|
Uwagi wstępne:
1. "Hapa hapslich hapen hap" czyta się "hapa hapsliś hapen hap" (akcent a'la niemiecki).
2. Jeśli ktoś zadzwoni do Ciebie w trakcie czytania tego opowiadania i przeszkodzi Ci w czytaniu, powiedz mu "Hapa hapslich hapen hap".
3. Zapytaj się Ali czy zna niemiecki.
4. Nie mów z pełną buzią.
5. Chyba, że chcesz powiedzieć "hapa hapslich hapen hap".
6. To tak dla zmyłki.
OK, chyba już możesz zacząć czytać.
Eudoksjusz Zaremba wyszedł z budynku firmy Polvuj w nienajlepszym nastroju. Właśnie dobiegło końca bardzo ważne zebranie, a jemu nie udało się wprowadzić tak długo opracowywanych zmian. Jednak wszyscy członkowie zarządu byli przeciwko niemu - nie miał żadnych szans. Poprawił krawat i poszedł do postoju taksówek. Wsiadł do jednej z nich, a kierowca na dzień dobry powiedział:
- Oł, mister Zaremba. Gudmornjing! Łer do ju łont tu goł tudej?
- Mógłbym pana podać do sądu!
- Ekskjuz mi?
- Wykorzystuje pan hasło reklamowe jednego z największych zagranicznych kontrahentów mojej firmy!
- Did aj sej somting rong?
- Tak, używasz pan hasła reklamowego największej firmy komputerowej na świecie, podejrzewam że bez jej zgody!
- Oł, sori. Baj de łej, abałt łicz firm łir toking abałt?
- Nie mogę powiedzieć, bo to by była kryptoreklama.
- Łaj? Noł łan lisyns tu ałer konwersejszyn.
- Może i nie, ale miliony ludzi ją czyta.
- If ju sej soł.
- A w ogóle, to czemu mówi pan po angielsku?
- Aj fołt… Znaczy, myślałem, że taki poważny biznesmen jak pan porozumiewa się jedynie w języku angielskim. A poza tym, to ćwiczę cały czas. Wie pan, teraz taka konkurencja, musiałem się nauczyć angielskiego.
- No, ale przecież mówię po polsku!
- Tak, ale ja nie wiedziałem, że pan mówi po polsku. Myślałem, że tak szacowna persona mówi jedynie po angielsku.
- Pan mnie obraża! Poza angielskim i polskim, mówię płynnie po hiszpańsku, francusku, niemiecku, suahilijsku i bangladeszańsku, potrafię powiedzieć kilka słów po japońsku, chińsku, bułgarsku, łacinie i czesku, a także znam jedno słowo w języku włoskim!
- To niech pan powie coś po suahilijsku.
- Vuja ni mboo… Jak się pan nazywa?
- Lubicz.
- Ale jak pan ma na imię?
- Ryszard. Po co pan się pyta jak się nazywam, skoro chce pan znać moje imię?
- Przecież chwilę potem zapytałem się jak pan ma na imię!
- No tak, ale najpierw pan się pytał o moje nazwisko.
- Nieważne. Niech pan mi przypomni jak ma na imię?
- Na imię mam Ryszard. Na nazwisko mam Lubicz, ale pan się nie pytał jak się nazywam, tylko jak mam na imię, więc pragnę zakomunikować wszem i wobec, że na imię mam Ryszard. Przyjaciele mówią mi Rysio, ale pan jeszcze nie jest moim przyjacielem, więc zostańmy przy Ryszardzie.
- Vuja ni mboo, Ryszard!
- A co to znaczy?
- Ah, nie mogę powiedzieć.
- Coś brzydkiego. Pan mnie chciał obrazić!
- A nawet jeśli - pan mnie już obraził. I do tego okłamał!
- Kiedy pana okłamałem?
- Pan jest Ryszard Lubicz?
- No, tak.
- No, a kilkanaście linijek wyżej powiedział pan, że myśli. Dokładnie powiedział pan: "Myślałem, że tak szacowna persona mówi jedynie po angielsku." Przykro mi, ale nie mogę z panem jechać. Wsiądę do innej taksówki.
- A to nawet dobrze, bo teraz sobie przypomniałem, że dzieci chyba rączek rano nie umyły przy śniadaniu.
- No i co w związku z tym?
- Muszę jechać do szkoły, przerwać lekcję jaką teraz mają, oczywiście uprzednio bardzo serdecznie przepraszając nauczycielkę za tak nagłe wtargnięcie, wziąć je do łazienki, nakrzyczeć na nie i, wreszcie, umyć im rączki.
- Pan wie, że jest idiotą?
- Nic na to nie poradzę, tak przewiduje scenariusz. Do widzenia!
Eudoksjusz wysiadł czym prędzej z samochodu i wsiadł do drugiego. Przywitał się z, teraz już sprawiającym wrażenie normalnego, kierowcą i kazał się zawieźć do domu. Zaremba, mimo tego że był współwłaścicielem jednej z największych firm w Polsce i posiadał ogromny kapitał, nie wybudował sobie domu (tak jak zrobili to inni współwłaściciele), tylko mieszkał w mieszkaniu. Fakt - mieszkanie znajdowało się na jednym z najdroższych osiedli w mieście, z całodobową ochroną, ogrzewaniem, ciepłą wodą, kioskiem ruchu na dole i tego typu bajerami - lecz i tak koledzy Zaremby czepiali się go, że woli pieniądze inwestować, niż wydawać. Na miejscu, Eudoksjusz zapłacił kierowcy, wyszedł z taksówki, przywitał się z ochroniarzem przy bramie i ruszył do swojego mieszkania. Na schodach, jego komórka zaczęła wygrywać melodię z "Janosika". Mężczyzna wyciągnął telefon z koszuli garnituru i zobaczył na wyświetlaczu napis NUMER ZASTRZEŻONY. Nic dziwnego, większość poważnych person w Polsce miało zastrzeżony numer. Wcisnął przycisk z zieloną słuchawką, przerywając tym samym przepiękny dzwonek polifoniczny za 3 złote plus vat.
- Zaremba, słucham?
Cisza.
- Słucham? - powtórzył Zaremba.
W słuchawce słychać było czyjś oddech. Po chwili dziwny głos powiedział:
- Hapa hapslich hapen hap.
- Co? - spytał zdziwiony Eudoksjusz.
Odpowiedział mu jedynie odgłos oznaczający przerwanie połączenia.
Zaremba spojrzał jeszcze raz na telefon, wzruszył ramionami i doszedł po schodach na swoje piętro. Już miał otworzyć drzwi, gdy poczuł jak coś ostrego wbija mu się pod żebro…
- Cześć, Marzena! - rzekł detektyw Rutkowski po wejściu do swojego biura - Jest jakaś robota?
- Są dwa zlecenia, ale niezbyt ciekawe, pewnie pana też nie zainteresują. Przed chwilą za to był telefon.
- No, o co chodzi?
- Zabójstwo.
- Kto?
- Eudoksjusz Zaremba, jeden z najbogatszych biznesmenów w Polsce.
- Gdzie?
- Ulica Kwiecista 13, mieszkanie numer 69.
- Taki bogaty i mieszkał w bloku?
- Też mnie to dziwi.
- Dobra, jadę na miejsce.
Rutkowski wyszedł z budynku i wszedł do swojego służbowego samochodu. Niestety, mimo usilnych prób, silnik nie chciał zapalić. Detektyw był zmuszony skorzystać z tak nie lubianych przez niego taksówek. Akurat stała taka jedna na pobliskim postoju, więc nie widząc innego wyjścia, wsiadł do środka.
- Na Kwiecistą 13 proszę.
- O ja, pan jest Rutkowski!
- Tak, to ja. - odparł znudzony detektyw. - proszę już ruszać.
- Ryszard Lubicz jestem. Wie pan, ja to pana fanem jestem. Oglądam ten pana program regularnie, zamówiłem z telesprzedaży tę książkę pana… Jednym tchem przeczytałem, a koszulkę to nosiłem bez przerwy, ale teraz do prania akurat żona wzięła, no bo wie pan, jak się ją nosi bez przerwy przez trzy miesiące, to tak trochę się brudzi i w ogóle… Ten napis "RUTKOWSKI PATROL" też się trochę starł, ale pożyczyłem od syna korektor i sobie poprawiłem i wygląda jak nowy.
- Mógłby pan już pojechać?
- A jeszcze ostatnio kupiłem ten pański program na DVD, tylko dlaczego pan tam na opakowaniu nie napisał, że tego się nie da w magnetowidzie odtworzyć? Bo ja nie mam DVD i chciałem to do magnetowidu włożyć, ale to tylko wpadło tam gdzieś do środka i nie mogłem wyciągnąć. No i musiałem nowe wideo kupować…
- RUSZY PAN WRESZCIE CZY NIE?!
- Tak, już jadę, jasne. - rzekł Ryszard. - Ale ja to mam farta, no! Wczoraj ten biznesmen, dzisiaj Rutkowski…
- Przepraszam, powiedział pan biznesmen?
- No, wczoraj wiozłem takiego jednego, no, tego… Jak on się nazywa…
- Zaremba?
- O, właśnie Zaremba. Tak, to jego wiozłem. Znaczy tak naprawdę nie wiozłem, ale w mojej taksówce był.
- Proszę mi dokładnie opowiedzieć wszystko ze szczegółami: kiedy pan go wiózł dokąd i tak dalej.
- A mogę spytać po co? Wiem, tajemnica zawodowa, nie może pan powiedzieć. Już o nic nie pytam.
- W zasadzie to żadna tajemnica, dziś wszystkie gazety o tym piszą… Zaremba został zamordowany.
W czasie jazdy, Lubicz opowiedział Rutkowskiemu, że Zaremba wszedł do jego taksówki tylko na moment, ale za to dokładnie mu zrelacjonował przeprowadzony przez nich dialog. Na ulicy Kwiecistej 13 już roiło się od policji.
- Witam, panie Rutkowski. - rzekł mężczyzna w czarnej koszulce z napisem RUTKOWSKI PATROL na plecach. - Cała grupa jest już na miejscu, możemy przyjrzeć się miejscu zbrodni.
Rutkowski przytaknął głową, nie odrywając przy tym wzroku od Roberta Gonery, który kręcił się koło ogrodzenia.
- Co on tutaj robi? - spytał detektyw mężczyzny w czarnej koszulce z napisem RUTKOWSKI PATROL.
- Nie wiem, kręci się tutaj odkąd przyjechaliśmy.
- Ej, Gonera, filmy ci się popieprzyły! - krzyknął Rutkowski.
- Jak to? To nie jest "G jak Glina"?
- Nie, to jest "Operacja Hapa Hapslich Hapen Hap"!
- A, to sorry, Detektywie. - rzekł Robert Gonera i odszedł.
- Dobra, zanim pójdę na miejsce zbrodni, chciałbym przesłuchać jakichś mieszkańców. Wiesz, czy nic nie słyszeli albo nie widzieli… W ogóle to kto zawiadomił nas o zbrodni?
- Cieciówa. Rano znalazła zwłoki i zadzwoniła na policję.
- Zaprowadź mnie do niej.
Mężczyźni ruszyli do bloku. W środku, Rutkowski zapukał do pierwszych drzwi.
- Kto tam? - spytał głos zza drzwi.
- Policja, otwierać. - wrzasnął Rutkowski. - Odsuń się. - szepnął w stronę mężczyzny w czarnej koszulce z napisem RUTKOWSKI PATROL.
Drzwi się otworzyły i wylała się zza nich ogromna fala wody. Na szczęście Detektyw wraz ze swoim pomocnikiem w porę odskoczyli na bok i uniknęli zalania. W drzwiach zaś ukazała się postać niesympatycznej cieciówy.
- Pani jest tutaj dozorczynią?
- Tak. Co państwo mi tutaj tak rozlali, co? - spytała kobieta z wyrzutem w głosie. Mężczyzna w czarnej koszulce z napisem RUTKOWSKI PATROL również zdawał się pytać spojrzeniem o tę samą sprawę.
- To fala zbrodni, zawsze próbuje mnie zalać jak otwieram jakieś drzwi. Przepraszam, ale nic na to nie poradzę. Mam nadzieję, że pani to sobie posprząta.
- Posprząta, posprząta. - zaczęła przedrzeźniać detektywa. - Zawsze tylko sprzątać i sprzątać.
- Dobrze, ktoś z mojej ekipy to pani sprzątnie. Przejdźmy teraz do rzeczy, bo nie po to do pani przyszliśmy.
- A po co? Maciek znowu coś nabroił, tak? Już ja mu złoję skórę!
- Nie, chodzi o morderstwo.
- Jakie morderstwo?
- No, zadzwoniła pani do nas rano, bo znalazła pani zwłoki.
- A, o to chodzi. No tak. Rano sprzątałam klatkę schodową…
- Jak pani sprzątała? Musimy znać szczegóły. - przerwał mężczyzna w czarnej koszulce z napisem RUTKOWSKI PATROL.
- Sprzątałam mopem.
- Jakiej firmy?
- Vileda, ja zawsze tylko markowych używam.
- Dobrze, proszę kontynuować.
- No i weszłam na piąte piętro, a tam trup. Przestraszyłam się, uciekłam do domu i zadzwoniłam do was. Wszystko.
- Pod jaki numer pani zadzwoniła?
- Słucham?
- Jaki numer pani wybrała?
- No 997. Co wy, nie wiecie jaki jest numer do was?
- Wiemy, ale jak już mówiłem, musimy znać wszystkie szczegóły.
- To chyba będzie tyle. - rzekł Rutkowski. - Jakby sobie coś pani przypomniała to proszę, to jest moja wizytówka. Może pani dzwonić o dowolnej porze. Dziękujemy bardzo. - kobieta przyjrzała się wnikliwie wizytówce, po czym zamknęła drzwi, a detektyw wraz z mężczyzną w czarnej koszulce z napisem RUTKOWSKI PATROL ruszyli na miejsce zbrodni. W międzyczasie Rutkowski miał telefon:
- Aha, dobra, ok. - rzekł, po czym zwrócił się do mężczyzny w czarnej koszulce z napisem RUTKOWSKI PATROL. - Autor dzwoni. Chce wiedzieć jak masz na imię, bo mu się nie chce w kółko pisać "mężczyzna w czarnej koszulce z napisem RUTKOWSKI PATROL".
- Ja jestem Mateusz.
- Mówi, że ma na imię Mateusz. Nie ma sprawy, cześć.
- To nie może używać metody "kopiuj-wklej"? - spytał Mateusz, już po zakończeniu krótkiej rozmowy telefonicznej.
- Nie, bo trzeba i tak końcówki zmieniać. To idziemy na to miejsce zbrodni?
- Jasne.
Jolanta M. właśnie wracała z zakupów. W rękach miała siatki pełne artykułów spożywczych. W pewnym momencie jedna z siatek wypadła jej z ręki i cała jej zawartość wysypała się na ulicę.
- Cholera! - zaklęła Jolanta M. po czym przystąpiła do zbierania zakupów z powrotem do siatki. I wtedy zdała sobie sprawę, że klęczy przy budce telefonicznej. W budce tej stoi facet i tłumaczy coś zawzięcie do słuchawki. W pewnym momencie odwraca się, niestety nie miał czapki by podnieść ją 'lajk dis', i Jolanta M. doznaje szoku. To był Robert Gonera! Gdyby nie niefortunny ciąg wydarzeń, o którym za chwile przeczytacie, pewnie opowiadałaby wszystkim koleżankom: "i wtedy ten facet odwraca się, nie podnosi czapki 'lajk dis' bo jej nie ma, i wiecie kto to był? Nie uwierzycie - Robert Gonera! Przysięgam, byłam tam, krzyczałam do niego: ROBERT!!!!" Jolanta M. zostawiła zakupy na ulicy, wstała i krzyknęła w stronę budki telefonicznej:
- ROBERT!!!! - mężczyzna nie reaguje. - ROBERT!!!! - jeszcze raz - ROBERT!!!! - trójka to zbyt oklepana liczba, więc ponownie - ROBERT!!!! - a czwórki strasznie nie lubię, więc kobieta wydarła się jeszcze raz - ROBERT!!!! - piątka jakaś dziwna, więc szósty raz zawołała - ROBERT!!!! - czegoś mi tu brakuje - ROBERT!!! - wydarła się po raz 6,9. O, tak jest dobrze.
- Czekaj, oddzwonię do ciebie, bo dzwonię z budki telefonicznej i jakaś stara baba drze się wciąż do mnie "ROBERT!" - przedrzeźnił Robert Gonera Jolantę M., po czym odłożył słuchawkę i wyszedł z budki. - No i czego się pani tak drze, co? Tak, to ja Robert Gonera. Ten z serialu "M jak Masmix". Chce pani autograf? - zwrócił się nieuprzejmym tonem Robert Gonera do Jolanty M.
- Tak, poproszę. - odpowiedziała rozochocona Jolanta M. i podała aktorowi kartkę oraz długopis. Gonera nabazgrał na kartce "Głupiej krowie - Robert Gonera" i oddał ją kobiecie. - Dziękuję serdecznie! - podziękowała serdecznie Jolanta M.
- Proszę bardzo. I jak następnym razem mnie gdzieś pani zobaczy, to proszę opanować emocje. - to rzekłszy, Robert Gonera poszedł sobie zostawiając Jolantę M. samą na ulicy. A Jolanta M. właśnie sobie przypomniała, że musi posprzątać zakupy.
- Cholera! - zaklęła kobieta raz jeszcze i powróciła do sprzątania. I wtedy telefon w budce telefonicznej zadzwonił. Z początku Jolanta M. nie zwracała na niego uwagi, ale po pewnym czasie niemilknący dzwonek zaczął ją najnormalniej w świecie wkurzać (a jak już mieliście okazję się przekonać, Jolanta M. nie jest najspokojniejszą osobą).
- Cholera! - zaklęła po raz trzeci w tym akapicie, po czym ruszyła odebrać przeklęty telefon.
- Czego?! - wydarła się do słuchawki.
Cisza.
- Czego do cholery dzwonisz?!
- Hapa hapslich hapen hap. - rzekł dziwny głos w słuchawce.
- Co?! - wrzasnęła zdziwiona, ale odpowiedziało jej tylko bipanie. - Głupie Niemce. - skomentowała po czym powróciła do zbierania swoich rzeczy. Wtedy podszedł do niej mężczyzna w czapce z daszkiem (ale nie podniósł jej, niestety, 'lajk dis') i parasolem w ręku i rzekł:
- Mosze pani pomóc?
- Nie, dziękuję. Jakoś sobie poradzę. - odparła uprzejmie.
- Nie chce pani mojej pomocy? - ponowił ofertę pomocy facet.
- Nie, poradzę sobie.
- Naprawdę nie chce pani mojej pomocy?! - rzekł jakby oburzony facet.
- Nie, dziękuję panu uprzejmie! - odpowiedziała jakby wkurzona kobieta.
- Ty niewcieczna suko! - wrzasnął mężczyzna, podniósł parasol i zaczął okładać nim Jolantę M.
Rutkowski i Mateusz kręcili się po piętrze, na którym znaleziono zwłoki Eudoksjusza Zaremby. Pod drzwiami mieszkania denata narysowano białą kredą kwadratowy zarys jego ciała.
- Zauważył pan coś dziwnego? - spytał Mateusz.
- Miejsce zbrodni jak tysiące innych. Nie widzę nic nadzwyczajnego.
Komórka Detektywa zaczęła wygrywać "Runaway" z "Crime Story".
- Rutkowski, słucham
- Dzień dobry. - rzekł kobiecy głos w słuchawce.
- Cześć, Marzena. Masz jakieś nowe informacje?
- Tak, myślę że mogą być pomocne. Sprawdziłam bilingi Zaremby i okazało się, że na kilka minut przed śmiercią rozmawiał przez telefon.
- Wiadomo z jakim numerem?
- Niestety, tego nie udało się ustalić. Jednak sieć komórkowa nagrywa od jakiegoś czasu wszystkie rozmowy właścicieli firmy Polvuj, ponoć chodzi o jakąś aferę korupcyjną i chcą mieć dowody.
- I ta jego ostatnia rozmowa została nagrana?
- Tak, mogę ją panu odtworzyć teraz.
W słuchawce rozległo się kilka turkotów, aż pojawiła się rzeczona rozmowa, w jakości ledwo pozwalającej na zrozumienie.
"- Zaremba, słucham? Słucham? - Hapa hapslich hapen hap. - Co?"
- To już koniec? - zapytał Rutkowski.
- Tak, wychodzi na to, że morderca zadzwonił do swojej ofiary i powiedział jej: "hapa hapslich hapen hap".
- Co to jest ten "hapa hapslich hapen hap"?
- Nie mam pojęcia. Brzmi jak po niemiecku, ale nie ma takich słów w słowniku.
- Prawda, akcent a'la niemiecki…
- Dzwoniłam już do Ali, ale ona nie zna niemieckiego.
- Nie zna? Aha. Dobra, dzięki. Jak uda ci się jeszcze czegoś dowiedzieć, to zadzwoń.
- Oczywiście.
Detektyw rozłączył się i schował telefon do kieszeni. Potem opowiedział wszystko Mateuszowi.
- To dziwna sprawa. Po co morderca dzwonił do swojej ofiary i powiedział jej "hapa hapslich hapen hap"?
- Nie wiem.
- Ja bym przesłuchał tego dresiarza. - rzekł Mateusz wskazując przez okno siedzącego na ławce przy bloku chłopaka.
- Dobry pomysł.
- Jak masz na imię? - spytał Rutkowski siedzącego na ławce chłopaka o wyglądzie typowego blokersa.
- Maciek jestem. A pan?
- Jaki tam Maciek? Toż to chuligan pieprzony! Pan go aresztuje! - wrzasnęła starsza pani stojąca cały czas w oknie i podglądająca całą sytuację.
- Krzysztof Rutkowski. - odpowiedział Detektyw na pytanie chłopaka, ignorując przy tym starszą panią.
- Ten z telewizji? Sorry, z psami nie gadam.
- Nie jestem psem, jestem prywatnym detektywem.
- Jeden chuj.
Nastała niezręczna cisza, która jednak została w końcu przerwana przez chłopaka:
- Dobra, czego pan chcesz ode mnie?
- Wczoraj popełniono tu morderstwo. Wiesz coś o tym?
- Nie.
- Aha. A gdzie byłeś wczoraj między 16.00 a 17.09?
- W domu.
- Aha. Wiesz co znaczy "hapa hapslich hapen hap"?
- A skąd mam kurwa wiedzieć? Pan się lepiej spyta tego szwaba co się tu sprowadził niedawno.
- Jakiego "szwaba"?
- No, tego, jak mu tam? "Sztefana"? Taa, on chyba Sztefan jest.
- Gdzie go mogę znaleźć?
- A Chuj go wie.
- No to na co czekasz?! Zapytaj się go!
Chłopak niechętnie wyjął z kieszeni komórkę, wybrał jakiś numer i rozpoczął rozmowę:
- Siemasz, Chuj. Wiesz może gdzie jest teraz Sztefan? Taa, ten pedał. Aha, dobra. - Maciek się rozłączył. - Chuj mówi, że nie wie. Ale często kręci się tutaj.
- Aha. No nic, dzięki.
- Nara.
Mateusz podszedł do Rutkowskiego:
- No i co? Dowiedział się pan czegoś?
- Niewiele. Musimy znaleźć jakiegoś "Sztefana". Podobno kręci się tutaj często. Poczekaj tu chwilę, pójdę sobie gumę kupić w kiosku.
Detektyw wszedł do budynku, a następnie do znajdującego się na parterze kiosku połączonego z warzywniakiem.
- Big fReda, proszę. - rzekł Rutkowski.
- Dwa pięćdziesiąt. - odpowiedział klientowi sprzedawca i podał mu czerwoną paczkę gum do żucia. - Dziękuję. Może pan weźmie kilka mandaryn, co? Bardzo dobre, a dziś promocja…
- Nie, mandaryny mi się źle kojarzą. Do widzenia.
Detektyw wyszedł z bloku i zauważył, że na ulicy obok bloku wyrosła scena, a na niej tańczy kilkunastu facetów po środku których nawet niebrzydka blondynka śpiewa jakąś tandetę w niezrozumiałym dla Detektywa języku francuskim. Szybko rozpoznał kim jest owa blondynka.
- Co ona tutaj robi? - spytał zdenerwowany Rutkowski.
- Przyjechała śpiewać. Fajne, nie?
- Nie.
Nagle pod sceną, przy wzmacniaczach, zaczęło grzebać trzech facetów z długimi włosami, ubranych w skórzane kurtki z ćwiekami. Męczyli się z jakimiś kablami, aż po chwili muzyka umilkła, a scena zrobiła się ciemna. Trzech chłopaków, którzy wcześniej grzebali przy kablach, weszło na scenę i zaczęło przeganiać blondynkę i jej tancerzy. Gdzieś zza kulis przynieśli gitary i zaczęli grać ogłuszający riff jakiegoś metalowego kawałka. Na ekranie za sceną pojawił się krwistoczerwony pentagram, a następnie na scenę wskoczył jeszcze jeden facet i zaczął drzeć mordę do mikrofonu. Rutkowski zrozumiał tylko pierwsze trzy wykrzyczane słowa, chyba zapowiedź utworu, które brzmiały "Satan my master". Po kilkuminutowej rzeźni pentagram zgasł, wokalista wydarł się "DZIĘKIII!!!", potem jeden z gitarzystów podszedł do mikrofonu i wrzasnął "To jest kurwa metalowe osiedle, zapamiętajcie to!", a następny wioślarz wykrzyczał "Nie chcemy tu żadnego disco-polo". Trzeci stanął przy mikrofonie ostatni, chwilę myślał co powiedzieć, aż w końcu krzyknął: "NIENAWIDZĘ POMARAŃCZY!!!". Rutkowski obserwował to wszystko z zaciekawieniem, aż nagle zauważył, że wokalista kapeli stoi przed nim.
- Detektyw Rutkowski, jak mniemam? - spytał.
- Tak, to ja. A pan?
- Lagren.
- Cholerni szataniści! - wrzasnęła starsza pani z okna, która non-stop się przez nie gapiła.
- Fajną kapelę macie. - rzekł Rutkowski dla rozładowania atmosfery.
- No, zajebista.
- Jak się nazywa?
- Hehemoth, hehe.
- Hehe. - zaśmiał się Mateusz, ale Detektyw szybko skarcił go wzrokiem.
- Wczoraj popełniono tu morderstwo. Wiesz coś o tym?
- Nie, my nie jesteśmy stąd. Ale to dobry temat na nową piosenkę, dzięki.
- Łże jak pies, szatanista zasrany! - darła się z okna starsza pani - to pewnie oni tego bizmesnena zabili! Na te czarne msze swoje pewnie, ja wszystko wiem, czytałam w "Życiu na stojąco" o tych waszych obrzędach!
- Przepraszam, pani coś widziała, że się tak mądrzy? - spytał Detektyw.
- Nie, ale trzy dni temu pies mi zginął! Pewnie złożyli go tym swoim diabłom w ofierze!
- A nie słyszała pani o nowo otwartej budce z wietnamskim żarciem, o tam, na rogu? - wtrącił się Lagren.
Staruszka umilkła.
- No, możemy kontynuować rozmowę. Coś pan mówił o morderstwie?
- Tak, ale skoro ty nic nie wiesz… A nie znasz przypadkiem żadnego Sztefana?
- Sztefana? Tego niemieckiego pedała? Jasne, że znam! Tu idzie, menda jedna.
Rzeczywiście, chodnikiem szedł jakiś dziwny facet z dużym, białym psem. Mało tego - właśnie zmierzał w stronę Rutkowskiego.
- Pszepraszam pana, nie wie pan która jeszt gocina?
- Ty jesteś Sztefan? - spytał Detektyw.
- Tak, to ja. A co choci?
- Krzysztof Rutkowski, prowadzę śledztwo. Co pan robił wczoraj między 16.00 a 17.09?
- Rozmawiałem pszez telefon. Czy jesztem o czoś podejszany?
- To on. Chłopaki, zgarniamy go! - rzekł Rutkowski i podniósł rękę do góry. Ni stąd ni zowąd na Niemca wyskoczyło trzech antyterrorystów.
- Rutkowski Patrol, na glebę! - wydarł się w jego stronę jeden z nich, cały czas trzymając go na celowniku. - No, już, już, już!
- Ale o czo choci? - rzekł zdziwiony Sztefan podnosząc ręce do góry.
- Jest pan podejrzany o morderstwo. Proszę mi powiedzieć tylko jedno. Jak to szło… Hapa hapszis…
- Oh, hapa hapslich hapen hap. Pewnie o to panu chodzi. - dokończył Sztefan.
- Dokładnie. Teraz już jestem pewien, że to pana szukaliśmy. - gdy tylko Rutkowski to powiedział, jego telefon komórkowy znów zaczął wygrywać główny motyw z "Crime Story". - Przepraszam. Rutkowski, słucham.
- To znów ja. Mamy kolejną ofiarę, niejaką Jolantę M. Znaczy, ona jeszcze żyje, ale lada chwila kojfnie. Też przed śmiercią miała telefon, w którym zabójca powiedział "hapa hapslich hapen hap".
- Nie martw się Marzena, właśnie złapaliśmy tego Niemca. To niejaki Sztefan… Jak pan ma na nazwisko?
- Killer.
- Sztefan Killer. No, widzisz - już nawet nazwisko jest dowodem. Nara. Dobra, panie Sztefan. Zabieramy pana na komisariat.
- A czo z moim pszem?
- Hmm… Niech pan go weźmie ze sobą.
- Pedal! Pedal, chocz tu!
Rutkowski wraz z ekipą zawiózł Sztefana i jego psa na komisariat.
Z samego rana Detektywa obudził telefon. Wczorajszego dnia była ostra balanga z okazji schwytania mordercy. Rutkowski był pewien, że to ktoś z jego kumpli chce mu pogratulować.
- Rutkowski, słucham.
- Hapa hapslich hapen hap!
Detektyw zamarł. Nie mógł wydobyć z siebie słowa. Przez głowę przeleciało mu tysiąc myśli będących wspomnieniami z jego całego życia, a jednocześnie tysiąc sposobów na jakie ktoś może go teraz zabić. Głos zaraz dodał:
- Krzysiek! Mamy cię!
KONIEC
HAPA TWO: OPERACJA HAPA HAPSLICH HAPEN HAP
Grudzień 2004
Cthulhu the Hutt [cthulhu69@op.pl]
|