tak roztrzęsionej. To dziecko było dla niej urzeczywistnieniem najskrytszych marzeń i pragnień. Nigdy nikomu, oprócz mnie, nie powiedziała jak bardzo chciałaby zostać matką. Doktor Morczyk, rzekła również, że nasze dziecko może przyjść na świat zdrowe, ale jest na to szansa tak nikła, jak trafienie szóstki w Dużym Lotku. Najgorsza była bezradność. Chciałem coś zrobić, ale nie mogłem.
Złapałem swoją żonę za rękę i pomogłem wstać. Dopiero teraz uświadomiłem sobie jak ona musi cierpieć. Do porodu pozostało dwa tygodnie. Wiedziałem, że przez ten czas będę musiał ją bardzo wspierać na duchu. Nikt nie potrzebował tego tak jak ona. Nie wiedziałem, czy mi się uda. Sam byłem równie smutny i załamany jak Monika. Przy życiu utrzymywała mnie jedynie nadzieja, na to że, nasze dziecko przeżyje.
Kiedy dojechaliśmy do domu chwyciłem za słuchawkę telefonu i zadzwoniłem do swojego szefa. Jedynym szczęściem jakie mi się przytrafiło w tym dniu, było to, że moim przełożonym był prawy człowiek, który przyznał mi urlop, bez żadnych wyjaśnień, gdy go o to poprosiłem. Było mi to potrzebne. Musiałem przez ten najbliższy czas być blisko swojej małżonki. Czułem, że moja obecność jest niezbędna. Pomogłem jej zdjąć kurtkę. Zachowywała się jakby była niepełnosprawna. Gdybym zostawił ją samą na pewno stałaby w kącie nic nie robiąc. Po jej twarzy widać było, że nie chce jej się żyć. Odprowadziłem ją do sofy i usiadłem razem z nią. Siedzieliśmy nic nie mówiąc około 5min. Nagle Monika przytuliła się do mnie i wybuchła płaczem równie silnym jak ten z gabinetu lekarskiego. Pomyślałem, że to dobrze. Podobno łzy koją ból.
Mocno ją przytuliłem. W domu było cicho. Za oknem ciemność, był późny wieczór. Słychać było jedynie szloch Moniki i tykający zegarek, który wisiał nad naszą głową. Po chwili ja również się rozpłakałem. Nie mogłem znieść tego jak ona cierpi. Byłem bezsilny, nie mogłem jej pomóc. Siedzieliśmy tak lamentując w ciemności. W ogóle nie rozmawialiśmy.
W pewnym momencie Monika zawyła z bólu. Był to skurcz. Odeszły jej wody. We mnie aż zawrzało. Przecież to miało nastąpić za dwa tygodnie! Monia, tak zwykłem na nią mówić, nie zdążyła przygotować się na ewentualną tragedię. Obawiałem się, że tego nie przeżyje. Mnie samego utrzymywała przy życiu nadzieja oraz Monika, która była dla mnie najważniejsza.
Szybko wziąłem ją na ręce i zaniosłem na tylne siedzenie samochodu. Pośpiesznie wsiadłem do auta i ruszyliśmy w stronę kliniki. Do centrum medycznego nie było daleko. Na ulicach było pusto, paliły się tylko latarnie. Dotarliśmy tam w mgnieniu oka. Jeszcze szybciej wysiadłem, niż wsiadłem, ponownie wziąłem Monikę na ręce i pobiegłem do izby przyjęć. Na szczęście była tam doktor Morczyk, która znała naszą sytuację. Bez żadnych utrudnień, w jak najszybszym tempie przyjęła ją do siebie na oddział, po czym bez wahania wysłała na salę porodową. Wszedłem z nimi. Po godzinie nastąpiła chwila prawdy. Nie mogłem na to patrzeć. Moja żona nie miała już siły płakać. Resztkami sił witalnych urodziła Asię. Oczy otworzył nam dopiero jej płacz. Nagle wszystko nabrało barw, wrócił sens życia. Roześmiany trzymałem ją za rękę. Ona pełna radości nie mogła powstrzymać się od płaczu, chociaż chwilę temu nie miała siły szlochać. Zacząłem rozważać, czy aby nie zacząć grać w Totolotka. Łza znów spłynęła mi po policzku.
KrH [krh89@interia.pl]
|