spis treści | poprzednia strona | następna strona
39 Obcy w łazience Pana Romana

Ustawiony w mini-wieży program budzenia włączył się dokładnie o dziewiątej piętnaście rano. Wieża załączyła się cichym trzaskiem, odczytała utwór piąty z płyty CD, a z głośników popłynęły pierwsze takty utworu ‘Heart Breaker’ Led Zeppelinów. Głośność ustawiona była na połowę skali.

Opuszczona ciemnofioletowa roleta zasłaniała słońcu dostęp do pokoju.

Robert Plant akurat zaczynała śpiewać, gdy kołdra poruszyła się i wypełzł z pod niej Roman. Zapuchnięte oczy i nietęga mina były skutkami wczorajszego, wieczornego chlania wódki z okolicznymi amatorami mocniejszych trunków. Stara – jak ją nazywał po cichu Roman - wyjechała na kilka dni do chorującej mamusi – ostatniego żywego dinozaura (Stara była przedostatnim) - więc miał chwilę spokoju i wolną rękę – pierwszy raz od dwudziestu pięciu lat.

Rozmasował obwisłą skórę na twarzy i poczuł, że policzki porasta mu kłująca strzecha.
Wyglądał na bardzo zaniedbanego. Ubrany był w biały podkoszulek usmarowany na środku brzucha dżemem i bokserki w bajkowe goryle. Czuł się z resztą też nie najlepiej... Gdy cztery dni temu wyjechała Stara od razu wziął tygodniowy urlop w pracy i każdy wieczorek spędzał na piciu z koleżkami... Rozmawiali wtedy o dawnych latach, gdy światem rządził rock’n’roll, gdy wszyscy mieli długie włosy i obcisłe dzwony, nie wspominając o kolorowych koszulach rozpiętych tak, by odsłaniać klatkę piersiową. To były czasy, nie ta szarość codzienności jak dziś.

Piosenka dobiegła końca, a wieża automatycznie się wyłączyła.

Roman wstał z łóżka. Nałożył na stopy klapki i dosłownie poczłapał do kuchni drapiąc się po prawym pośladku.
Odkręcił gaz i wcisnął przycisk, który stworzył iskrę zapalającą płomień. Zdjął czajnik z kuchenki i nalał do niego zimnej wody, potem postawił go nad ogniem.
Spojrzał przez kuchenne okno ukazujące sad z tyłu domu. Liście były soczyście zielone, a owoce powoli dojrzewały. Ptak siedział na jednej z gałęzi jabłoni i ćwierkał jakąś pieśń...
Gwizdek czajnika zaczął piszczeć.
Roman nasypał do szklanki dwie łyżeczki kawy, łyżeczkę cukru i zalał to wszystko wrzącą wodą. Zgasił płomień i podszedł do drzwi łazienki. Wszedł do środka. Odruchowo zamknął drzwi na zamek – taki sam jakie widuje się w płatnych ubikacjach – podszedł do sedesu, który stał dokładnie naprzeciw drzwi. Ściągnął bokserki i usiadł na czerwonej desce klozetowej. Okno – miał je za sobą jakieś pół metra po lewej, gdyby się odwrócił mógłby przez nie spojrzeć – zasłonięte było czerwoną firanką w białe kwiatki, dzięki czemu w ubikacji panował dość mroczny klimat pozwalający zachować prywatność.

Sedes stał jakieś pięć metrów naprzeciw drzwi. W drzwiach tych było kwadratowe okienko – zaczynało się na wysokości ramion a kończyło dziesięć centymetrów od końca drzwi - z szyby ozdobnej, zniekształcającej obraz na tyle, że gdyby ktoś przezeń spojrzał może i zobaczyłby jakiś kształt, ale na pewno by nie rozpoznał czym to tak właściwie jest. Im bliżej szybki, tym wyraźniejszy obraz. Po prawej była ściana, na której wisiał papier toaletowy, a na wyciągnięcie ręki był wieszak na szlafrok i ręczniki. Po lewej zaś – wzdłuż ściany - stała wanna na metalowych nóżkach (zaczynających rdzewieć). Przy naprzeciwległej ścianie – prawa strona od drzwi – leżał kosz na brudne ubrania, a obok niego ogromna pralka. W wolnej przestrzeni między wanną i pralką była umywalka, nad którą wisiało lustro. Podłoga i ściana do wysokości ramion wyłożone były kwadratowymi kafelkami o różnych kolorach.
Skóra szybko przyzwyczaiła się do z początku zimnej deski klozetowej.
Roman zgarbił się lekko i położył dłonie na kolanach. Ziewnął jeszcze przeciągle i... zdawało mu się że coś usłyszał.

Cholera jasna! Drzwi! Nie zamkną przecież drzwi po wczorajszej popijawie.

Uciszył się i począł nasłuchiwać. Ktoś chodził po domu. Wyraźnie słyszał jak podłoga ugina się pod czyimiś stopami. Dźwięki przybliżały się... To już tylko kilka metrów.
Wszystko ucichło. Słyszał tylko bicie własnego serca i głosy kroków dobiegające zza drzwi. Kropelki potu spływały mu wolno po czole, a obnażone uda pokryła gęsia skórka.
W okienku u drzwi pojawił się cień przypominający głowę, ale nie ludzką, była wydłużona i miała kształt piłki do rugby. Dalej była długa, chuda szyja i kościste ramiona. Postać stała przodem do drzwi i próbowała zaglądnąć przez okienko do środka. To coś – bo nie był to człowiek, a na pewno nie ‘zwykły’ człowiek – jeszcze zbliżyło twarz i Roman ujrzał wielkie, czarne oczy i malutkie usta.
Romanowi wydawało się, że to patrzy prosto na niego, że wpatruje się prosto w jego przerażone oczy.
Siedział na sedesie nieruchomo, niczym skamielina zastygła w bezruchu przed milionami laty. Nie oddychał. Bał się. Pierwszy raz w życiu przydarzyło mu się coś takiego... Żeby chociaż ten kształt był człowiekiem, wtedy pewnie wrzasnąłby i próbował przepędzić włamywacza, ale to nie był człowiek... Cholera, to nie był człowiek!

Ten ktoś ruszył się, ale nadal stał w jednym miejscu. Nagle klamka drgnęła, a do wody w klozecie wpadło obce ciało prosto z wnętrza Romana. Krople wody ochlapały mu pośladki i poczuł ogromny dyskomfort.

Kształt znów nacisnął klamkę. 

Roman nie wiedział co robić... Do jego kibla chciał wleźć jakiś kosmita, akurat w momencie wypróżniania się, co miał robić? Postanowił porzucić bezczynność i działać. Gdy klamka została szarpnięta po raz trzeci mężczyzna powiedział nieco zawstydzony i niepewny:
- Zajęte (???)
Wtedy obcy niemal natychmiast począł uderzać czymś w drzwi. Dobijał się do kryjówki człowieka ze zwierzęcą siłą i agresją.
- Zajęte – wrzasnął raz jeszcze, po czym dodał – Kurwa! – by zabrzmiało to pewniej.
Tak, Roman czuł moc tych słów...
Osobnik stojący za drzwiami gdy tylko usłyszał ten wściekły ryk umilkł na chwilę. Zaraz potem jednak z jego małych ust wysunął się długi język, który począł drgać wytwarzając przy tym głośny, niemal radiowy syk.
Nie minęła nawet minuta, a w okienku Roman – nadal sztywno siedzący na sedesie - widział już cztery jajowate głowy próbujące z uporem maniaka zaglądnąć do ubikacji.
Języki co sekunda wysuwały się i drgały niczym fale poprzeczne wytwarzając radiowy syk... Wyglądało to na rozmowę. 
Jedna głowa znikła...

Roman czuł, że musi działać. Wstał z sedesu, urwał kawałek papieru toaletowego, złożył go trzy razy i podtarł się.
Trzej obcy ujrzeli chyba ruch we wnętrzu pokoju do którego chcieli się dostali i zaczęli szarpać za klamkę, uderzać w drzwi, tak, że mało nie wypadły z zawiasów. Słychać było przy tym chlapnięcia, jakby to czym uderzali było pokryte wodą, albo śluzem.
Roman chciał uciekać, ale poczuł, że jedno wytarcie nie wystarczyło.
Już prawie wyłamali drzwi! Całe się trzęsły.
Bardzo wolno urwał kolejny kawałek papieru, złożył go na trzy z precyzją seryjnego mordercy. Sięgnął za plecy...
Syczenie dochodziło ze wszystkich stron - jakby otoczyli cały budynek – a dobijanie się do drzwi było bezustanne. Wyczuwał dziwny odór, ale z żadnym znanym zapachem nie potrafił go powiązać. Usłyszał również coś innego... Krzyki. Nie pojedyncze. Zdawało się, że ludzie wrzeszczeli dziesiątkami. Być może na zewnątrz nastała panika z powodu przybycia tych... zwierząt? Roman nie miał jednak czasu tego sprawdzać. Wrzucił papier do sedesu, spuścił wodę dokładnie polerując muszlę szczotką.
Nagle ustały próby dostania się do środka. W okienku pojawiła się z powrotem czwarta głowa. Syknęła coś do pozostałych i wszyscy w pośpiechu oddalili się.

Roman podciągnął bokserki i rozejrzał się po łazience.

Nagle drzwi eksplodowały, a przez ogromną dziurę na ich środku wleciał niebieski promień. Drzazgi i kawałki drewna latały jeszcze w powietrzu gdy zamykały się okrągłe drzwiczki pralki.
Wszystko co zostało z drzwi upadło na ziemię z ogromnym hukiem. Tylko kurz unosił się po całej ubikacji powoli osiadając na pułkach, ścianach, ziemi... Wtedy weszli.
Roman patrzył na całą scenę zza przeźroczystych, okrągłych drzwiczek wielkiej pralki – jednej z tych starszych modeli, które w porównaniu z nowościami wyglądają jak krowy. Dosłownie wcisnął się tyłem w bęben pralki, nie pomagała mu niestety wypukłość na brzuchu. Stara kazała sprzedać ten złom i kupić malutką pralkę jakiejś znanej firmy, ale Roman stanowczo zaprotestował i można powiedzieć, że dzięki temu ocalił życie.
Na początku nic nie widział. Siedział cicho i patrzył na nóżki wanny. Dopiero po chwili – jakieś dziesięć centymetrów przed jego nosem – pojawiła się szara, chuda niczym patyk noga. Weszli tu i szukają. Nie wyjdą póki nie znajdą...

Widział, że wcześniej czy później zaglądnął do pralki. W końcu to chyba byli kosmici chcący zgładzić ludzką cywilizację i nie przelecieli milionów lat świetlnych sprzętem, który na ziemi dostępny będzie za jakieś dziesięć wieków - by nie zaglądnąć do pralki. Tak sobie Roman pomyślał. Nie wiedział skąd ten pomysł z kosmitami, ale to musieli być obcy... Wyglądali dokładnie tak jak opisywano ich w którymś odcinku programu ‘Nie do wiary’. Przecież ciągle się to zdarza. Przylatują, porywają ludzi i odlatują, później znów przylatują i oddają to co zabrali. Nie ma się czym martwić... Romana jednak nie pocieszała myśl, że przylecieli specjalnie po niego, nie chciał z nimi lecieć nawet z wiedzą, że i tak go oddadzą. A co jeśli to jednak nie porwanie tylko inwazja, może porywając ludzi dowiedzieli się tego czego chcieli - na przykład o naszych słabościach - i teraz zamierzają opanować Ziemię.
W bębnie pralki miał ograniczoną ruchliwość – tak naprawdę czuł się jak sardynka w puszcze - ale sięgnął jakoś po podkoszulek, który naciągnął na głowę. Zaczął udawać martwą stertę ubrań. Było duszno, cholernie duszno... Nawet nie wiedział kiedy zemdlał.

Śniła mu się dwójka dzieci – obydwoje pełnoletni i mieszkający poza domem. Śniła mu się tłusta żona i jej mamusia – ostatni dinozaur, Stara była przedostatnim. Widział kolegów z pracy, szefa z uśmiechem cwaniaczka i pieprzem na samym czubku nosa. We śnie ujrzał też grubasa z przetłuszczonymi włosami wrzeszczącego na przemian: ‘Padnij! POWSTAŃ!’. Ujawnił mu się również – chociaż nie widział dlaczego - krasnal ogrodowy jadący na hulajnodze, przecież nigdy wcześniej nie spotkał kogoś takiego. Na końcu było jednak najgorzej. Ojciec Romana szedł o lasce zaraz za matką, która puszczała gazy nawet o tym nie wiedząc... Nagle matce zaczął rosnąć brzuch, był tak wielki, że aż w końcu pękł, a z jej wnętrza na wszystkie strony wyleciał niebieski promień niszcząc wszystko co tylko spotkał na drodze. Domy i bloki walił się, ludzie biegali w kółko wrzeszcząc i płonąc... Skóra odpadała od kości i mięśni.

Gdy się przebudził nadal był w bębnie pralki. Wszystkie wydarzenia zdawały mu się być tak odległe i niemal nierealne, ale... były prawdziwe. W końcu siedział w bębnie pralki, a nie wlazłby tam bez powodu.
Mięśnie z początku nie chciały zareagować. Próbował się poruszyć, ale nie mógł... Ślina utknęła mu w gardle i nie dał rady jej przełknąć, przez chwilę myślał nawet, że się udławi... Wpadł w panikę. Jak bardzo chciał teraz wstać i rozprostować nogi. Począł wiercić się w bębnie pralki, obracać, a nawet siłą zniszczyć ją od środka. Stwierdził, że jest to jednak bezcelowe...
Poruszał szybko głową, tak, że podkoszulek zsunął się wolno odsłaniając widoczność. Roman znowu miał przed sobą przerdzewiałe nóżki wanny. Pchnął drzwiczki od pralki, a wraz z ich otworzeniem do bębna wpadło zimne, czyste powietrze.
Wysunął rękę, jedną, później drugą. Głowa również wyszła bez problemu. Wypchnął się mocno nogami od ściany bębna pralki i już był wolny.

Nie było ich! Nie znaleźli go i odeszli.

Mężczyzna rozejrzał się po łazience i ujrzał zniszczone drzwi, oraz ich szczątki porozrzucane po pomieszczeniu.
Wstał i rozprostował kości. Stawy strzelały mu jak karabiny na wojnie przyjemnie pobudzając do życia. Nogi nadal uginały się pod ciężarem ciała.
Roman przeszedł ostrożnie kilka kroków i spojrzał przez dziurę w drzwiach. Pusto. Nikogo tu nie ma. Wdział dokładnie trójpalczaste ślady stóp odbite w kurzu na podłodze... Byli tu, ale wyszli nic nie odnajdując. Nie zaglądnęli do cholernej pralki! Przelecieli miliony lat świetlnych, a nie zaglądnęli do cholernej, krowiastej pralki!
Biały, brudny podkoszulek, aż lepił się od potu, to samo z bokserkami.

Roman zastanawiał się przez chwilę czego tak naprawdę był świadkiem. Słuchał sobie spokojnie Led Zeppelinów, później zrobił kawę, która pewnie już dawno wystygła. Coś dobijało się do jego kibla, później do niego wlazło, gdy on wcisnął się do bębna pralki. Kim byli? A krzyki?! Ktoś na zewnątrz krzyczał!
Szybko podszedł pod zasłonięte czerwoną firanką w białe kwiatki okno. Odsłonił je... Przypatrzył się chwilę, a później odwrócił. Podszedł pod pralkę i usiadł opierając się o nią plecami. Wyprostował nogi i rozpłakał się.

Większość domów była zniszczona lub płonęła. Na ulicach porozrzucane były martwe ciała, w jednym miejscu – naprzeciwko domu Szefanów – ułożona była z nich kupka, która płonęła. Drzewa zrzuciły liście, a trawa zżółkła. Nic tam na zewnątrz się nie ruszało, wszystko było martwe... Niebo... Jezu Chryste, niebo zakryte było czymś olbrzymim i szarym, przypominającym statki kosmiczne z tego filmu ‘Dzień Niepodległości’. Cały świat był martwy... Jego Stara, mamusia Starej, dzieci, sąsiedzi, szef z pracy, koledzy, nawet ten grubas z przetłuszczonymi włosami wrzeszczący na przemian: ‘Padnij! POWSTAŃ!’... Oni wszyscy byli martwi.
Tylko Roman żył. Siedział oparty plecami o pralkę i płakał.

Mówi się, że zagładę cywilizacji przetrwają najsilniejsi, a czy nie jest tak, że naszym losem rządzi przypadek, że przetrwanie nie zależy od mięśni, sprytu, zwinności, inteligencji tylko szczęścia... zwykłej opatrzności losu...?

7-8 lipca 2005

 
Winix [winix@autograf.pl]

|strona 39|