spis treści | poprzednia strona | następna strona
38 1919

Zobaczyliśmy lecący nad naszymi głowami samolot. Im bardziej się zbliżał, tym stawał się dla nas większy. Jego krokodyl – znak II armii, świecił się od popołudniowego słońca.
Gdy zaczął podchodzić do lądowania na prowizorycznym lądowisku, dostrzegłem, że to KW-„Kwidrof”, szeroko stosowany w naszych wojskach jednopłatowiec. Zaczął powoli podchodzić do lądowania. Po zatrzymaniu się z kabiny wyskoczył jak oparzony pilot.
Jako iż stałem najbliżej, udałem mu się na spotkanie.
- Szukam generała Zająca – zapytał mnie zdyszany, nawet nie zdejmując czapki i szalika, - Mam dla niego nie cierpiącą zwłoki wiadomość! 
Następny. Zawsze przynoszą jakąś superważną wiadomość, a potem okazuje się, że to żona przysłała mężowi życzenia z okazji imienin. 
- Jestem jego adiutantem – odpowiedziałem, – Ja mu to zaniosę. 
Pilot wcisnął mi szybko list i wrócił do samolotu. Pewnie to półelf, oni wszyscy są w gorącej wodzie kompani. 
Ruszyłem sprężystym krokiem do namiotu generała dywizji. Po drodze zacząłem przyglądać się naszym żołnierzom. Prawie wszyscy mieli na sobie kompletne mundury: wysokie, sięgające do kolan buty, bawełniane spodnie i bluzę od munduru, czarny płaszcz oraz hełm. Składał się on z metalowej płytki( wykonanej z bardzo lekkiego metalu) obłożonej sięgającą aż do końca szyi czarną skórą. Hełm można było zapiąć z przodu, dzięki czemu jedynym odkrytym kawałkiem głowy pozostawały oczy.
Typowa broń dzierżona przez szeregowca armii Platynu, to karabin Żytberger - produkowany w fabryce o takiej samej nazwie. Wersja A7 (w posiadaniu siedemdziesięciu procent żołnierzy) jest jednostrzałowa. Jedno pociągnięcie za cyngiel – jeden strzał. Wersja A8 to karabin maszynowy. Niestety, są podatne na zacinanie...

Przekroczyłem próg namiotu dowódczego. Pełnił on role centrum dowodzenia i centrum spotkań naszej kadry oficerskiej. 
Na wejściu powitał mnie major Romuald Zygier. Najwyraźniej przerwałem mu przeglądanie jakiś map.
- Czego chcesz? – zapytał niegrzecznie elf, – Generał pojechał jakiś czas temu. 
- Beze mnie? – zdziwiłem się, – Przecież jestem jego adiutantem!
- To tylko rutynowa kontrola sąsiedniego obozu. Poczekaj na niego, człowieku.
Miałem wielką ochotę powiedzieć Zygierowi, co o nim myślę, ale powstrzymałem się. Wyżsi stopniem mają przywilej drażnienia swoich i obcych podwładnych. 
Nie oddałem mu honorów i wyszedłem na dwór. Postanowiłem, że poczekam na generała na parkingu. Ostatecznie tam odstawi swój wehikuł. 
Na miejscu zastałem dwóch kransoludów grzebiących w silniku nowego nabytku naszej dywizji – czołg Wektor VI. Nie jest to może zbyt trafna nazwa, ale ważne, że pojazd jest skuteczny. 
- Co robicie? – zapytałem mechaników, - Przecież czołg miał wczoraj przegląd. 
- Eee...Widzi pan poruczniku... – powiedział stojący bliżej mnie, szczególnie pomazany olejem skalnym krasnal, - Postanowiliśmy wprowadzić małe usprawnienia... 
- Oczywiście bez pozwolenia? – upewniłem się.
- No...Tak – po czym szybko dodał, – Ale musi pan wiedzieć, że to znacznie wspomoże naszą armię.
- Niby jak?
- W prosty sposób. Potrafię przerobić silnik w taki sposób, aby umożliwić napędzanie go mazutem. Jest to bardzo łatwo dostępne paliwo, powstaje podczas przetwarzania ropy(czy też inaczej oleju skalnego). 
- A nie lepiej używać benzyny, albo czystej ropy?
- Nie. Używanie czystej, nieprzetworzonej ropy jest marnotrawstwem – jest w niej zbyt wiele przydatnych składników. Za to benzyna jest, co prawda wydajna, ale mogłaby służyć do innych celów jako np. paliwo do granatów zapalających. Z kolei mazut należy do mniej wydajnych paliw, lecz wystarcz jak na potrzeby naszych czołgów. 
- Ciekawe... – zamyśliłem się, - A po co przerabiacie działka?
- To może ja odpowiem – poderwał się jakiś wyjątkowo zarośnięty krasnolud, - Na czas dzisiejszy, w naszych nielicznych wojskach pancernych stosowano są wszelkie rodzaje ciężkich karabinów maszynowych. Przez to rozwiązanie, czołg jest puszką jednocześnie chroniącą żołnierzy i samobieżnym stanowiskiem CKM. My chcemy założyć, chociaż jedno działo artyleryjskie. Dzięki temu, skuteczność naszych ataków wzrośnie o sto procent. Dostaniemy medale, wyróżnienia, zaproszą nas na spotkanie z młodzieżą... – rozmarzył się.
- Albo karcer, za nieprzestrzeganie przepisów. Wasze rozwiązania może zostaną zaakceptowane, ale zostaną opatentowane jako „twór współpracy naukowców z Państwowego Wydziału Zbrojeniowego”. 
- O tym nie pomyśleliśmy... – zasmucił się pierwszy krasnal, a potem podniósł na mnie tęsknie oczy, - A może pan wypisze pozwolenie?
- Jeżeli coś dla mnie zrobicie.
- Mamy kogoś zabić? Jeżeli tak, to zbiorę chłopaków i po pańskim kłopocie. 
- Aż tak nie jestem zdesperowany – zaśmiałem się, – Chcę tylko, abyście zanieczyścili papier toaletowy Zygiera, gdy ten uda się do latryny...
- Załatwione. Już niedługo nasz major nie będzie nikomu podawał ręki bez rękawiczki. 
Pomazany ropą krasnolud wyjął tryumfalnie cygaro. Najwyraźniej chciał zapalić z okazji dobrego zakończenia sprawy silnika.
- Ma pan ognia? – zapytał.
- Oczywiście.
Z mojego kciuka buchnął mały płomień. Zbliżyłem go do cygara. 
- Fajna sztuczka. Czarodziejska?
- Coś w ten deseń.
Należałem do Pyrów. Byliśmy efektem jakiś dziwnych eksperymentów sprzed wielu lat. Nie za bardzo wiemy, kto nas stworzył, ani dlaczego obdarzył mocą kontrolowania i wywoływania ognia. Nie wiadomo również, dlaczego nas zostawił. Spośród pozostałych mieszkańców Platynu, wyróżniamy się nie tylko naszymi umiejętnościami, ale również kulturą i wierzeniami. Mamy zazwyczaj nieco ciemniejszą skórę, czarne włosy i piwne oczy. Nasi mężczyźni noszą krótko przystrzyżone brody, togi i orientalne nakrycia głowy. Kobiety posiadają zazwyczaj długie, rozpuszczone włosy oraz wąskie, bogato zdobione suknie.
Nasza religia opiera się na Chadeju, bożku ognia. Jego świątynie są rozsiane po całej powierzchni naszej autonomii rozciągającej się między dwoma rzekami- Apoc i Copa. 
Gdy jesteśmy w obcym tłumie, wolimy się raczej nie afiszować swoimi umiejętnościami. Dzięki temu, co bardziej ciemni mieszkańcy Platynu mają nas za głupią legendę, opowiadaną dzieciom.
Usłyszałem straszny warkot. Spojrzałem odruchowo na drogę. To generał Zbigniew Zając wracał swoim samochodem z wyprawy do sąsiedniego obozu. Wyszedłem mu na potkanie.
- O! Witaj Romanie! – zwrócił się z nieco zdziwioną miną generał dywizji, – Czy coś wydarzyło się pod moją nieobecność?
- Owszem – odpowiedziałem – Przyszła do pana wiadomość. Przyniósł ją samolot II Armii.
Wręczyłem papier Zającowi. Przez jakiś czas kontemplował ją, po czym zwrócił się do mnie:
- Musimy jechać do naszych okopów. 
- To coś poważnego?
- Cóż, wykradziony nam ostatnio prototyp czołgu, ma być użyty do szturmu na nasze pozycje. Podobno wprowadzono specjalne, magiczne usprawnienia.
- Czy pańska interwencja jest niezbędna? –zapytałem zdziwiony. Niezbyt miałem ochotę odwiedzać brudne i śmierdzące okopy. Podobne doznania miałem w Czarnogrodzie, stolicy Platynu, gdzie spędziłem dzieciństwo. 
- Formalnie – nie. Musisz jednak wiedzieć, że dowództwo II Armii to straszni panikarze, od kiedy gospodarują najbliższy nam odcinek okopów. Ech...Gdzie to stare wojsko...Koniec gadania. Wsiadaj i nie odzywaj się przez jakiś czas. Muszę pomyśleć.
Spojrzałem nieufnie na samochód. Nigdy nie lubiłem nowinek technicznych, jeżeli stare rozwiązania są dobre. Ot, taki na przykład koń. Nie zatruwa środowiska spaloną ropą, je siano i potrzebuje jedynie w miarę doświadczonego jeźdźca.
Wsiadłem do wehikułu i razem z kierowcą i generałem pojechaliśmy na północ, w stronę zgiełku bitwy. 

Zostawiliśmy samochód niedaleko granicy frontu. Ostatnie pięćdziesiąt metrów pokonaliśmy na nogach. Kroczyliśmy małą kotliną, więc byliśmy względnie niewidoczni. 
W końcu zobaczyłem okopy, a za nimi transzeje, zasieki i wypalony pas ziemi. Doprawdy cieszę się, że nie zostałem tam przydzielony. Wszędzie tylko smród i tyfus.
Zeszliśmy do okopów po belkach przytrzymujących ziemię, aby ta nie zasypała okopu. Drewno było nieco spróchniałe, ale i tak nie można narzekać, zwarzywszy, że położono je jakieś dwadzieścia lat temu. Najprawdopodobniej użyto dobrych środków konserwujących, albo silnych czarów.
Sam okop miał jakieś dwa i pół metra wysokości, oraz trzy szerokości. Ciągnął się aż od posterunku położonego kilka kilometrów dalej. Nad naszymi głowami gdzieniegdzie leżały deski, po których można się przemieszczać nad umocnieniem. Na niektórych wisiały lampy gazowe, a czasem elektryczne. Najprawdopodobniej zawieszono je dla podniesienia morale(chcą przekonać żołnierzy, że dowódcy też chcą dzielić się zdobyczami techniki). Zasilanie pewnie brali z jakiejś małej elektrowni w bunkrze dowódczym.
Doszliśmy do zadaszonej części okopów, chronionej od świata zewnętrznego drewnianymi wrotami. Generał podał strażnikowi dokumenty, a towarzyszący nam żołnierze otworzyli drzwi. Po krótkim marszu drewno ustąpiło stali, a podłoga zaczęła ostro schodzić pod kątem w dół. Oświetlenie wewnątrz bunkra było tylko elektryczne. Na głębokości około dwudziestu metrów podłoże wróciło do poziomu. U sufitu świeciły dodatkowo wzmocnione lampy. Gdzieniegdzie niczym posągi stali strażnicy pilnując wejść do pobocznych korytarzy.
Bez wątpienia Bunkier Dowódczy był najbezpieczniejszym miejscem na lini frontu. Wszystko wyłożone stalą, własne zasilanie i źródła wody, zapasy na kilka miesięcy, a nad głową metry wzmacnianego magią betonu. Wybudowano go pięć lat temu. Początkowa miał pełnić funkcję dowódczo-obroną, ale szybko stał się miejscem gdzie zaczęto wypróbowywać nowinki z dziedziny fortyfikacji. Dzięki temu było to doskonałe miejsce do szkolenia młodych oficerów, którzy szybko uczyli się w tym nowoczesnym obiekcie. Przynajmniej tak twierdziły oficjalne broszury...
W końcu doszliśmy do biura szefa tego odcinku frontu. Było to niewielkie pomieszczenie położone w środkowej części bunkra. Na ścianach wisiały plakaty propagandowe z różnych lat, w celu pozasłaniania jakoś monotonnych metalowych ścian. Na podłodze leżał brudny dywan pochodzący najprawdopodobniej z jakiegoś bazaru. Kapitan Żyżuż czekał na nas za biurkiem. Oddał nam honory i od razu przeszedł do sedna:
- Według mojego wywiadu, wróg zaatakuje dzisiaj w godzinach wieczornych – wyrecytował bezbłędnie kapitan, - Do tego czasu musimy zorganizować obronę przy pomocy pańskich ludzi...
- Kapitanie – przerwał mu generał, – To tylko jeden czołg. Nawet, jeżeli jest znacznie bardziej zmodernizowany niż to sobie wyobrażamy, to i tak nie jest wstanie pokonać umocnień. W samym tylko bunkrze mamy dwa stanowiska artyleryjskie z największymi na świecie działami. Jeden strzał robi lej o głębokości kilku metrów. Do tego dochodzą zasieki i pola minowe przed granicą. Reszta okopów może nie jest tak chroniona, ale za to mają w sumie więcej dział niż my i to różnego kalibru. Nic się nie przedrze...
W tym momencie radio zaskrzeczało przerażonym głosem:
- Tu odcinek B6. Bzzz... Naciera na nas dziwny obiekt. Bzzz... To czołg bez wieżyczki. Na jej miejscu siedzi ogr z dwoma RKMami i Bzzz... szaleństwem w oczach. 
- A nie mówiłem! – krzyknął przerażony kapitan, – Musimy ogłosić alarm!
- Spokojnie – odpowiedział spokojnie generał, - Wystarczy, że rozkażesz szkieletom ostrzał artyleryjski. Właściwie wystarczy jeden pocisk. Większa ilość byłaby marnotrawstwem.
Wzdrygnąłem się na myśl o szkieletach. Powołane do życia kości i wszelkiego rodzaju trupy w służbie Platynu. To dzięki Nekromantom nasze państwo zapewniło sobie hegemonię na kontynencie i nadal może prowadzić podboje. Są jego częścią, od kiedy na tronie zasiedli Król Krzesimir i jego żona. Dzięki zwycięstwu nad śmiercią, żądzą już od X wieku. 
Wojna, której jestem uczestnikiem jest wyjątkowa – Platyn nie chce całego Przylądka Północnego, wzdłuż którego znajdują się okopy. Po prostu historia uczy, że nikt nie zajął go na dłużej. Tamtejsze plemiona są zbyt agresywne, aby być częścią cywilizowanego państwa. Zresztą, na cyplu nie nic poza skałami i drzewami. Z tego powodu najekonomiczniejszą metodą jest oddzielenie się od dzikusów okopami. 
Odczekaliśmy minutę. Ponownie usłyszeliśmy w radiu ten sam głos, widocznie uspokojony:
- Cel zniszczony! 
Kapitan najpierw zrobił zdziwioną minę, a potem zarumienił się na myśl o swoim braku zimnej krwi. 

- Miał pan rację – powiedziałem do generała, gdy zaczęliśmy podchodzić do gazika, – To straszni panikarze.
- Nie można ich za to winić. Cały czas siedzą jak szczury w jamie, cały czas w oczekiwaniu na atak. 
- Dobrze, że nasza dywizja jest taka spokojna...
- To prawda, ale niedługo może się zmienić. Z jakiś nieznanych mi powodów, mamy przesunąć się około dwa kilometry na północny wschód. Obrałem już nową kwaterę. Będzie znacznie wygodniejsza od namiotu. 
- Czy myśli pan o zamku Wisielskiego? – zapytał zdziwiony – O tej ruinie położonej na urwisku?
- To nie ruina – zaprzeczył generał, - Jest w całkiem dobrym stanie. Jednym jego mankamentem są niepokorni nieumarli. Trzeba będzie ich wykurzyć. To robota dla ciebie.
Przełknąłem nerwowo ślinę.
- Ilu będę miał ludzi do dyspozycji? 
- Dwóch.
- Dwóch!? Tylko tyle!?
- Uspokój się poruczniku! – powiedział ostro Zając, - Dwóch wystarczy w zupełności. Znajdziesz ich przed zamkiem, gdzie zawiezie cię samochód.
- To pan nie jedzie?
- Nie, mam jeszcze parę spraw do załatwienia w okopach. 
Doszliśmy do pojazdu. Zasalutowałem przełożonemu i usiadłem obok kierowcy. Ten, słysząc gdzie ma mnie zawieźć, uśmiechnął się dziwacznie. Jakby w myślach kpił z mego losu. Och! Jakbym chciał mieć konia!

Przyjechaliśmy koło osiemnastej. Słońce chyliło się ku zachodowi. Kierowca wysadził mnie przy fosie i szybko ruszył gdzie pieprz rośnie. Znajdowałem się przed zamkiem hrabiego Zygfryda Wisielskiego, ostatniego dziedzica zamku. Zarządzał nim aż do 1456 roku, kiedy zszedł do nieużywanej części podziemi i nie wrócił. Nikt jakoś nie kwapił się do szukania go, albowiem zabobonna czeladź bała się „złego czyhającego w podziemi”, czy jakoś tak. 
Jako iż hrabia nie miał bliższej rodziny, zamek oddano na rzecz państwa. Wtedy przyjechało tam wojsko i urządziło z budowli mały fort. Zamek pełnił tą szlachetną rolę do momentu, gdy wróg zaczął produkować cele działa o dużym zasięgu. Stojący na skale for był niezwykle łatwym celem. Krążyły jednak plotki, że prawdziwym powodem opustoszenia budowli była śmierć około setki żołnierzy. W każdym razie, od tamtej chwili stoi pusty, aż do mojego przyjazdu. 
Moim zdaniem budynek był w stanie opłakanym. Pęknięcia na murach ciągnęły się aż do wierzy położonej w północnej części, zbudowanego na planie kwadratu zamku. Z dachu wieżyczki zaczęły odpadać dachówki. W miejscu, gdzie odpadło ich najwięcej, gniazdo uwił sobie jakiś ptak drapieżny. Gdzieniegdzie ze ścian odpadał tynk, ukazując czerwone cegły. W rzeczce okalającej południową część pływały różne różności. Można było dostrzec tylko te największe, albowiem woda zanieczyszczona była przez jakiś muł, czy też coś podobnego. Między kostkami, którymi wyłożono plac zamkowy zaczęło wyrastać zielsko. 
Na spróchniałym moście zwodzonym stało dwóch mężczyzn. Wyższy, w czapce sierżanta i niższy również z sierżanckimi oznaczeniami na w pełni stalowym hełmie. Czapka wysokiego wskazywała do przynależności do jakiegoś oddziału strzeleckiego. Za to niższy chyba był artylerzystą. Tylko dlaczego mieli czarne mundury i w miejscu symbolu armii naszyte czaszki? 
- O! – powiedział wyższy, chyba elf – Nasz dowódca!
- Toś się chłopie nieźle wpakował – powiedział krasnolud, wyciągając do mnie dłoń.
Wiedziałem, że elfy są luzakami i odnoszą się swobodnie do wyższych stopniem. Nawet, jeśli różnica między kompetencjami jest duża. Ale żeby zarazić tym krasnoluda, który przecież od urodzenia jest nauczany, że władza to rzecz święta? To się w głowie nie mieści. 
- Jestem Igor Komprumiwardze – przedstawił się krasnolud, – A ten uszaty, to Viesłav Żądło.
- Roman Czarny – przedstawiłem się, - Dlaczego uważacie, że się wpakowałem?
- Nas tu za karę przysłali – powiedział Viesłav, - Za handel amunicją z cywilami. Bracie, ale zadyma była...
- Czy wiesz, kiedy przybędą posiłki? – Igor szybko zmienił temat rozmowy, bo chyba nie chciał wtajemniczać w to postronnych.
- Nie będzie żadnych posiłków – rzekłem smutno.
- Jak to? – wzburzył się krasnolud, - Mamy sami wykurzyć te trupy?
- Niestety tak...
- Ale fajnie! – ucieszył się Viesłav, poprawiając karabin - Wreszcie jakaś rozruba! To lubię!
- Taa... – uśmiechnął się Igor, głaszcząc swoją broń. Jeżeli spojrzało się na jej kaliber, można dojść do wniosku, że to broń na nosorożce.
- Nie boicie się?
- Gdzie tam – odpowiedział Viesłav, - W 1885 roku służyliśmy w kompani tropikalnej na terenie dżungli Chełmońskiej. Tam to dopiero można było się przestraszyć. Chłopie! Strzelaliśmy tam do dziesięciometrowych gigantów, biegających po drzewach kotów z zatrutymi żądłami, ogromnych, czarnych ptaków, do mrocznych dusz kapłanów dawno zapomnianego kultu...
- Ucisz się debilu! – ryknął niespodziewanie Igor, - Podpisaliśmy papiery! Już zapomniałeś o przysiędze! Czy ta wasza elficka gorzałka wypaliła ci do reszty twój szczątkowy mózg?
- Jaką przysięgę? – zaciekawiłem się.
- Eee.. Przysięgę Bractwa Wielokalibrowych Strzelców! – wypalił Viesłav, -Wiesz takie żołnierskie bractwo...
- Jasne – udałem, że wierzę. Nie było sensu dalszego zadawania pytań na ten temat, - Z której armii was przysłano?
- Z pierwszej.
- Nieprawda. Oni mają inne symbole. 
- Patrz – krasnolud wskazał swoją naszywkę. Pod czaszką znajdowała się mała, zielona gwiazdka. Znak pierwszej armii, - Ten czerep to znak naszej jednostki.
- Ale znak jednostki zwykle jest większy i w innym miejscu. 
- Widocznie źle uszyli.
Oni coś przede mną kryli. 
- Mamy jakiś plan działania? – zapytałem.
- Oczywiście – zapewnił mnie Igor – Robimy tak: Wpadamy, zabijamy wszystko co się rusza i czekamy na generała. 
- Do ataku! – krzyknął elf i ruszył w kierunku dziedzińca, - Fortuna sprzyja odważnym!
- Do ataku! – zawtórował koledze krasnal, - Chwała zwycięstwu!
- Ech...Do ataku! – powiedziałem i ja, - Pieniądze nie śmierdzą!
To była moja najgłupsza w życiu wypowiedź. Ale cóż począć, jeżeli twoje powiedzonka wykorzystali inni. 
Wbiegliśmy z krzykiem na plac, a potem wpadliśmy do wnętrza zamku. Znaleźliśmy się w dużej sali ze spróchniałym stołem, z wymalowanym na blacie herbem Wisielskich. Z tego pomieszczenie prowadziło kilka dróg do innych części zamku. 
- Dokąd idziemy? – zapytał Viesłav. 
- Do piwnicy! – rozkazał Igor,- Zdobędziemy beczki z winem!
- Hurrra! – zawył Viesław i zaczął biec z kumplem.
- Zaraz! – zezłościłem się, - To ja to dowodzę!
Wystrzeliłem z rewolweru w powietrze. Potem pomyślałem, że nie był to dobry pomysł. Jeżeli coś tu było, to z całą pewnością usłyszało to. 
Po chwili, ze schodów na górę zaczął człapać szkielet pokryty miejscami gnijącym miejscem. Wypaliłem ponownie. Pocisk przeleciał mu między oczami i wyleciał z tyłu czaszki. Na nieumarłym nie zrobiło to większego wrażenia. 
- Twardziel – stwierdził spokojnie krasnolud i wystrzelił ze swojej broni. Pocisk oderwał trupowi rękę z kawałkiem barku.
- Amator – powiedział elf i zaczął mruczeć dziwne słowa. W ręce Viesłava znalazła się czerwona kulka. Szybko urosła ona do wielkości ludzkiej pięści i poleciała w stronę wroga. Trup rażony siłą magii, padł bezwładnie. 
- Nie wiedziałem, że nekromancja jest znana naszym sierżantom. 
Elf zmieszał się trochę, po czym odparł:
- To moje hobby. 
- Ta? Nasi nekromanci nie są raczej skorzy do dzielenia się swoją wiedzą z byle kim.
- Mam kumpla na uniwersytecie. 
Miałem wielką ochotę przypomnieć mu, że za złamanie tajemnicy, studentom grozi kara śmierci, ale powstrzymałem się. Później wyciągnę z niego potrzebne mi informacje. 
Ruszyliśmy schodami na górę. Postanowiliśmy oczyszczać piętra po kolei. Viesłav chciał mi dać swój karabin, ale też miałem ochotę popisać się swoimi umiejętnościami. 
Pierwsza okazja nadarzyła się już na pierwszym piętrze. Szybko wystrzeliłem kulę ognia w trupa błędnie gapiącego się w podłogę. Jego ciało poleciało kilka metrów w tył i wyleciało przez wybite wcześniej okno. W tym momencie, ze wszystkich zakątków zamku zaczęła na nas napływać setka nieżywych. Ustawiliśmy się do siebie plecami i rozpoczęliśmy eksterminację. Po trafieniu, z początku trupy leżały nieruchomo, ale zaraz zaczęły wstawać. Zaczynałem wątpić w nasze szanse, ale śmiech Igora rozwiał moje wątpliwości. Najwidoczniej dobrze się bawił. Przestał się śmiać dopiero w momencie, gdy zabrakło mu naboi. Wtedy zrobił coś nieprzewidywalnego. Rzucił broń i z nożem w zębach zaczął ciąć potwory. Zapewne by zginął, gdyby nieżywi nie wycofali się na z góry upatrzone pozycje.
- Co jest? – zapytał zdezorientowany Igor, - Przestraszyli się?
- Oni się nie boją – powiedział Viesłav, - To coś innego. 
Zobaczyliśmy kroczącą na nas postać w czarnym płaszczu. Właściwie nie kroczyła, ale sunęła w powietrzu. Wydawała się wręcz nierzeczywista. 
- Padnijcie na twarz – zarządził przerażony elf, - ON to lubi.
- Kto? – zapytałem. 
- ON.
Nie była to zadowalająca mnie odpowiedź, aczkolwiek domyśliłem się, że ON to zamkowy upiór. 
- Kim jesssteście? – zapytał głos w naszej głowie, - Czemu nawiedzacie mój dom?
- Wybacz wielki mistrzu! – powiedział nie odrywający od ziemi Viesłav, - Źli dowódcy kazali nam oczyścić zamek z nieumarłych.
- Całe moje ludzkie życie sssłużyłem Platynowi. Gdy po długiej nauce mrocznych sztuk dokonałem przemiany, mój dom opussstoszał. Potem przyszło wojsko. Tolerowałem je, do czasu gdy zaczęli bezcześcić zamek. Zabiłem wtedy część z nich i ponownie ożywiłem. Zawsze byłem wierny królowi, ale nie będę tolerował chamstwa. Czy to jasssne? 
- Oczywiście, o wielki. 
- Dobrze robaki. Mój dom jessst teraz domem waszym i waszych towarzyszy.
Upiór ruszył korytarzem we własną stronę, cicho powiewając płaszczem. Wstaliśmy z podłogi, mając nogi jak z waty. Przez chwilę nikt nic nie mówił.
- Uf! – pierwszy odezwał się Igor, - Śmierć była blisko. 
- Wyjdźmy na powietrze – poleciłem.
Wyszliśmy z dusznego zamku na dziedziniec. Po chwili wspomagania swoich nadwątlonych sił psychicznych elfickim winem, usłyszeliśmy straszny warkot. W bramie pojawił ledwie mieszczący się w niej czterometrowy, złoty olbrzym. W miejscu prawej dłoni wystawały szczypce. Zamiast lewej ręki miał kilkucalowe działo. Stalowy olbrzym gapił się na nas swoją prawie ludzką twarzą umieszczoną na piersi. 
Staliśmy tak razem przez dłuższą chwilę. Czerep olbrzyma niespodziewanie przesunął się w miejsce szyi. Tak gdzie przed chwilą wisiała głowa, znajdował się otwór. Machał z niego znajomy mi krasnal.
- Zatkało cię?
- Oczywiście. Nie codziennie widzi się stalowego potwora. Skąd go wytrzasnąłeś?
- Wyobraź sobie, że dziś rano przywieziono nam na barkach dziesięć takich olbrzymów. Mają zasilić nasze wojska pancerne.
- Ale po co? Przecież nie będziemy chyba zdobywać cypla. 
- Kto to wie... – mruknął krasnal. 
Rozległ się kolejny warkot. To generał nadjeżdżał swoim gazikiem ze swoimi czterema ciężarówkami z wojskiem. Był trochę zdziwiony moją obecnością, ale pogratulował mi:
- Noo...Spisałeś się. Ta...Odmaszerować. 
Dzieje się tu coś dziwnego. 

Minęło kilka dni. Generał nakazał odnowienie budynku(oczywiście w porozumieniu z hrabią). Naszą siłą roboczą bili nieumarli. Zajęli się malowaniem, kryciem dziur w tynku, odbudowywaniem co bardziej uszkodzonych części muru. Niestety, na odnowienie stolarki nie mieliśmy co liczyć...
Oficerowie niższego zamieszkali w barakach na pierwszym piętrze. Pojedynczy barak składał się z dwóch pokoi w których wyburzono ściany działowe. Ich wyposażenie pochodziło z czasów, gdy zamek był fortem. Większość żołnierzy mieszkała w namiotach pod zamkiem. Ja na szczęcie mieszkałem w pokoju gościnnym. Generał zajął sypialnię hrabiego. Co do moich towarzyszy, to nie widziałem ich tydzień od spotkania. Przez ten czas dowożono ludzi i sprzęt. Ósmego dnia nadjechała pomalowana na czarno ciężarówka z czaszką na boku. Za nią kroczył mechaniczny gigant. Również na czarno i z czaszką na skroni. Z wnętrza samochodu wyskoczyli żołnierze w mundurach takich jak mieli Igor i Viesłav. Przez następny tydzień ich nie widziałem. Pojawili się dopiero pod koniec miesiąca. Byli jakoś dziwnie markotni. Nie odezwali się do mnie. Szybko zaszyli się w piwnicy. 
Kilka dni potem, późnym wieczorem snułem się po zamku. Jakoś nie mogłem zasnąć. Przechodząc obok pokoju Zygiera, postanowiłem lekko uchylić drzwi i zajrzeć co robi. Usłyszałem jego głos:
- Niedobrze. Minął miesiąc, a on żyje. Jeżeli się nie pospieszymy, to minie pełnia. Kolejna.
- Uspokój się – to głos generała, - Niedługo zginie. Kazałem tym dwóm z Jednostki Specjalnej zabicie Czarnego...
- A nie będą mieć jakiś oporów moralnych?
- Nie martw się. Tacy jak oni nie mają żadnych oporów. Sprzedaliby własne matki...
Zaczęło robić się nieciekawie. Nie mogłem wierzyć własnym uszom(a były to jedyne uszy jakim mogłem zaufać!). Szybko pobiegłem do własnego pokoju. Tu nie ma czasu na namyślanie. Trzeba wiać!

Czekali na mnie w pokoju. Igor siedział na łóżku. Viesłav pilnował drzwi. Zamknął je od razu, gdy wszedłem.
- No nie – mruknąłem – Wy?
- Ano my – podtwierdził krasnolud, - Tak się złożyło. 
- I co, zastrzelicie mnie? Powiesicie na pasku od spodni? Złamiecie kark? Zmielicie? Obedrzecie ze skóry? Potniecie na kawałki i przerobicie na serpentyny?
- Masz bardzo bujną wyobraźnię.
- Nie weźmiecie mnie żywcem! – zastrzegłem, wyjmując rewolwer.
- Nie zamierzamy. 
- Jak to?
- A tak to – rzekł Viesłav,- Po twojej śmierci zabraliby się za nas. Za dużo wiemy. 
- Dlaczego tak sądzicie? Według mojej skromnej osoby, to wiecie bardzo niewiele.
- Mało o nas wiesz... – mruknął Igor.
- Na przykład to, że lubisz przebierać się w ciuchy pokojówki?
- K-kto ci powiedział?!
- Nikt. Tej nocy co wróciliście, postanowiłem poszukać was w barakach. Nie chcąc jednak włazić do środka, podsłuchiwałem używając szklanki. 
- A co konkretnie usłyszałeś?
- Coś na wzór: „Och! Mój Igorku! Wyglądasz tak fajnie w tej mojej sukience!” 
- Może jednak zabiję cię...
- Czekaj – uspokoił go Viesłav – Trzeba trzymać się planu. 
- To mamy jakiś plan?
- Tak

Minutę później, zaczęliśmy schodzić po linie zrobionej z pościeli. Była kiepsko zawiązana, ale na szczęście zerwała się dopiero nad ziemią. Potem pobiegliśmy przez bramę i znaleźliśmy się w obozie. Wystarczyło już tylko cichcem przekraść się na parking. Tam wsiedliśmy do ciężarówki. 
- Kto umie prowadzić? – zapytałem, gdy byliśmy już w kabinie. 
- Ja nie – odpowiedział Viesłav.
- Ja też nie – dodał niewinnie Igor.
- Czyli nikt nie umie prowadzić!? Co to za plan!?
- Improwizowany. Mamy dwa wyjścia – rzekł niesłychanie poważnie jak na siebie elf – Albo porwiemy kogoś kto to potrafi (ale będzie trzeba zabić go po drodze) albo wejdziemy do ciężarówki będącej częścią jakiegoś transportu.
Wybraliśmy drugą możliwość. Ostatecznie jakoś tak nie kulturalnie zabijać niewinnego. Tym razem wsiedliśmy na pakę. Nie wiedzieliśmy jednak kiedy i czy w ogóle odjeżdża. Mimo tego zaryzykowaliśmy przespanie się w samochodzie. 
- Co wiezie ta ciężarówka? – zapytałem, kiedy układaliśmy się do snu. 
- Czkaj, zaraz sprawdzę... – zaofiarował się Igor – Jasny gwint! Dynamit!
- Lepiej nie palmy – stwierdził Viesłav i przewrócił się na bok.

Obudziły nas podrygiwania samochodu. Najwyraźniej jechaliśmy po wyboistej drodze. Szybko zerwałem się na nogi. W tle za ciężarówką zaczęły majaczyć okopy na granicy. 
- Ki diabeł? – zapytałem w przestrzeń – Dla jedziemy na terenach eksterytorialnych?
Odpowiedziało mi chrapanie. Szybko zbudziłem towarzyszy. Ci również potwierdzili moje obawy. Wjeżdżaliśmy do najbardziej niebezpiecznego miejsca na kontynencie. W dodatku w ciężarówce pełnej dynamitu i to bez żadnej eskorty! 
Jechaliśmy jeszcze przez chwilę, zanim nasz pojazd stanął na skraju małej polanki. Wychyliłem ostrożnie głowę. Zobaczyłem naszych żołnierzy odkopujących jakiś kilkutonowy kamień. Mieli mundury takie jak moi towarzysze. Nie zdążyłem jednak dokładnie się im przyjrzeć, bo Igor i Viesłav zaczęli wyłazić z pojazdu. 
- Co robicie? Zobaczą was!
- Wychodź!
- Po co?
- Wyłaź natychmiast!
Zrozumiałem, o co im chodzi. Zbliżało się do nas kilku cywili w czarnych garniturach. Wyglądali na ludzi, którzy nie lubią żartów z ich łysin. 
- Nie mieliśmy informacji o przyjeździe zwykłego oficera – powiedział do mnie jeden z nich, – Co pan tu robi? I dlaczego przyjechał pan na teren wykopalisk z tyłu samochodu. 
Niezbyt wiedziałem, co znaczy „zwykły oficer”, ale wolałem nie pytać.
- A kim pan jest, aby mnie o to pytać?
- Jestem Zanen Zatarty. Kieruję tymi wykopaliskami oraz jestem nadzorcą z ramienia Agencji Bezpieczeństwa. 
Ale wpadłem. Skoro przysłali tu gości z tajnej policji, to działo się tu coś niedobrego. 
- Przysłało mnie dowództwo XXIV Dywizji. Decyzja o moim wyjeździe padła w ostatniej chwili, a to był ostatni transport. 
- V Armii? 
- Tak. Przysłano mnie w celu skontrolowania waszych poczynań. 
- Generał Zając jest na bieżąco informowany o projekcie. 
- Eee...Tak, ale przysłał mnie, aby sprawdzić prawdziwość tych doniesień.
- Dobrze. Mój podwładny, Achilles Pelikan pana oprowadzi. 
- Proszę za mną – powiedział niski człowiek z wąsem zakręconym do góry. 
Achilles zaprowadził mnie i moich towarzyszy(Zanen wziął ich chyba za moją ochronę) do kamienia. Po bliższym przyjrzeniu się jego fakturze, doszedłem do wniosku, że ktoś przed wiekami pokrył go znaczną ilością rytualnych napisów.
- Po co to? – zapytałem Achillesa.
- To pan nie został wtajemniczony w szczegóły? 
- Nie. Mam porównać swoją wiedzę z wiedzą generała, aby mógł porównać obie wersje. Dla pewności. 
- Zając to strasznie podejrzliwy człowiek...Zacznę od początku. Przybyliśmy tu w momencie, gdy przeniesiono kwaterę główną dowództwa XXIV Dywizji do zamku Wisielskich. Zaczęliśmy okopywać i odbudowywać podziemia jakiejś budowli, która tu stała przed wiekami. Prace trały aż do wczoraj rano, gdy zakazano nam wchodzić pod ziemię. Jedynie Zanen i kilku z Jednostki Paranormalnej mogą tam włazić. Nawet mnie nie wolno. 
- Kiedy dokładnie to się stało?
- Zaraz jak robotnicy cywilni odkopali nie tknięty, stalowy korytarz. Wyglądał jak w naszych bunkrach, z tą różnicą, że...nowocześniej. Nie przyjrzałem się dokładnie, bo szybko nas stamtąd wyrzucili. 
- Czy nie wie pan, dlaczego prowadzi się te wykopaliska? I to pod opieką AB? 
- Niestety nie. Robię tylko, co mi każą.
Obeszliśmy obóz, w którym mieszkali robotnicy i żołnierze. Było to pole namiotowe podobne do tego, w którym mieszkałem przed dostarczeniem dziwnego listu. 
- Niech pan mi powie – zagadnął Achillesa, gdy podeszliśmy do drabiny prowadzące wgłąb ziemi, - Jak to robicie, że nie atakują was autochtoni oraz dzikie zwierzęta.
- Nie wiem. Ma to chyba związek z tą ziemią. Odstrasza wszystkich. Ja też czuję się tu nie swojo...
Spojrzałem na drabinę. Po chwili namysłu, zacząłem schodzić po niej na dół. 
- Co pan wyprawia? 
- Gdyby Zanen pytał o mnie, to powiedz mu, że prowadzę dokładne badania. Tymczasem moi ochroniarze przypilnują wejścia.
Nie zważałem na krzyki Achillesa. Interesowało mnie tylko zejście na dół. Im niżej byłem, tym bardziej lepiej się czułem. Jakbym wrócił do domu po długiej nieobecności.
Na dole panowała wilgoć. Każdy krok po kamiennej posadzce powodował nieprzyjemne plaśnięcia. Mimo tego, kroczyłem na przód. Po chwili zaszedłem do obszernej sali oświetlonej pochodniami. Na ścianach odznaczała się kolorowa galeria pisana jakąś mieszanką pisma klinowego z obrazkowy. Chociaż widziałem te litery pierwszy raz w życiu, odczytałem napis bez problemu. Tekst był bardzo głupi, więc nie wdałem się zbytnio w lekturę. Opowiadał on o bogach, którzy zeszli na ziemię w płonących rydwanach, założyli pierwsze miasta i nauczyli uprawy ziemi. Pewnie to jakiejś pozostałość po zaawansowanej religii politeistycznej.
Na końcu sali znajdował się kolejny korytarz. Jak opowiadał Achilles, wszystko zrobiono z metalu. Wszędzie walały się narzędzia górnicze. Widocznie robotnicy wchodzą tu tylko z Zanenem. Na końcu korytarza znajdowały się okrągłe drzwi. Pod nimi leżały połamane kilofy. Jakby chcieli wywarzyć wrota. Nacisnąłem płytkę odczytującą odciski palców. Moim oczom ukazała się metalowa kapsuła zakopana w ziemi. Zrobiło mi się słabo...

Kapsuła nr. 5/36 leciała na powierzchnią ziemi. Nerwowo patrzyłem na poszczególne wskaźniki. Najważniejszy jest ładunek. Jeżeli on ucierpi, to na marne pójdzie moja misja. Ostatecznie materiał budulcowy nie rośnie na drzewach...

Stałem na nie pordzewiałej mimo upływu lat podłodze. Gubiłem się w domysłach, co oznaczała moja wizja. Szybko pobiegłem do ładowni. Znałem drogę, chociaż teoretycznie nigdy mnie tam nie było. Na miejscu spostrzegłem, że jest pusta. Popatrzyłem na plastikowy wydruk z terminalu: „Wszystko pobrane. ”. Kot pobrał? Chyba ja. To ja nakazałem wyniesienia kamienia i sztabek metali. Zrobił to mój nieodłączny towarzysz. Stał teraz niemy pod ścianą na nigdy nie zakurzonej powierzchni. Beczkowaty korpus i półokrągła głowa spoczywały oparte o ścianę. Z zerwanej gąsienicy dawno wysączył się płyn. Baterie wyładowały się jakiś czas później. 
Wyszedłem z ładowni i poszedłem do kabiny pilota. Pistolet leżał na swoim miejscu. Kiedy go tam zostawiłem? Dawno. Chyba tak. Schowałem broń do kabury po wyrzuconym po drodze rewolwerze. Jak w transie potoczyłem się do wyjścia. 

Gdy wchodziłem po drabinie, czekał na mnie Zanen. Czułem, że chciał zawołać żołnierzy, aby mnie zabili. Ubiegłem go. Jego ciało trafione strzałem z mojej broni rozwiało się w powietrzu. Strzeliłem salwą w stronę zaaferowanych żołdaków. Oni również zniknęli. Achilles cofnął się przerażony. Po moim strzale funkcjonował jako kupka atomów. Viesłav i Igor patrzyli na mnie zdziwieni. Wskazałem im ruchem ręki samochód. Wsiedli na pakę, a ja do kabiny. Dotknąłem kierownicy. Maszyna sama ruszyła w pożądanym kierunku. 

Zatrzymaliśmy się dopiero, gdy las stał się nie przejezdny. Wtedy wysiadłem i zacząłem iść przed siebie. Zatrzymał mnie Igor:
- Ej! Co jest grane!? I od kiedy ty umiesz prowadzić?!
- Wszelkie czynność polegające na wykonywaniu jakiejś umiejętności robię intuicyjnie.
- Na przykład dezintegrujesz UBeków? 
- Chociażby...
- Dziadek mnie uczył – wtrącił się Viesłav ,– że w takiej sytuacji najlepiej popełnić sepuku.
- To popełniaj sobie, jak masz czym – odpowiedziałem mu, - Ja w tym czasie będę się przedzierać przez puszczę. 
- Chętnie pójdę z tobą – powiedział Igor, - Ale może najpierw powiedz mi skąd masz tą pukawkę. 
- Z ruin.
- Ta? Zanim załatwiłeś Achillesa, powiedział nam, że kazano im się wycofać w momencie, gdy natrafili na dziwny korytarz. Dalszą drogę zagradzały stalowe drzwi, przez które nie można było się przebić. Ale TY pewnie to zrobiłeś...
- No pewnie.
- A jak?
- Przyłożyłem palec do płytki i same się otworzyły. 
- A co dalej?
- Nudzi mnie odpowiadanie na twoje pytania. Idę.
I poszedłem. Tak naprawdę w pamięci szybko zatarły mi się moje wspomnienia z odwiedzin w ruinach.
Później te dwie niedojdy dogoniły mnie. Kierowaliśmy się na zachód, najpierw na cywilizowanie ziemie, a potem do portu. Tam mieliśmy wsiąść na statek na Wyspę Arachidową. Jest to mała kolonia położona na morzu północnym. Nie sądzę, aby ktoś chciał nas tam odnaleźć. 
Największego problemu nie stanowiło przejście przez puszczę(bardzo pomocna była mi moja broń), ale przedarcie się przez okopy. Wykombinowaliśmy jednak plan, który bardzo ułatwił nam zadanie: najpierw wysłaliśmy Viesłava pomachującego biało koszulą Igora. Jakimś trafem nikt nie strzelał, a nawet pozwolili mu podejść do siebie. Naopowiadał im, że jesteśmy częścią zagubionego oddziału i że musimy dostać się do portu. Na szczęście nie pytali o szczegóły, a nawet dali transport do okolicznego miasteczka. Nazywało się Zdechlewo. To zabita dziurami mieścina zbudowana na planie kwadratu. Centralnym miejscem był rynek z pręgierzem. Wokół niego, w zabytkowych kamienicach znajdowały się najważniejsze sklepy w mieście. Z rynku wybiegały cztery główne ulice kończące się przy granicy miasta. Wzdłuż nich(oraz poszczególnych uliczek) stały zabytkowe domy wielorodzinne. Na poniektórych zachowały się herby dawnych rodów szlacheckich odpowiedzialnych za budowę. Przypuszczam, że co bogatsi opuści tę miejscowość najpóźniej w połowie XIX wieku. Wystarczy spojrzeć na ratusz: Stara, posępna budowla, ze strzelistą wierzą i fontanną przy bocznej ścianie. Całą konstrukcję wykonano ze zwykłej cegły, pokrytej tynkiem i dla ozdoby przykrytą cegłą klinkierową. Teraz jednak widać, że wytwórca nie popisał się, bo w wielu miejscach widać odpadający klinkier. Przed ratuszem posadzono niegdyś drzewka, teraz jednak stoją bezlistne i suche. Jedynym zielskiem, które egzystuje przy siedzibie władz miasta, był bluszcz pokrywający ścianę frontową. Wyglądał jak zielona łapa chcąca zgnieść budynek. 
Po wysiadce na ryku, zastanowiliśmy się co dalej:
- Co teraz? – zapytał Igor, gdy pojechał nasz transport.
- Powinniśmy znaleźć nocleg i zdobyć cywilne ciuchy – stwierdziłem. 
- Nie mamy przecież grosza przy duszy – przypomniał Viesłav.
- Ech! Nie macie zielonego pojęcia o profesjonalnych ucieczkach...
- A ty pewnie masz?
- No jasne...
Całą moją wiedzę czerpałem z książek przeczytanych w młodości. Bardzo pomocne okazały się kryminały. 
Poszedłem do miejscowego posterunkowego. Powiedziałem mu(jak wcześniej Viesłav żołnierzom), że jesteśmy zagubionym odziałem itd. Niestety, ten był inteligentniejszy. Zapytał dlaczego nie pojechaliśmy do bazy parę kilometrów stąd. Trochę mnie to skonsternowało. Szybko powiedziałem o ważnej, tajnej misji wgłąb kontynentu. Nie czół się przekonany. Wtedy przypomniałem sobie o kopercie, w którą był zapakowany meldunek dla Zająca. Całkiem o nim zapomniałem. Wyjąłem więc kopertę jako dowód na moją prawdomówność. Ten trochę zbaraniał i nie mógł przez chwilę nie mógł mówić. Wykorzystałem to i zacząłem mówić o jakiś przepisach, przysiędze posłuszeństwa, meldunkach itp. W końcu dał się przekonać. Wyszedł na piętnaście minut z posterunku i wrócił z krawcową. Powiedział, że ona nam uszyje ubrania. Po zebraniu wymiarów, posterunkowy nakazał jej milczenie. Ciuchy miały być gotowe na następny ranek. Dostaliśmy nawet łóżka w piwnicy posterunku. Podobno dowód rzeczowy w jakiejś tam sprawie.
- Teraz chyba zaczniecie mnie doceniać – powiedziałem, gdy usadowiliśmy się na łóżkach.
- Za łatwo nam poszło – stwierdził Igor.
- Właśnie – dodał Viesłav.
- Eee tam! Po prostu sami byście czegoś takiego nie wymyślili. 

- Też tak sądzę – stwierdził sekretarz Tel Ka, gdzieś zupełnie indziej, a zarazem blisko. Można powiedzieć – bardzo wysoko, – Trzeba będzie skomplikować im życie. 
- Musimy jednak uważać, aby nie zabić Vortela. Wtedy wszystko pójdzie na marne – przestrzegł Ne Om, drugi u władzy.
- Jesteśmy zawsze bardzo ostrożni – powiedział twardo Tel Ka, – Jeżeli Vortel żyje w ciele tego imbecyla, to nic im nie będzie. 
- Też tak sądzę – odezwał się wreszcie Alom de Vlk, pierwszy u władzy, – Najlepiej będzie dokonać małego tornada. A może nagły atak zimy?
- Lepiej to i to – odpowiedział Tel Ka, - Gdy był w poprzednim wcieleniu bez szwanku przeszedł trzęsienie ziemi. 
- Wtedy była inna sytuacja – Ne Om nadal był przeciwny doraźnemu atakowi, - Wtedy już przypominał sobie kim jest. Pamiętajmy, że mamy go tylko naprowadzić na odpowiedni trop. 
- Moim zdaniem, nagły kataklizm obudzi w tym żołnierzu Vortela – rzekł Alom de Vlk, - a może nawet wskaże mu, co ma robić. W tej chwili ucieka przed naszymi poplecznikami. Wystarczy skłonić go do poznania motywów swoich prześladowców. Wywołaj burzę Ne Om! 
- Na rozkaz – na twarzy Ne Oma zagościł nieznaczny uśmiech. Podrapał się po sumiastych wąsach i zaczął przekręcać pokrędło na panelu sterowniczym. 

Wczesnym rankiem do piwnicy zeszła krawcowa. Niosła ze sobą ubrania dla Romana i jego kumpli.
- Felelna ta pogoda – braki w uzębieniu utrudniały jej mowę, - A ja miała isc dzisiaj na talg. Potseba mi nowych materiałów. 
Dałem jej gestem dłoni znak aby wyszła. Zaczęliśmy przebierać się w cywilne łachy. Gdyby nie brudne okulary, wyglądałbym jak profesor. Z pozostałymi było lepiej – Igor mógłby zostać dyrektorem fabryki maszyn górniczych, a Viesłav sprzedawcą kapeluszy. 
W tym momencie piorun uderzył w dach. Zapłonęło archiwum gromadzone od lat. Kolejne powodowały zniszczenia na pozostały piętrach. Nieliczni policjanci którzy zostali na noc w pracy uciekali przed ogniem. Z pozostałym budynkami nie było lepiej. Pioruny niezgodnie z prawami fizyki omijały piorunochrony. Całe miasto stanęło w płomieniach. Wybiegliśmy z piwnicy na moment przed jej zawaleniem. Wtedy zobaczyliśmy rozmiar kataklizmu. Pioruny uderzały w całą okolicę. Mieszkańcy uciekali w popłochu. Na nic, większość została trafiona przed opuszczeniem granicy miasta. Mi również się dostało. 
O dziwo przeżyłem. Włosy stanęły mi dęba, okulary pękły, ubranie przysmaliło się, ale żyłem. Na chwilę wróciła mi również pamięć. Zakrzyczałem w niebo:
- MOŻNA BYŁO TO ZROBIĆ DELIKATNIEJ!!! 
Szybko jednak zamilkł. Niebo też uspokoiło się. Rzadziej waliło piorunami. 
- Wszystko w porządku? – zapytał Igor.
- Prawie – odpowiedziałem. Moje ciało zalśniło na chwilę. Uniosłem się też parę centymetrów nad ziemię. Gdy opadłem, wyglądałem jak po wyjściu z piwnicy. Może nawet schludniej. 
- O ja chromolę... – zakwiczał Viesłav. 
- Musimy trochę sobie wyjaśnić – stwierdziłem. 
Zniknęły pioruny. Zaczął padać deszcz gaszący ogień. Po chwili wyszło słońce. 
Całą trójka usiadła na ławce przed ratuszem. 
- Zacznijmy od tego kim wy jesteście. 
- Byliśmy członkami Jednostki Paranormalnej – zaczął Igor, - Założono ją w połowie ubiegłego wieku. Działa niezależnie od Sztabu generalnego. Jej podstawowym zadaniem jest badanie pozostałości po dawnych kultach i poszukiwanie jakiś technologii po cywilizacji która zniknęła parę tysiącleci temu. Potem to wszystko poddawane jest dokładniej analizie i wdrażane w życie. Czy wiesz, że nasi naukowcy stworzyli bombę opierającą się na podziale atomu? Nie mają jednak środków przenoszenia...ale mniejsza z tym. Jakiś czas temu oddelegowano nas pod granicę. Zrobiliśmy też parę rajdów po cyplu. Nie wiem po co, ale nasi jajogłowi byli zadowoleni. Potem wysłano nas do oczyszczenia zamku Wisielskich. Resztę już znasz...
- Interesujące. Ja niestety nie stoję na czele żadnego spisku. Po prostu kieruje mną przeczucie. Dzięki temu znalazłem ruiny. Tam wróciło mi część pamięci. Nic szczególnego, ot obrazy jakby z poprzednich wcieleń...
- To jest bardzo szczególne – wtrącił Viesłav.
- W każdym razie – kontynuowałem, - Następny taki powrót przeżyłem przed chwilą. Nawet w całości, czego efektem był mój okrzyk. Niestety, nie pamiętam do kogo. 
- A co teraz podpowiada ci przeczucie? – zapytał Viesłav. 
- Właściwie nic.
To nie było takie zupełne nic. Opuściliśmy miasto(posilając się przedtem w zrujnowanym sklepie). Wędrowaliśmy od wioski do wioski, od targu do targu zmylając pościg. Żyliśmy z dnia na dzień, kierując się w stronę portu. 

- W końcu odnaleźliśmy waszą wieś – opowieść kończyła się Roman zbliżał się do końca - I tu postanowiliśmy pobyć jakiś czas. Mam nadzieję, że rzucicie coś biednym włóczęgom.
Do wyświechtanego kapelusza spłynęły monety. Viesłam przeliczył je i schował do kieszeni. Całe trio opuściło dom sołtysa przed występem zespołu folklorystycznego „Nioski”. 
- Miałeś dobry pomysł, aby opowiedzieć im prawdę – Igor pochwalił Romana, gdy szli polną drogą do sąsiedniej wioski, – Nikt w to nie uwierzy. Płacą lepiej niż za fikcję. 
Z zarośli wyszło dwóch podejrzanych typów. Igor mocniej chwycił pistolet skałkowy zakupiony trzy wioch wcześniej. Dwóch innych zbirów zaszło od tyłu dezerterów. Niespodziewanie, jeden z nich oddał dwa strzały. Jeden między oczy Viesłava, a drugi w czoło Igora. Roman nawet nie zdążył zareagować, ogłuszyli go jakąś magiczną zabawką. Co ciekawe, skuteczną. Po chwili stracił przytomność. 

Zbudził go dopiero warkot silnika. Nie był to jednak silnik ciężarówki. To odgłos samolotu. Najnowocześniejszego jaki Roman widział. Nie miał jednak czasu na przyglądanie się, albowiem dostrzegł generała Zająca siedzącego przed nim. Jego twarz wykrzywiał uśmiech.
- I co Romanku – powiedział generał, - Na nic zdali się przyjaciele i twoje umiejętności przewidywania.
- Na to wygląda.
- I zapewne czekasz aż ja, geniusz zła, wytłumaczę ci cały mój diaboliczny plan.
- Tak.
- I zapewne myślisz, że jako pozytywny bohater wykorzystasz swoją wiedzę do ucieczki?
- Nie.
- Nie kłam. Za dobrze cię znam. 
- No dobra, masz rację generale. Jako skazaniec mam chyba prawo do wiedzy?
- Nie masz, ale i tak ci wszystko wytłumaczę. Parę tysięcy lat temu, nasz świat odwiedzili przybysze z innej planety. Chcieli zbudować tu swoją kolonię. Ich statek uległ jednak uszkodzeniu na skutek pechowej podróży. Wystrzelili więc wszystkie kapsuły kolonizacyjne na orbitę, aby ułatwić manewrowanie statkiem. Przeprowadzili go przez atmosferę i osadzili w morzu. Nie był zdolny do lotu ani do komunikacji z innymi planetami, mógł jednak służyć jako baza. Założyli nową cywilizację. Po kilku pokoleniach stracili kontrolę na swoją technologią, ale zainteresowali się nową siłą – magią. To spowodowało zatracenie ich umiejętności parapsychicznych oraz resztki wiedzy o technice przodków. Jednak część z nich nigdy nie wyrzekła się swojego dziedzictwa. Mimo to ich moce uległy uśpieniu. Zachowali możliwość kontrolowania ognia. Nazwano ich Pyrami. 
W miedzy czasie, mniejszość która pozostała na orbicie zdołała wysłać sygnał który mieli odebrać ich ziomkowie na ojczystej planecie. Jeden z nich – Vortel dobrze wiedział, że oznacza to koniec cywilizacji na planecie. Porwał więc razem ze swoim elektronicznym przyjacielem jedną z kapsuł wyładowaną starożytnym sprzętem. Rozbili się niedaleko statku-matki zamienionego już wtedy w cypel. Robot nie przeżył jednak lądowania. Vortel przejrzał część ładunku i załadował interesujący go sprzęt do małego transportera. Odnalazł też jedyne odgrzebane wejście do stadku. Widocznie odbywały się tam czasami jakieś ceremonie, czy coś takiego. W każdym razie wszedł do środka i przy pomocy sprzętu z kapsuły przerobił silniki. Oczywiście nie całe, tylko część odpowiedzialną za wytwarzanie energii. Spowodowało to roztoczenie nad ziemią pola, które nie pozwoliło przenikać przez nie co bardziej skomplikowanej technologii. Potem poszedł w lud głosić mądrość ect. W każdym razie reinkarnował się po każdej śmierci, aby czuwać nad mieszkańcami planety.
Jakieś sto lat później, przedstawiciele jego gatunku na ojczystej ziemi odebrali wreszcie sygnał. Otworzyli dziury w czasoprzestrzeni i zaczęli szykować się do inwazji. Po przylocie spotkała ich niemiła niespodzianka – nie mogli przelecieć przez pole ochronne. Postanowiono więc zabrać kapsuły i czekać aż silnik przestanie pracować. Jedyne co mogli jeszcze zrobić, to poinformować wybranych o swoim istnieniu.
Generał nabrał oddechu.
- No i co? – zapytał Roman. 
- No i to, że ci wybrani założyli konspiracyjną organizację mającą na celu złapanie i zabicie Vortela. To spowoduje natychmiastowe wyłączenie pola. Problem w tym, że bardzo trudno go odnaleźć. Ponieważ nawet nasi kosmiczni przyjaciele tego nie wiedzą, powodują małe kataklizmy mające go ujawnić. Niestety, dotychczas Vortel zabijał porywacza zaraz po pierwszym spotkaniu...
- Dlaczego chcecie go załatwić?
- Widziałeś kiedyś taki samolot jak ten? Nie. Powstał on dzięki cząstce wiedzy ziomków Vortela. Już w tej chwili jesteśmy w stanie zająć skrawek ziemi o który toczyły się niezliczone wojny. Trwały one nawet po siedem lat, a my zajmiemy go w tydzień! 
- A potem?
- Potem to sprowadzimy naszych nieziemskich przyjaciół i przy ich pomocy dokonamy zamachu wojskowego. Następny krok to już tylko podbicie świata, wyrżnięcie wszystkich zmutowanych nieludzi i zmiana naszego świata w kolonię. Po upływie stulecia zacznie wreszcie przypominać siedlisko cywilizacji wysoko rozwiniętej... 
- A co ja mam do tego?
- Jeszcze nie wiesz?
- To ty jesteś Vortel! To ciebie zabijemy na ołtarzu znalezionym w okolicy kapsuły! Ha ha ha!
- Jesteś chory na... – nie dokończył, bo dostał od kogoś w głowę. 

Jego kolejne przebudzenie było gorsze od poprzedniego. Leżał na zimnym kamieniu skrępowany linami. Był na tej samej polance pod którą znalazł kapsułę. Był jednak mała różnica – brak drzew. Zamiast nich stały wypalone kikuty. „Czyli z tą widzą to prawda” – pomyślał Roman/Vortel. Wokół niego zebrała się grupka ludzi w dziwnych strojach. Jeden z nich był generałem, ale jego były adiutant nie zauważył tego. Poznał za to Zygiera. Stał kilka metrów od ołtarza i gapił się w niebo. 
Zając podniósł sztylet. Na jego ostrzu ktoś wygrawerował dziwne napisy. Po metalu spływała zielona substancja. Jad... 
Zebrani kończyli śpiewanie śpiewnych fraz. Metal przeszył serce Romana/Vortela.
Przez niebo przeszedł błysk. Zygier zaczął się obłąkańczo śmiać. Przez ostatecznym zejściem adiutant zobaczył dziwne pojazdy wchodzące w atmosferę, oraz generała mruczącego: „ Kocham Happy Endy...”.

Ps: Jeżeli tu dotarłeś i ci się nie spodobało to masz rację. (Nie dramatyzuj niepotrzebnie ;) - dop. Seth)

 
Gwizdon [odyniecandpuzon@tlen.pl]

|strona 38|