|
-Całkowicie zaabsorbowany patrzyłem przez moją lupę na powierzchnię podłogi. W szczególności zaintrygował mnie karaluch, który niespodziewanie wyskoczył z dziury w ścianie. Cały czas wciskał się pod moje meble. Wyjąłem śledzia z kieszeni i wytłuściłem mu moje spostrzeżenia. Był jednak świnią. Ostrzegł, że nic nie powie bez różowego puddingu. Rzuciłem gagatka w cholerę i poszedłem do klatki z pluszowym misiem. Nie zjadł kolacji, którą zostawiłem mu poprzedniego dnia. Widocznie jest chory. Przed śmiercią zdążył jednak przekazać mi telepatycznie informację: „Karaluch szuka sensu życia”, po czym popełnił sepuku żyletą. Dodajmy, że zgubiłem ją kilka dni wcześniej. Widocznie długo męczył się z zamiarem rytualnego samobójstwa. Sens życia karalucha...Nie za bardzo rozumiałem. Sięgnąłem na półkę i wyjąłęm książkę dr.Karaluchowicza „Społeczne nastawienie do karaluchów oraz tryb ich życia.”. Odnalazłem tam informację, że te owady żyją dla jedzenia, bo bez głowy to nie jedzą i nie żyją. Wziąłem więc cukiernicę i wysypałem jej zawartość na podłogę. Karaluch jednak uparcie trwał na swojej pozycji. Podumałem trochę i doszedłem do wniosku, że ma zatwardzenie. Wetknąłem mu pod czułki Laxigan. Dopiero wtedy zaczął konsumpcję. Rósł, rósł, rósł, aż urósł tak bardzo, że zjadł burka razem z budą i uciekł do USA napisać swoją autobiografię. Ja tymczasem zasiadłem do komputera, ale przedtem sprawiłem sobie środek na karaluchy.
Morał: Nie ufaj różowym misiom-samobójcą.
Ps: Głupota w czystej postaci nie jest groźna.
Seth: miejmy nadzieję ;). Reklamacji nie przyjmujemy.
Gwizdon [odyniecandpuzon@tlen.pl]
|