spis treści | poprzednia strona | następna strona
37 Łowca Dusz

Znowu się na niego gapił. Już trzeci dzień z rzędu przychodził tu po południu i wlepiał w niego swe oczy, szkliste i roziskrzone jak mydlana bańka. Już trzeci raz z rzędu czuł to samo podniecenie... Identyczne z tym, które zapłonęło w nim przed trzema dniami, wciąż niezmienne w swej stałości.
Ten sam żar... Wciąż ten sam. Zdawało się, że mógłby trwać wiecznie, że nigdy nie zgaśnie... Tylko przybierze na sile i rozpali wiecznym ogniem. 
A on czekał na to... Czuł, że już niedługo ogień wybuchnie ze zdwojoną siłą, A podlany benzyną złotego blasku, eksploduje żarem. Jego młodzieńczy instynkt, był jak sufler... I szeptał mu to, dokładnie od trzech dni tańczenia, na tej cholernie zakurzonej scenie tak, jak mu blask zagra.
I ktokolwiek widziałby teraz młodego Jacka, te jego blade oblicze i podkrążone oczy, bez wątpienia odniósłby wrażenie, że chłopak albo się czymś naćpał, albo się w kimś zakochał. Wybrałby jedno z dwóch i tylko pokręciłby głową z zażenowaniem lub w głębi serca życzył mu szczęścia w miłości.
Ale na cokolwiek by postawił, cokolwiek ten ktoś by wybrał, to tylko otarłby się o prawdę, tak jak ludzie zwykli ocierać się o śmierć. Wydobyłby z mroków tajemnicy tylko część odpowiedzi... Pojedynczy element tej jego misternej układanki. Pojedynczą z miliona myśli zlanych w jeden koktajl i buzujących w najlepsze, gdzieś głęboko w jaźni Jacka, jak w jakimś psychicznym shakerze. Bo cóż można wyczytać z czyjejś tylko twarzy? Radość, smutek, zawiść, złość? Marny wachlarz, zwłaszcza, że Jack słynął z tego, że umiejętnie potrafił się maskować, malując na płótnie swej mimiki coraz to nowe obrazy.
Tym razem jednak nie trzeba było być policyjnym psychologiem, by odkryć, że chłopak się zwyczajnie zakochał. Wróć: niezwyczajnie...
Bowiem Jack, nie był zwyczajnie zakochany... On był naćpany miłością. 
Narąbany po uszy, albo nawet mocniej. I to nie taką zwykłą miłością, bo nią to naćpać się nie sposób. A to wielka różnica. Diametralna... 
To nie była miłość w stylu: weź i zapomnij. To coś wbija się w serce i wkręca jak wiertło.
Była głęboka jak jego oczy i wciągająca jak ich spojrzenie. A on z czasem odkrył, że coraz bardziej zaczął ją przypominać. Taka właśnie była... Taka jak on i zdolna do wszystkiego. 
Popadł w nałóg, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Bardzo szybko tonąc w nim doszczętnie i niezdarnie jak rozbitek podczas szalejącego sztormu, miotany na boki i rozbijany o jego fale. 
I choć sam, nigdy nie określiłby się mianem ćpuna, to tak właśnie było. Był od niej uzależniony. Od miłości do niego... 
I jakkolwiek by postąpił, cokolwiek by teraz zrobił, wybiegł z antykwariatu zostawiając wszystko w jasnej cholerze czy został i dalej śliniąc się, dziwnie patrzył w przód. 
To i tak...
To było, jest i będzie jak gorejące znamię... Rana, która nie daje o sobie zapomnieć. 
Rana, która jeśli nie zostanie uleczona zacznie ropieć i stanie się siedliskiem robactwa. 
Robactwa, które z rany rozlezie się po całym ciele i zeżre je od środka, wijąc się pod skórą i wewnątrz wnętrzności. Jack musiał dorwać w końcu lekarstwo na tę cholerną chorobę.
Dorwać bardzo szybko, albo uschnąłby z tęsknoty, powoli gnijąc od środka. 
Kąciki jego ust mimowolnie uniosły się ku policzkom. Uśmiechał się. 
Czuł bowiem, jak jego oczy już trzeci raz z rzędu, odbijają ten sam blask.
Nie mylił się i choć z początku nie było tego widać, to w jego oczach, rzeczywiście coś się skrzyło. To samo, co nakazało mu się uśmiechać i znowu wrócić tu po szkole. Coś, co dobrze go wytresowało i teraz odbijając blask popołudniowego słońca, puszczało mu oczko złotymi refleksami. Coś, co zaklęte jak komar w bursztynowej powłoce, czekało na czyjąś ciepłą dłoń.
(No chodź)
A on pragnął tego równie mocno, tak jak marynarz po dwumiesięcznym rejsie, pożąda kobiety.
(Weź mnie)
Cała prawda o Jacku... 
(Zamknij w dłoni)
Jego sekret, strzeżony najpilniej ze wszystkich, tak by nikt nigdy nie poznał prawdziwej twarzy jego tajemnicy... By nikt nigdy nie śmiał mu jej wykraść. Tak, by potem temu komuś nie stała się żadna krzywda. 
Tylko Jack znał prawdę... Tylko on miał do niej dostęp. Jego prywatna obsesja...
Obsesja, którą można ukryć w dłoni. Obsesja zaklęta głęboko w jego jaźni. 
(Jak owad w bursztynie) 
A potem... Ten głos... Jak stara nuta fortepianu. Krzywy, taki niedostrojony, jakby puszczony z zepsutej płyty. Wibrował gdzieś za nim, obok i tuż przed. 
Jak głos wspomnień, zatartych strugami czasu i porządnie zakurzony
- W czym mogę pomóc? - uderzył w Jacka jak wiatr, przywodząc mu na myśl stare czasy, kiedy mama wołała go na obiad, a on miał to w głębokim poważaniu i dalej bawił się klockami. Dźwięczny głos z wytartym brytyjskim akcentem ukrytym pod płaszczem amerykańskiej wymowy.
Jack oblał się rumieńcem. Nawet nie przypuszczał... 
(Odwal się)
Ktoś wtrącił się, prosto pomiędzy jego myśli i to te najbardziej intymne, rozrywając je impetem równym temu, z jakim każdego ranka światło dnia zwykło powalać noc.
Chłopak speszył się nieco, wyrwany z głębokiej sfery rozmyślań. Poczuł się zupełnie, jakby ktoś właśnie przyłapał go na masturbacji. Nieprzyjemne uczucie... Doświadczał go już w przeszłości,
(„Jacky, co ty...?”)
ale nigdy w takim miejscu. I nie w takich okolicznościach.
- Młody człowieku? - ktoś znowu ponaglił. Ktoś stojący dokładnie na wprost niego. 
(Spieprzaj)
Chłopak delikatnie uniósł wzrok, czując, jakby zaraz miał oberwać prosto w twarz. 
Nie chciał spojrzeć wyżej... Zupełnie jakby miał dostrzec tam swój najgorszy koszmar.
Zaciśnięte pięści pobielały z wysiłku, a jakieś głupie przeświadczenie, kazało mu myśleć, że właśnie teraz dokonywał się najważniejszy egzamin w jego krótkim życiu. A on stał jak kołek i gówno potrafił z siebie wydobyć! 
I albo weźmie się w garść...
(Kurwa, zrób coś do cholery!) 
Albo obleje.
(Rusz dupę!)
Najlepiej zasymulowałby odruch wymiotny i pognał na drugie piętro do szkolnej higienistki. To zawsze było najlepsze wyjście, którym można było uciec od spraw tego typu. 
Jednakże Jack nie siedział teraz w szkole... W ławce i z kartką przed nosem. 
Nawet jeśli teraz zrzygałby się prosto pod nogi, to niewiele by wskórał (albo wyleciał ze sklepu na zbity pysk). A tego nie chciał... Pragnął, by tamten blask dalej tańczył w jego oczach. Chciał go zamknąć w dłoni. On jeszcze nie naćpał się nim wystarczająco!
- Młody człowieku! - i znów ten sam głos. Wciąż spokojny, teraz jednak drgał targany dźwięczną nutą irytacji. Antykwariusz... Teraz, gdy speszenie przygasło, Jack potrafił w miarę racjonalnie rozpoznać tembr głosu sprzedawcy. Teraz był pewny, że przed nim stał ten stary Anglik starający się, w miarę naturalnie naśladować amerykański akcent.
(Zamknij ryj!)
Słyszał go już wcześniej, wczoraj w piątek po raz pierwszy, gdy w końcu zdecydował się wejść do antykwariatu (wcześniej tkwił z nosem przyklejonym do sklepowej witryny) i ukryć się pomiędzy innymi ludźmi. 
Dziś jednak zaryzykował przyjście, gdy antykwariat świecił pustkami. Wolny od łaknących antyków klientów. 
Bądź co bądź, sprzedawca musiał się nim w końcu zainteresować.
A Jack dobrze zapamiętał jego twarz... Oczy lśniące jak złoto i szczery uśmiech, gdy nachylał się nad co niższymi klientkami i doradzał, co gustownego powinny kupić sobie do sypialni czy salonu. Wujek Dobra Rada: tyle cisnęło mu się na myśl, gdy go wtedy oglądał. Było w nim coś magnetycznego. Przyciągającego jak złoto i pieniądze. 
Oj tak... Pan antykwariusz bez wątpienia był charyzmatyczny. Podobny do jego ojca z czasów, gdy dopiero poznawał mamę i starał się mieszać przebojowość z osobistym urokiem. Byłby nawet skłonny obstawić, że jego tata taki właśnie będzie za jakieś dwadzieścia, trzydzieści lat. 
Ale mimo wszystko Jack najlepiej kazałby mu odwalić się od niego, spierdalać i nie przeszkadzać, nieważne jak bardzo przypominał mu jego ojca swym stylem bycia.
Bo mącił jego skupienie, roznosił je i wprawiał w drganie, jak wiatr druty telegraficzne. Bardzo upierdliwie przeszkadzał mu w cieszeniu się ukochaną bursztynową obsesją, stawał pomiędzy nim a nią. I nieważne, kim ten ktoś jest... Nie miał prawa.
(Słyszałeś skurwielu? Zamknij mordę i wypierdalaj!) 
Antykwariusz znów ponaglił. Jack na jego miejscu już dawno straciłby cierpliwość...
Trafiłby go szlag, a po chwili również i dzieciaka. 
(Na miazgę...)
Oczy Jacka zabłysły ochoczo. Spod kaskady jego jasnych włosów, lśniły teraz jak dwa bursztyny. Zechciał podnieść z impetem głowę i napluć temu komuś prosto w twarz.
Albo chwycić go za włosy i rąbnąć głową o ladę. 
(Rąbać dopóki ten jego zasrany łeb nie rozpieprzy się na miazgę!)
A potem uciec ze swoim skarbem jak najdalej. 
(Na koniec świata)
Być tylko z nim... Jako najszczęśliwszy, piętnastoletni Jack na świecie. 
(Jako młody morderca, który daleko nie zajdzie i zdechnie w rynsztoku) 
(Albo pod kołami samochodu jak pierwszy lepszy kundel)
Jack znał ryzyko... Jego Tygrysie Oko nie zostałoby z nim długo, gdyby nad jego głową zawisł kat w policyjnym mundurze. Nie tego pragnął Jack... 
Bo po co na siłę utrudniać sobie i tak już zasrane życie. Nie lepiej zachować się jak normalny 
(Zasrany)
człowiek. Podobnie jak miliony innych
(Zasranych)
ludzi. Jack nie chciał zdychać z policyjną kulką w plecach. Ojciec zawsze mu powtarzał, że nie warto od razu wszystkiego poświęcać. 
(„Rusz głową, a zawsze znajdziesz rozwiązanie”)
Ojciec dobrze wiedział, co mówi, bawiąc się w mędrca... Przynajmniej raz w życiu pokusił się o porządną, mądrą radę, zamiast przesiadywać godzinami przed telewizorem i popijać piwo.
Jack podziękował w myślach swojemu staremu i sięgnął do kieszeni spodni. Zacisnął dłoń na i tak nieźle już pomiętej dwudziestodolarówce, odzyskanej dziś od tego tłuściocha Andy’ego Plummera, z którym miał nieszczęście siedzieć w ławce (albo raczej na odwrót).
I mimo iż czuł, że tylko skończony idiota odsprzedałby mu Tygrysie Oko za jedyne dwadzieścia dolców, to Jack wciąż, gdzieś głęboko samego siebie, wierzył, że sprzedawca właśnie takim idiotą będzie. Niech będzie równie durny, jak ten osiłek Jason Parrish z jego klasy, który wpierw wolałby wyważyć drzwi do swego domu, nie sprawdzając, czy aby na pewno są one zamknięte. Niech najpierw robi, a potem myśli... 
(Jak nachlana dziwka) 
A wszystko będzie dobrze... 
Jack pogratulował samemu sobie sprytu (pomimo faktu, że niczego odkrywczego nie dokonał, jedynie postanowił jakoś odkupić Tygrysie Oko, a nie wyrywać go właścicielowi z rąk).
(Godne podziwu) 
Poczuł się nieco bardziej ludzko, na pewno bardziej niż jeszcze przed paroma chwilami.
(Rąbać do póki, ten jego zasrany łeb, nie rozpieprzy się na miazgę!)
Kipiąca w żyłach krew straciła nieco rezonu, uśmiech zelżał a oczy zmatowiały.
(Rąbać!)
Zupełnie jakby ktoś przetarł jego twarz jedną z tych Magicznych Ściereczek szeroko reklamowanych w telewizji przez bandy wypucowanych (pewnie tymi samymi ściereczkami) idiotów jak na zawołanie robiących zdziwioną minę, widząc te rewolucyjne szmatki w akcji.
(„Jeden ruch i wszystko znika... jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki!”) 
Chłopak podniósł głowę i postarał się zrobić zawadiacką minę (lekki uśmiech i delikatnie uniesione brwi były dobrym patentem na poderwanie dziewczyny, więc Jack nie miał pojęcia, jak zadziałają na podstarzałego faceta, przesiąkniętego zapachem naftaliny)
(Na miazgę?)
Sprzedawca odchrząknął. W końcu ten nieruchomy posąg o chłopięcej figurze, od dziesięciu minut stojący przy ladzie (i wyglądający na solidnie naćpanego) łaskawie zareagował i spojrzał w jego kierunku.
A to i tak dobrze, bo zazwyczaj posągi zwykły nie reagować na jakiekolwiek sygnały, chyba że oberwały z młotka prosto w łeb. 
A najdziwniejszy w tym wszystkim był (nie licząc stałego ignorowania) wzrok Jacka... Taki lisi. Oczy błyszczały mu złotym blaskiem i to zbyt intensywnym, by móc założyć, że słonecznym. Od lady do witryny dzieliło ich jakieś dziesięć metrów, a do tego chłopak stał do niej odwrócony plecami. Sprzedawca wiedział, że oczy zwykły się nie skrzyć tak bez powodu, chyba że coś je nawiedziło. Kątem oka spojrzał w kierunku kamienia. Delikatny uśmiech rozświetlił jego poszarpaną starością twarz, podobnie jak złoty blask po chwili oczy. Teraz lśnili obydwaj. Różnica polegała na tym, że Jack wyglądał jak mucha, pragnąca dostać się do pająka. 
I mimo całej tej jego niepokojącej chytrości, sprzedawca powitał go ku swej uciesze, niemal z otwartymi ramionami. 
- Fajny sklep - Jack zaczął pierwszy, sztampowo i lekko znudzonym tonem. Przeciągnął wzrokiem po postaci antykwariusza, czując jak jego oczy na nowo wypełniają się bursztynową słodyczą. Jej dzban stał tuż obok, po prawej. 
Uśmiechnął się, a wraz z nim i jego oczy.
- To chyba dobrze - sprzedawca oparł się na ladzie wykonanej z ciemnego, sosnowego drewna. - W czym mogę Ci pomóc? 
(Sprytny skurwiel, zna odpowiedź)
- Wpadłem na zakupy... Wie pan jak to jest. - Jack zarzucił lekko wzrokiem w kierunku kamienia. - Czasem coś wpadnie w oko...
- I trudno jest się potem od tego uwolnić... - Wprost wyjął mu te słowa z ust!
(Tak... Bardzo sprytny skurwiel)
Jack starał się zachowywać maksymalnie naturalnie. Nie gadać na siłę i bez sensu. Taki był jego plan. By sprzedawca nie wyczuł jego chrapki na Tygrysie Oko. Tej rzeczywistej chrapki... Jednak wciąż czuł się dziwnie podekscytowany, stojąc naprzeciwko sprzedawcy i słuchając jego dźwięcznego głosu, pełnego pasji i charyzmy, dudniącego jak dzwon.
- Podoba Ci się, chłopcze, prawda? - błysnął pożółkłymi od tytoniu zębami.
Musiał uważać, bo jeśli mężczyzna pozna jego prawdziwe intencje, to 
(Zasrany lisek chytrusek)
nie odda... Jack był tego pewien, blask mu podpowiedział. 
- Tak... - odparł machinalnie, wywracając lekko oczyma i nawet nie zdając sobie nawet sprawy z tego, o co chodzi.
Ludzie zwykli być łakomi na uprzykrzanie innym życia. Nie pomóc, byle tylko dla zasady. 
(„Bo, kurwa, nie!”)
(bo byli pazernymi skurwielami) 
- Nazywa się Tygrysie Oko - Jacka przyszył dreszcz. - Wiedziałeś o tym?
Chłopak znów zalśnił oczyma. 
- Tak... - uśmiech rozjaśnił mu twarz. Lisi uśmiech, i jeśli tylko Jack posiadałby również lisi szereg kłów, to błysnąłby nimi z rozkoszą. 
(Jeśli tylko?)
Uśmiechnął się ostentacyjnie. 
- Przecież na szkatułce nic nie pisze - Antykwariusz popatrzył na niego pytająco znad okrągłych okularów. Oczy miał matowe, ale Jack wyczuł w nich znajome ciepło, ten bursztynowy blask, jakby zaklęty tam od setek lat, już wypłowiały i wytarty. Zupełnie jak brytyjski akcent w jego mowie.
(Owad zaklęty w bursztynie)
Chłopak chciałby odpowiedzieć: Magia. 
Ale w jego wykonaniu zabrzmiałoby to nader dziwnie. Jak w kiepskim romansie z lat trzydziestych, w którym para bohaterów próbuje się uwieść rozmową. Zagryzł wargę, by nie ryknąć śmiechem, miał nadzieję, że ból go ocuci.
Ale ból najwyraźniej spartaczył robotę, bo nie dość, że nie ocucił, to jeszcze wypełnił mu usta krwawym posmakiem. 
(Na wojnie każdy zostaje ranny)
Wyliże się...
(A blizny zostaną już na całe życie) 
Przesunął językiem po rozerwanej rance. Kolejne ukłucie i Jack połknął resztkę krwi.
- Jak panu na imię? - zapytał o coś, czego nawet nie miał na myśli. - Zostanę tu jeszcze przez jakiś czas i... - tak naprawdę, to miał głęboko w dupie tożsamość sprzedawcy. 
- Wiem... Bardzo długi czas...
(Do usranej śmierci)
Zapytał, bo nie lubił rozmawiać z anonimami. A czuł, że ten pan, odegra tu jeszcze niemałą rolę.
- Czuję, że się dogadamy, panie... ?
- Blair. Tyle chyba wystarczy. - Uśmiechnął się szerzej z prawdziwą szczerością.
Wystarczyło.
Dziwne imię, pewnie stare i europejskie, a wypłowiały, brytyjski akcent tylko za tym przemawiał. Jackowi przez chwilę w głowie przebiegła myśl, że Blair to może nazwisko, (podawane często zamiast imienia w oficjalnych sprawach) a faktycznie facet nazywa się Harry, James, Henry albo cholera wie jak jeszcze. 
Nie miał jednak odwagi, by o to zapytać i wolał już zwracać się do antykwariusza nazwiskiem po imieniu, niż w jakikolwiek sposób go tym zdenerwować. 
- Rozumiem, że nazywasz się Jack - chłopak zakłopotał się nieco i zamigotał wzrokiem, bo niby skąd do jasnej cholery? - Identyfikator. Masz go przypiętego do piersi - uśmiechnął, jakby właśnie wyczytał to z jego myśli.
Jack przesunął palcami po metalowym zamku i wsunął dłoń pomiędzy poły szarawej kurtki. 
(Żeby, kurwa, się nie dało skurwiela niczym zaskoczyć)
Zacisnął palce na plastikowej plakietce i zerwał ją z impetem z beżowego swetra. Za nic nie
chciał patrzeć na swoją beznadziejną gębę widniejącą na zdjęciu. Nie, nie dla tego, że wyszła na nim kompletnie kretyńsko (to też, ale) po prostu nie podobał się samemu sobie. 
Blady, z wiecznie przetłuszczonymi włosami. I te cholerne piegi... 
Pod spodem widniał podpis: Jack Frost i reszta informacji koślawo nagryzmolonych ręką szkolnej pani sekretarki, która od czasu zepsucia się jedynej w szkole drukarki, wszystko musiała wpisywać ręcznie i pewnikiem szlag ją trafiał po trzystu takich plakietkach, nieważne, z jakim optymizmem do tej pracy zasiadała.
Znowu wywrócił oczyma.
I mimo że spojrzenie pana Blaira raczej nie wrażało jakichkolwiek negatywnych emocji, skierowanych ku jego wizerunkowi, to on i tak wiedział swoje. Wstydził się nawet przed sześćdziesięcioletnim, zupełnie obcym facetem...
Teraz sam najlepiej walnąłby sobie w ten swój parszywy pysk.
(Rozpieprzy się na miazgę)
(Pierdolenie kotka za pomocą młotka)
(Hahaha!)
- Chłopcze - najwyraźniej Blair chciał ciągnąć to dalej. 
Jack niemal zgniótł plakietkę w dłoni i lekko opuścił głowę, wzrok pozostał nieruchomy. Chłopak czuł, że wygląda teraz bardziej złowieszczo, niż mu na tym faktycznie zależy, ale nie przejął się tym zbytnio. Do póki sprzedawca nie ucieknie stąd z krzykiem, nie miał zamiaru zmienić wizerunku. Do tego cholerny kawałek plastiku, za Boga nie chciał się zgiąć, wrzynając do tego głęboko w skórę dłoni. 
(Pieprzone identyfikatory) 
- Wie pan, po co tu przyszedłem. - To nie było nawet pytanie. Prędzej oznajmienie. 
Niecierpliwił się, ale Blair pozostał niewzruszony. 
- Ostatnio wiem bardzo wiele - wyszedł zza lady i dopiero teraz Jack mógł faktycznie zobaczyć, jak bardzo jest wysoki. Do tego ten jego czerwony, wełniany sweter w kratkę, ledwo się na nim mieścił, jakby był przynajmniej o numer, góra dwa za mały. 
Gdy mijał Jacka, dostrzegł jak cofa się o krok. - Nie bój się, ja tobie nic nie zrobię - uśmiechnął się, znowu błyskając zębami. - Tygrysie Oko pochodzi z Afryki. Tam je znalazłem. 
Przeszedł skrzypiąca podłogą przez cały sklep i zatopił się w złotym blasku popołudniowego słońca, wlewającym się do środka, przez wciąż jeszcze brudną witrynę. Blair otworzył sklep dopiero niedawno i nie zdążył jeszcze wszystkiego uporządkować, Jack pamiętał, że wcześniej była tu zwyczajna księgarnia (która notabene upadła z powodu braku klientów, bo w Brams mało kto czyta książki, chyba że kucharskie albo takie w stylu: Jak Wyjść z Bezrobocia).
Skręcił w prawo, do szklanych, sklepowych drzwi i przekręcił wywieszkę z OTWARTE na ZAMKNIĘTE. Potem sięgnął dłonią w dół, metalowy pęk kluczy zadźwięczał i w akompaniamencie trzasku przekręcanego zamka zmącił duszną ciszę, tak jak kamień rzucony na środku jeziora zwykł mącić wodę. Potem schował klucze do kieszeni, a Jack poczuł się dziwnie na żołądku, jakby coś się tam kotłowało, stado motyli. 
Zamknął ich tutaj... Po jaką cholerę? Gdyby miał jakiekolwiek złe intencje, to przez długi okres czasu nikt nie dowiedziałby się o zbrodni, jaka mogłaby mieć tu miejsce. Krew bowiem łatwo zmyć i ze swych rąk, ścian czy podłogi.A ciała łatwo jest się pozbyć. I nieważne, czy nastolatka, czy starszego faceta w kretyńskim wdzianku (modnym jakieś dwadzieścia lat temu), który właśnie, powoli przechadzał się w pomarańczowym świetle dnia w kierunku lewej ściany. Jack patrzył na niego z przeświadczeniem, że takie niemal majestatyczne, lekko ospałe ruchy zawsze są cechą wszystkich, wysokich i szczupłych mężczyzn (w przeciwieństwie do wszystkich nadgorliwych, niskich i korpulentnych, w stylu jego ojca).
Jakkolwiek postąpił ten antykwariusz przekręcając metalowy kluczyk w zamku, mając w tym jakiś ukryty interes albo i nie, to tylko napytał sobie biedy. Jednym ruchem wykopując własny dołek. Ułatwił Jackowi zadanie, kiedy nie będzie już odwrotu.
(Rąbać dopóki ten jego zasrany łeb nie rozpieprzy się na miazgę!)
(Kiedy nie będzie już odwrotu)
Wtedy kotłowanie w brzuchu ustało jak ręką odjął, wszystkie motyle zdechły.
Blair podszedł w końcu do ściany i szepnął coś pod nosem wyciągając ku niej rękę. 
Jack musiał zrobić dopiero parę kroków w przód, by dostrzec przez światło wiszącą mapę Afryki i palec Blaira, spoczywający gdzieś na terenie Egiptu. 
Powoli i szeroko rozchylił powieki, wypuszczając wygięty identyfikator z dłoni. Metalowa spinka szczęknęła mizernie o drewnianą podłogę.
- Był pan aż w Afryce? - głos rozbrzmiał niechcianym entuzjazmem. Entuzjazmem burzącym jego wizerunek chłodnego dzieciaka, który dobrze wie, czego chce. Ale inaczej nie potrafił...
Tygrysie Oko pochodziło z Afryki! Niezły powód do dumy (i jedyna rzecz, która do tej pory zainteresowała go na czarnym lądzie). Jackowi trudno było powstrzymać niechcianą radość.
- Byłem w bardzo wielu miejscach. Kiedyś dużo podróżowałem. Dawno temu... - Blair nie odwracał wzroku od mapy, a jego palec wyglądał, jakby zupełnie przykleił się do pożółkłego papieru. Zarył paznokciem po kartce.
Jack wstrzymał oddech i przetarł oczy, zrobił krok do przodu. Podłoga zaskrzypiała pod nim, zupełnie jakby nadepnął jej na odcisk. 
Blair ani drgnął. Ale po chwili dalej zaczął ciągnąć swą opowieść. 
- Tygrysie Oko jest bardzo stare... - Opowieść, w której każdy kolejny, wypowiadany z wielkim skupieniem, fragment stawał się coraz bardziej elektryzujący. - Pierwotnie należało do brytyjskiej guwernantki, dostała je w prezencie od afrykańskiego szamana i nosiła w naszyjniku. - Blair powoli lepił swoją historię, nadawał jej realnych kształtów. 
Jak rzeźbiarz tworzący posągi z brył marmuru, tak on wykuwał ją z odmętów swej pamięci. Cios za ciosem. 
Jack wrócił pod ladę i oparł się o nią plecami. Blair stał już odwrócony twarzą do niego. 
Oczy miał pogrążone w cieniu i Jack nie widział, by coś się w nich skrzyło. Były puste.
(Albo cień był za gęsty)
- To było latem tysiąc osiemset pięćdziesiątego ósmego. W bardzo słoneczny dzień.
Podobny do dzisiejszego albo nawet taki sam. - Blair również zaczął sztampowo.
(A niebo było niebieskie)
(Zawsze jest niebieskie, gdy ktoś umiera)
- Było wtedy bardzo gorąco, niesamowicie, nawet jak na taki klimat. 
(Bezchmurne niebo)
Jack widział jak Blair wkłada ręce do kieszeni spodni. 
(A i tak na wszystko wokoło padł gęsty cień)
- Wybacz mi, chłopcze, ten sztampowy początek, ale niestety nie jestem mistrzem w układaniu opowiadań - uśmiechnął się delikatnie. - Od momentu przyjazdu kobiety wraz z jej rodziną, śmiertelność wśród niewolników gwałtownie wzrosła - antykwariusz podniósł do ust wyjęte z kieszeni cygaro. Odgryzł jedną końcówkę i wypluł na podłogę. W drugiej dłoni zabłysnęła złota, benzynowa zapalniczka.
Jack usłyszał szczęknięcie. Po chwili na twarzy Blaira rozlała się czerwona łuna ciepłego światła. Zmarszczki gwałtownie się pogłębiły, ryły wokoło jego oczu i ust, czarną pajęczyną biegły po policzkach i dalej wzdłuż nosa na czoło.
Białawy, szczecinowaty zarost znacznie pociemniał, a cała ta jego podłużna twarz, stała się jakby wyciosana z wprost z drewna. I to dłutem amatora.
(A oczy wciąż w...)
(Za gęsty cień)
Jack nawet nie zauważył, jak mężczyzna chowa zapalniczkę do kieszeni. 
W ogóle mało widział, bo kłęby gęstego dymu wystrzeliły z ust Blaira jak z armatniego działa, skutecznie ograniczając widoczność. Jedynie promienie słońca, bijące zza pleców mężczyzny zaznaczały przez dym, kontury jego postaci, więc Jack mógł określić na chybił trafił, co mężczyzna w danej chwili robił. Na razie stał nieruchomo i z pewnością dalej gapił się na niego chytrze. 
(Stanowczo za gęsty)
Chłopak poczuł znajomy zapach nikotyny, teraz jednak bardziej klarowny i szlachetny,
(W końcu to cygaro, a nie jakieś zasrane dziadostwo z filtrem) 
dobrze go znał, bo ojciec, nim jeszcze stracił pracę w szkole, też lubił sobie czasem buchnąć takiego dymka.
(Co do diabła?)
Zrobiło się stanowczo za cicho i dokładnie w tym samym momencie, w którym Jack chciał poprosić Blaira o kontynuowanie, on wyłonił się z dymu z takim rozmachem, z jakim z pewnością wyłaniałyby się z mgły statki widmo, jeśliby tylko istniały. 
Mężczyzna, jak gdyby nigdy nic, minął chłopaka, zamaszyście ciągnąc za sobą smugi dymu i jak parowóz buchając kolejnymi. 
Znów podszedł do prawej ściany, zupełnie jakby w wiszącej na niej mapie kryło się źródło, z którego Blair czerpał kolejne fragmenty historii, misternie sklejanej w jedno umysłem chłopca, budowanej od fundamentów i widzianej oczyma jego jaźni.
- Ta kobieta - spojrzał na Jacka kątem oka. - Guwernantka - chłopak skinął porozumiewawczo głową. - Nazywała się Elizabeth Rawlison i była brytyjską arystokratką. Przyjechała do Egiptu z trzyletnią córeczką - Blair uśmiechnął się na moment i podrapał po zaroście. - Nel... - Wypuścił dym nosem i odwrócił się w jego kłębach w stronę Jacka. - Pięć lat później miała ją czekać radosna wyprawa przez całą Afrykę.
- Ojca nie było z nimi. Nadzorował budowę kanału Sueskiego - znów zmierzył chłopca chłodnym wzrokiem, czekając na porozumiewawcze spojrzenie. 
Jack skinął głową, choć nie miał nawet pojęcia, czym był kanał Sueski i gdzie się znajdował (Wywnioskował, że pewnie gdzieś w Afryce, ale ręki by sobie za to nie dał uciąć).
Blair przerwał znowu i wciągnął dym do ust. Przeciwległa końcówka cygara rozpaliła się krwistoczerwonym żarem. Jack po chwili wahania podszedł obok sprzedawcy z trudem wdychając gęsty dym (znów przygryzł wargi byle tylko się nie zakrztusić).
- I co dalej? - widział Blaira jak przez mgłę. Sprzedawca schylił się i wyciągnął ręce w kierunku szafki poniżej, podniósł z niej drewnianą gablotkę, identyczną jak ta, w której tkwiło Tygrysie Oko, tyle że większą, podłużną i również zamykaną pozłacanym zawiasikiem.
Sosnowe, lakierowane drewno zalśniło dumnie w słońcu.
W sam raz na pistolet.
(Albo)
- Nóż? 
- Dokładniej sztylet - sprzedawca poprawił Jacka, błyskając srebrnym, lekko zakrzywionym ku górze ostrzem. Było idealnie wypolerowane, Blair przejrzał się w nim jak w lustrze.
(Znowu chcesz się napić?)
- Też afrykański? - chłopak odparł z przekąsem.
(Czegoś ciepłego)
- Nie... Wygląda raczej na indyjski sztylet ceremonialny, spójrz na wykrzywienie ostrza. Nie mam pojęcia, skąd wpadł w ręce pani Rawlison.
Jack obrzucił łakomym spojrzeniem dwudziestocentymetrowa klingę. 
- Może dostała go od męża? - na siłę próbował udać zaznajomionego w temacie.
- Może... - Blaira najwyraźniej mało to obchodziło. Zwłaszcza, że na nowo ułożył sztylet w szkatułce,
(Napijesz się potem)
a całość podniósł na wysokość piersi i postawił na ladzie. Dopiero teraz chłopak zauważył, że są wykonane z tego samego gatunku drewna, zlewając się ze sobą i identycznie błyszcząc w słońcu bursztynowymi refleksami.
Jack wodził za nimi wzrokiem jak głodny kot za myszą i na nowo tracił cierpliwość.
(W tym cholernym sklepie wszystko błyszczy jak złoto)
- Ale co to ma wspólnego z Tygrysim Okiem? 
(nie wszystko złoto, co się świeci)
- Ma wiele, chłopcze - przecież nazywał się Jack. Po cholerę sprzedawca wciąż zwracał się do niego nie po imieniu? Sam je spostrzegł, zwrócił na nie uwagę, a teraz zostawiał gdzieś w niepamięci. - Właśnie z tym sztyletem, wbitym gdzieś w plecy albo krtań znaleziono paru martwych niewolników. 
- Ale...
- Afrykańczycy... - Blair przerwał mu w pół zdania. - To ludzie strasznie zabobonni. Mają tam tych swoich bogów. Czczą ich, składają im ofiary. Mają też swoich kapłanów, szamanów, którzy stanowią dla nich łącznik pomiędzy światem boskim a ziemskim. - Jack znów skinął głową, tym razem jednak rozumiał o co chodzi – To, co powiedział szaman było święte, bo przemawiała przez niego boska moc. I gdy cień padł na osady niewolników
(Za gęsty cień)
rozpoczęła się histeria. Ludzie odmawiali pracy.
(Ogólnie straszny burdel)
A jakiekolwiek przejawy buntu były krwawo tłumione przez straż. 
- Ale... - tym razem Jack podniósł ton głosu i nie dał sobie przerwać. - Jaki to ma związek z Tygrysim Okiem? 
Blair wypuścił nosem kolejne kłęby dymu i zmarszczył brwi. Wyglądał na zamyślonego.
Drażniła go ta upartość Jacka, ale faktycznie niewiele się nią przejmował. Młodzi ludzie zwykle bywają uparci, nawet w pchaniu się jak barany na rzeź.
- W odpowiednich rękach religia jest potężną bronią
(Bo to, co powie szaman, było święte)
pani Rawlison dobrze się o tym przekonała. - Blair z uśmiechem odwrócił się plecami do lady. - Jej sztylet wbity w ciała paru niewolników był tą kroplą, która przelała czarę goryczy. 
Kroplą, 
(Bardzo gęstą kroplą)
która wystarczyła, by szamani posądzili ją o czary. - Blairowi zalśniły oczy. 
(Bursztynowo)
- A co było potem? - pytanie retoryczne. Jack czuł, że zna odpowiedź. 
Też zalśnił oczyma, zupełnie jakby dzisiejszy dzień był konkursem na błyskanie. 
(Na bursztynowo, oczywiście)
- Kilkudziesięciu niewolników wybrało się pod dom pani Rawlison. 
(Mieli pochodnie)
(Krzyczeli)
(Lśnili oczyma)
Odpowiedź cisnęła się Jackowi na usta, ale Blair był szybszy.
- Spalili ją... Żywcem... Wraz z ze służbą i strażą, jedynie mała Nel miała szczęście, uciekając z domu tylnim wyjściem, nim jeszcze wszystko na dobre zajęło się ogniem
- jego głos ani drgnął, mimo że mówił o sprawach takiej wagi. - Wielki, drewniany dom, w którym się zabarykadowali spłonął jak zapałka. Ludzie skakali przez okna. Też płonęli.
(Jak pochodnie)
(Owinięci w firanki)
(Krzyczeli)
(Skwierczeli, wijąc się z bólu)
Blair położył wypalone do połowy cygaro na krańcu lady. Po raz ostatni buchnął ustami dymem jak smok. Potem zdjął okulary. Je też postawił na ladzie, tuż nad cygarem i odszedł do tyłu.
Zamigotał oczyma dostosowując wzrok do nowych warunków. 
Spojrzał na Jacka, a blask w tych jego pyskatych oczach mówił wszystko... 
(Więcej)
Więc dał mu więcej, czując, jak w jego głowie powoli zaczyna układać się gotowy obraz.
- Z czasem zawalił się strop na pierwszym piętrzę. Przewalił się przez podłogę, na parter.
(Zmiażdżył niedobitki) 
(Zgniótł jak muchy)
Potem krzyki zaczęły cichnąć, stopniowo zmieniały się w jęki... 
(Jak mogli krzyczeć, skoro oczy im zabulgotały)
(Skóra odchodziła płatami)
(A języki zwinęły się w skwarki) 
A potem już tylko szept ognia unosił się w około.
(Szyderczy szept)
Dom spłonął doszczętnie w ciągu godziny. Rozsypał się w rozżarzone pogorzelisko, które wcześniej pochłonęło jakieś czterdzieści ofiar. - Blair przyciszył głos i znów odwrócił się od Jacka. 
Chłopak zebrał wszystkie myśli do kupy, ale głos ugrzązł mu w gardle. 
Ta dziwna historia wbrew jego woli targnęła nim, jego sumieniem. I to targnęła bardzo mocno. Zupełnie jakby oberwał młotkiem prosto w łeb.
(Rąbać dopóki ten jego zasrany łeb nie rozpieprzy się na miazgę!)
Jedyne, co potrafił w tej chwili zrobić, to odbiec gdzieś wzrokiem. Więc odbiegł w kierunku okularów Blaira, spoczywających po jego lewej już od dobrych paru chwil. Chłodny blask srebrnych oprawek ani na chwilę nie przyniósł ze sobą ukojenia, więc spłynął oczyma w dół.
Cygaro...
Wąskie smugi dymu niczym pajęczyna misternie ciągnące się ku sufitowi, nagle zaczęły źle mu się kojarzyć, niosąc ze sobą to samo, co widok pogrzebu albo krzyży stojących przy drogach. 
Szeroko rozchylił powieki, czując, że oczy zaraz wyjdą mu z orbit.
Ten żarzący się krwawo tytoń... 
(Krzyczeli, oblepieni płonącymi ubraniami)
No właśnie. Żar... 
(Z którego sterczały zwęglone szczątki) 
(Kości)
Był gotów przysiąc że on wprost wibruje...
(Jak owad w bursztynie)
Krzyczy. 
(Spływa rykiem) 
(Jak trupy krwią)
(???)
Źrenice Jacka zamigotały, gwałtownie zmniejszając swe rozmiary. Wraz z nimi znikała jego odwaga, jak królik w głębi swej nory.
(Jak mogli krzyczeć, skoro oczy im zabulgotały)
Odwrócił gwałtownie głowę z odrazą, a włosy zamotały mu w około głowy.
(Gorąco)
Gdy ponownie podniósł wzrok, Blair dalej stał tam gdzie wcześniej. 
(Bardzo gorąco)
- Pewnie zastanawiasz się, jaki ma to związek z Tygrysim Okiem? - pytanie przecięło jaźń Jacka niczym katowski topór. 
(Sprytny skurwiel, zna odpowiedź)
Milczał. 
(Tak... Bardzo sprytny skurwiel)
Obydwaj milczeli. Jeden rażony piorunem strachu, drugi z lisiej ciekawości.
- Czy mówi ci coś nazwisko Gaunt? - Sprzedawca odwrócił się na pięcie. - Jack potrząsnął głową. - Tak myślałem. - Uśmiechnął się, przeczesując palcami mlecznobiałe, przerzedzone starością włosy. - Niedługo przed buntem w okolice kolonii zawitał pewien starszy kupiec. Przedstawił się jako Gaunt - antykwariusz spojrzał na Jacka spode łba, co w połączeniu z uśmiechem na jego twarzy sprawiło, że chłopaka momentalnie przeszył dreszcz. - I ten kupiec, Brytyjczyk, bardzo zapragnął naszyjnika pani Rawlison. A uściślając, zapragnął tego, co tkwiło w jego sercu. 
(Jak owad w bursztynie)
Zapragnął Tygrysiego Oka. - Ślepia sprzedawcy znów zalśniły lisio.
(Tygrysio)
- Legenda głosi, że zapałał on nieprawdopodobną chęcią posiadania Tygrysiego Oka. Chciał je dostać za wszelka cenę. Musiał...
(Albo uschnąłby z tęsknoty, powoli gnijąc od środka)
Bo on pokochał je z całego serca. Rozumiesz? Kochał! 
(Był naćpany miłością)
(A to było jak gorejące znamię... Rana, która nie daje o sobie zapomnieć)
Nie miał innego wyjścia - Blair ściszył wreszcie głos. - Podburzył szamanów, wmawiając im, że w Tygrysim Oku drzemie demon. Demon zamieszkał w świętym kamieniu, który podarowali pani Rawlison. I to właśnie z winy Elizabeth tak się stało. To ona go tam sprowadziła. A ten demon zsyła na niewolników nieszczęście i śmierć - Jack wzdrygnął się lekko, czując jakby ktoś go spoliczkował. - Nazwał tego demona Łowcą Dusz... - ostatnie słowa wysączyły się z ust Blaira jak wężowy jad.
Z taką dziwną rozkoszą. Identyczną z tą, w której węże zwykły dopadać swoje ofiary. Wgryzać się w nie, truć jadem i owijać w około nich jak pająk muchy swoją siecią.
To przynajmniej czuł teraz Jack Frost, patrząc jak blade i popękane usta sprzedawcy, układają się do słów niczym kamienie w kalejdoskopie. Zmiennie, szybko... 
(Idealnie)
Jak gdyby owa historia była powtarzana przez Blaira od bardzo długiego czasu, wryta w jego pamięć i recytowana bez zająknięcia za każdą nadarzającą się okazją. 
To właśnie czuł Jack, widząc sprzedawcę raz po raz majestatycznie przechadzającego się po sklepie. Powoli zaczynał wierzyć, że nawet błyski w jego oczach są idealnie zaplanowane i zgrane ze wszystkim w czasie. 
Tak, bez wątpienia Blair nie był takim idiotą, jakim chciałby go widzieć Jack. Kimś, kto najpierw robi, a potem myśli. Ten ktoś nie miał mentalności Jasona Parrisha ani tym bardziej jakiejś nachlanej dziwki. 
Te dwadzieścia dolców, które Jack od dłuższego czasu zgniatał w dłoni, też nie na wiele się zda. Nie, nie dlatego, że były mokre od potu i pomięte do granic możliwości jak jakiś bezwartościowy śmieć. 
Wszystko obracało się wkoło samego Blaira i tego, że on na pewno nie był idiotą, który da się naciągnąć na jakąś rzewną historyjkę. 
Nie z nim takie numery, bo to on był tutaj najwredniejszym skurwielem. To on rozdawał tu karty, a w rękawie miał z pewnością całą talię asów. 
Jack widział to w jego oczach, w jego uśmiechu, w całej tej jego cholernej postaci miłego pana z sąsiedztwa, który równie dobrze mógłby z identycznym uśmiechem na twarzy zarąbać siekierą parę osób. 
Schował pieniądze do kieszeni, głęboko zastanawiając się, jak rozegrać kolejne rozdania, tak aby wyjść na swoje. Kradzież nie mogła być brana pod uwagę, bo ten stary sukinsyn przezornie zamknął drzwi, a rozwalenie witryny w drobny mak na razie nie wchodziło w rachubę.
(Zwłaszcza gdy koścista, lepka łapa sięgnie w kierunku szyi)
Wszystko zależało od tego, jakie karty mu się trafią, co dostanie od Blaira w następnej partii i jak to wykorzysta. Tygrysie Oko, jak zbyt ciasny pasek, uwierało mu jaźń, kazało się pospieszyć, wisząc nad nim jak kat, którego trzeba było przywitać z otwartymi ramionami albo pożegnać z otwartą krtanią.
- Wiesz, co było potem - stwierdził Blair, podchodząc do chłopaka na wyciągniecie ręki.
(Spalili ją... Żywcem...)
Jack skinął głową, przyjmując porozumiewawcze spojrzenie mężczyzny. 
- To cała historia, młody człowieku - i znów nie po imieniu.
- Co było potem? - Jack najwyraźniej nie dawał za wygraną. 
Antykwariusz nachylił się nad nim, opierając ręce na własnych kolanach. Usta wciąż miał lekko wygięte w perwersyjnym uśmiechu, a wzrok na równi ze wzrokiem Jacka.
I gdy Blair stał tak tuż przed nim, z oczami zmieniającymi się jak w kalejdoskopie, z twarzą bladą jak płótno, wraz ze wzrokiem, w którym ktoś, dawno temu, zamknął bursztynowy blask, raz po raz mieszany teraz z rdzawym kolorem: Jack sam już nie wiedział czego... To dopiero wtedy poczuł jak bardzo blisko jest smok... 
(Swej owieczki) 
I mimo że głowę odrzucił tak bardzo do tyłu, że czuł jak zaraz pęknie mu kark...
To twarz Blaira wciąż tkwiła niebezpiecznie blisko, jakby wyrastała na jakiejś wężowej szyi. Jackowi po raz pierwszy w życiu, zaczęło brakować tlenu, czując się zupełnie jakby ktoś nałożył mu foliową torebkę na głowę, czekając aż zdechnie w męczarniach. 
Dłonie Blaira nagle i niespodziewanie zamknęły się jak kościste kajdany na jego ramionach i docisnęły jeszcze ku ladzie. Kowadło za nim, a młot przed jego twarzą. Sunął, opadał z impetem, tnąc powietrze. Grom wymierzony prosto w niego. 
Uśmiechnięty, dreszczowy pocisk.
Wprost nie mógł uwierzyć w to, co właśnie się z nim działo. 
Przez głowę przebiegło mu na raz tysiąc myśli, ale dał radę wyłuskać jedną i dającą chwilową nadzieję. Dodał mu otuchy zamysł, że może to jakiś żart Blaira, złośliwy, wredny ale tylko żart. Ogrzał go, jak łyk rumu w chłodne dni, ale odszedł momentalnie.
No właśnie... Może. Od dziecka wiedział, że „może” nigdy nie jest pewne, tak jak ruchome piaski. I nie wolno na nim polegać...
Łzy wezbrały mu w oczach, w momencie gdy ktoś zupełnie mu obcy, brutalnie naruszał jego osobistą barierę, a to było gorsze niż przyłapanie na masturbacji. Znacznie gorsze...
I choć chciał ryknąć i wzywać pomocy w najbardziej sztampowym stylu...
To głos ugrzązł mu gdzieś w gardle, spętany bluszczem strachu.
Po raz pierwszy od usłyszenia szczęku zamka w sklepowych drzwiach, Jack rzeczywiście zaczął żałować, że tak właśnie się stało. Że aż do tego doszło...
Że nikt tu już nie wejdzie i nie krzyknie zniesmaczony: „Co pan wyrabia, do cholery!?”
Chciałby teraz ponownie zalśnić oczyma, poczuć tę bursztynową słodycz tak nagle dodającą mu lwiej
(Tygrysiej)
odwagi. Wyrwać się z okowów i wbić temu staremu skurwielowi sztylet w te jego cholerne
(Bursztynowe)
oczy, porwać kamień i zwiać stąd ile sił w nogach. 
Ale póki co, stał jak cholerny kołek, nie mając nawet za grosz siły, by wyrwać się z jego kościstych łap.
Kwaskowaty oddech Blaira podrażnił mu oczy i węch. 
Obrócił się policzkiem do mężczyzny i zmrużył oczy, w głębi ducha zastanawiając się, czy ewentualny pocałunek z kimś, kto równie dobrze mógłby być jego dziadkiem, będzie tak okropny jak mu się właśnie wydaje, czy może nawet gorszy.
(!!!KURWA MAĆ!!!)
Był wprost na wyciągnięcie...
(Języka?)
Znowu zdrętwiał, gdy pomiędzy jego myśli bezczelnie wepchnął się obraz jaskrawy i wyraźny, jakby wyśniony wprost na jawie. Obraz, w którym Blair nachylił się jeszcze bardziej nad jego twarzą i
(Jak gnijącą ranę)
delikatnie rozwierając usta, wysunął swój tłusty 
(Jak larwę)
jęzor i wodząc nim po jego delikatnej skórze, przeciągał od kącika ust aż do skroni. Tam i z powrotem, zostawiając grubą smugę gęstej i ciągliwej
(Jak ropa)
śliny. Tamten Blair ani na chwilę nie zmrużył oczu, napawał się swym dziełem. Smakował strach Jacka, tak jak jego ciało. Musiałby być słodkie, skoro wciąż się uśmiechał.
(!!!)
Znowu dreszcz. Nie, teraz już nigdzie wewnątrz, nie w żołądku czy sercu.
Ale... Na wyciągnięcie ręki. Czuł go, otwierając oczy... Gęstego jak mgła.
Dreszcz o pociągłej twarzy i szczecinowatym zaroście. Dreszcz z białymi, zaczesanymi do tyłu włosami. Dreszcz o oczach tygrysa i lisim spojrzeniu.
Uśmiechnięty dreszcz...
(Z ropą, zamiast śliny)
Jack poczuł, jak gorzki smak wymiocin powoli wdziera się mu do gardła. Rychło w czas...
(To obrzydliwe)
(!!!) 
(Spierdalaj)
(Spierdalaj z mojej głowy!)
- Gaunt przeszedł się po pogorzelisku i przekopał je niemal w całości - sprzedawca zaczął bez ogródek, hipnotycznie wpatrując się w powoli gasnące oblicze Jacka, dławionego na przemian, strachem i jeszcze gęstszą paranoją. - Angielska gwardia miała przybyć na miejsce dopiero trzy dni później, więc miał dużo czasu na szukanie. 
I w końcu znalazł... - bursztynowy blask w jego oczach zamigotał lekko, jak płomyk świecy
zostawionej na wietrze - W ruinach piwnicy. Tam ogień nie dotarł, ale temperatura otoczenia stała się na tyle wysoka, że płyny w organizmach uwięzionych zabulgotały, rozgotowując ich ciała od wewnątrz. Była ich garstka, jakieś piętnaście osób, mniej lub bardziej napuchniętych od temperatury i powykręcanych w agonalnym tańcu - uśmiech przybrał na sile. Lisi uśmiech bladego dreszczu. 
Blair wyprostował się i znowu udowodnił Jackowi jak wysokim potrafi być.
(Dreszczem?)
Gdy tylko zrobiło się na tyle miejsca, że Jack mógł odgiąć kark na miejsce, natychmiast wyślizgnął się z przestrzeni pomiędzy ladą a Blairem, w pośpiechu strącając wciąż rozpalone cygaro. Popiół rozsypał się szarawym welonem na podłodze w około peta.
A tytoń wciąż się żarzył.
Zupełnie jak Jack w tym samym momencie, głęboko wewnątrz samego siebie, spływał gęstym 
(Jak ropa!?)
strachem. Niemal na klęczkach odgramolił się na bok, zgarbiony zupełnie jakby coś właśnie siedziało mu na plecach, ciążąc go nisko ku podłodze. I Jack wiedział co to było. O dziwo, mimo nawałnicy myśli był wstanie to rozpoznać.
Jak wszyscy zresztą, określał to coś mianem: paranoi. To ona zginała go w dół, z uporem maniaka skacząc po barkach.
(Niech ją szlag... Niech to wszystko szlag!)
Oparł się ręką o niską, ciemnobrązową szafkę, z której parę minut wcześniej Blair podniósł gablotę z nożem.
(Sztyletem, do jasnej cholery!)
Jak on mógł się w coś takiego wpakować? Ten facet to jakiś szatan! 
Zaklął pod nosem, łapczywie pochłaniając kolejne porcje powietrza niczym spragniony wędrowiec wodę. Serce waliło mu jak młot z takim łoskotem, że słyszał je chyba nawet sam Blair, ale Jack akurat miał ten problem głęboko w nosie, zszargany daniem, jakie przed chwilą zaserwował mu antykwariusz. Daniem, które niemal stanęło mu w gardle...
(Pyszny befsztyk perwersji, polany sosem strachu i doprawiony szczyptą szaleństwa) 
Odwrócił się w kierunku mężczyzny i oparł pośladkami o kraniec szafki. Wciąż przepełniony uczuciem, graniczącym pomiędzy paniką a dezorientacją.
(I paranoją na dokładkę)
Nie podniósł głowy... Pierdolił Blaira.
Wiedział, że z czasem to cholernie uczucie zniknie równie szybko jak każdego ranka zwykły znikać marzenia i koszmary. Ale marna z tego pociecha, skoro pozostawi po sobie ten cholerny ślad. Nie, nie żadną gorejącą i ropiejącą ranę pełną robactwa. Nic z tych rzeczy. 
To będzie raczej jak blizna zawarta głęboko w psychice, a takiej to za cholerę nie da się pozbyć. Ani operacjami, ani kuracją. Ona tkwi tam sobie, gdzieś bardzo głęboko... Nie drąży.
Nie zżera człowieka od środka. Jej upierdiwość polega na tym, że po prostu jest.
I już... A wkurwia najbardziej, gdy się o niej pomyśli, o okolicznościach jej powstania.
Była nawet gorsza od tych hemoroidów, na które chorowała jego babcia na krótko przed śmiercią (a o których dowiedział się z opowiadań mamy).
Blizna po najgorszym uczuciu, jakie go kiedykolwiek dotknęło.
A uściślając: liznęło.
Jack chwycił się za gardło, piekło wciąż podrażnione resztkami wymiocin, cofniętych do niego z żołądka. Gorzkie wspomnienia kotleta i soku pomidorowego złośliwie buzowały mu w ustach, stając się po chwili jedynymi rzeczami na jakich potrafił się skupić i jakie potrafił przeplatać na zmianę z siarczystym przeklinaniem.
Z pewnością nie chciałby być teraz widziany przez kogoś znajomego. Oj nie, na pewno nie w tej postaci... Jako blade, zarzygane od wewnątrz płótno. 
Odetchnął i starł pot z czoła, rozsiany na nim równie gęsto jak krople deszczu na samochodowej szybie w czasie jazdy.
Mimo że żył dopiero od jakichś piętnastu lat na tym cholernym świecie, to nigdy, ale to nigdy nie spotkało go jeszcze coś takiego. Bynajmniej nie z powodu tego, że był jeszcze młody. Jego ojciec patoczy się po świecie od czterdziestu pięciu lat z kawałkiem, i z pewnością ani razu coś takiego go nie spotkało (choć nigdy nie mógł mieć co do tego pewności. Bo nawet jeśliby do czegoś, by doszło, to ojciec i tak milczałby jak grób, prędzej, wypruwając sobie flaki, niż puszczając parę z ust). 
A taki kurwa on, jak zwykle musiał trafić na maksymalnego porąbańca. Perspektywa powrotu do domu, zamknięcia się w łazience i podcięcia sobie żył brzytwą ojca, wyglądała na tle tego wszystkiego, nader kusząco. 
Kąciki jego ust zadrżały, jakby targnięte elektrowstrząsem.
Uśmiech. Znów ten cholerny uśmiech... Jack nie chciał go, zamykał przed nim twarz na kłódkę, a mimo to on dalej wdzierał się na płótno jego mimiki z uporem maniaka wykręcając usta ku policzkom. 
On na prawdę nie chciał... Nie w takiej chwili. To nie był odpowiedni moment na śmiech, 
zwłaszcza z perspektywy podcięcia sobie żył. Zwłaszcza jeśli Blair go zobaczy i uzna, że Jack jest wielce tym wszystkim zadowolony.
(Podobało się skarbie?)
Splunąłby mu w twarz.
Zagryzł wargi i tak już wykręcone w kwaśnym uśmiechu, podobnym do tego, jaki ma się po zjedzeniu kawałka cytryny (tyle, że Jack nie czuł w ustach cytrusowego smaku. Prędzej miedziany i krwawy). Zagryzł je z takim uporem, jakby od miesiąca nic nie jadł, a wargi miałyby smak soczystego befsztyku.
Tym razem jego nadzieje nie okazały się złudne. Ból nie spartaczył roboty.
Ocucił jak kubeł zimnej wody, spisując się na medal tak, jak jeszcze nigdy dotąd.
W świetle tego, ukuty przez niego slogan (z którym zresztą dumnie się obnosił): „Ból najbliższym przyjacielem człowieka”, zaczął nabierać realnych kształtów. 
Znowu uśmiech i mimo, że dalej spętany klatką Jackowych zębów, jakoś zdołał się z niej wyszarpać. Był szczery i pozwolił chłopcu na chwilę zapomnieć o wcześniejszych nieprzyjemnościach. 
Zapomnieć o nich, gdy powoli podnosił się z zakurzonej szafki, a wewnątrz niego rozbrzmiewała cała kanonada strzelających kręgów. 
Prawdę mówiąc, nagle gówno go to wszystko zaczęło obchodzić. 
Blair i tak dostanie za swoje. Prosto w oko, na nowo odkrywając, jak bliskim przyjacielem, może być ból...
(Dobrze, mój mały kamieniu)
Spojrzał przed siebie, Blair dalej stał tam gdzie wcześniej. Jak zwykle ani drgnął, zupełnie jakby połknął kij. 
Jack wbił w jego oczy swój wzrok (mając nadzieję, że jego przesadny chłód, nie wyda się nader sztuczny). Nie wydał, bo Blair zamiast szyderczego spojrzenia, odpowiedział mu dokładnie tym samym. Tyle, że w połączeniu ze swym charakterystycznym uśmiechem, który Jack byłby wstanie rozpoznać z odległości mili i to pewnie z zamkniętymi oczyma. 
- Niezła ta historyjka - chłopak znów zaczął pierwszy, tym razem wyraźnie lekceważącym tonem i odwracając oczy w kierunku kamienia. Gdyby stanął teraz obok siebie z pewnością dostrzegłby bursztynową słodycz w swych oczach. Blair też ją widział, więc bez słowa zagrodził Jackowi widok od niechcenia sięgając po okulary. 
Nim je założył, on stał już obok, wciąż świdrując go wzrokiem jak lis broniący swego terytorium.
(Jak głodny kot swoją mysz) 
Parzył na Blaira jak na złodzieja. Kogoś kto ukradł mu godność, niemal zgwałcił myślami. A jego oczy wypełniał rdzawy kolor. Też lisi...
- Szybki jesteś - Blair zareagował niemal natychmiast, wyciągając swoją kościstą dłoń w kierunku gabloty ze sztyletem. Jack cofnął się o krok, dopiero w chwili, gdy sprzedawca podsunął ją pod swoją pierś. 
- Co z tego?
- To już zależy tylko od ciebie - zmierzył chłopaka lisim wzrokiem. - I po części ode mnie.
- A jaki pan, może mieć z tym związek? - mruknął Jack i po chwili błysnął zębami.
- Całkiem duży, podobnie jak z twoją odwagą i pazernością - Blair z uśmiechem na ustach, ostentacyjnie sięgnął ręką w kierunku Tygrysiego Oka. W tym samym momencie wcześniejszy uśmiech, zniknął z ust Jacka jak za dotknięciem czarodziejskiej
(Szmatki?)
różdżki.
Blair mógł się co prawda odwrócić, ale tego nie zrobił. Oddzielił się od chłopaka barierą ignorancji wytrzymałą jak największa tama.
(Nie waż się go tknąć!)
Tknął, ba! Zamknął wieko kuferka.
(Jak owad w bursztynie... oddawaj skurwielu!)
Przekręcił malutki złoty kluczyk, znajdujący się w równie małym zameczku. 
Jack słyszał jego szczęk, równie wyraźnie jak w momencie, gdy Blair zamykał drzwi wejściowe. A wraz z nim, zamknięto jego wszystkie, marzenia... Prywatne obsesje odpłynęły od niego strumieniem bezsilności, w którym od godziny stał po kostki. 
Zamknięte w małym, lśniącym drewnianym kuferku, tak jak on w tym cholernym sklepie, niczym w trumnie. I był gotów przysiąc, że już na wieki...
(Bo mało kto rozkopuje groby)
Krew odpłynęła mu od twarzy, zupełnie jak w momencie, gdy pięć lat temu na jego oczach ciężarówka odebrała jego ukochanego psa.
(Zmieliła na miazgę, wypruwając flaki)
Trzyletni boxer, w ułamku sekundy...
(Krew, boże ile krwi!)
(Rozniosło go, chyba na sto metrów)
Jack wgryzł się w gorejące wargi, a do ust buchnęła mu kolejna fala ciepłej krwi. 
(Tatuś pochował go na cmentarzu)
(Rocky chodź do tatusia!)
Potrząsnął głową, wszystko na nic... 
(!Chodź tu, ty mały skurwielu!)
Ktoś krzyczał głęboko w jego w jaźni, w samym środku Jacka. I uśmiechał się. 
Tygrysio...
Jack zachwiał się, i gdyby nie wsparł na ladzie pewnie runąłby na zakurzoną podłogę jak kłoda.
- Co pan najlepszego zrobił? - miał łzy w oczach gdy cedził to, jak pięciolatek, któremu właśnie odebrano ulubioną zabawkę. 
- Ja? To ty zamordowałeś swojego psa... Zapomniałeś o nim i dałeś zabić! - Blair odwrócił się natychmiast z lisim uśmiechem przesłaniającym połowę twarzy. - I mimo, że pochowałeś go na cmentarzu dla zwierząt - odsłonił bladoróżowe dziąsła. - To skurwiel nie odżył na nowo - szyderczo podniósł ton - Zżarły go robaki! Rozniosły na kawałki! - zgarbił się, bezwładnie opuszczając ręce wzdłuż ciała. 
- Zamknij się! - głos Jacka utonął w odmętach perlistego śmiechu. Nie tygrysiego... Zwyczajnie szyderczego chichotu człowieka, tańczącego właśnie nad czyimś grobem.
Jack cofnął się w defensywnym kroku. Bowiem ten kto stał teraz przed nim, niemal płacząc ze śmiechu jak schizofrenik, jednym ruchem rozerwał jego pewność siebie na strzępy.
Jeden, jedyny ruch i cześć. Koniec pieśni.
Zahaczył piętą o kraniec niewiadomo czego, pewnie szafki i runął na podłogę podrywając z niej tabuny kurzu. Gotów był przysiąc, że coś go podcięło i to z wiadomym uśmiechem na ustach...
Jego ciało zadudniło, a potem przesunęło po posadzce jakieś pół metra, niczym cegła rzucona na chodnik. Jęknął, czując pod sobą stłuczoną kość ogonową. Chciał zakląć.
Ale nie miał na to nawet czasu, bo w momencie gdy ujrzał Blaira podnoszącego kufer ze sztyletem z lady kompletnie zaniemówił, zatkało go zupełnie jakby ktoś napchał mu ziarna
(Kukurydzy)
do ust...
Zaklął dopiero po chwili... Blady jak ściana, ze wzrokiem wlepionym w chude nogi sprzedawcy, przebierające w jego kierunku. Odmierzały kroki, jak zegar czas, minuty i sekundy do chwili gdy masywna, szkarłatna kurtyna spadnie na jego chłopięcy łeb i powali na podłogę kończąc ten cyrk.
Śmiech Blaira zgasł, jak zdmuchnięta świeczka. Teraz tylko jego stopy, dudniące na skrzypiącej podłodze, przygrywały jedyną melodię do tej popieprzonej sztuki. Teatru dwóch aktorów, który zaraz miał się urwać, ucięty szkarłatem kurtyny.
- Czas zdjąć maski chłopcze - Blair zamruczał jak uśmiechnięty kot. - Ja już swoją zdjąłem, teraz kolej na ciebie. 
Jack nie odezwał się słowem. Miał ważniejsze rzeczy na głowie, rzeczy w stylu panicznego podsuwania się w kierunku drzwi i miotania wzrokiem na boki. 
- Mucha, która chciała oszukać pająka - dodał z najbardziej cyniczną nutą, jaką był wstanie z siebie wydusić - Tego świat jeszcze nie widział! - wredny śmiech zadudnił jak dzwon. 
Jack przekręcił się na brzuch i począł czołgać w kierunku wyjścia, wijąc i miotając w pokładach kurzu jak ryba wyrzucona siłą sztormu na plażę. 
Zakrztusił się kurzem i zakasłał plując przed siebie krwią z rozszarpanej wargi.
Z jego oczu, po raz pierwszy od bardzo dawna trysnęły łzy.
(Jacky? Powiedz łaskawie tatusiowi gdzie mamusia schowała pieniądze)
(Gadaj ty sakramencki szczeniaku!)
Szczere łzy człowieka, który bał się tak jak jeszcze nigdy dotąd. I to nie na cmentarzu dla zwierząt, na którym pochował swego psa. Pełnym dziwnie sterczących, zamykających się jak baldachim konarów, groteskowych pomników, pełnym cienia i mroków starej legendy.
Nie o północy w jakimś hotelu, po którym biegał pokrwawiony szaleniec z młotkiem w ręce i mordem w oczach... 
Ale w biały dzień! W środku jakiegoś cholernego sklepu w centrum Brams! Gdy na oknem przechadzają się setki osób i, z których żadna, ale to żadna nie widzi tego, co się tutaj dzieje. 
A wystarczyłoby tylko jedno spojrzenie na jego zlaną łzami i wykręconą w przerażonym wyrazie twarz. Zupełnie jakby ten ukryty w kufrze sztylet już tkwił w jego gardle, szarpiąc je na strzępy. Gdyby tylko jeden z tych cieni przelewających się za witryną, skusił się na przekręcenie tej swojej cholernej, zamyślonej głowy.
To było niesprawiedliwe... Wczoraj stało tu jakieś dziesięć osób. Krzątali się w około, gadali głośno, komentowali.
(Pierdolili kotka za pomocą młotka!) 
A dziś? Nawet jeden, cholerny klient nie raczył się tu przypałętać! Chłopak poczuł się oszukany, los zadrwił z niego, po raz kolejny grając mu na nosie.
(!!!KURWA MAĆ!!!)
Wciąż się czołgał ruchem kraulisty, wijąc i miotając bardziej na boki, niż ku drzwiom. Wyciągał ręce przed siebie w błagalnym geście i panicznie starał się chwycić podłogi jak czyjejś pomocnej dłoni. Chwyt, przyciągnięcie, chwyt, przyciągnięcie, taki był rytm jego walki, czasem tylko przemieszany z bólem zdartego o posadzkę naskórka, nakręcał go jak sprężynę.
Paranoja najwyraźniej nie dawała za wygraną, i z ramion zlazła na jego plecy, skacząc po nich i wkurwiając najbardziej jak to tylko było możliwe.
Jack szeptał coś odruchowo, dławiąc się kurzem oraz łzami i nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Patrzył na drzwi z determinacją w oczach. One były jego celem, wrotami do przeżycia.
Wraz z sercem walącym jak młot pneumatyczny i rozbieganymi myślami, coraz bardziej czuł sapiącego smoka kroczącego w kierunku swej owcy. Deptał mu po piętach.
- Chciałeś podciąć sobie żyły? - głos Blaira przeplatany dudnieniem kroków, wciąż znów rozbrzmiał mu za plecami. - Nie ma problemu. W końcu trafiłeś do Sklepiku z Marzeniami! - roześmiał się, pogardliwie przydeptując wleczone przez Jacka stopy. - Tutaj załatwiam niemożliwe od ręki. A cuda w trzy dni - chichot wystrzelił z jego ust, jak z armatniego działa, od razu gruchocąc wszelkie mury Jackowej świadomości.
I znów ten sam dreszcz przeszył mu ciało. Uczucie podobne do porażenia prądem, jakiego doznał parę miesięcy temu, gdy szperał przy włączonym telewizorze (dobrze to zapamiętał, bo przez parę tygodni nosił bandaże na poparzonych palcach. Gdy ponad dwieście wolt, zaszarpie ciałem, to powali na podłogę każdego).
Niewiadomo czemu, ale ono, to uczucie jakimś cudem dodało mu bodźca. Pomogło Jackowi zrzucić z pleców paranoję i najpierw na klęczkach a po chwili już normalnym biegiem dobić do drzwi. Chłopak wystartował z podłogi jak odrzutowiec (albo dostał w końcu, upragnionego kopa w tyłek od własnej odwagi).
Uderzył barkiem o grubą, taflę z hartowanego szkła i zerwał z niej plastikową plakietkę, którą Blair zwykł oznajmiać o zamknięciu, bądź otwarciu sklepu.
Blask i widok pełnej przechodniów i samochodów ulicy ocucił go jeszcze bardziej. Miał to wszystko na wyciągnięcie ręki! Tuż za drzwiami! Jeden ruch i znajdzie się po drugiej stronie lustra.
Szarpnął za drzwi i zawył po chwili, gdy te ani drgnęły. 
Natychmiast obrócił głowę, a on szedł ku niemu. Uśmiechnięty dreszcz imieniem Blair z oczyma lśniącymi jak dwa bursztyny i z najbardziej złowrogą aurą, jaką mógł unieść ze sobą człowiek.
(Więc on nie może być człowiekiem)
To ona przyprawiała mu czarne skrzydła i rogi, tak samo, jak wszystkim innym diabłom przywdzianym w ludzką skórę.
(A PIEKŁO SZŁO ZA NIM)
Do piersi przyciskał ciemny kufer z prezentem przeznaczonym specjalnie dla niego.
Może nawet wytnie mu nim dedykację na czole. 
- Kurwa mać! - jeszcze raz zacisnął dłonie na, podłużnej, ciągnącej się po lewej stronie drzwi, klamce. Szarpał jak pomylony z obłędnym krzykiem na ustach. Raz za razem, aż jego włosy rozczochrały się do granic możliwości i zaczęły wyglądać jakby ktoś przejechał po nich grabiami. Przez chwilę poczuł się jak bohater dowcipu, który ciągnął za drzwi, na których pisało: PCHAĆ, ale to uczucie zniknęło mu głowy bardzo szybko, wywiane silnym podmuchem kipiącego strachu. I choć faktycznie, zabawne było to, że w tak krytycznych chwilach przyszło mu walczyć o przeżycie z zamkniętymi drzwiami, to wcale Jackowi teraz do śmiechu nie było. Raczej do płaczu, krzyku i cholera wie czego jeszcze, nie mniej związanego z paniką.
(Ten sprytny skurwiel!)
(Bardzo sprytny skurwiel!)
(Zamknął drzwi)
(Jego jebanym kluczykiem!)
- Zamknął je... - dlaczego dopiero teraz, to do niego dotarło. Nadzieja prysła jak mydlana bańka, wiatrem strącona na krzewy.
(Niech to szlag!)
Jakim cudem, nikt na zewnątrz nie słyszał jego wycia, nie słyszał walenia pięścią o szybę? 
Jakim cudem, nikt nie widział zapłakanego nastolatka miotającego się pod tymi drzwiami? 
(!?Jakim kurwa cudem!?)
Nie był w stanie tego teraz pojąć, zwłaszcza gdy myśli rozlewały mu się po głowie i przeciekały przez palce. 
Jakby cały ten sklep oddzielała od świata jakaś diabelska bariera, a on sam był w środku tej pajęczej sieci. I miotał jak spętana mucha... 
Potrząsnął głową, dobrze wiedział co w takich wypadkach dzieje się z muchami. 
- Jack? - spokojny głos Blaira odezwał się tuż za jego plecami, dudniąc i szarpiąc mu uszami, jak sztorm rozbitkiem na pełnym morzu. 
Jack, jak na zawołanie przestał się rzucać, a burza jego jasnych włosów opadła w spokoju na miejsce. 
Wypuścił powietrze lekko rozchylonymi ustami, patrząc na skraplający się na szybie oddech.
Zamiast rzucić się na bok w ostatniej fazie tej beznadziejnej ucieczki, zastanawiał się kiedy spadnie na niego pierwszy cios, kiedy rozszarpie mu plecy, bądź krtań. Kiedy rozlegnie się skrzypnięcie, otwieranego kufra, a kiedy ten zjadliwy świst klingi z impetem tnącej powietrze.
Zupełnie, jakby właśnie to było teraz najważniejsze, nie wola przetrwania, nie walka o życie!
Cisza... Chyba najpiękniejsza jaką słyszał. Czysta i niczym nie zmącona, więc gwizdała mu w uszach. I to wcale nie złowrogo... Była spokojna, jak na pełnym, pustym morzu, wolnym od wiatru i fal. 
Przeżył rozbitek, porzucony w jego bezkresną toń.
Unosił się wraz z prądem, a niebo nad nim było niebieskie.
(... niebieskie...) 
I przypomniała mu się bajka z czasów, gdy jeszcze nie prosił ojca o straszenie na dobranoc i gdy tata odrzucał jeszcze od siebie, wszelkie podstawy, dające mu wolną rękę w piciu na umór. Była to bajka o pewnym piracie: Siwobrodym i jego majtku, którzy pływali swą łajbą po wodach Atlantyku. Tłukli się z innymi piratami i szukali skarbów na bezludnych wyspach. Normalka, jeśli chodziło o piracki żywot, tak przynajmniej powiadał tata.
I pewnego razu, Siwobrody stał na rufie swego okrętu i patrzył się daleko przed siebie, gdzieś w linię horyzontu, tam gdzie czysty błękit nieba zlewał się z kolorem wody. 
(Bo gdy błękit i cisza w około...)
A zapytany przez majtka, czego wypatruje,
(... łatwiej o burzę...)
odparł, że 
(... sztorm. Sunie...)
trzeba opuścić żagle, bo wiatr je potarga i połamie maszty, jak zapałki. A powiedział to, gdy niebo było zupełnie niebieskie, bezchmurne i 
(Niebieskie)
(Bezchmurne)
czyste jak łza. I majtek zrobił tak jak mu kazano, a wtedy niebo zasnuł całun gęstych,
(Jak szkarłat tętniczy...)
chmur. I przyszedł, wielki szary bóg Sztorm z młotem gromu,
(Jak kieliszkiem, butelką...)
w ręce. Nadszedł, a wraz z nim jego świta Burzy i rzucił statkiem Siwobrodego hen daleko, aż po horyzont. A był to największy sztorm jakiemu Siwobrody stawić musiał czoła.
(„Na swą brodę się klnę!”)
Walczył zawzięcie, gdy jego łajba kołysała się w pijackim szale wód, miotała na boki, a ściany wiatru i deszczu rozbijały się o nią z impetem równym,
(Rakieta, rakieta i jej szkarłatna, gwieździsta smuga. Spadająca gwiazda)
(Z impetem, równym tacie, gdy wpadał do domu jak ostatni pijak i darł się w niebogłosy)
tajfunowi i wszystkim innym burzom świata. 
(Płyń, stateczku mój. Płyń na skały!) 
A potem odszedł. Zniknął głęboko w morskiej kipieli, szary bóg Sztorm,
(Bóg Świnia! ŚWINIA!)
i jego burzowa świta,
(Świta o zapachu Martini i Wódki. Chwiejna świta, cierpka banda pijackich sukinsynów!)
zostawił statek pirata, jako jeden mały, czarny punkcik w bezkresie beznadziejnie czystego błękitu. I ten statek przetrwał, wraz z Siwobrodym i jego majtkiem. Przetrwali obydwaj i żaden maszt się nie złamał, nie pękł jak zapałka i nie zmiótł nikogo z pokładu. 
Bo żagle były zdjęte i wiatr nie miał w co dąć. A wszystko dlatego, że Siwobrody miał nosa, miał żyłkę, to co jedni ludzie nazywają lśnieniem, inni jasnością, a jeszcze inni bezczelnym oszustwem. I to coś, kazało mu zdjąć żagle, aby przetrwał. 
Zdjąć, choć niebo było niebieskie i krystalicznie bezchmurne. Czyste jak łza. 
Zdjąć, bo choć oczy mogą zawieść, to nigdy rozum. A gdy rozum mówi
(Sztorm. Sunie)
to, można nawet dać się pokroić, a to i tak będzie prawdą. Runie jak młot i albo chybi, albo
trzaśnie jak grom,
(Sztylet...)
(Palec Boży)
prosto między oczy i
(Kość, krew...)
bryźnie szkarłatem krwi.
I to właśnie dlatego, gdy niebo jest niebieskie, zawsze ktoś umiera. Ktoś kto nie ma nosa i nie wyczuwa tego, co chytrze skrada się gdzieś na linii horyzontu stopniowo zacieśniając krąg. Czegoś co pełznie, sunie, albo pędzi z impetem za plecami i wrednie wymierzając
(Kość, krew...)
(tuż za tobą...)
cios w potylicę, roznosi,
(Kość, krew...)
czaszkę jak z bicza strzelił, aż po horyzont.
(tuż za tobą, ty mały sukinsynu!)
(tuż za tobą z twoim...)
Jack odwrócił się gwałtownie, a włosy znów zatańczyły mu w około głowy. 
Ocknął się z szaro-niebieskich omamów przeszłości i coś chłodnego, jakaś niewidzialna mgiełka lodowatej gazy owionęła mu twarz, a kark najeżył się serią zimnych igiełek, która przecięła go w poprzek. 
I usłyszał coś, jakby świst. Gdzieś niebezpiecznie blisko.
Tuż przed twarzą, zaledwie cal od policzka. Zjadliwy świst masywnego czegoś, co z wredną zawiścią sunęło w jego stronę i rozpłynęło w cieple oddechu, jak kostka lodu na słońcu, gdy tylko on, jakby w ostatniej chwili, odwrócił się i rozmył to spojrzeniem. Naszło go czarne jak noc wyobrażenie. Cal, zaledwie cal i skończyłby jak Kennedy, wtedy w Dallas.
To było znajome coś i Jack wyczuł w tym własny pierwiastek, charakterystyczny jak zapach mydła, czy różanych perfum mamy, których używała za każdym razem, gdy wychodziła gdzieś z ojcem, choćby na spacer.
(Albo alkoholu, tak zapach zwietrzałego, cierpkiego piwa, unoszący się w)
(...pokoju taty)
Małą, lodowatą cząstkę samego siebie, 
(albo...)
(albo Boga Świni, rzucającego się w pijackiej nawałnicy)
która, gotów był się założyć, lśniła jakimś nieprzytomnym, szaleńczym blaskiem. I to właśnie było najgorsze; wyczuł własny pierwiastek szaleństwa. 
Jack zamrugał i przetarł drżącymi kłykciami oczy. Szkarłatne pajączki, ustąpiły miejsca jaskrawej bieli światła odbitego od szkieł Blair’owych okularów. 
Wpierw był jakiś nieobecny, myśli majaczyły mu w głowie w rytm bicia jego serca, ale potem wszystko ustatkowało się jak w żyroskopie i Jack spojrzał przed siebie smutnym, aczkolwiek pociętym pajęczyną determinacji wzrokiem.
Blair stał na wyciągnięcie ręki i miał szczery uśmiech na twarzy. 
Prawdziwie szczery... Nie podszyty żadną szyderczą nicią. Żadnym błyskaniem zębami. A oczy? Były dziwnie matowe, odbijając jedynie blask ulicy i zszargane paranoją, obliczę Jacka. Nic więcej...
Chłopak stuknął głową o drzwi w momencie, gdy Blair nachylił się lekko nad nim i wyciągnął ręce z kuferkiem przed siebie. 
- Jack? - ponaglił znowu, obrzydliwie dobrotliwym tonem. - To prezent ode mnie, dla ciebie - podniósł gablotę ze sztyletem nieco wyżej i skinął głową. - Proszę, weź.
Chłopak nie odezwał się słowem, w głębi duszy przeklinając jednak wszystko to, co tu się wydarzyło, a czego on był świadkiem. Siarczyście przeklinał wszystko, co go polizało i zgruchotało mu godność. Wszystko z Blairem na czele. 
Diabeł o stu twarzach, takie stwierdzenie cisnęło się na jego usta, ale nie przebiło przez barierę zagryzionych warg. To one, wrzucały mu teraz łzy na twarz. Strach minął wraz z ujrzeniem „innego” Blaira (albo tylko kolejnej z setki jego wizerunków) i pozostawił po sobie jedynie niesmaczne uczucie niepewności, gęste i lepkie jak klonowy syrop, albo niczym
wyblakły zapach zwietrzałego piwa, stale goszczący w pokoju ojca i przyprawiający jego matkę o mdłości, za każdym razem, gdy stawała w progu.
Mdławy, wręcz wulgarny. Tak pachniała perwersyjna niepewność przed tym, co zaraz może spaść na niego niczym grom z jasnego nieba i rozrywać mu krtań na strzępy.
Jack odetchnął delikatnie, wciąż wpatrzony w postać antykwariusza, jak w szaleńca z siekierą w dłoni. Nie chciał mu ufać... Nie mógł. Nie po to wlókł się przed nim w panice przez cały ten cholerny sklep, by teraz spojrzeć na niego jak gdyby nigdy nic!
Blair zamrugał i znów uśmiechnął się ciepło, patrząc znad okularów na chłopca.
- No weź - ponaglił. - Ten sztylet jest cenny... 
Jack zgodnie położył dłonie na chłodnym kufrze, choć w głębi duszy wręcz drgał ze strachu.
(To tak, jakby uścisnąć dłoń mordercy własnej matki)
Nienawidził Blaira i zarazem nie mógł mu się przeciwstawić. Było w nim coś co go przytłaczało, dusiło jak kwasowe opary, albo gnilny odór. Coś gęstego, jak jego strach, a czego to czarę musiał przełykać co chwilę, wraz ze śliną i krwią, jakby od tego zależało całe to jego cholerne życie!
Blair puścił mu oko, na nowo otwierając usta.
- I na pewno bardzo ci się przyda... Jacky? - powiedział do niego ojcowskim, dobrotliwym tonem i z podobnym mu lekko kacowatym akcentem. 
(!!!DO ZDRAPYWANIA TWOJEGO PSA Z JEZDNI!!!)
Jacka zatkało. Zatkała go wsadzona mu w usta lufa psychicznego rewolweru kaliber czterdzieści pięć, który właśnie wystrzelił wrzaskiem, rozrywając mu jaźń na wylot.
Coś nagle chwyciło go szczękę i odrzuciło jego głowę do tyłu tak mocno, że aż
rozbił nią szklaną taflę drzwi, od razu pokrywając je krwawym rozbryzgiem i pajęczyną pęknięć. Odpaliła mu w głowie rakieta i szkarłatna, gwieździsta smuga przykryła gęsto jego oczy. Nawet nie miał szans zasłonić się rękoma, a co dopiero jęczeć. To coś było silne i agresywne jak zwierze, wielką masywną łapą wgniatające mu czaszkę głęboko w drzwi. 
Ktoś dalej krzyczał w głęboko w jego głowie, jakby niezrażony tym, że Jack zaraz straci przytomność topiąc się w szkarłatnych falach bólu. Krzyczał psie i flakach, na których go powiesi i będzie patrzył jak zdycha. I Jack czuł, czym ten ktoś był... A gdy paranoja wykuła z mroków myśli obraz jasny i klarowny, jakby widziany tuż przed twarzą, to był już tego pewien na sto procent.
(Gadający tygrys)
(!!!)
Coś dobiło go znowu, znowu w ten sam sposób i nie pozwalając mu osunąć się w dół.
(mucha która chciała oszukać pająka tego świat jeszcze nie widział)
Obraz zafalował mu przed oczyma, a potylica jeszcze mocniej spłynęła krwią.
Blair stał dalej jak wryty, z ciepłym uśmiechem na twarzy, i z kufrem wyciągniętym ku Jackowi, ale po chwili widok znacznie pociemniał. Malowany bólem rozmazał się i migotał, kreśląc już tylko kontury. Cienie... A jeden z nich stał tuż przed nim... 
Jego oczy zmieniały się jak w kalejdoskopie, raz po raz mieszając bursztynowy blask z matową czernią. Tygrysie oczy uśmiechniętego dreszczu. 
I wtedy, to samo coś, co wcześniej, uderzyło ponownie, ponownie dociskając mu głowę do szyby i z ponownym namaszczeniem nie dając najmniejszych szans na reakcję. Jack poczuł jak przez jego czaszkę, właśnie przedziera się tysiące małych, rozżarzonych igieł, torując sobie drogę przez mózg i tysiące nerwów. Psychiczna wiertarka udarowa, na nowo rozpoczęła pracę w jego czaszce.
Dopiero wtedy zaczął wyć, jak zarzynane prosię.
Z ust wystrzeliła mu kanonada krwi i natychmiast poczęła spływać w dół kącikami ust, plamiąc kurtkę i sweter szkarłatnymi całusami.
Uścisk poluzował się jak na zawołanie, a Jack z nieopisaną ulgą mógł runąć w końcu na kolana. Zachwiał się potężnie jak pijak i wsparł rękoma o podłogę. Krew z rozbitej potylicy ruszyła szyją w dół i skapywała na posadzkę tuż przed jego oczami, malowała w kurzu krwawy witraż powstający z powoli zlewających się w jedno, czerwonych pajączków.
Oczy błysnęły mu rdzawo i poderwały otumaniony wzrok do góry.
Jack przeciągnął nim wzdłuż postaci Blaira, jego czarnych garniturowych spodni, i o numer 
(Może dwa) 
za ciasnego, wełnianego swetra.
Dopiero wtedy uśmiechnął się nieprzytomnie patrząc, jak długie nici śliny suto zabarwionej karmazynem krwi, niczym pajęczyny rozwiesiły się pomiędzy jego poszarpanymi ustami.
(Rąbać do póki, ten jego zasrany łeb, nie rozpieprzy się na miazgę!)
Nadnercza, wtłoczyły mu w ciało potężną dawkę adrenaliny, to było jak swoista bomba z opóźnionym zapłonem, która do tego, zdawała się eksplodować właśnie teraz. Dokładnie w tym momencie dając kolejnego, solidnego kopniaka w tyłek. Podnosząc za fraki z ziemi i chwytając za gardło. Była jak dowódca zagrzewający swych żołnierzy do walki.
Właśnie wtedy Jack po raz pierwszy wyobraził sobie martwego Blaira, leżącego na podłodze tego sklepu i z larwami much wyżerającymi mu oczy... 
A Blair po raz pierwszy popatrzył na Jacka z obawą. Bo rzadko kiedy króliki pokazują lisom swe kły. Poczuł wreszcie jak gęstniejąca aura zaczyna wzbierać w około tej zgarbionej, chłopięcej postaci i cofnął się o krok.
Jack zachwiał się jak pijak, gdy stał tak przed nim na lekko ugiętych nogach, zachwiał się jak własny ojciec i bełkocząc coś w jego pijackim stylu, spojrzał z pode łba.
Miał wredny uśmiech na twarzy, a w jego oczach tańczył szał. 
(Gęsty jak klonowy syrop)
Szał przysłaniający każdą racjonalną myśl i zlepiający jaźń jak pajęczyna.
Coś wibrowało w oddali, jakaś struna, którą ktoś z uporem maniaka wprawiał w ruch, by buczała nisko i basowo.
Wibrowała, wściekle targając powietrzem w około, Blairem i całą tą jego cyniczną śmiałością. To Jack grał na niej własną złością, jak na jakiejś groteskowej harfie.
Za jego plecami szyba witryny zadrżała, a po chwili znowu. Trzęsła się, jakby właśnie dostała ataku hipotermii, albo swingujących wibracji.
Coś śmignęło w powietrzu i trzasnęło w szklaną taflę. Jedna, kryształowo czysta myśl i witryna pękła w poprzek jak smagnięta batem.
(!Rozpieprzyć na kawałeczki!)
Jack bardzo pragnął się stąd wydostać, a jego pragnienie, zdeterminowane przez ból i katalizowane Tygrysim Okiem, jak karabin strzelało myślami w szklaną witrynę. Szyba roztańczyła się w fasadach, a kurz osiadły na podłodze uniósł się ku górze. 
Struna pękła i coś bardzo złego właśnie wstąpiło na posadzkę tego sklepu. Na scenę tego teatru, by bezwzględnie upuścić wreszcie kurtynę.
W ułamku sekundy wezbrała w nim potężna fala nienawiści. Czuć ją było w powietrzu, gorzką i kwaskowatą.
(Jak szkarłat tętniczy)
Blair już wiedział jak bardzo teraz nie znosił go Jack. Cuchnął nienawiścią, tak mocno, jak mocno pragnął jego śmierci. Cuchnął nią, jak alkoholik zwietrzałym ginem, rumem, a najlepiej to wszystkim naraz. 
(I mór czerwony, niepodzielnie zawładnie wszystkim)
Cuchnął nienawiścią zrodzoną z bólu i z Tygrysiego Oka. 
Tak... Z niego w szczególności. I będzie gotów, zrobić wszystko, byle tylko go dostać. Zniszczyć swe życie, zniszczyć samego siebie i całe te piętnaście lat misternie układanych klocków. Wszystko... W zupełności wszystko. Bo tak właśnie Oko Tygrysa zwykło działać, jak Czarna Wdowa. A Jack zdawał się być w tym wszystkim marionetką tańczącą, jak mu się zagra. I wielce mu się to wszystko podobało. Upajał się tym, jak jego ojciec swym, cowieczornym piwem. I powoli zaczynał go rozumieć... Nałóg straszna rzecz, owszem, ale zawsze ktoś trzeci, stanie pomiędzy. Bezczelny sukinsyn, albo inna suka z uporem maniaka psująca misterne plany. Paruletnią pracę i starania. Do diabła z sabotażystami!
(Szkarłat tętniczy, dziś śmiechy rozliczy)
Blair zdążył się jeszcze uśmiechnąć, na chwilę przed tym, jak Jack zawył i rzucił się do przodu w bitewnym amoku. 
(!!!RĄBAĆ!!!)
(HAHAHA!)
(Rozpieprzyć na miazgę, na kawałki!) 
Uderzył w Blaira jak strzała, barkiem w brzuch i runęli obydwaj na podłogę jak kłody.
Chwilę potem zadudnił kufer upadający tuż obok spękanych okularów, potężnym pchnięciem strąconych Blairowi z nosa.
(Kość, krew...)
Jack podniósł się pierwszy i prychnął, jak zwierze górujące nad swą ofiarą.
Zmierzył Blaira pogardliwym wzrokiem i uśmiechnął się szeroko, jakby właśnie wygrał milion na loterii. owszem, wygrał. Własne życie i promocyjną porcję szaleństwa.
(!!!RĄ-BAĆ!!!) 
Obrócił się gwałtownie w kierunku gabloty ze sztyletem. Wyciągnął dłoń w kierunku wieka, by otworzyć zawias, ale cofnął ją momentalnie; miał rąbać, a nie ciąć. 
(Tak to nie podlega dyskusji) 
Z największym namaszczeniem chwycił oburącz szkatułę, uważając by aby przypadkiem nie wyślizgnęła mu się ze spoconych dłoni. 
Ciążyła jak mosiężny młot, tyle że drewniany i nie taki poręczny jakim być powinien. 
Blair zdążył się już obrócić na plecy i zacząć wlec ku ladzie.
(!!!NA MIA-ZGĘ!!!)
A Jack z nieprzytomnie morderczym błyskiem w oku stanął w rozkroku nad sprzedawcą, walczącym teraz ze swym katem, podobnie jak jeszcze przed chwilą walczył on sam.
Dziwnie uniósł kufer nad swoją głowę. Owszem, był katem. Katem tonącym w odmętach swego wewnętrznego śmiechu, niczym oliwka w kieliszku Martini. Mitycznym katem z wielką, czarną maczugą i krzywym uśmiechem na ustach. Był Bogiem Sztormem, Bogiem Świnią.
(Hahaha!)
(A w jego oczach tańczył SZAŁ)
(Lisich oczach, rozszalałego tygrysa)
(I szkarłat tętniczy)
(Dziś śmiechy rozliczy)
- Ty skurwysynu! - wyryczał, wciąż spanikowanym głosem. - Rozwalę ci łeb! Rozpieprzę na miazgę! - zarechotał obleśnie i tak perwersyjnie, że wręcz obrzydliwie. 
I wypuścił kufer z rąk. Wreszcie to zrobił... 
(Kość, krew...)
Pociągnął za spust tego wielkiego rewolweru, 
(Kość, krew...)
patrząc na wystrzelony pocisk jak w ostrze gilotyny z impetem osuwające się na kark skazańca. Leciał, spadał w dół i niemal dało się słyszeć świst zjadliwe rozcinanego powietrza. Muzyka dla jego uszu... Drewniany pocisk, którego nie dało się już zatrzymać.
Rąbnął w potylicę Blaira jak młot i natychmiast przewalił się na bok. 
Jęk mężczyzny echem rozniósł się po sklepiku, odbijając od ścian i wiernie jak pies, wciąż wracając z powrotem.
(Krew?)
(HAHAHA!)
(Krew! Boże ile krwi!)
Z pękniętej czaszki sprzedawcy bryznęła ciemna krew, a Jack z obłąkańczą rozkoszą patrzył, jak przedzierała się przez mlecznobiałe włosy Blaira, jak je zlepiała, gęsta niczym klonowy syrop. Piękny kontrast, tyle o tym pomyślał i byłby pewnie powiedział, gdyby nie te zagryzione w odruchu wargi.
Raz w telewizji (pewnie czwartego lipca, w kolejne cholerne, narodowe święto, na które wydaje się rocznie miliony, albo i więcej, dolarów) oglądał z ojcem powtórkę z zabójstwa Kennedy’ego w Dallas. Ojciec zawsze wybuchał dziwnym entuzjazmem, widząc już chyba po raz setny, jak kula zamachowca roztrzaskuje głowę prezydenta, jak roznosi jej resztki po jego żonie. Zawsze twierdził, że dobrze mu tak, że w końcu dostał za Wietnam i gmeranie w zarządzie F.B.I. 
Jacky’emu nie było wtedy do śmiechu, no ale minęło parę lat i to teraz Jack, zamiast swego ojca, śmiał się do rozpuku widząc czyjś roznoszony na miazgę łeb... I choć łba Kennedy’ego wcale mu nie przypominał, to jednak czuł podobny, do ojcowskiego entuzjazm. Nawet pomijając fakt, że Blair nie był odpowiedzialny za żadną z wojen.
- Oto mucha, która przechytrzyła pająka! - ryknął głosem, teraz już pewnym i zdecydowanym.
(Walcz o życie skurwielu!)
(No walcz do cholery!)
Blair drgnął konwulsyjnie i znowu ruszył przed siebie, bryzgając ustami krwią i jękiem.
Jacka to nie zdziwiło... Sam oberwał trzy potężne ciosy w tył głowy i jakoś wciąż trzymał się na nogach. Na Blaira zużyje jakieś cztery... Tyle wystarczyło w zupełności, aby jego głowa pękła, jak arbuz potraktowany kijem baseballowym.
Uśmiechnął się i splunął pogardliwie krwią na plecy mężczyzny. 
W tym samym momencie po raz drugi schylał się w kierunku kufra, a oczy zapłonęły szkarłatem.
Omal się nie przewrócił gdy znów uniósł gablotę w powietrze i pozwolił, by krzywo zagórowała mu nad głową, jak jakaś pokraczna, groteskowa aureola.
(Tylko nie upuść)
Drewno było już mokre od krwi i musiał uważać, by przypadkiem sam nie oberwać nim w czoło, gdyby nagle mu się omsknęło.
- I co ty na to? Wymiękasz? - położył nogę na plecach Blaira i docisnął do podłogi. - Niech cię szlag, ty pierdolony skurwielu! Myślałeś, że mnie powstrzymasz? - żadnego odzewu. - Ono jest moje! Należy do mnie! - ryczał jak wściekłe zwierze, plując śliną i krwią spienioną w kącikach ust. Odpowiedziało mu tylko nie mniej wściekłe echo. - Rozumiesz stary? I gówno mnie obchodzi twoje zdanie! - zachichotał ironiczne, dławiąc się powietrzem.
Przez chwilę buzowała w nim myśl, że może już ukatrupił Blaira, rozwalił wreszcie skurwiela! Załatwił go w wielkim stylu, jak Dawid: Goliata! 
I wtedy poczuł niedosyt... To był krótki mecz, jak dla niego stanowczo za krótki. Przerwany od razu, po pierwszym golu. Nawet teraz, Blair zdawał się z nim wygrywać, psując mu zabawę i powoli doprowadzając do skrajnej irytacji. 
- Och... Niech cię diabli! - Jack zsunął nogę z pleców Blaira i zasadził mu nią siarczystego kopniaka w biodro. - Nawet teraz, musisz wszystko spieprzyć! 
Już miał już opuścić gablotę (którą i tak z trudem utrzymywał nad głową), kiedy nagle ciało Blaira drgnęło, jakby na zawołanie targnięte elektrowstrząsem. Rozwiało wszelkie wątpliwości jak wiatr. Od razu i bez zbędnych ceregieli. A Jack powitał je niemal z otwartymi ramionami.,
Blair żył, ledwo ciągnął, ale żył i najwyraźniej nie dawał za wygraną. 
Ku uciesze Jacka...
Bo oto mucha, która chciała przechytrzyć pająka, właśnie odnosiła swój upragniony triumf... A prawdę mówiąc już go odniosła... Pozostało jej, jedynie czekać, aż pająk zupełnie zdechnie. Chciała mieć pewność, że w jego sieć nie wpadnie już nic, czemu mógłby zagrozić.
By potem mogła spokojnie pójść w sam środek jego gniazda i zabrać stamtąd to co najcenniejsze. Pajęczy skarb, o dziwo, tak pokochany przez zwykłą muchę. Skarb, który zmusił ją do czynu wyrastającego ponad jej naturę.
Jack zalśnił oczyma na purpurowo i wyszczerzył zęby jak szakal, a ciemna krew wyciekała powoli z jego rozchylonych ust, sącząc się po brodzie i dalej w dół szyją.
Czas dokończyć dzieła, uleczyć biednego Blaira z jego chorobliwej pewności siebie i złotego lśnienia oczyma.
A Jack miał lekarstwo na to wszystko. Dzierżył je w dłoniach, jak lekarz wielką strzykawkę i czekał tylko, by wbić ją, w formie rozgrzeszenia, w tyłek tego pyskatego, sakramenckiego szczeniaka.
(Tej cholernej wiercipięty!)
- Nie płacz już malutki. Dobry pan doktor zaraz poda ci twoje cholerne lekarstwo,
(Lulu, spać!)
a ty wypijesz je co do kropelki. Połkniesz w całości, i nawet nie piśniesz - Jack nadstawił ucha, ale Blair nawet nie odburknął. Rozśmieszyła go myśl, że może ze złości odgryzł sobie język i właśnie się nim dławił.
W końcu zarechotał i cisnął wreszcie swą strzykawką w łeb Blaira, patrząc z rozkoszą jak jej wielka, drewniana igła penetruje jego czaszkę robiąc z niej krwawy gulasz. 
Bingo.
Kraniec gabloty wbił się potężnie w i tak już zgniecioną wcześniejszym ciosem potylicę, znowu wznosząc burzliwą falę krwi.
Rozległo się mokre, ciężkie plaśnięcie, jakby ktoś rzucił kamieniem prosto w błoto i głowa Blaira znów pusto zadudniła o podłogę. Z jego rozwartych w agonalnym krzyku ust bryznęło nieco szkarłatu porżniętego pajęczynką żółci.
(Znowu krew? Hahaha!)
Kufer przewalił się na bok, zdzierając z głowy Blaira resztki pasm jego posklejanych krwią włosów.
(Rąbać do póki, ten jego zasrany łeb, nie rozpieprzy się na miazgę!)
Jack kopnął znowu ciało, znów ani drgnęło. 
(Wytrzymał tylko dwa ciosy?)
Ale mimo wszystko jeszcze raz podniósł kufer wysoko w powietrze. 
Ojciec powiedział mu kiedyś przy obiedzie (oczywiście ni stąd ni zowąd, bo taki miał zwyczaj), że w czasie wojny w Wietnamie, żółci po zabiciu każdego Amerykanina, podchodzili do jego ciała i jeszcze raz, na dokładkę strzelali mu w łeb. Byle tylko mieć pewność, że już nigdy nie wstanie i nie zrzuci napalmu na ich wioski.
Jack też chciał mieć pewność, bo w takich przypadkach błędy popełnia się tylko raz.
To też przekazał mu ojciec nim na dobre spiknął się z alkoholem i codzienne przy obiadowe mądrości (jak nazywał je do spółki z mamą), zastąpił pijackim bełkotem, którego zrozumieć już się nie dało.
I tak więc Jacky, przykładny i grzeczny synek z lekko tylko patologicznej rodzinki, 
rzucił tym co aktualnie górowało mu nad głową, a czego, jego odrętwiałe ręce utrzymać już nie mogły... 
(Bingo)
(Teraz już na pewno nie wstanie)
(AMEN)
Chybił, a kufer zadudnił tuż obok głowy Blaira, zrywając mu całe lewe ucho i ciągnąc jego przyklejone resztki za sobą.
(Niech to szlag!)
Otworzył się w locie, a w świetle słońca, srebrna klinga błysnęła Jackowi po oczach.
(Nie, nie... Bardzo dobrze...)
Oblizał ze smakiem swoje poharatane wargi i przełknął resztkę śliny. 
Ostatni raz popatrzył na przemieszane ze sobą w krwawym sosie, kawałki czaszki i zgniecione fragmenty bladoróżowego mózgu. Uśmiechnął się ironicznie i wyskoczył znad zmasakrowanych zwłok w kierunku sztyletu. Odkopnął na bok zbryzgany krwią i mózgiem kufer, a po chwili wpatrywania się, pochwycił sztylet za złotą, wysadzaną rubinami rękojeść. Wiedział, że będzie w sam raz od pierwszego momentu gdy zacisnął na niej palce lewej dłoni. Wręcz zaskwierczał z radości, jak zając doskakując do zwłok Blaira.
Krwawy zając o wściekle karmazynowych oczach.
Blair pewnie by zaprotestował, gdyby tylko potrafił. Ryknąłby albo chociaż zasłonił się rękoma. Ale był martwy, a martwe ciała, rzadko kiedy stają się bardziej martwe. Albo bardziej żywe... Ojciec mu to kiedyś przekazał i kazał tego trzymać.
Kopnął go w głowę, roznosząc jej resztki po najbliższej ścianie i przewrócił na plecy. 
Jego twarz wciąż była zastygła w wykręconej bólem masce. Zlana krwią i zmasakrowana ciągłym łupaniem o podłogę, coraz mniej przypominała mu ludzkie oblicze. Była pusta i wionęła śmiercią. 
(A zmasakrowana, to ty dopiero będziesz)
(Jakby drewnianym młotkiem...)
W zaciśniętych ustach pełno było przemieszanej z krwią żółci.
- Hej stary? - Jack poklepał Blaira po policzku. - Co z tobą? - Nachylił się nad nim z uśmiechem. 
- Coś nie tak? Twoja maska nie wytrzymała? - dodał szyderczo, właśnie zaczynając swój obłąkańczy taniec nad grobem Blaira.
(Zdjąć maski!)
- Ja swoją maskę właśnie zdjąłem... - Co ty na to? Sztywniaku... - wybuchnął schizofrenicznym śmiechem, ujmując trupa za szczękę. Rozchylił swoje usta i polizał go po zakrwawionym policzku, drażniąc język szczecinowatym zarostem, a w głowie zapaliła mu się czerwona żaróweczka z informacją, że właśnie stał się zdemoralizowanym do cna sukinsynem.
(Więc teraz gwóźdź programu)
- No, to jesteśmy chyba kwita - odparł dumnie, podsuwając błyszczące lodowato ostrze sztyletu pod zakrwawione oko Blaira; ukryte pod opuchlizną, tępo patrzyło w przód.
(Spragniony?)
Parsknął śmiechem, widząc jak rozcina skórę. Piękny widok malowały w niej pasma krwi, cieknąc wzdłuż pajęczynki zmarszczek, jak rzeka na nowo, starymi korytami.
(Bardzo piękny)
Czuł się niesamowicie dumny z tego, że właśnie tak załatwił sprzedawcę, i że zaraz wydrze mu jego tygrysie oko wprost z ciała... A potem ukradnie kamień na dokładkę.
(Raczej weźmie co swoje) 
Uśmiechnął się szeroko, gdy ostrze głębiej zatopiło się w ciele Blaira. Strumyczek krwi buchnął z rany.
(Ta klinga już nigdy nie zabłyśnie srebrem)
Gałka oczna zadrżała przebita niemal na wylot i natychmiast podbiegła posoką. 
Jack splunął za przez ramię na szczęście i wyjął ostrze z rany. Potem okroił oczodół dokoła, ambitnie przecinając powieki i mięśnie. 
Podobała mu się ta zabawa w chirurga. Choć miał dopiero piętnaście lat, a właśnie trwające chwile z pewnością zostawią po sobie nieusuwalne piętno w jego psychice... Wiedział, że wyryją głębokie znamię. Bardzo głębokie. Jak kanion Kolorado, albo coś w tym stylu. I mógł się tylko zastanawiać, jak potoczą się jego dalsze losy, mógł tylko przypuszczać, 
sklejając poszczególne wątki w głowie.
Zastanawiał się, jak może skończyć ktoś, kto w takim wieku, z błyskiem w oku szlachtuje jakiegoś pomylonego starca? To właśnie go korciło, jak kolec uwierając mu jaźń.
(Czy taki ktoś może w ogóle skończyć?)
Z pewnością dość ciekawie... 
(Smaż się dziecino, smaż!)
Tacy to zawsze kończą ciekawie: rzekłby pewnie jego ojciec,
(... gdyby tylko...)
(... nie był taki narąbany)
gdyby tylko stał tu teraz, zdając sobie sprawę z myśli Jacka i łykając ten psychiczny koktajl prosto z jego głowy. Zachwiałby się pewnie wtedy potężnie, bo jeszcze nigdy nie próbował czegoś tak mocnego. Nawet na koszt firmy.
(Smaż się dziecino, smaż!)
Pewnego razu, parę lat temu, przeglądając Brams Tribune w poszukiwaniu programu telewizyjnego na sobotni wieczór, natknął się na artykuł zatytułowany: Morderca z przed lat, traktujący o dawnym psychopacie, który w sześćdziesiątym siódmym, dokonał szeregu zabójstw w pobliskim miasteczku. A, żeby było zabawniej dokonał tego w gwiazdkę.
(Tak, bez wątpienia rozdał wszystkie prezenty)
(Co do jednego) 
Jack dobrze zapamiętał imię tego człowieka, który (pewnie z równie szatańskim uśmiechem, co on jeszcze parę minut wcześniej) zarąbał wtedy siekierą, osiem przypadkowych osób. 
Ten mężczyzna nazywał się Walter Sullivan i dobrze wrył mu się w pamięć. Podobnie jak alfabet, tabliczka mnożenia i widok nagich kobiet, robiących cuda niewidy w gazetach ojca (trzymanych przez niego w pudle na szafie i regularnie podbieranych przez Jacka w celu cieszenia nimi wzroku, a z czasem i nie tylko). 
Walter Sullivan... Już do końca życia, będzie pamiętał to imię.
Tak samo jak widniejące pod artykułem zdjęcie pięcioletniego chłopczyka. Niewinnego, rudowłosego i pyzatego aniołka z rumianą buźką przyprószoną maczkiem drobnych pieżków.
Wyglądał niemal jak Jack, gdy też był w takim wieku (i to głównie dzięki, temu tak dobrze tamto zdjęcie zapamiętał, odciskając je jak stempel na kartce własnej pamięci)
Pod spodem widniał podpis w stylu:
Kto by przypuszczał, że wyrośnie z niego 
(Z nich?)
(Aż?)
taki morderca...
(Mordercy... ?)
(Jacky jak Walter. Wypisz wymaluj)
W tamtym artykule napisano: (po dziś pamiętał szczątki tamtych słów, bo swego czasu, przez tydzień wkuwał je na pamięć, byle tylko powtórzyć kiedyś, za nadarzającą się okazją) 
Na postępowanie ludzi takich jak Walter, wpływa z reguły wiele czynników. Problemy w pracy czy niejasna sytuacja w rodzinie, to tylko czubek góry lodowej, ale szczególny wpływ mają traumatyczne wspomnienia, o przeżyciach z dzieciństwa. Przeżyciach takich jak choćby 
(I delikatnie rozwierając usta, wysunął swój tłusty...)
molestowanie seksualne, 
(!Zatłukę cię!)
alkoholizm jednego z rodziców,
(?!Gdzie schowałaś pieniądze ty suko?!)
problemy finansowe 
(!No dalej! Dalej rzucaj tymi cholernymi talerzami za dwie stówy!)
lub przemoc.
(!!!Rozwalę ci łeb! Rozpieprzę na miazgę!!!)
Dzieci są znacznie wrażliwsze od nas: dorosłych. Łatwiej jest je zranić, bo inaczej postrzegają nasz świat, bardziej dosłownie i dobitnie. 
Zwłaszcza reakcje matek, jako autorytetów dla dziewczynek, i ojców: autorytetów dla chłopców, są dla dziecka danej płci szczególnie ważne.
(A ty co się gapisz cholerny bachorze? Spierdalaj do łóżka!)
(Głuchy jesteś?!)
I tak choćby molestowanie czy inne znęcanie fizyczne, 
(Nie... Tato, proszę...)
może się w przyszłości przerodzić w seksualny fanatyzm i choć nie jest to regułą: wykreować gwałciciela lub sadystę.
(!Rąbać do póki, ten jego zasrany łeb, nie rozpieprzy się na miazgę!)
Są to co prawda przypadki ekstremalne, ale nie można ich w żadnym wypadku lekceważyć.
Tyle zapamiętał Jack z prawie dwóch stron tamtego tekstu, na nowo otwierając w swojej głowie tamtą gazetę i lawirując w myślach cytatami. Pamiętał tylko tyle, czy może aż tyle? Nie potrafił się zdecydować. Uśmiechnął się, bo przecież lepsze to, niż nic i pozwalało poniekąd zrozumieć naturę. Swoją nową naturę...
Więc był skazany na rolę psychopaty? 
(Zdjąć maski!)
Dziwnie czuł się z tą myślą, siedzącą mu na ramieniu i jak papuga, stale targającą włosy. 
(Nie... Najpierw rola alkoholika)
(A potem mordercy, rozwalającego młotkiem drzwi)
(Tak, tak, dokładnie tak!)
Nie na co dzień, odkrywa się w sobie takie skłonności. Nie na co dzień staje się, twarzą w twarz z własnym sumieniem i mówi: „Hej stary? To ja psychopata! Jak leci, może rozwalimy komuś łeb? Rozpieprzymy na miazgę?”
Czuł się rozdarty, jak człowiek co noc zamieniający się w wilkołaka. Chciał żyć owszem i na Boga, jak bardzo! Ale bez smaku krwi w ustach. Bez tego złowieszczego błysku w oku... Ileż on by dał za coś takiego.
Za wolność... Banalną, prostą wolność i święty spokój.
Bo gdy umysł śpi, budzą się upiory... A jeśli Goya faktycznie miał rację, to w takim razie, umysł Jacka spał już od ładnych paru lat, albo przynajmniej od trzech dni. 
Spał i śnił o koszmarach.
Myślał o tym wiele razy, często w domu, gdy rozbijane o ściany talerze i szklanki rozrywały swym krzykiem jego sen na strzępy.
(Gdzie schowałaś pieniądze ty suko?!)
(No dalej! Dalej rzucaj tymi cholernymi talerzami za dwie stówy!)
Za każdym razem, gdy zapłakany słyszał te tępe walnięcia i głuche, dochodzące zza ściany, odgłosy męskiej, prostackiej pięści, uderzającej w delikatną kobieca twarz.
(Rozwalę ci łeb! Rozpieprzę na miazgę!)
Miał wtedy taką wielką, dziką ochotę zabrać ze skrzynki narzędziowej ojca, jego drewniany młotek, którym zawsze przybijał obrywający się strop i za każdym razem, gdy Mark Frost podniesie swą ciężką, władczą rękę na mamę, rąbnąć go nim w potylicę. A gdyby odwrócił się z pijackim bełkotem na ustach, poprawić ciosem w kość policzkową, gruchocząc żuchwę i wybijając wszystkie boczne zęby. Matka zapewne zaczęłaby krzyczeć, gdyby Jack i zarazem nie Jack, z morderczym błyskiem w oku zamachnął się młotkiem nad głową powalonego ojca. A jeśli nie krzyknęłaby wtedy, to na pewno po chwili, w momencie gdy drewniany obuch runąłby znowu na głowę jej męża, uniósłby się w górę i znowu opadł ze zjadliwym świstem. Wtedy krzyczałaby na pewno... A Jack rąbałby dalej z psychopatyczną zawiścią wymalowaną na twarzy. Z obłąkańczym namaszczeniem...
Z rozmachem rozchlapywałby kolejne pasy krwi na ścianach i suficie. 
Głuchy na zawodzenia matki i jej prośby.
(Och, mamo! Na Boga nie widzisz, że jestem zajęty!?) 
Rąbałby raz za razem, do póki ten cholerny łeb Marka Frosta, nie rozpieprzyłby się na miazgę! 
Musiał, pragnął... Chciał.
Tłuc i wciąż słyszeć te mokre, ciężkie plaśnięcia młotka przebijającego się z trzaskiem przez czaszkę, niczym przez drewniane drzwi, drzwi do wolności. Wciąż wygrywać tą chorą melodię, niosącą za sobą śmierć i zbawienie zarazem. 
Wygrywać ją młotkiem na miękkiej papce, która niegdyś była głową jego ojca...
(Pięknie)
Wyszczerzyłby zęby, gdyby nie był, aż tak bardzo zajęty podważaniem tego cholernego oka. 
(To tak jak z jajkiem... Trzeba uważać by nie pękło)
Myśli o prawdopodobieństwie tamtych chwil, wciąż szalały w jego głowie tłukąc się niemiłosiernie, buzowały jak gazowany koktajl złości, nienawiści i żalu.
I choć prawdę mówiąc, Jack miał na razie w nosie wszystko to, co nie było aktualnie związane z wycinaniem oka Blairowi, to... One wciąż wracały, wspomnienia... 
Mimo, że z namaszczeniem odganiał je od siebie i zamykał jaźń na kłódkę. 
Nie miał zamiaru popełnić jakiegoś błędu, będąc rozproszonym przez jakieś cholerne myśli, niczym pszczoły bzyczące w około swego ula, za który z pewnością obrały sobie jego głowę.
(By potem nie musieć wyrywać ich z niej obcęgami) 
I gówno go obchodził fakt, że jego wgnieciona na potylicy czaszka, pulsowała coraz gorętszym bólem i może gdyby nie schylał się tak bardzo, to krew nie napływałaby mu z takim impetem do głowy. 
(Pierdolić!)
Spojrzał na oko... Pokrwawione od środka i okrojone dookoła, blask dawno w nim zgasł. I to nie tylko blask życia, a przede wszystkim ta bursztynowa jasność. To na niej się skupiał się za każdym razem, gdy patrzył Blairowi w twarz. Wcześniej tylko wypłowiała i ledwo co się tląca, teraz już zupełnie wypalona jak stare, zgaszone 
(Krwią?)
ognisko.
Jack poczuł wreszcie, że powinien przejąć już pałeczkę po Blairze. Ten starzec też to wiedział i dał się zatłuc, by móc mu to przekazać. A teraz był już za sztywny, by cokolwiek 
w tym zmienić. 
(Bo martwe ciała, rzadko kiedy stają się bardziej żywe)
- Dobra robota staruszku - Jack wbił ostrze głęboko w oczodół i parł nim w głąb, aż nie natrafił na twardy opór kości i pusty szczęk metalu. Podważył oko i jednym ruchem przerwał trzymające je wiązadła; wypłynęło niesione prądem krwi. 
Błysnął oczami i pochwycił w palce śliską i połyskliwą gałkę. Miał nadzieję, że nie pęknie mu w dłoni. 
Zawsze, od dziecka chciał zobaczyć prawdziwe oko, wyjęte komuś prosto z twarzy. 
(Jeszcze ciepłe) 
Nie miał wtedy zamiaru nikogo zabijać. Po prostu był ciekawy, jak dzięki temu czemuś, ludzie potrafią widzieć, postrzegać i rozumieć świat. Ot, kolejne z jego rozkosznych, dziecięcych marzeń, zamiast śnić o owym Action Manie, on zastanawiał się, jak to jest wyjmować komuś oko.
Tyle, że wtedy, nie skupił się nad tym ile roboty takie coś może go kosztować. Teraz już wiedział... I czuł się poirytowany długością i nakładem pracy.
Współczuł chirurgom, którzy codziennie pracują tak w pocie czoła, byle by tylko dorobić do emeryturki.
To było stanowczo ponad jego nerwy. Wolał już ciąć kogoś żyletkami, niż wykrajać jego oczy.
Zakasłał krwią, bez ceregieli wbijając pokrwawiony sztylet w środek drugiego oka, niewiele poniżej źrenicy. Pękło i rozpłynęło się w galaretowatej mieszaninie ciała szklistego i krwi. Wbijał tak ostrze do oporu, aż powieki Blaira, jak baldachim odruchowo zamknęły się na klindze. Potem zostawił je sterczące posępnie do góry niczym jakiś strach na wróble w szczerym polu kukurydzy.
(Teraz napiłeś się już do syta, prawda?) 
Taka była nagroda dla Blaira, za jego grę. 
(Marny aktorzyna, skoro tak właśnie skończył)
Trzy czwarte jego Tygrysich Oczu, już nie istniało. I już nikt ich nie posiądzie... 
Jedno właśnie pękało w ręce Jacka. Powoli zgniatane palcami z wręcz sadystyczną rozkoszą. 
A pięć metrów dalej, spoczywała kolejna nagroda, którą i tym razem Jack, weźmie i ukryje w dłoni. Nagroda, której nigdy jednak nie zgniecie.
(Bo przecież nie miażdży się swojego skarbu)
(Tylko kocha, pielęgnuje)
(I karmi...)
To było ostatnie Tygrysie Oko... I tylko on, mógł je mieć. Właściwe Oko... 
Wytarł o spodnie pokrwawione dłonie i odszedł koślawo
(Jak prawdziwy pijak)
od zmasakrowanego trupa,
(Jak ojciec)
starając się jakoś skupić rozbiegany wzrok na kuferku z kamieniem w środku. 
Mały, złoty kluczyk wciąż tkwił w jego zdobionym ornamentami zameczku i błyszczał zachęcająco w słońcu. 
(Chodź do mnie, ty narąbany sukinsynu!)
Jack zdążył jeszcze mu jeszcze odpowiedzieć, równie ochoczym błyskiem pokrwawionych zębów, nim kompletnie stracił równowagę i niczym pijak runął przed siebie na ladę. Rąbnął szczęką o blat i bryznął szkarłatem krwi na drewno, gdy starał się na nim wesprzeć niczym topielec z uporem maniaka włażący na burtę łódki i wciąż ześlizgujący się w morską topiel. 
(Ale nie wszyscy tonący, mają możliwość wsparcia się o podłogę)
Zgodnie zaparł się nogami o drewniana podsadzkę i podciągnął w górę. 
Potylica płonęła mu żywym ogniem i gdy tylko dotknął dłońmi jej okolic, rozlała po całym jego ciele czarę bolesnej, wrzącej goryczy. 
Zaciskając zęby odwrócił się plecami do blatu, stale podziwiając jak ból artystycznie rozmazuje mu obraz przed oczyma. Miał wrażenie, jakby patrzył przez zlaną deszczem samochodową szybę. I to przy prędkości grubo ponad stu mil na godzinę.
Jego czaszka... Był w stanie się założyć, że jest pęknięta i wgnieciona do środka.
Skupił wzrok na drzwiach ozdobionych aureolą jego krwi.
W końcu zaliczył trzy dzwony o taflę z hartowanego szkła, więc czego miał się spodziewać?
(Świergotu ptaszków)
Trzy solidne dzwony, zaliczone niewiadomo jakim cudem i z czyjego powodu. Ale byłby skłonny obstawiać za tym skurwielem Blairem i kolejną z tych jego szatańskich sztuczek. 
I gdyby tylko ta cholerna obroża, uciskająca jego mózg nie napierała z taka siłą i determinacją, byłby tego pewien na sto procent. Głównie dlatego, że ból, jak na razie spisywał się rewelacyjnie w roli cholernego dywersanta, skutecznie uniemożliwiając zebranie myśli do porządku i uformowania z nich w miarę logicznego toku postępowania. 
(Zero jeden dla ciebie, sukinsynu)
Rzeka myśli, burdel, bajzel a może nawet wszystko na raz. Czuł, że to właśnie kłębi mu się teraz w jaźni, bulgocąc i kipiąc szalenie jak jakiś obrzydliwy koktajl.
Wiele by dał za chociaż jedną szklankę zimnej wody. Byle tylko chlusnąć nią sobie w twarz i przez moment ulżyć rozpalonej do białości głowie. 
Znowu się zatoczył i po chwili zdecydował usiąść pod ladą. Wolał nie ryzykować kolejnego, czwartego już z kolei, porządnego przygrzmocenia łbem o coś twardego. 
Spokojnie osunął się ku podłodze, ale po chwili, klnąc siarczyście i na czym świat stoi, delikatnie uniósł się ku górze i próbując dosięgnąć rękoma szkatułki z Tygrysim Okiem. Byłby o niej zapomniał. A nie powinien... Miał obowiązki do spełnienia. Blair złożył odpowiedzialność za kamień na jego ręce. A Jack był z natury bardzo sumiennym człowiekiem i powierzone mu obowiązki wypełniał z namaszczeniem, aż do końca... 
Zignorował rozrywaną ogniem czaszkę i nachylił się jeszcze mocniej, a po chwili znowu.
(No chodź do tatusia)
Była na wyciągnięcie ręki, dotykał jej koniuszkami palców, muskał czule z tęsknotą w oczach, powoli przechylając się ku przodowi. Tym razem jednak nie dał grawitacji kolejnego powodu, by znów wbić go w podłogę. Nie tym razem runie na ziemię, jak jego własny ojciec, po całonocnych popijawach z kumplami.
Postąpił krok do przodu i z impetem równym pułapce na niedźwiedzie, triumfalnie zacisnął palce na pudełku. 
(Nie tym razem)
Uśmiechnął się obłędnie, wprost kipiąc podnieceniem.
(Tak... Właśnie tak) 
(Dobra dziewczynka)
Zawył z radości, przekręcając szkatułkę w dłoniach. Tygrysie Oko, było blisko... Jak owca, smoka... 
(Jak smok owcy... ?)
Cholernie blisko.
(Zaklęte w środku, jak owad w bursztynie)
Jack Frost dotarł w końcu, pod magiczny przystanek swego życia. A jedynym co dzieliło go od obsesji, były drewniane ścianki szkatułki. Tylko one... A za nimi... ?
Roześmiał się na cały głos. Za nimi bowiem był jego skarb. Skarb dla którego zrujnował sobie życie.
Spojrzał brunatnym wzrokiem na złoty, fikuśny kluczyk sterczący z nie mniej fikuśnego zameczka. 
(Piotruś Pan, w końcu dostał zabawkę)
(I chce się z nią pobawić)
(Musi, albo go zaraz szlag trafi!)
Chwycił go w swe pokryte strupem dłonie i agresywnie szarpnął w prawo. 
Szeroki uśmiech rozpromienił oblicze Jacka. 
(HAHAHA!)
Trzask rozniósł się w około tego widma, jakie pozostało z jedynego syna państwa Frost. Ale bynajmniej nie był to trzask przekręcanego zamka... Raczej trzask pękającego kluczyka, którego połówkę Jack już trzymał w palcach, niczym ukręcony łepek ołowianego żołnierzyka.
(Haha...)
Mina zrzedła mu diametralnie.
(Ha...)
(???)
Zawył i rzucił fragmentem kluczyka w jasną cholerę. Czując jak znowu oberwał od losu prosto w twarz, odwrócił się na pięcie w kierunku lady i trzasnął kuferkiem o jej drewniany blat. Po chwili znowu i znowu, raz za razem z namaszczeniem roznosząc tępy stukot po całym sklepie.
(Rąbać!)
(Niech to szlag!)
(Zarąbać na miazgę!)
Po paru uderzeniach, jedyne co zastał to wgnieciony w paru miejscach blat i lekko porysowane na brzegach pudełko. Zgniótł je w dłoniach, skwiercząc i buchając krwawą pianą z ust. Co jak co, ale drewno nie mogło być, aż tak wytrzymałe (przynajmniej w jego mniemaniu).
- Ja pierdolę... - odsapnął zrezygnowanie, powoli zginając się ku podłodze.
Poczuł się jak piłka z której ktoś właśnie, wrednie spuszcza powietrze. I to w samym środku meczu... 
Ukląkł, tym razem na serio i kładąc szkatułkę tuż przed sobą, wplótł dłonie we włosy. Wtarł w nie resztki zakrzepłej krwi i byłby zaryczał z bólu momentalnie, bo szarpnął czupryną i jednocześnie całą tą gorejącą miazgą na potylicy. Powstrzymał się jednak, bo ból minął niemal natychmiast, gdy tylko odsunął ręce. 
Odnalazł wzrokiem ciało Blaira, sałatka z resztek jego głowy błyszczała szkarłatnie w złotym świetle słońca. Jeszcze parę minut wcześniej, pewnie zachwyciłby się jej widokiem.
Teraz jednak nie było mu ani do śmiechu, ani do radości. Najlepiej sam zadźgałby się tym sterczącym w górę sztyletem. Tyle, że w jego wykonaniu, chcieć nie zawsze znaczyło móc, a co dopiero: mieć odwagę. I faktycznie... Nie znalazł w sobie jak na razie, ani krzty chęci, by postąpić ze sobą podobnie jak z Blairem,
(Ukatrupić?)
albo żeby chociaż poderznąć sobie gardło czy rozedrzeć żyły. 
Zaniósł się płaczem i po chwili rozryczał jak dziecko, ukrywając w dłoniach. widmową, ale wciąż ludzką twarz. Gdyby odsunął ręce i stanął teraz jakimś cudem obok samego siebie, dostrzegłby rozmazane dziecięcymi łzami ślady krwi na własnych policzkach. Tych samych chłopięcych policzkach, które z takich samych łez bezsilności, ocierała mu mama gdy był młodszy i nie poszło mu w szkole czy na boisku, a z czasem, gdy podchmielony ojciec zamachnął się na niego otwartą dłonią, bo ten przez przypadek rozlał mu piwo na dywanie.
Jack mimo, że praktycznie osiągnął swój cel, dostał to po co tu przyszedł, to wciąż tkwił pomiędzy młotem, a kowadłem i z sumieniem krzyczącym: MORDERCA! 
Na dokładkę, gdzieś głęboko wewnątrz obolałej jaźni.
Spalił wszystkie mosty, jakie łączyły go z dawnym życiem,
(Pal się dziecino, pal!)
dał z siebie wszystko, w najgorszym z możliwych scenariuszy. 
A i tak, dziś nic nie poszło po jego myśli. Spierdolił wszystko co się dało, od A do Z...
I prawdę mówiąc, nie miał pojęcia, czy właśnie wstępujące w niego zwątpienie zrodziło się z powodu tego cholernego Blaira, czy tylko przez niemożność dotarcia do kamienia. Jednego był pewien. Tego, że Piotruś Pan właśnie przesrał sobie jedyną drogę do skarbu, i że kapitan Hak dobrze wiedział w co go wpakowuje z każdym kolejnym ciosem, który wtedy spadał mu na łeb. Wróć. Przesrał szansę już w momencie gdy po raz pierwszy przekroczył progi tego miejsca, a rozwalenie łba Blairowi, tylko przypieczętowało jego los.
A mógł to przecież inaczej rozegrać. Bez krwi i wydłubywania oczu. Mógł tu wpaść jak tornado, podpierniczyć kamień i uciec w podobnym stylu.
Albo spokojnie wejść i wyjść... 
(Tak... Ale kapitan Hak był bardzo sprytnym skurwielem)
Możliwości miał do groma, a wybrał akurat tą, która wpędziła go w największe szambo.
Niepotrzebnie wdawał się w gadki z Blairem. Niepotrzebnie starał się go omotać. 
Mógł zwyczajnie wziąć i wyjść, korzystając z jego nieuwagi. 
A potem, uciec daleko, choćby na koniec świata, i zostać już ze swym skarbem na zawsze razem. Śmiać mu się chciało, gdy patrzył teraz z boku na kolejne przejawy swego 
młodzieńczego idiotyzmu, na te najbardziej ementarne błędy! Wiedział też i dziękował za to w duszy Bogu, że w normalnych warunkach, (czyli takich, w których nastolatek nie ma możliwości masakrowania czyjegoś łba) nie posiedziałby tak długo, bez kajdanek albo ciosu przez kark policyjną pałką. Czuł, że będzie największym farciarzem, jeśli wyjdzie z tego całego burdelu bez większego szwanku.
Nie bez podstawnie ktoś, bynajmniej nie on, ukuł kiedyś stwierdzenie, że miłość jest jak narkotyk. On wciąż był nią naćpany. Narąbany po uszy jak własny ojciec, albo nawet jeszcze bardziej.
A w takich momentach, ludzie nie zwykli zachowywać się logicznie wiedział o tym doskonale,
(Choć tutaj ty sakramencki szczeniaku...) 
(... i powiedz gdzie ta suka ukryła moje cholerne pieniądze!)
a co dopiero, gdy ich łeb pękał im, rozpalony do białości. Gdy fascynacja traciła na sile, do głosu dochodził ból i vice versa, więc Jack nie dziwił się sobie i swoim błędom. Wybaczał sobie, ten swój względny idiotyzm. 
(Nawet morderstwo?)
Nie chciał... Tylko tyle przychodziło mu aktualnie na myśl... 
Nie chciał tego pytania.
Zupełnie jakby myśli o nim, dotkliwie kuły go w jaźń, do krwi i żywego mięsa.
- Głupi skurwiel... - wyszeptał w końcu, rozdzielając zlepione krwią wargi i hipnotycznie wpatrując się w oblicze Blaira. Wykrzywił tą swoją chłopięcą buźkę w smutnym grymasie.
- Nikt ci nie kazał porywać się z motyką na słońce... - odburknął, po części do siebie, po części w kierunku trupa, pozwalając ustom na delikatny uśmiech. 
Wpierniczył się w to cholerne bagno po uszy i tylko od niego zależało, czy się głębiej w nim pogrąży, czy wygramoli na ląd. Tylko od niego... 
Zdawał sobie z tego sprawę. Aż nader dobrze.
Każda akcja, powoduje reakcję. Tak jak pytanie rodzi odpowiedź, a trucizna: śmierć. 
Tryby pewnej machiny właśnie ruszyły, a tego już nie da się zatrzymać. Pozostaje mu tylko kontrola. Zmasakrowany trup, nie świadczy o niczym przyjemnym, niosąc ze sobą konsekwencje nie do przewidzenia i Jack mógł tylko przypuszczać jak sprawy potoczą się dalej. To, że nikt nie przeoczy pokrwawionego nastolatka, biegnącego ulicami Brams było faktem. Podobnie jak późniejsze odkrycie trupa pewnego starca, którego potylica została wbita tępym narzędziem do środka głowy i powiązanie obu tych spraw.
Tego nie da się zatuszować, a przynajmniej nie jemu. Pożar nie wchodził w rachubę, bo jaki idiota podpala klatkę, w której jest uwięziony? Żaden! Tylko samobójca...
A Jack, mimo względnej nierozwagi, samobójcą ewidentnie nie był. Za dużo by stracił w ogniu. A zbyt wiele temu poświęcił.
(Jak mogli krzyczeć, skoro oczy im zabulgotały)
(Skóra odchodziła płatami)
(A języki zwinęły się w skwarki)
W końcu odkleił wzrok od Blaira.
(Doigrałeś się)
Musiał się jakoś stąd wydostać, zwłaszcza, że aktualnie nie był amatorem podglądania rozkładających się zwłok. Miał nadzieję, że nie będzie tu siedział aż do momentu, w którym stanie przed dylematem śmierci z głodu, albo...
Kiedyś, gdy miał jakieś pięć lat z kawałkiem, poprosił tatę, który wtedy dopiero zaczynał uczyć w szkole, by opowiedział mu do snu jakąś straszną bajkę. Miał już dość słuchania opowiadań o smokach i zamkniętych w wieżach księżniczkach. Ojciec zmarszczył wtedy brwi, będąc kompletnie zaskoczonym prośbą małego Jacky’ego, ale w końcu dał się przekonać i opowiedział mu historię kapitana Johna Boyda, którą usłyszał kiedyś podczas studiowania historii na uniwersytecie Langdona w Maine. Był rok bodajże tysiąc osiemset czterdziestym siódmy i wojna amerykańsko-hiszpańska trwała w najlepsze, gdy za tchórzostwo na polu walki, kapitan Boyd, został przeniesiony do Fortu Spencer, zagubionego gdzieś w zaśnieżonych górach Sierra Nevada. Wyruszył ze swojej jednostki wraz z kupiecką rodziną Donnerów, akurat również udającą się na południe. Wędrowali parę dni w głębokim śniegu, aż w końcu zdecydowali się schronić przed opadami w jednej z górskich jaskiń. Na tyle dużej, by konie ciągnące wozy również mogły się w niej zmieścić. I tak, dni mijały, śniegu przybywało a jedzenia było coraz mniej, więc by zniwelować głód, zabili i zjedli konie, potem paski i skórzane sprzączki. A gdy jeden z członków wyprawy, skonał w końcu z głodu, porąbali go i też zjedli. A potem następnego, tyle, że on jeszcze żył, kiedy go tłukli kijami i toporkami. W końcu doszło do tego, że grupa stopniowo wycinała w pień coraz słabszych członków, brat mordował siostrę, a ojciec: matkę. Z całego tego cyrku, bez szwanku wyszedł tylko jeden człowiek. Wspomniany Boyd, który uciekł dostatecznie wcześnie z jaskini, nim i jego ukatrupili. Błądził po lasach, aż wreszcie dotarł do pod bramy fortu Spencer. Gdy opowiedział wszystkim co mu się przydarzyło, został aresztowany i oskarżony o wielokrotne morderstwo. Nikomu z fortu nie chciało się błądzić po wiecznie zaśnieżonych lasach, w poszukiwaniu tamtej jamy pełnej kości i śmierci. Parę dni później, Boyd został skazany na śmierć przez powieszenie, a wyrok wykonano niedługo później. Sławetnej jaskini nigdy nie odnaleziono, podobnie jak któregokolwiek członka rodziny Donnerów, uznanej za zamordowaną i porzuconą gdzieś w lasach gór Sierra Nevada. 
Ojciec skwitował to wszystko jeszcze, morałem w formie: „I od tamtego momentu, duchy rodziny Donnerów, nawiedzają dzieci, które nie szanują swego jedzenia i wyrzucają je do śmietnika.”
Jack dobrze zapamiętał tą historię, wryła mu się w pamięć tak jak Walter Sullivan oraz jego zbrodnie i choć dziś nie straszyła tak jak wtedy... To nie mniej jednak, swego czasu wywarła na nim kolosalne wrażenie (zważywszy na to, że Jacky należał do grupy dzieci-niejadków). Jeszcze tej samej nocy nie potrafił zasnąć... I przez kolejne tak samo. Wszystkie spędził na budzeniu się z płaczem, lub czuwaniu przy zapalonym świetle i z kijkiem do hokeja w ręce. A gdy mama, zaniepokojona jego wyglądem i stanem, zapytała pewnego razu przy śniadaniu, czemu jest taki blady i niewyspany, a jedynie zajada się podwójnymi porcjami kukurydzianych płatków... Popatrzył wtedy z wyrzutem na ojca i ze łzami w oczach zeskoczył z krzesła, wtulając się w matczyne nogi. Gdzieś w głęboko w nim samym, pękła jakaś napięta od pewnego czasu struna i wyrzucił z siebie w końcu wszystko to, co kłębiło się w nim od tych parenastu dni. Całą tą mroczna historia kapitana Johna Boyda i wyprawy Donnerów. Poczuł się wtedy o niebo lepiej, a mama najpierw zaniemówiła, zatkana czymś w rodzaju ciężkiego szoku, potem jednak się odblokowała i omal nie wpadła w szał, krzycząc w kierunku ojca, że zrobił synowi sieczkę w głowie. A potem kucnęła przy Jackym i ocierając mu łzy z policzków, swym kuchennym fartuchem, mocno go przytuliła mówiąc, że ta historia, to tylko bujda, głupi wymysł jego niedorozwiniętego umysłowo ojca, który niewiadomo jakim cudem, dostał posadę nauczyciela języka angielskiego w szkole Midwitch. I choć tata tłumaczył potem, że chciał tym samym wymusić w Jackym chęć jedzenia, nie na wiele się to zdało. A Jacky jak nie jadł, tak nie je, wciąż czując pewną urazę do ojca. Czując tą pierwszą, głęboką rysę na wtedy krystalicznym obrazie swego taty, dziś ukrytą już pod stertą wielu innych, niby dotkliwszych... Ale była pierwsza, pewnie dlatego tak dobrze ją zapamiętał.
Pierwsza głęboka rana, którą zadał mu ojciec. Niechcący i do tego na trzeźwo.
(Rana, która nie da o sobie zapomnieć...) 
Jak się miało potem okazać, nie ostatnia. 
(... i staje się siedliskiem robactwa)
I choć wtedy bardzo piekła, to miała okazać się niczym w porównaniu z tymi jakie w siedem lat później, ojciec zafundował jemu i mamie. Butelkami i kieliszkiem, które przechylał każdego wieczoru zamknięty w swoim pokoju, w salonie przed telewizorem albo z kumplami w barze. Owszem... Te rany były najgłębsze. I nigdy do cholery, nie chciały się zagoić.
A on i mama, mimo wszystko, musieli z nimi jakoś walczyć. Leczyć z nich, samych siebie. Począwszy od zamykania się razem w pokoju i słuchania odgłosów demolowanego w pijackim szale mieszkania, a kończąc na dowlekaniu nieprzytomnego ojca z izby wytrzeźwień do domu (z reguły było wtedy grubo po północy i nie wszystkie taksówki krążyły po spelunkowatych dzielnicach Brams).
(Mogłoby być ciekawie)
Wątły uśmiech, rozciął jego usta, choć Jack nie wyobrażał sobie, by móc zachować się jak Donnerowie. Dowlec się do martwego Blaira i umoczyć w nim usta, łyknąć nieco tego krwawego koktajlu zebranego w kielichu jego czaszki, a po chwili zacząć go chłeptać, na czworakach jak pies. Nie byłby w stanie... 
(Obgryźć kości z mięsa?) 
(Połknąć jelita jak spaghetti?)
Nie ważne jak bardzo konałby z głodu. Sztylet napił się krwi i to w zupełności wystarczyło, jeśli chodziło o żywienie się Blairem.
A on sam najwyraźniej dobrze się musiał tym wszystkim bawić, skoro po chwili znowu parsknął śmiechem, plując przed siebie wciąż jeszcze zakrwawioną śliną. 
Piękna zabawa: Dom psychiatryczny u Jacka zaprasza!
Zachwiał się, mocno przyciskając sosnową szkatułkę do piersi, a uśmiech znowu rozlał mu się po twarzy. Czuł się, jak matka czule tuląca swoje dziecko. Dodawało mu to animuszu. Zwłaszcza, że był teraz jedynym opiekunem kamienia na tym niebezpiecznym, pełnym psychopatów świecie.
Siedział tak jeszcze przez chwilę, bez ruchu. Z niczym nie zmąconym uśmiechem i mokrymi od krwi plecami. Głowa stygła powoli jak dzbanek pełen wrzątku, a rozszalałe roje myśli w końcu wracały rzędami do swego ula, kończąc nareszcie to wkurwiające bzyczenie.
Jack wyglądał na zrezygnowanego i taki też był, powoli zaczynając powątpiewać, czy uda mu się wreszcie przeskoczyć tę stale piętrzącą się przed nim, niczym góra śmieci, stertę problemów. 
Bilans dzisiejszego dnia zamknął się na jednym trupie i rozbitej czaszce. Nieźle jak na pierwszy raz, choć nie wyobrażał sobie by móc pochwalić się tym mamie, czy ojcu.
Jak gdyby nigdy nic, wejść do mieszkania, zrzucić wreszcie z siebie te lepkie od krwi ciuchy i opowiedzieć swą historię
(Histerię?)
podziwiając rozdziawione miny swych rodziców. Matka pewnie oszalałaby ze złości i zaczęła rzucać w niego talerzami, tak jak poprzednio w ojca, gdy zaś pijany, przytaszczył swe cielsko do domu, stanął w drzwiach wejściowych i krzyknął: „Jestem głodny suko!”
Od kiedy stracił posadę nauczyciela w szkole Midwitch, jedyne co robił to chlał, sam czy z kumplami. Nieważne! Bo i tak przepijał wszystko, każde pieniądze jakich się tknął, łącznie z ostatnią pensją, zasiłkiem dla bezrobotnych i jedynie do renty mamy jakoś nie potrafił dostać, nawet na trzeźwo (choć była w kopercie, ukryta pod dywanem w salonie, gdzie przesiadywał całymi godzinami, sącząc piwo i oglądając mecze w telewizji).
Bo gdyby nie ona, już dawno znalazłby się na bruku. On... Cała ich trójka. 
Pijak, paranoiczka i piętnastoletni, przyszły morderca. 
Cała patologiczna rodzinka w komplecie, jak klawisze fortepianu, stałaby na chodniku w otoczeniu sterty mebli, których Mark Frost jeszcze nie przepił, albo nie zniszczył. 
Oto obraz rodziny Frostów!
Normalnie, w takim przypadku Jack powinien się rozpłakać, poirytować, zacząć kląć jak szewc albo zdemolować ten sklep, jak własny pokój. Poprzewracać szafki, zedrzeć jedwabne tapety. 
(!!!ZAMKNIJCIE SIĘ WSZYSCY!!!)
Zawsze tak robił gdy nie dawał już rady rodzinnym kłótniom. Zamykał się w pokoju. Kulił się na łóżku, skamląc jakby go zarzynali. 
Cokolwiek! Byle rozładować napięcie i dać upust emocjom. A potem podciąć sobie gardło czymś ostrym, by powitać śmierć z otwarta krtanią i uśmiechem na ustach.
A gdy policyjni psychologowie, podczas wywiadu środowiskowego, zapytaliby się jego znajomych i sąsiadów, co mogło doprowadzić Jacka do aż takiego czynu, z pewnością dowiedzieliby się tego wszystkiego, czego on doświadczył, a o czym nie chciał mówić i myśleć, bo boleśnie cięło to jego jaźń na strzępy. 
I jedynie troska o matkę, nie pozwalała mu tego zrobić... Bał się... Że nie będzie potrafił jej wspierać, że ten pijak ją w końcu zatłucze, albo ona sama powiesi się w salonie, na żyrandolu.
Takie wspomnienia zawsze z impetem rozrywały bólem jego wnętrze. Gdzieś głęboko wciąż broczył krwią. Świeżą i czystą, bo tryskającą prosto z...
(A czy morderca, może mieć czyste wnętrze?)
(Jak dobrze posprząta...)
Nie miał pojęcia. Nie potrafił nawet tego określić, a co dopiero tworzyć w głowie jakieś elaboraty na ten temat. Miał w sobie pustkę, zupełnie jakby ktoś włączył psychiczny odkurzacz, wybrał: SSANIE i wyciągnął mu z głowy wszystkie co wartościowsze myśli. Następnie zebrał je do jednego worka i postawił obok Jacka, by napawać się widokiem zmęczonego nastoletniego, zlanego krwią mordercy, starającego się jakimś cudem zebrać, resztki jakichkolwiek myśli do kupy. I ten ktoś miałby z pewnością niemałą radochę, oglądając wysiłki Jacka. Mogłyby cieszyć swoje sadystyczne ego, patrząc na dzieciaka, który w ciągu zaledwie godziny stracił chyba z dziesięć kilo wagi i wszystkie ciepłe barwy cery... 
Dzieciaka pchniętego na skraj własnego człowieczeństwa, kogoś usypianego wspomnieniami katowanej mamy i wizerunkiem pijanego ojca wytapetowanym na powiekach.
Jack i zarazem nie Jack, kochający syn, który byłby w stanie zamordować własnego tatę, byle tylko ulżyć matce. Widmo, pokrwawione, zapłakane widmo. Jack Frost: cień, oparty o ladę. 
Tyle z niego zostało... 
(Pal się dziecino, pal!)
I pomyśleć, że jeszcze dziś rano z uśmiechem na ustach i całusem mamy na policzku, wychodził po śniadaniu z mieszkania. Jako zwykły Jack... Normalny Jack.
Jack: Człowiek. 
Jack Frost.
Ciężko nadszarpnięty przez los, ale... Chyba był wtedy szczęśliwy, gdy przechodził się w słońcu ulicami Brams. Mijał setki ludzi, gdy chłodny wiatr rozwiewał mu czuprynę i kazał mrużyć oczy. 
(A niebo było niebieskie)
(Zawsze jest niebieskie, gdy ktoś umiera)
Był zadowolony z siebie.
Bo wreszcie, trzy dni wcześniej, z plątaniny miliona głupot, wyłoniło się światło. I światło to spoczęło na końcu długiego tunelu, którym on kroczył już od piętnastu lat. Uczucie tak intensywne, że wręcz widziane przed sobą i niemal tulone do piersi. Uczucie lśniące jak złoto. Bursztynowe światło, które zamieszkało mu w oczach i wodząc za nos przyciągnęło, aż tutaj. 
(Jacky? Jacky do nogi! Dobry kundel, dobry)
Zagwizdało, a on przybiegł jak dobry piesek, śliniący się i czekający na kość.
(Chcesz kosteczkę? Patrz, Blair ją schował) 
(Ma ją głowie, więc się z nim pobaw i mu ją wyjmij) 
Tak więc... Był tu. Przyszedł, by trwać, wiernie jak pies przy swoim panu. 
(No aport! Ty sakramencki szczeniaku!)
Miał zostać już na zawsze. Wyruszyć w podróż na skraj samego siebie i już nigdy nie przysłać żadnej pocztówki znad krawędzi. Żadnej... Bo po co? Nikt nie czyta pocztówek od samobójców, morderców i innych psycholi. Ich rodziny wywalają je do śmietnika, gdy tylko zobaczą takie w skrzynce na listy.
(„Droga mamo! Ślę Ci ciepłe życzenia ze stanowego zakładu dla obłąkanych w Michigan.
tu jest na serio wspaniale, poznałem paru nowych kumpli, George’a który zabił swojego brata tłuczkiem do mięsa i Megan która zamordowała babcię tasakiem, bo nie dostała od niej kasy na papierosy. Co tydzień, w poniedziałki przychodzi do nas pan doktor King i prowadzi na salę gdzie dostajemy porcję elektrowstrząsów, czasem boli mnie głowa. Za 3 dni wystawiamy czerwonego kapturka, a ja gram wilka, może wpadniesz na premierę? Pozdrawiam: Jacky”)
(A teraz pal się dziecino, pal!)
(Amen i niech cię szlag...)
Jeszcze parę chwil wcześniej, byłby gotów podpisać się pod tą deklaracją obiema rękoma.
(Całus i wio koniku przez prerię na koniec świata, Jacka tu niema i już nigdy nie będzie) 
(Umarł, nie żyje, zdechł bo rozpieprzył sobie łeb i zrujnował życie)
(Dajcie więc ludzie spokój, to jeszcze dzieciak... Nie jego wina, że już po nim) 
Boże, jak on bardzo dziękował wszystkim świętym, że nie musiał oglądać teraz swej twarzy. W ogóle nie widzieć tego wraku o wdzięcznym imieniu Jack, który kiedyś z taką dumą płynął przez życie. Wraku pełnego krwi i szczątków dawnego człowieczeństwa, który właśnie osiadał na dnie oceanu szaleństwa. 
Zatonął na własne życzenie. Rozpieprzył się lodową górę jaką był Blair.
(Tak... Niesamowicie sprytny skurwiel) 
Jack przetarł palcami piekące oczy. Kiedyś gdy grillował z ojcem na świeżym powietrzu, wiatr rzucił mu w twarz pieprzem, którym akurat posypywał swoje kiełbaski. Pamiętał, że przez kolejne piętnaście minut nie był w stanie rozchylić załzawionych powiek.
Teraz, choć oczy mógł mieć otwarte cały czas, a nawet kręcić nimi, wywracać i robić zeza, to jednak pieczenie, choć lżejsze, wydało mu się na tyle znajome, że wrzuciło mu do głowy 
realne wspomnienia, tak by wykiełkowały w niej na nowo. 
Tak, te wspomnienia odchodziły od niego czasem, majaczyły gdzieś na horyzoncie myśli, kreśliły koła, stopniowo zacieśniając krąg i w końcu przychodziły, wracały jak wierny pies, jak echo w pustej jaskini i niczym grom z jasnego nieba wbijały się pomiędzy jego myśli.
Czasem to dobrze, czasem źle... Ale w nim to chyba naturalne, skoro jego matka miała skłonności do melancholii, a wszyscy od dziecka mu powtarzali, że jest wypisz wymaluj, jak ona.
Z brązowych oczu, z uśmiechu... Nawet zęby miał podobne.
Oj sromotnie by się przejechali, myślał Jack, gdyby by go tu teraz zobaczyli. Zastali z cudzą krwią na rękach... 
Ciotkę Rose z Texasu pewnie zupełnie by zatkało, choć ją to cały czas zatyka, z byle powodu, jakby ktoś pchał jej pieprzony korek w usta prawie zawsze gdy chciała się odezwać. Choć to akurat dobrze, bo przynajmniej nie musiałby słuchać tego jej cholernego biadolenia wzbogaconego tym jeszcze głupszym, farmerskim akcentem. I pewnie kuzynek Joe też miałby coś to powiedzenia, zawsze miał w najmniej odpowiednich momentach, nie ważne czy był to pogrzeb, czy wesele, Joe zaraz przemówi! Jacky chodź! Może nawet przy okazji po raz setny opowie Ci o masturbacji i kolekcji pornosów ojca, które podwędził mu już dwa lata wcześniej.
Jack uśmiechnął się na myśl o tym, że gdyby Joe stanął tu teraz przednim, najlepiej w tych swoich wiejskich szortach, zabłoconych gumiakach i koszuli w kratę,
(I w kapeluszu, na Boga nie zapomnij o tym gównianym, słomkowym kapeluszu!)
to chwyciłby go, za ten jego cholerny, pusty, piegowaty łeb i 
(Hahaha!)
walnąłby nim o ladę, a potem znowu. A gdyby ten wiejski skurczybyk zaczął pyskować, że jego nos jest złamany, to Jack kopnąłby go kroczę i znowu grzmotnął o ladę. Ot tak...
Z irytacji... Albo z nudów i dalej malował krwią obrazy na drewnie.
(A potem zaprowadzić go pod witrynę i walić w nią jego czaszką tak długo) 
(Aż pękłaby ona sama, albo szkło)
(I świat stanąłby otworem)
(Hahaha!)
„Bo każdy artysta jest zmuszony do poświęceń”, jak mawiał jego alkoholik-ojciec, w czasach gdy mniej pił, a więcej myślał.
Popatrzył na szkatułkę pytająco unosząc brwi. Chciał zapytać, zadać pytanie, ale grzęzło mu gardle tak samo jak w myślach, było nie do przełknięcia, zupełnie jak piasek.
Mimo, iż wizerunek dzieciaka gadającego z drewnianym pudełkiem
(Tego świat jeszcze nie widział)
nie powinien mu się wydać ani odrobinę abstrakcyjny. Skoro był w stanie zabić dla tego, co kryło się w środku, jak owad zaklęty w bursztynie, to już nic nie powinno robić na nim wrażenia. Zupełnie nic.
Milczał dalej mimo wszystko, jak para kochanków po wspólnie spędzonej nocy. Niezapomniane chwile, gdy jakoś nikt do gadki się nie palił. Możliwe zmęczenie...
Ale wtedy milczenie oznaczało zgodę, wspólne scalenie w miłości, a teraz co najwyżej jakiś gorzki, wstydliwy szok. Jak po schlaniu się na imprezie i pójściu z kimś nieznajomym do łóżka. Jack nie czuł tego oczywiście po raz pierwszy, znał do uczucie, bo stawało u wrót jego sumienia zawsze, gdy łamał jakieś granice, gdy przekraczał je i zatapiał swe zęby w zakazanym owocu. Przyszło nagle, gdy raz ukradł pomarańczę ze sklepu, zawsze powracało gdy bił się z kolegami w podstawówce, nadeszło w końcu, gdy wzorem Joego, podwędził stare pisemka z nad szafy ojca. Teraz jednak, uczucie to było znacznie intensywniejsze, ostre jak zapach octu podstawionego pod nos i choć octu wcale nie przypominało, to kłuło mu nozdrza jakby ktoś na serio postawił jego pełen dzbanek tuż obok.
Trupi smród. Był nim przesiąknięty od stóp do głów... Śmierdział trupem! Calusieńki...
Trochę jak rzeźnik, tyle że on zawsze zakładał rękawiczki, zanim zaczynał babrać się we flakach. Jack miał dziś swoje rękawiczki w głębokim poważaniu. 
Więc znowu odpłynął gdzieś wzrokiem, byle jak najdalej stąd, błądził nim po sklepie skacząc od ściany do ściany, od szafki do szafki, od trupa do... Najlepiej do samego siebie, gdyby tylko mógł się rozdwoić i stanąć obok. 
Patrzył z ukosa. Bez blasku w oczach i uśmiechu na ustach. Patrzył w pustkę przed sobą tak samo, jak na ulubiony wazon mamy, który pięć lat temu roztrzaskał się w drobny mak gdy tylko on położył na nim swe małe łapki.
(Przesrałeś Jacky, przesrałeś sprawę!)
Potem to szkatułka, znowu przykuła mu wzrok. A gdzieś głęboko w jaźni
(no weź mnie do cholery ty beznadziejny kutasie)
zapłonęła myśl, że kamień właśnie go wystawił do wiatru. 
(więc fruń jacky fruń do usranej śmierci) 
(nawet na koniec świata bo jesteś przegrany ty mały sukinsynu) 
(dałeś się wykiwać i życie przeciekło ci przez palce)
Nawet nie miał przy sobie zegarka, a powoli tracił rachubę czasu, o ile już jej samej, też nie wywalił w jasną cholerę. Miotał się pomiędzy rzeczywistością, fikcją, snem, a jawą i tym co go polizało, a skończyło z pękniętym łbem. Topił w jakiejś oderwanej od rzeczywistości sadzawce, wyrwanej jakim cudem ze środka miasta i rzuconej gdzieś w puste pola, ciągnące się jak z bicza strzelił, aż po horyzont.
Nie był wstanie określić ile już tu siedział, ile czasu zajęło mu podkradanie się do Blaira, ta cholerna gra w podchody! Obiad na stole w domu, już pewnie dawno wystygł. Ojciec wreszcie obudził się skacowany, jak zawsze po piątkowej popijawie. Mama, może zasnęła na kanapie w salonie, albo przypadkiem rozlała kompot na obrus i jego cios rozciął jej brew. 
A może ojciec jeszcze się nie obudził, może mama wetknęła mu poduszkę w pysk i skonał wierzgając kończynami. Może znów chciał ją uderzyć, ale nie zdążył się nawet zamachnąć, bo dostał nożem pod żebro. Może...
(Może, znaczy: gówno prawda, nigdy na tym nie polegaj, bo to jak z ruchomymi piaskami)
Może tak, a może nie... 
Gówno go to teraz wszystko obchodziło. Wciąż czuł się, jakby zarobił cios kijem golfowym w skroń, a myśli buzowały mu w głowie jak wstrząśnięta woda sodowa, którą byłby nawet w stanie wypić, jeśli tylko przyniosłaby ze sobą otrzeźwienie.
Trudno jest w takich momentach skupić się człowiekowi, nieważne ile ma lat i czy jest trzeźwy. Bo gdy przez głowę przelewa się właśnie tysiąc możliwych myśli, to można naprawdę srać nawet pestkami brzoskwiń, ale nie da rady dojść ze sobą do porozumienia. 
A co dopiero zaplanować kolejność działań i jeszcze zacząć je realizować, tak by nie wpaść z deszczu pod rynnę, czy skończyć z kulką w plecach.
Jack miał właśnie w głowie setkę możliwych scenariuszy, czterysta kartek pełnych wątków, w których powinien uczestniczyć, których powinien być światkiem,
(Oddaj mi moje pieniądze suko, albo dziś, jak boga kocham, dziś rozwalę Ci łeb!)
którym powinien zapobiec, ale przesrał sprawę, bo dał się tu zamknąć, do tego zabił i jak schizofrenik właśnie chichrał się sam do siebie, albo kogokolwiek w około.
(Boże daj mi rewolwer, a zastrzelę się tak, że nikogo nie ochlapię)
Wiedział tylko, że powinien się stąd jak najszybciej wydostać, uciec i nie skończyć jak Donnerowie. Problem polegał na tym, że taka wiedza nie na wiele mu się zda. Bo nie przebije się nią muru, ta wiedza nie dodaje skrzydeł, na których można by odfrunąć i gówno mu teraz pomoże... 
A Jack nie powinien teraz wiedzieć, tylko działać; prawda Jacky?
(Powinien, nie powinien. powinien, nie powinien)
(Hahaha! Rusz dupę jacky!)
Łatwo powiedzieć, gdy nie jest się Jackiem Frostem, który mówi TAK, myśli NIE i narąbał się czymś czego sam nie byłby w stanie teraz określić. Otumaniony, zdruzgotany i przekonany o tym, że jeśli Blair zaźgałby go wtedy tamtym sztyletem, to oszczędziłby mu całej sterty problemów, które jak górska lawina
(Deszcz kamieni)
runęły na jego głowę, przygniatając do ziemi. 
(Jacky masz krew na rękach!)
(Umyj się do cholery, albo wsadź je sobie w dupę, tak aby nikt ich nie widział!)
Chryste panie, w co on się wpakował... 
Odstawił szkatułkę. Niedbale i z wymalowanym na twarzy czymś graniczącym z obrzydzeniem i tępa zawiścią. Odstawił z przeświadczeniem, ze to samo powinien zrobić jego ojciec. Z alkoholem. Raz a porządnie i dać sobie z nim spokój na wieki. Jego ojcu, nigdy to się nie udało, choć zarzekał się, po każdej pijackiej burdzie, że „To był ostatni raz”, że „On niechcący”. 
(!więc niech choć raz, ktoś w tej rodzinie zrobi coś porządnie!)
I zrobił. Postawił szkatułkę na podłodze, a gdy z niepewnością odkleił od niej swe dłonie poczuł jak coś, jakby prąd elektryczny, przebiegło mu przez cały kręgosłup i zaświdrowało na skroni. Niepewność, oddech i przeświadczenie, że jeśli zaraz stad nie wyjdzie, to go trafi szlag.
Jack drgnął i wstał po chwili, stękając przy tym, jak stara kobieta, która od roku nie wychodziła z łóżka. Pękł krwawy strup, zlepiający jego plecy ze swetrem. Coś chrupnęło mu w czaszce, gdzieś na wysokości skroni i przez kolejne parenaście sekund taplał się w sadzawce tępego bólu. Oparł się o ladę i odszukał stopą szkatułkę z kamieniem, byle tylko odkopnąć ją jak najdalej od siebie, byle już nie wierciła mu w mózgu dziur rodem ze szwajcarskiego sera. Bingo i pudełeczko głucho jak kość do gry, odtoczyło się gdzieś w kierunku lewej ściany.
Jack odbił od lady, a czarne pajączki skaczące mu przed oczyma leniwie zaczęły ustępować miejsca jaskrawej bieli. Z odmętów kompletnej tępoty, powoli wynurzył się świetlny prostokąt witryny, potem brąz drewnianej podłogi, a z czasem cienie ulepiły się w jakiś majak powalony na ziemię niedaleko z prawej strony. Blair najwyraźniej wciąż nigdzie się nie wybierał, a jego rozbita czaszka, zastygła już w szkarłatnym skrzepie. 
Miał nogi jak z waty choć byłby w stanie przysiąc, że ważą po sto kilo każda i dać słowo honoru, tak tego swego zaplutego, połamanego honoru, że gdyby tyle nie ważyły i gdyby jego kości nie były jak z ołowiu, to nie musiałby tymi nogami tak powłóczyć! 
Nie musiałby pod żadnym pozorem wlec się tak, jak potrącony pies!
A może jakaś gówniana wróżka zaczarowała je, by za cholerę nie mógł się stąd wydostać, by nie doszedł do ciała Blaira, nie przewrócił do góry nogami kieszeni jego spodni, by nie znalazł klucza do drzwi wyjściowych i nie pognał stąd w jasną cholerę?
Tak, to możliwe... I To kamień był tą wróżką, Jack czuł to w swych aktualnie ołowianych kościach. Kamień był tą małą wredną, roześmianą suką z różdżką w dłoni. 
Obiecał sobie, że jeśli jeszcze raz go dorwie, to wbije mu tą różdżkę prosto w dupę. Teraz jednak, nie miał czasu, by móc mu to wyperswadować krok po kroku, więc zostawił to kolejom późniejszego losu. 
Musiał się dowlec do Blaira, znaleźć klucze i spierdalać gdzie pieprz rośnie, najlepiej do domu, wsadzić łeb pod kran i zastanowić się co dalej. 
Więc się wlókł, do przodu i na pół ślepo, tępo mieląc rękoma powietrze zupełnie jakby brodził po pas w wodzie i z przeświadczeniem, że tak pewnie muszą wyglądać najbardziej skacowani ludzie na ziemi. Tak właśnie musi się czuć jego ojciec, zwlekający się każdego południa z łóżka. Spadający na podłogę i od razu na parę pustych puszek piwa, które rutynowo opróżnił jeszcze wczoraj, przed snem i kolejną awanturą. 
Jack czuł jakby ktoś mu przejechał po języku grabiami z gnojówką i miał całkowitą rację, bo ktoś faktycznie musiał to zrobić, gdy siedział na wpół przytomny pod ladą.
I nie ważne jak głupio zabrzmiał wcześniejszy domysł, to jego ślina po prostu nie mogła mieć aż takiego smaku! 
Znowu zebrało mu się na wymioty, ale połknął wszystko co do kropelki, skąd przyszło tam wróci, bez wyjątku. A potem naszła go myśl, że im dalej odchodzi od kamienia, tym on bardziej wysysa z niego siły, wysysa jakby mu wsadził w ucho rurkę do drinków i z dzikim namaszczeniem wciągał jego rozum i wypijał życie, jak Martini z kieliszka. Niech go szlag, tylko Jack pije dziś Martini! On i jego ojciec, obydwaj na raz i za to samo. Ich drinki na koszt firmy.
Strzała kryształowej myśli przecięła mu jaźń i targnęła na boki. 
(???)
(Na zdrowie sukinsynu!)
Zachwiał się i runął na podłogę jak długi. Pusto zadudnił szczęką o drewno i podobnie jak reszta głowy, rozpalił żywym ogniem. Płonął nim jak pochodnia, przez chwilę wijąc się jak szalony, tępo otwierając usta, ni to w jęku, ni w oddechu, na pewno w odzewie niemego cierpienia, krzyku, który spętany bólem, nie mógł wytrysnąć z jego ust wraz ze szkarłatem krwi. Zawył i przekręcił się na bok, taplając w kolejnych, wrzących falach spazmu. Spadła mu na oczy ciemna kurtyna i znowu zamroczyło go jak przedtem, gdy huknął głową o drzwi.
Spróbował się podnieść, pomimo ołowianej wagi kości i bólu, który przyszpilał go do podłogi nie mniej ołowianymi kołkami. W końcu wstał, najpierw na klęczki i z przeświadczeniem, że wygląda jak pies, którego właśnie potraciła ciężarówka z napisem „cmoknij mnie w wydech” na zderzaku. Potem wróciła pełna świadomość, a wraz z nią, jak za rączkę przyszedł psychiczny postrzał z rewolweru w pulsującą skroń. Poczuł, jakby coś właśnie odstrzeliło mu połowę jaźni i rozniosło ją jak z bicza strzelił po najbliższej ścianie. Pustka, cholerna pustka chlusnęła mu w twarz i tępo spojrzał przed siebie. Obraz zafalował przed nim żałośnie, przeplatając się i wijąc w pijanym rytmie. 
Jack zawyłby jak pies, gdyby tylko potrafił i miał siły. Gdyby tylko...
I wtedy spadł na niego kolejny grom, jak palec Boży, do tego psychiczny i o kalibrze czterdzieści pięć, rozrywając ogniem jego ramię na wylot. Coś trzasnęło mu w krzyżu, usłyszał to bardzo wyraźnie, jakby celowo nadstawił ucha, a chwilę potem to samo coś, grzmotnęło go jak młot między łopatki i runął zupełnie na twarz. 
Wtedy ból już nie palił, nie kłuł i nie piekł z takim uporem maniaka jak wcześniej. Wibrował gdzieś w oddali jak napięta struna i tłumił wszystko w około, od dźwięków po obrazy. Strumień czasu, w którym Jack stał już od parenastu minut nagle przybrał na sile i porwał go za sobą, by kręcił się, obracał i miotał wraz z nim, zawieszony w odmętach tępej paranoi. Coś rozwiewało mu włosy i podrywało w górę poły kurtki, a w raz z nimi jego jaźń i resztki tchnienia. Wirował, kręcił się jak na jakiejś rozszalałej karuzeli, psychicznym rollercoasterze pędzącym sto mil na godzinę przez pokłady własnej psychiki i świadomości. 
(W górę Jacky, na szczyt świata po złoto) 
(Leć Jacky, leć do cholery, albo spadaj w dół, na skały!)
Coś eksplodowało mu w głowie, fajerwerk. A fereria barw wytapetowała się jaskrawym światłem na jego zaciśniętych powiekach jakby dziś było czwartego lipca i runął jak kamień, głową w dół. 
Spadał i wózek jego kolejki, albo zupełnie wypadł z trasy, albo pędził bardzo stromym torem na łeb na szyję. Jack znał już to uczucie, raz na jego szóste urodziny, ojciec zabrał go do lunaparku, na kolejkę górską, tam poznał je bardzo dobrze, bo wcisnęło mu się do pamięci zupełnie jak wymiociny w usta. Połknął je wtedy co do kropelki, bo skąd przyszło, tam wróci, jak rzekł mu ojciec, klepiąc po plecach, gdy jazda się skończyła. 
Ta jednak najwyraźniej nie miała zamiaru się urwać, choć Jack miał już usta pełne wymiotów, albo przynajmniej krwi (jego zmysł smaku również zwariował, wszystko było gorzkie, nawet zapach, choć przytępiony bólem i udarowym świdrowaniem mózgu). Więc jechał dalej, spadał w dół, na łeb na szyję. W dół Jacky, dalej na skały!
To przyszło nagle, jak postrzał snajpera prosto w oko i Jack wyobraził sobie, jak jego zakrwawione, poskręcane ciałko,
(Kość, krew...)
roztrzaskuje się o podłogę
(Kość, krew...)
w głośnym akcencie wybijanych stawów i pękających kości. Widział wyraźnie, jak jego ramię wygina się do tyłu pod nienaturalnie ostrym kątem, a czaszka rozłupuje na kawałeczki, niczym arbuz potraktowany baseballowym kijem. 
(Kość, krew...)
Widział pokrwawione kawałki kości, strzelające w powietrze, jak łupane młotem klawisze fortepianu. Widział wreszcie niczym niezmącony, obłędny uśmiech na swojej roztrzaskiwanej twarzy. I złoty blask w oczach. 
A potem już nic więcej, tylko krew... 
(rozniosło go chyba na sto metrów!)
Widmo pękło... I rozlało w krwawej fontannie.
(???)
(!!!)
(!!!NA BOGA!!!)
Jack runął umysłem z tornada majaków wirujących mu nad głową, wpadł jak oliwka w szklankę Martini, wprost do swojego ciała, na podłogę i dobrze, że nie stał wtedy na baczność, bo znów łupnąłby szczęką o deski. 
Krótką chwilę zajęło mu przystosowanie oczu do nowych, jaśniejszych warunków, światła witryny i czystości umysłu. Ciemność wspomnień gdzieś odpływała, czule targając mu psychiką na do widzenia i buzując mdłym posmakiem w ustach. Choć równie dobrze, mogła być to krew, wymiociny albo cholera wie co jeszcze, łącznie ze smakiem Martini na czele. Do dzisiaj wszystkie są dla niego po jednych pieniądzach.
Odetchnął w takim stylu, jakby wstrzymywał oddech od piętnastu minut i szeroko otworzył oczy. 
(Jacky... Przywitaj się z trupem!)
Drgnął nim jakiś odruchowy impuls i wrzucił na klęczki, nim jeszcze na dobre spostrzegł, że wciąż leżał tuż przed Blairem.
Dopiero po chwili doszedł zupełnie do siebie i od razu spuścił głowę w obawie przed kolejnym, wyimaginowanym postrzałem w skroń. Faktycznie, coś blisko, tuż nad jego uchem przecięło powietrze ze zjadliwym świstem i odczuł, że to coś minęło jego czaszkę zaledwie o włos. A potem dźwięk zlał się z oddechem, rozpłynął grzecznie w ciszy i tyle go było słychać. Przyszedł, poszedł... Gdyby jego ojcu przydarzyło się coś takiego, to powiedziałby, będąc do tego zupełnie trzeźwym, jak niemowlę, że to lata jak goła baba przed równie gołym
batalionem żołnierzy. 
Jack uśmiechnął się, szczerze uśmiechnął i skarcił zarazem, bo to była chyba najgłupsza rzecz, jaką można by usłyszeć po tej stronie oceanu. Nie licząc afery Watergate i wojny w Wietnamie, na które ojciec naskakiwał za każdą nadarzającą się okazją, a zwłaszcza czwartego lipca, gdy telewizja gęsto siekła relacjami z Waszyngtonu. Bo Mark Frost miał jakiś talent do ciągłego trajkotania o tym, czy o tamtym i układania do tego durnowatych sentencji, z których mama naigrywała się zawsze gdy czymś takim wypalił. Kłócili się potem siarczyście, najczęściej przy wspólnym objedzie, choć mama zawsze uważała, że dzieci nie powinny być świadkami rodzinnych awanturek.
Ciepłe chwile, zabawne, dowcipne, owszem siarczyste... Nigdy jednak nie były brutalne. 
(No dalej! Dalej rzucaj tymi cholernymi talerzami za dwie stówy!)
(Rozwalę ci łeb! Rozpieprzę na miazgę!)
Megan i Mark Frost, nawzajem próbujący sobie wytłumaczyć własne racje i słowa Megan często akcentowane delikatnym śmiechem, zwłaszcza po stwierdzeniu, że oboje wyglądają jak stare małżeństwo, wykłócające się o kolor tapet do salonu.
Czasem wychodziła z tego niezła telenowela, a jak wiadomo telenowele, mimo miejscowych burz, zawsze jaśniały pod koniec. Lśniły i wrzucały uśmiech na twarz.
Na Jacka wspomnienia dzieciństwa działały po prostu, jak termos położony tuż przy jego sercu. Grzały jak cholera i wiele by dał, by kiedyś wróciły.
(Królestwo na boga! Całe moje królestwo...)
Spojrzał w lewo, ramię też było w porządku, a gorzki posmak wymiocin gdzieś wywiało z mu ust, wraz z krwią i skrajnym bólem głowy rozwiercającym czaszkę. 
Umysł miał jasny i czysty zupełnie jakby ktoś polał mu go rozpuszczalnikiem i solidnie przetarł, zmywając przy okazji wszelkie szalejące majaki i krwawe pajączki, łażące przedtem po oczach i jaźni. 
Jack potrząsnął głową, potylica dalej piekła, ale teraz gdy krew stężała, nie była tak podatna na wszystko w około jak wcześniej. Krwawy czepek z tyłu jego głowy wyglądał jak jakaś obrzydliwa, kosmiczna narośl. Jak z pewnego niemieckiego filmu o kosmitach, który kiedyś oglądał w telewizji, właśnie czwartego lipca. Gdy ojciec wreszcie skończył krytykować rząd, rozpamiętywać wszystkie afery, tylko wcisnął się w smoking i poszedł z mamą na zabawę do domu kultury. Zostawili go samego przed telewizorem oraz sześćdziesięcioma kanałami, z których trzy czwarte nadawały wiadomości z Waszyngtonu, a pozostałe były obcojęzyczne i głównie niemieckie. Siedział tak na kanapie prawie całą noc, tasując programami, skacząc od stacji do stacji, aż w końcu usnął i obudził się dopiero o czwartej nad ranem. Film dopiero się zaczynał i choć z początku mu się spodobał ze względu na solidną dawkę krwi... 
To był chyba najgorszym horrorem jaki w życiu oglądał, do tego beznadziejnie efekciarskim i z durnowatym happy endem. Ale z drugiej strony, czego mógłby się spodziewać po narodzie, który rozniósł na strzępy połowę Europy. Przez głowę przebiegła mu myśl, że chyba tylko Rosjanie, do spóły z tą ich fantastyczną technologią, mogliby nakręcić coś durniejszego i uśmiechnął się po raz pierwszy od parenastu minut.
Że też takie skojarzenia, musiały mu się teraz pchać do głowy. Boże co za dzień, pomyślał, gdy powoli wstawał na równe nogi, trzęsąc się przy tym, jakby dostał ataku hipotermii.
W końcu wstał i poczuł zarazem lekki jak piórko, a na samą myśl o wcześniejszym wleczeniu się jak pies robiło mu się niedobrze, więc przetasował w głowie wszystkimi możliwymi wątkami i pomyślał o ladzie. Krok w tył, potem znowu i akcentowany skrzypieniem desek na dokładkę, potem obrót i wio. Nawet nie spojrzał na Blaira.
Obrócił się jednak ku witrynie, słońce wreszcie zachodziło i nawet tutaj, wrzucało mu na matowe policzki, ochocze błyski, zupełnie jakby chciało podać mu rękę i wyrwać stąd. 
(Wio koniku przez prerię!)
Najwyższy czas, pomyślał smętnie, w Brams zachody trwają w czerwcu zawsze po dwie, trzy godziny. To śmieszne, ale to chyba jakiś rekord w swojej klasie i jeśli byłyby organizowane zawody w takich durnowatych kategoriach, (w co Jack nie wątpił) to jego miasteczko wygrałoby już w przedbiegach. Dostało równie durnowaty pucharek za pięć dolców, pomalowany złotą farbką i z wizerunkiem uśmiechniętego słoneczka. W sam raz do wybicia nim komuś okna. No i dyplom do podtarcia tyłka. Super. Zestaw małego darmozjada.
(Na boga, jacky otrząśnij się! daj sobie w pysk, albo zalicz baranka w ścianę)
(Nie, lepiej nie)
(Będziesz tu siedział do usranej śmierci, jeśli czegoś nie wykombinujesz!)
(Nie, lepiej nie)
I gdy stał tak z twarzą poważną i ściętą w zadumie, oparty plecami o sosnową ladę, a gdzieś po lewej walał się kuferek z czymś, dla którego karciany domek jego życia rozsypał się w drobny mak... Wtedy to właśnie Jack przypomniał sobie o momencie, w którym Blair zamykał tu ich obydwu. Zamknął ich po drugiej stronie lustra, zamknął akcentując to trzaskiem przekręcanego zamka, odciął od świata i rzucił strumieniem czasu, gdzieś na bezkresne pola.
(Wredny skurwiel)
(Nie, nie...)
(Nie tym razem Jacky, nie rozklejaj mi się teraz do cholery!)
(Może i kamień Cię wystawił, ty mały sukinsynu, ale na Boga nie rozklejaj się teraz!)
Nie... Nie rozkleił się. Wręcz przeciwnie: jeszcze bardziej spoważniał. Coś czemu poświęcił cale swe człowieczeństwo z własnej wredoty wciąż pozostawało poza jego zasięgiem, więc nie miał czasu na łzy, tępe zawodzenie i symboliczne walenie pięścią w stół.
Kuzynek Joe, gdyby tylko się tu znalazł przewiany jakimś cholernym wiatrem, pewnie wypaliłby, że w życiu nic nie jest pewne i porównał wszystko do loterii, ochoczo zaciągając po texańsku... Na tym by też zakończył, bo cios pięści Jacka, rozciąłby jego brew, albo przekrzywiłby nos, w geście wymownego chrzęstu roznosząc mu krew po policzku. 
(I chwycić go, za ten jego cholerny, pusty, piegowaty łeb) 
(A potem zaprowadzić pod witrynę i walić w nią jego czaszką tak długo) 
(Aż pękłaby ona sama, albo szkło) 
(I świat stanąłby otworem)
Chryste, jak on bardzo nienawidził Joego, tego wsiowego dziecka prerii w słomkowym kapeluszu i koszuli w kratę. Tak mocno, iż nawet nie zauważył, że jego myśli wciąż krążą w około chęci ucieczki z tego miejsca, przejścia na drugą stronę lustra. Tego faktycznie pragnął, choć było szczelnie okryte gazą pragnień zupełnie innego rodzaju.
I już nie ważne, czy miałby tego dokonać łbem Joego, czy przekręcając klucz w wyjściowych drzwiach. To krążyło gdzieś w około, grzmiąc jak nadchodząca burza, jak wściekłe stado os, które prędzej czy później musiało się rzucić na niego w ślepej furii, żądląc by zabić, albo ocucić i i dać kolejny bodziec. 
(Klucze, więc weź klucze, wsadź je w zamek i przekręć)
(A potem spieprzaj, spieprzaj jak najdalej ty cholerny darmozjadzie!)
Postawił pierwszy, niepewny krok w stronę Blaira, błagając przy tym wszelaką złośliwość rzeczy martwych, by tym razem deska pod jego stopą nie zastękała, jakby nadepnął na jej odcisk i nie zbudziła uśpionego kota... W nim samym. 
(... Stary niedźwiedź mocno śpi...)
(Na lisi swój ogon klnę się!)
I deska nie odezwała się słowem, choć mimo wszystko wciąż słyszał jak mruczała wyginana pod jego ciężarem. Jackowi skojarzyło się to z przekradaniem się słonia przez skład porcelany i tak jak stopę postawił, tak cofnął ją od razu, choć nic zjadliwego nie świsnęło mu nad uchem.
(?Na boga, co ty wyrabiasz?)
(... Zasrana ciuciubabka...)
Coś wciągnęło mu wzrok, jak w rurę odkurzacza i przekręciło go w swoim kierunku. 
Chciał podążyć za tym oczyma, ale dziwnie odwagi mu zabrakło, choć gdy tylko dostał psychiczny bilet w tamtą stronę, natychmiast dopłynął ku temu myślami i okrążył oczyma wyobraźni. Do środka nie zajrzał, bo wzroku i trzeźwości umysłu stracić znów nie chciał, naszło go tylko dzikie pragnienie pochwycenia pudełka w dłonie i wyskoczenia z nim przez witrynę (jak na filmach akcji, które w dzieciństwie, pochłaniał w hurtowych ilościach). 
(Nie...)
Wyszarpał się, jak mucha z pajęczyny i znów runął myślami z górnolotnych pragnień wprost na posadzkę. A siebie i swoje myśli skierował znów ku kluczom tkwiącym w kieszeni Blaira. Jego bilet na drugą stronę, tylko na Boga, byle ich jakimś wrednym cudem szlag tam nie trafił.
(No dalej, jacky staruszku jeszcze parę kroków) 
(Nie bój się, po prostu dostań tamte cholerne klucze!)
Podniósł nogę i zgiął w kolanie pod kątem prostym, jak zabawkowy żołnierzyk nakręcony czyjąś paranoiczną ręką i pchnięty do przodu wpierw pragnieniem, a potem ciałem. 
Stopa zawisła mu piętnaście centymetrów nad podłogą i ani drgnęła, choć myślami był już przy Blairze. Coś w nim pękło, jakaś struna, którą osobiście napiął do granic możliwości, cienka strunka nerwów. Musiała wreszcie pęknąć, oczywiście w nodze, by za cholerę nie mógł zrobić kroku. 
(Złośliwość rzeczy martwych?)
(Tak Jacky...)
(Bo ty już jesteś trupem!)
Więc jakaś sprężyna poszła się kochać, mechanizm stawu się zatarł, system zawiesił, albo nawet wszystko naraz. Było sto możliwych scenariuszy, ale on nie wybrał żadnego z nich, odrzucił je od siebie jak jakieś niepotrzebne szmaty i wycofał nogę, bez problemu i na tyle gwałtownie, że rąbnął piętą o nasadę lady.
Głęboki oddech zaświszczał mu między wargami, gdy nasunął na oczy całun powiek i znów wykonał krok. Znów do przodu i tą samą nogą. 
Znów nie do końca, bo ugrzązł gdzieś na dziesiątym centymetrze ponad posadzką, i wraz z przeświadczeniem, że jego koordynacja ruchowa, jest kolejnym punktem, który powinien wpisać na listę rzeczy, jakie są dziś w nim nie w porządku. Zaraz pod umysłem i zdrowym rozsądkiem.
W normalnych warunkach 
(Normalnych, czyli takich, w których...)
(... Bla, bla, bla...)
rozśmieszyłaby go myśl, że jeśli tak dalej pójdzie, to do każdego kroku, będzie się musiał z cztery razy przymierzać i prędzej go trafi szlag, niż kiedykolwiek przejdzie choćby z pięć metrów. Paroksyzm groteski zmącił jego umysł i powoli zaczynał przestawać go bawić.
(Bardzo śmieszne, to może od razu zmień sobie nazwisko z Frost na Donner?)
(Spokojnie, jeszcze tylko dwie próby)
(... Bardzie śmieszne...)
Po raz wtóry wycofał nogę, klnąc przy tym siarczyście i na czym świat stoi. 
Jeszcze raz przemyślał wszystko, od A do Z. Całą sytuację, w której aktualnie się znalazł. 
Wbrew pozorom zdołał to wszystko pojąć, poprzeplatać i przemieszać jak owocową sałatkę. Wszystko, by dojść do wniosku, że bez kamienia stąd nie wyjdzie. Nie wyjdzie do cholery, za żadne skarby, bo on jest jak kajdany, jak kula u nogi, jak sznur uciskający krtań.
(Nie rzucaj się, to nie skręcisz karku)
Tygrysie Oko go nie wypuści, to nie podlegało dyskusji, a on sam nie zostawi przecież czegoś, czemu poświęcił całe swe życie, misterną, tkaną od piętnastu lat pajęczynkę wątków. Mimo że Jack Frost zginał wraz z Blairem i to właśnie on go zabił, mimo że zabił samego siebie, własną krew miał teraz na rękach, krew swego człowieczeństwa...
To nie mógł tego tak zostawić. Przegrałby z kretesem i nic nie osiągnął, poza ruiną jaką zrobił z samego siebie.
(Bez kamienia Jacky, bez kamienia to możesz od razu palnąć sobie w łeb) 
(Więc podejdź do niego)
(I choć raz do cholery, zachowaj się jak na mężczyznę przystało!)
Znowu uniósł nogę, znowu w stronę Blaira. 
Zawisła w powietrzu jak ramię zepsutego dźwigu, a on wściekle buchnął wianuszkiem przekleństw. Coś chłodnego musnęło jego policzki i wplotło się pomiędzy włosy, poczuł to bardzo wyraźnie, zwłaszcza, że po chwili, jak deszcz rozlazło się w dół ciała.
Chłód dodał mu bodźca i Jack, jak baletnica obrócił się na pięcie w kierunku kamienia. Noga opadła niemal natychmiast, zupełnie jakby grawitacja chwyciła go za kostkę i mocno szarpnęła. 
I choć wpierw nie chciał patrzeć na szkatułkę, tylko stał jak kołek i wywracał oczyma w schizofrenicznym stylu, zamykał je i otwierał na zmianę, wciąż miotając wzrokiem na boki... To jednak po chwili, coś znowu zassało jego spojrzenie i rzuciło nim wprost szkatułki. 
Leżała na boku, tuż przed ścianą, a złote obramowanie zamka błyskało zachęcająco w słońcu. Uśmiechnął się mimowolnie, gdy wykonał wreszcie kolejny krok. Pchany do przodu i ciągnięty za razem jakąś magnetyczna siłą.
Łapał oczyma blask i jak projektor, rzucał nim na ścianę przed sobą. A im podchodził bliżej, tym wzór na ścianie coraz bardziej zaczynał się przeplatać, zlepiać i tańczyć w rytm jego kroków.
I przez chwilę, przez jedną, jedyną cholernie długą chwilę, wśród całej tej złotej plątaniny, Jack widział uśmiechniętą twarz szaleńca. Potwornego obłąkańca z burzą rozczochranych włosów. Blade lica i oczy zapadłe w ciemności. Szczerzyła do niego zęby... 
I rozpłynęła po chwili
(W krwawej fontannie)
(Kość, krew...)
w złotym gąszczu, choć był gotów się założyć, że wpierw pękła na kawałeczki, jak lustro,
(Zbite lustro... Siedem lat nieszczęścia, jak mawiała babcia,) 
gdy tylko podszedł bliżej. Aż go ciarki przeszły, bo jakimś cudem rozpoznał w niej samego siebie, własny pierwiastek szaleństwa. 
(A w jego oczach tańczył szał)
Trzy kroki dzieliły go od szkatułki, gdy wreszcie zadał sobie pytanie, czy właśnie takim Jackiem będzie, po tym jak zamordował w sobie człowieka? Czy może, takim Jackiem już jest? Jack Frost, zwycięzca miejskiego konkursu recytatorskiego, w przyszłości możliwy poeta czy pisarz. Zapalony felietonista korespondujący ze szkolną gazetką. Zachwalany przez dyrektorkę i wychowawcę. Jak to się mówi - dziecko z przyszłością.
Obecnie z cudzą krwią na rękach. Koniec pieśni Jacky, jesteś mordercą, a to najgorsze z brzemion; myślał o tym cały czas. Wiedział i rozumiał choć wciąż plątał się w tym jak ryba w sieci. Brzmię znacznie cięższe od paranoi i takie, o którym zapomnieć już nie sposób.
Miał tylko jeden krok do szkatułki, gdy naszło uczucie, że to wszystko tak go wykończyło, że już nigdy nie powstanie w pełni wyprostowany. Nie spojrzy na nikogo z dumą, a zwłaszcza nie na siebie i zawsze będzie pluł w swoją twarz, gdy tylko zobaczy ją w lustrze. To nie Blair tutaj umarł. Tylko Jack Frost. Zabił go, zabił siebie, jak z bicza strzelił roznosząc własne człowieczeństwo po wszystkich ścianach tego sklepu. Rozbił na miazgę, młotkiem własnego szaleństwa.
(Jack umarł, niech żyje Jack!)
Coś kłuło go w sercu, gdy z blaskiem w oczach, w końcu schylał się w kierunku szkatułki. Ukłuło mocniej, gdy wypalony do cna bólem i paranoją Jack świętej pamięci Frost, pochwycił w swe zakrwawione dłonie pocisk, który swego czasu zastrzelił starego Jacka.
Złoty pocisk zamknięty w sosnowym płaszczu, jak owad w bursztynie.
Wciąż zamknięty na klucz i będzie trzeba go rozłupać, by dostać się do środka. Zdjąć ten lśniący płaszczyk drewna...
Jack czuł, że przyjdzie mu rozłupać go młotkiem ojca, jeśli tylko jakimś cudem uda mu się dotrzeć do domu.
Trzask, prask i po sprawie.
(Trzask... PLASK?)
Taki miał plan i będzie się go trzymał, nawet jeśli stanie się to równoznacznie z jakimkolwiek użyciem przemocy, wobec każdego, kto mu wtedy na drodze stanie.
Niepewnie uniósł kuferek i przecisnął go do piersi. Żadnych fajerwerków, zamknął oczy i nic. Nawet się nie zachwiał. Coś, czemu ofiarował się w całości, niemal złożył w ofierze. Coś co założyło mu psychiczną smycz i obrożę na szyję, co powaliło go na ziemię, wlewając mu w głowę czarę bolesnej goryczy, coś co wypijało jego duszę jak Martini z kieliszka... Tygrysie Oko, które nakręcało go jak zabawkę z odległości paru metrów, teraz było nareszcie z nim! I nic... 
Nawet się nie zachwiał... 
Blask wyparował mu z oczu i znowu zostawił samego. Znowu poczuł się jak zwykły Jack Frost. Odżyły dawno zasiane wspomnienia, wykiełkowały na nowo w jego jaźni i pamięci. Obrazy gdy ojciec brał go na barana i obydwaj ganiali z latawcami po łące. Wspólne pikniki na świeżym powietrzu i kąpiele w jeziorze. Gdy niebo było niebieskie i bezchmurne. 
I to nie dlatego, że zawsze takie jest gdy ktoś umiera, ale ponieważ, trwały wtedy najlepsze chwile jego życia, a takie były, są i będą zawsze najpiękniejsze. To nigdy nie podlegało dyskusji.
Z rozkoszą zbierał te plony... Obrazy Megan, Marka i Jacka Frostów. Bez alkoholu i rodzinnych awantur, bez bólu i cierpienia zadawanych cowieczornym kieliszkiem.
Zbierał je... Ale tylko przez chwilę, bo przecież Jack Frost umarł. Z własnej ręki. 
Więc wspomnienia tak, jak się pojawiły, tak zniknęły. Zdmuchnięte, niczym świeczka na urodzinowym torcie, od razu gdy tylko oczy Jacka zalśniły znowu, jak dwa bursztyny.
Obrócił się z uśmiechem na ustach, a włosy zamotały mu w około głowy. Natychmiast ruszył w kierunku Blaira. Hipnotycznie wpatrzony w sterczący mu z głowy, krwawy maszt sztyletu i z przeświadczeniem, że to chyba najlepszy autograf, jaki mógłby 
wykonać w swoim wieku. 
(Przynajmniej na razie...)
Podłoga nawet nie śmiała zaskrzypieć, gdy spokojnie przechodził po niej, ku swemu biletowi na drugą stronę.
Coś strzeliło mu pod nogami. Okulary Blaira. Zatrzymał się i chwilkę przyjrzał się ich wygiętej oprawce; lśniła aluminiowym chłodem.
Wezbrała w nim wredna zawiść i mściwie odkopnął je za siebie, a dziesiątki drobnych kawałeczków szkła, odtoczyło się po posadzce miotając błyskami jak dyskotekowe kule. 
Przełożył szkatułkę do lewej ręki, a prawą, całkiem spoconą otarł o zamsz kurtki i przetrząsnął obie kieszenie spodni Blaira
Wpierw prawą, bo łatwiej mu było sięgnąć i nie ryzykował wpadnięcia twarzą w jego krocze.
Gdzieś głęboko zadźwięczały klucze, a chwilę potem, złota zapalniczka śmignęła w powietrzu i upadła na posadzkę po tym jak Jack, uznawszy za nieprzydatną, wyrzucił ją za siebie. Blair raczej na pewno, już nigdy nie użyje jej do zapalenia choćby najmniejszego cygara.
Poczuł pod dłonią coś, co od razu skojarzyło mu się z papierośnicą. Wyjął to, nim do końca zastanowił się nad sensem własnych domysłów. Dobrze, że się nie założył o własną głowę, bo właśnie by ją stracił. Jednym, prostym cięciem swej bezmyślności.
To był notes. Czarny, skórzany notes, który „na dzień dobry” błysnął mu po oczach złotym obramowaniem. Niezbyt poręczny i ledwo mieścił się mu się dłoni. No, ale dla wielkiej łapy Blaira, był po prostu w sam raz. Podobnie jak wielki, wredny uśmiech mieszczący się na jego jeszcze większej głowie.
Otworzył notes i przeleciał wzrokiem kartki, po brzegi zapisane chyba nazwami miast i odznaczonymi nazwiskami ich mieszkańców. Mignęły mu przed oczami SILENT HILL i RACCOON CITY datowane na dziewięćdziesiąty ósmy rok, ale nie potrafił sobie przypomnieć, czy aby na pewno, niecałe dwa lata temu, działo się w nich coś bardzo niedobrego, choćby za sprawą Blaira. 
(Jak to, nie pamiętasz? Cholerny sklerotyk...)
Ta pustka, w głowie, była na prawdę irytująca. Poszedł w niej jakiś bezpiecznik i koniec pieśni. Wszelacy monterzy są poza zasięgiem i radź sobie chłopcze sam.
Mógłby teraz nawet srać pestkami brzoskwiń, a niczego sensownego, by nie wykrzesał.
Silent Hill, leżało niecałe dwadzieścia kilometrów od Brams, ale ostatnimi czasy nie było o nim nawet najmniejszej wzmianki w Brams Tribune. Nic, cisza jak makiem zasiał. 
I właśnie wtedy, dokładnie w momencie, w którym Jack miał rzucić z rozmachem, kolejnym wianuszkiem przekleństw, jak zwykle, gdy się denerwował, albo trafiał go skrajny szlag... Zatkało go całkowicie i zaniemówił. Coś w rodzaju ciężkiego szoku. Potrząsnął głową w akompaniamencie gorzkiej, ciemnej żółci, która cofnęła się przełykiem wprost w jego usta.
Pierwszy raz w życiu poczuł jej smak, ale znienawidził natychmiast. 
Ostatnia strona notesu zatytułowana była BRAMS, a pierwszą widniejącą tam osobą był... 
(!Chryste panie!)
On sam! Jack Frost.
(!!!)
(TEN Jack Frost?!)
Prawie go zemdliło, ale jakoś zdołał nie runąć na podłogę i dalej wytrwać na klęczkach.
Jeszcze raz spojrzał na wykręconą w niemym krzyku twarz Blaira i zadał sobie jedno, proste pytanie... Co on kombinował, co knuł ten cholerny starzec, zanim natrafił na Jacka? 
Chyba, że chciał...
(co chciał?)
Odkleił spojrzenie od Blaira i zarzucił nim w kierunku notesu. Zafurczał, gdy go przekartkowywał. Setki nazwisk... Dziesiątki miast. Ostatnim było Brams, a on pierwszy w kolejce... 
(?Do czego?)
Potrząsnął głową z nadzieją, że pomoże mu to w rozplataniu wszystkich wątków. Ułożyłby z nich wtedy jeden, mocny sznur myśli i wspiął po nim do rozwiązania. 
Wiele mu to nie pomogło, a prawdę mówiąc, to nigdy nie pomagało. Choć bardzo by tego chciał. Zawsze rzucał łbem jak paranoik, gdy czegoś nie rozumiał. I tyle...
Jego nerwowy tik rozpoznawczy, do którego był przywiązany psychiczną liną cumowniczą.
(Na Boga! Skończ pierdolić!)
I wtedy, coś w nim pękło. Coś, czego sam nie był w stanie określić, ale przyniosło ze sobą to, czego potrzebował, jak wody w bardzo upalny dzień, jak tabletek paracetamolu na potworny ból głowy. I powiedziałby nawet „bingo” gdyby nie oślepiła go jasna flara, która właśnie odpaliła mu w głowie z impetem rakiety.
Głęboko w jego umyśle, jedna kryształowa myśl, wystrzeliła wysoko w górę jaźni i rozbłysła po chwili feerią odpowiedzi tak, że wszystko stało się jasne. Od razu, jak po zapaleniu nocnej lampki o trzeciej nad ranem.
Dopiero wtedy, Jack rozczesał myślami warkocz wątków i splótł go na nowo. Jego lina ku prawdzie, na której zacisnął palce własnego umysłu i podciągnął wysoko w górę, czując się zupełnie, jak kiedyś, gdy ojciec bawił się z nim w windę. Podrzucał w górę i łapał w locie.
(W górę Jacky! Leć w górę!)
Dotarło to do niego, czarniejsze niż noc i pojął w końcu, że Blair był kimś w rodzaju łowcy, pieprzonego psychopaty jeżdżącego po całych stanach i zbierającego krwawe żniwo, jak mu się żywnie podobało. 
Zrozumiał, że był obłąkańcem, który pojawiał się w jakimś miasteczku i powoli wykańczał ludzi tymi swoimi diabelskimi sztuczkami. Pojawiał i wycinał ich w pień. Tak po prostu.
Bo Blair był cieniem, czerwonym morem, jak kurtyna spadającym na scenę każdego, 
małomiasteczkowego teatru życia w jakim się pojawił.
Bo kto, poczułby jakiekolwiek zagrożenie, ze strony miłego, starszego pana z sąsiedztwa? Pewnie tylko ten, który potem, za jego sprawą, wyzionąłby ducha. I tyle, koniec pieśni. 
A sądząc po ilości nazwisk, Blair miał już na kącie jakieś dwieście osób. Dwieście dusz... 
- Boże... - a co najgorsze, Jack miał być następny. Miał być kolejnym, odznaczonym numerem w tej wielkiej, Blairowej loterii. Ciągniętym za friko losem, a nagrodą była dusza.
Jego dusza, którą Blair wedle własnych, popierdolonych zasad, miał przejąć, a potem wio po następną. 
I to właśnie ON, tego obłąkańca zabił... 
Zabił Łowcę Dusz! Okrzyk, wręcz wybryznął z jego gardła. Jack powstrzymał go, bo wydało mu się to w pewnym stopniu nieadekwatne do sytuacji. Bądź co bądź, nie zmyło to krwi z jego rąk, ani nie sprzątnęło zwłok Blaira w jasną cholerę. 
Ale gdy świadomość tego czynu dotarła w końcu do niego, tak, że potrafił jasno i racjonalnie określić okoliczności tego wszystkiego, a wśród nich fakt, że ratował się przed śmiercią...
To... Coś, bynajmniej nic obcego, a jego własny umysł, nakazało mu się uśmiechnąć, więc wyszczerzył zęby w powoli blaknącym blasku dnia. On zabił w afekcie, a to wiele tłumaczyło. 
(Więc co z kamieniem?)
(Bzdura...)
Perspektywa wcześniejszych eskapad w głąb własnego umysłu, wydała mu się dziwnie groteskowa, ale to pytanie musiał w końcu postawić, i to najlepiej tuż przed własną twarzą, tak by jak najlepiej je widzieć. 
Bo jeśli faktycznie, tylko Blair miał wpływ na wszystko to, co tutaj się wydarzyło, to skąd te majaki, skąd omamy o spadaniu, skąd psychicznie postrzały w łeb i zwalanie się na podłogę jakby po ciosie młotem między łopatki? Skąd to wszystko, skoro Blair był wtedy martwy? 
Leżał na podłodze, gdzie krew tryskająca wcześniej z jego czaszki, przeszła z postaci stygnącego skrzepu prosto w brunatny strup. 
No i w końcu, skąd to przeświadczenie, że Tygrysie Oko założyło mu stryczek na szyję, że sterowało nim jak marionetką. Weź, wstań, podejdź, zabij... Ołowiany żołnierzyk nakręcany złotym blaskiem. 
Zwidy, omamy... Czy tylko jego psychika zagrała mu dziś na nosie? Czy może faktycznie, pałeczkę przejęło po czasie Tygrysie Oko i dało mu do wiwatu tą psychiczną, posuwistą polką, której dał się w końcu porwać i wyleciał na manowce.
(Z szałem w oczach)
Nie odkryłby tego, choćby siedział tu jeszcze i sto lat. Dalej ze spoconą dłonią wepchniętą w kieszeń Blair’owych spodni i z przeświadczeniem, że zaraz trafi go szlag (wiszący nad nim zresztą od rana, jak gniazdo os).
Czarny, skórzany notes, wielkości jego dłoni pofrunął w kierunku witryny i 
trzasnął o nią jak ćma, co było znakiem, że Jack stracił cierpliwość. 
Wyfrunęły strzępki cygara, a wraz z nimi czarne, wieczne pióro. Wylądowało pod ladą, dokładnie w momencie, gdy Jack z przeświadczeniem, że wygląda, jak jakaś cholerna cmentarna hiena, zwycięsko zaciskał dłoń na chłodnym metalu kluczy. 
Uśmiechnął się najszerzej jak tylko potrafił i wyciągnął rękę. Otrzepał ją z czarnej wysypki, jaką zafundowały mu kawałeczki tytoniu i spojrzał na klucze zwycięskim wzrokiem.
Alicja z Krainy Czarów, nie miała takich problemów, by dostać się na drugą stronę lustra. 
On za to, musiał brodzić po pas w paranoi gęstej jak klonowy syrop i z przeświadczeniem, że porusza się, jak samochód z zaciągniętym ręcznym. Czysta finezja rozklekotanego volkswagena.
(No i gdzie tu kurwa jest równouprawnienie?)
Jack z wielką ulgą wstał na odrętwiałe nogi, a pęk kluczy na niewielkim kółku, zabrzęczał wesoło w jego dłoni. Sosnowa szkatułka w jego drugiej ręce, lśniła i stale pchała go do przodu psychicznym koktajlem pragnień. Uległ.
Pierwszy syn państwa Frost leniwie dogramalał się do wyjściowych drzwi. 
A prowadziły one prosto na zewnątrz, do innego, lepszego świata.
Choć słowo „lepszego” nie pasowało tu jakoś Jackowi, psuło ogólny kontekst zdania, tak jak plama wina na białym obrusie, psuje jego krystaliczną estetykę zwłaszcza, że na wspomnienie własnego ojca, zrobiło mu się nagle mdło na sercu. On był plamą, plamą cholernych, pijackich wymiocin. Bóg wysmarkał nos i to właśnie ojciec tym glutem był!
Jack zostawiał za sobą trupa, byle tylko zaraz udać się wprost do swego domu i zastać tam kolejnego. Kolejne, cholerne, chodzące zwłoki zalatujące zatęchłym alkoholem, ślepo obijające się o ściany i potykające o własne nogi.
Zalany w pestkę trup Marka Frosta. Żywy trup. Alkohol, który go zabijał, trzymał jednocześnie przy życiu, tak by jego jedynym zajęciem było bełkotanie i słanianie się na nogach, czasem katowanie żony w przypływie nagłej złości, albo ot, dla relaksu.
Tak, by był wiecznie pijany... I zawsze chciał więcej. 
Taka rola pijaka. 
Jack znów zadźwięczał kluczami, a zadźwięczał nimi solidnie, bo było ich kilkanaście, mniejszych czy większych i wszystkie zdawały się być równie ochocze do metalicznego dzwonienia. Podszedł do drzwi i jakimś cudem, udało mu się nie zwrócić zbytniej uwagi na krwawy rozbryzg własnej krwi, którym były przyozdobione mniej więcej na wysokości jego twarzy, choć przykuwał mu wzrok jak... 
(No powiedz wreszcie!)
(Jak cycki! Gołe cycki, wystarczy!?).
Zwyczajnie spuścił oczy, starając się wyłuskać wśród całej tej metalowej menażerii, jaką trzymał teraz w dłoni, klucz którym Blair ostatni raz w swym życiu zamknął te drzwi, a dzięki, któremu zaraz staną one otworem.
(Do nowego, lepszego świata)
(Wcale nie „lepszego”...)
Więc szukał, tasował nimi między palcami i wsłuchiwał się w to ich ustawiczne dzwonienie. Jack miał nawet przez chwilę nadzieję, że znajdzie tu kluczyk to szkatułki z Tygrysim Okiem, ale nadzieje te, rozwiał bardzo szybko fakt, że żaden z tych lśniących na złoto, metalowych kluczy, nawet o cal nie wsunąłby się w tamten maleńki, mosiężny zameczek. 
Choćby nie wiem co, Jacky zostaw je w spokoju. Zesrasz się, posikasz albo nawet zarzygasz własne spodnie ze złości, a i tak go teraz nie otworzysz! I tak, i tak...
(Niech to szlag...)
Cała ta farsa, urosła wtem Jackowi do rangi szukania igły w stogu siana wielkim jak cały Texas. Głupi, bo miał przed sobą to czego szukał i zaś nie wiedział co z tym począć. 
Tkwił w kropce, do której sam się zapędził. Zagroda dla idiotów. 
A słowa: „po prostu znajdź i wyjdź” były jakoś dziwnie odległe, dochodziły do niego jak z odległości mili, mocno przygaszone i podobnie jakby przyszło przedzierać się im przez gęsty las, chaszcze setek innych wątków.
I znowu coś wrednego, obleśnego w całej swej perwersji, kazało mu wrócić do Blaira i
(obgryźć jego kości z mięsa)
stanąć przy nim, by
(no żryj go ty mały sukinsynu obciągnij mu ze smakiem)
drzeć się, drzeć się w niebogłosy i poszarpać twarz sztyletem. Przez mięso i kości, na kawałeczki. Rzucać na ściany w ślepej furii, skakać jak wściekły szakal, lis żywcem obdzierany ze skóry, zwierze zamknięte w klatce,
(Kość, krew)
(walić łbem o ladę jacky aż do krwi bo to brzemię każdego mężczyzny jacky)
(rozpieprzyć na miazgę)
wybić sobie bark, złamać nogę. I... 
Boże... Nie, nie Boże, nie, nie, nie, tylko nie to. 
Nie chcę wisieć na własnych flakach... Nie, nie Boże, nie, nie, nie, tylko nie to.
(słuchaj mnie jacky bo mówię ci to jako ojciec jacky a nie jako bóg sztorm ale bóg świnia)
(a ojciec zawsze ma rację jacky ma rację i wie co jest dla ciebie najlepsze)
To coś trzymało go za nogi, by ciągnąć w dół, 
(więc żryj go ty mały sukinsynu żryj jak na mężczyznę przystało a)
(potem może pójdziemy się napić przyjmiemy delegację marsjan jak drinki na koszt firmy)
ściągnąć w czarne jak noc odmęty szaleństwa, by utopił się w nich, niczym oliwka w kieliszku Martini. Kieliszku wychylanym właśnie ręką jakiegoś boga-upiora.
Taki te małe skurwysyny miały cel, a Jack, choć nawet nie widział ich na oczy, zapałał do nich gorzką, zawistną nienawiścią
(!!!Nieeeeee!!!)
i ryknął głęboko, wewnątrz samego siebie z takim impetem, że
(... drzwi otworzyły się z trzaskiem i wpadł przez nie...)
zachwiał się potężnie jak pijak, a klucze i szkatułka wypadły mu z dłoni.
(... ojciec, który zachwiał się potężnie jak pijak...)
(... i krzyknął do mamy: „Jestem głodny ty suko!”)
Jack chwycił się za włosy, wygiął cały do tyłu niczym sprężyna i aż do oporu, jaki stawił mu kręgosłup wespół z równowagą. Wgniatając palce w skroń, jakby chciał wbić je wprost do środka czuł, że coś chichrało się w głębi jego jaźni, chichrało z niego szyderczo i błyskało swymi małymi, ostrymi ząbkami. To coś miało parę, czerwonych, świńskich oczu, obwisłe fałdy bladej skóry na pysku i zeszłodniowy zarost. I och, było...
(bo jestem twoim ojcem ty kurewski sukinsynu)
A on chciał to wydrapać, wyrwać i rozgnieść w dłoniach, jak, jak... - szarpnął tokiem myślenia, który jakby się zawiesił. Jak cholerną muchę! Zgnieść na miazgę, rozpieprzyć na kawałki! 
(rach ciach ciach jesteś trupem jacky)
(jesteś trupem jak ju-hu-hu i butelka rumu)
Szeroko otworzył oczy, a głos roztańczył mu się w jaźni jakimś posuwistym rytmem walca, otulił ją welurowym płaszczem najeżonym ćwiekami, tak by wbiły się w nią dotkliwie i poszarpały, jak wiatr jesienne liście.
I wtedy Jack nie dał już rady, coś w nim pękło, tym razem na serio, trzasnęło jak sucha szczapka łamana na kolanie i wąska stróżka ciemnej krwi wyciekła jego uchem. Jedna jedyna, ale można było odnieść wrażenie, że ta kapiąca właśnie na jego lewe ramię posoka, jest okrutną oznaką tego, że ktoś załączył w jego czaszce psychiczny mikser i zrobił mu krwawy koktajl z mózgu.
Potem sprawy potoczyły się jakoś zaskakująco szybko, domino wątków sypnęło się w łańcuchowej reakcji zdarzeń i Jackiem drgnął jakiś bodziec. Jack oderwał z rykiem dłonie od głowy. Wciąż przytępiony i z czymś wibrującym w czaszce, starał się wyłuskać klucze leżące mu u stóp. Wpierw natrafił na szkatułkę i szarpnął ją w górę, klucze dorwał dopiero po chwili, gdy ta flara, która odpaliła mu wcześniej w głowie wreszcie przygasła. Potem przeczesał pęk wzrokiem i gdzieś w tym metalowym gąszczu wyłuskał napis EXT. Jeszcze dwa razy, przyszło mu sprawdzić wszystko od nowa, do póki znów na niego nie natrafił. Na srebrny, metalowy klucz dający szansę na ucieczkę. Wbił go („boże tylko się nie złam”) w zamek, 
a w jego głowie coś 
(Coś)
rozryczało się w jeszcze większym szale. Darło się, by „za boga nie ważył się otwierać tych 
cholernych drzwi” by „wrócił na miejsce, słuchał ojca jak na syna przystało”, że jest „kurewskim sukinsynem” i że „on popamięta, on go popamięta” - on i jego matka.
Jack przekręcił klucz w zamku, a myśl,
(Nie jesteś moim ojcem)
jak rakieta odpaliła mu w głowie. Głośna myśl, która z niemym hukiem psychicznej eksplozji
rozniosła się z impetem w około.
(Bo mój ojciec nie żyje, alkohol go zabił!)
Na odgłos szczeknięcia to coś ryknęło znowu, ale Jack nie zrozumiał już niczego. Był to pijacki bełkot pełen dżungli poplątanych zdań i bezsensownych wyrazów. Miało głos jego ojca, albo bardzo do niego podobny. Ryczał i skamlał ochryple, jak ktoś z poderżnięty gardłem. 
I choć był skontrapunktowany z jego oddechem, to Jack pozostał głuchy na ten łomot i hałas. 
Płakał... A szmer jego łez zagłuszył wszystko. Wszystko... 
Jack pchnął drzwi, które otwarły się jak śluza kosmicznego statku. Dokładnie z takim rozhermetyzowanym sykiem, jakby panowała tu różnica ciśnień. 
Jasne światło powlokło mu oczy więc musiał je zmrużyć przed dziwną obawą, że zaraz straci wzrok. Pierwsze co następnie poczuł, to chłód. Chłodny wiatr omiótł mu ciało; kark, ręce i nogi dały opleść się lodowej gazie. Powiało chłodem, zapachem samochodowych spalin i całą zgrają odgłosów ulicy, które (czego nigdy by się tego nie spodziewał) przyjął niemal z otwartymi ramionami. A potem to już całkiem stracił rachubę, nie pamiętał czy zwyczajnie ruszył przed siebie twardym, kamiennym chodnikiem, zostawiając za sobą trupa i sklep przesiąknięty zapachem śmierci, czy wciąż, na pół ślepo, nerwowo gmerał kluczami w zamku, by zatrzasnąć drzwi i raz na zawsze odciąć się od tego miejsca. Miejsca gdzie nad witryną, zamiast wielkiego napisu „Sklepik z drobiazgami” można by było, równie dobrze przypiąć czarną, piracką flagę z trupią czachą i skrzyżowanymi piszczelami. Wyszłoby dokładnie na to samo.
Co do późniejszych chwil, to Jack był już ich pewien. Utonął w powoli przerzedzającym się tłumie ludzi pod koniec tego dłuuugiego, sobotniego dnia, pędzących do swych domów, w złoto-czerwonym świetle zachodzącego słońca. Jack pamiętał, że gdzieś po drodze w poprzek chodnika, zadźwięczały upadające klucze. Ktoś go szturchnął i wyleciały, to normalne gdy wyskakuje się przed czyjąś twarzą jak diabeł z pudełka, a w takim tłumie szczególnie trudno jest wymanewrować. Nienormalnym natomiast, przynajmniej w jego mniemaniu, okazał się fakt, że coś szczeknęło w szkatułce. Stawiał stopy na krawężniku, gdy to usłyszał. Bardzo wyraźnie, choć samochody pruły przed nim szosą ze świdrującym rykiem swych dieslowskich silników. A on mimo wszystko to słyszał, głuche szczęknięcie, jakby wewnątrz samego siebie, w swojej głowie, przez swoje pokrwawione ucho, jakimś cudem połączone fonicznym przewodem z tą cholerną szkatułką. Uradował się, bo perspektywa łupania młotkiem w drewnianą kasetkę, jakoś się od niego oddaliła. Odpłynęła i zostawiła samego. 
Nie, nie samego...
Blask, złoty blask. Bursztynowy... Rozświetlił mu oczy jak latarka i wrzucił tępy uśmiech na twarz.
Tak ciepły i ukochany przez niego, wbrew ludzkiej naturze. Wbrew wszystkiemu, wbrew ludzkiemu prawu,
(Na boga, mówisz jakbyś nie był człowiekiem!)
czasem, nawet wbrew samemu sobie.
(Tylko zwierzęta zabijają się w ślepej furii) 
Bo taka prawda Jacky, rozsypałeś się jak domek z kart.
Jack zrobił kolejny krok do przodu. W połowie wyszedł na ulicę. Za nim, na chodniku przewalały się dziesiątki osób stłoczonych, jak sardynki w puszce. Żadna z nich nie dostrzegła, że cały był umazany krwią, zwłaszcza na głowie i plecach, żadna nie zwróciła na niego uwagi, choć mógłby być jednocześnie ofiarą strzelaniny, postrzału w łeb, jak John Kennedy. Mógłby teraz umierać, konać w męczarniach, dławiąc się własną krwią, wymiotować na jezdnię, a i tak nikt nie podszedłby do niego z pytaniem - „chłopcze co ci jest?” Żaden z tych wszystkich ludzi...
Nie, nie... To nie w ich stylu! To takie... Niemodne, w całym tym cholernym, mieszczańskim stylu. Musiałby mieć wygrawerowane na czole - „mój stary ma milion dolców na koncie” 
O tak, wtedy to stratowaliby siebie nawzajem, byle tylko podać mu rękę i podobnego żądaliby od całego świata, gdyby im też zdarzyło się coś takiego, nie to przecież naturalne, że zawsze liczy się na ludzkie wsparcie „jestem dobrym człowiekiem, pomóż mi” tak, tak do cholery... Umiesz liczyć? Licz na siebie...
Mógłby zdechnąć pod ich nogami, a oni wszyscy i tak zrobiliby nad nim krok i przeszli dalej. 
Zdławiła go ta ludzka beztroska, zatkała choć wcześniej bardzo pragnął, by nikt go nie zauważył, a potem nie zeznał na policji - „tak, to ja go widziałem, od razu wyglądał mi na mordercę!” Jack naprawdę nie chciał, by zobaczono go, jako umazane posoką, uśmiechnięte widmo, wypełzające ze sklepu po dokonaniu czegoś strasznego. 
Beznadzieja, dwoistość sytuacji przyszpiliła go nisko i boleśnie. Omal się nie rozpłakał. 
Aż chciał krzyknąć - „Ludzie! Zabiłem człowieka! Jestem mordercą! No zwróćcie na mnie, tą waszą cholerną uwagę!” Nic... Milczał z kwaśnym uśmiechem na twarzy i oczyma schnącymi od łez. 
Potem szkatułka wypadła mu z rąk i pusto trzasnęła o krawężnik. 
Jack Frost ruszył jezdnią sam. W lewej dłoni ściskał Tygrysie Oko gorejące lepką słodyczą blasku. Tuż przed nim, od lewej do prawej, śmignęła z rykiem klaksonu, zielona półciężarówka dodge’a, ale on pozostawał głuchy na odgłosy świata, który tak okrutnie go zignorował. Szedł w poprzek jezdni, a w około niego rozbrzmiewały z piskiem klaksony samochodów. Kakofoniczny balet roztańczył się na dobre, tak samo przed nim, jak i za nim. Mijając go o włos, gdy wyskakiwał przed maskami aut jak diabeł z pudełka. Tępy diabeł, bo chyba dziewięćdziesiąt procent tamtych kierowców zwymyślało go od najgorszych możliwych ludzi w Ameryce (i gdyby skupił się bardziej, mógłby dosłyszeć jaki to z niego „cholerny porąbaniec”, „debil wołowy” czy inny „psychol”; cały wianuszek przekleństw zawisł w około niego i z uporem maniaka, próbował przedrzeć się przez barierę chłodnej ignorancji). Pozostałe dziesięć procent odniosło wrażenie, że tam - przed, obok, a potem za nimi, majaczyła jakaś autystycznie wypalona sylwetka. Ktoś, kto przesadził w tym dniu z narkotykami czy alkoholem i właśnie szafował życiem. I mieliby rację, rację jak cholera. 
Bo ten, kto teraz wlókł się jezdnią jak pokaleczone zwierze, był faktycznie...
Narąbany po uszy, albo nawet i mocniej. Pijany od miłości. Naćpany, prawdziwie szczęśliwy z drżącym uśmiechem na twarzy. Nakręcany, ołowiany żołnierzyk złotego blasku, pchany do przodu jakimś tępym pragnieniem. Pal się dziecino pal! Bo już nic, nigdy z ciebie nie będzie. Nic a nic...
(ty kurewski sukinsynu) 
Jeszcze parę kroków, był już w połowie drogi, jeszcze tylko parę rozmazanych sylwetek samochodów mignie ci przed oczami, a będziesz o włos od domu. O włos, rozumiesz? O cal od policzka...
(ty kurewski...)
Jack uniósł Tygrysie Oko i pozwolił mu, by jego ciepły blask otulił mu twarz.
Obrócił się w prawo, do słońca, do tej złoto-czerwonej kuli ognia niknącej powoli za horyzontem. Z czasem zajdzie zupełnie... Jedyne bijące serce dnia.
(... sukinsynu)
Kolejny, roztrąbiony samochód śmignął tuż obok, a jego kierowca pokazał mu jeden z dwóch, najbardziej wymownych w Ameryce, znaków palcami i bynajmniej nie był to symbol Victorii. 
Jack uniósł Tygrysie Oko na wysokość twarzy, załamane promienie słońca roztańczyły się na jego policzkach. Przypomniał sobie swoje pierwsze, wspólne wakacje. Pojechał z rodzicami na Florydę i spędził na niej przynajmniej czternaście upalnych wieczorów i poranków, popijając owocowe koktajle i biegając po plaży.
Widok powoli szkarłatniejącego słońca, zrodził w nim wspomnienia. Moment, w którym wszyscy we trójkę siedzieli na mokrym molo, patrząc w spokojny ocean i roztańczone na nim słoneczne refleksy. Kiedy drobne fale z szumem rozbijały się o brzeg, a mama siedziała wtulona w ramię ojca. Gdzieś za nimi pod parawanami, przy stolikach, kobiety w chustach piły mrożona herbatę, mężczyźni grali w karty... Mama powiedziała wtedy coś, czego on już nigdy nie zapomni, powiedziała - „To najlepszy okres w mym życiu” i ucałowała tatę. Kochali się, kochali bardzo mocno - takie odniósł wrażenie.
(A niebo było niebieskie)
Boże, ile on by dał, by to wszystko wróciło. Najlepiej zaraz, całe to ciepło rodzinnych chwil. 
Złote chwile Florydy, ostatnie ciepłe dni ich życia. W pół roku później, ojciec upił się na szkolnej imprezie do tego stopnia, że omal co nie skatował na śmierć woźnego, który odmówił mu zrobienia kolejnego drinka. Wyleciał ze szkoły z hukiem i ostatnią pensją, którą przepił zresztą od razu. A potem...
(... drzwi otworzyły się z trzaskiem i wpadł przez nie ojciec...)
w nocy...
(... zachwiał się potężnie, jak rasowy pijak...) 
(... i krzyknął do mamy: „Jestem głodny ty suko!”)
z potłuczoną butelką w ręce, wpadł do mieszkania i skatował matkę 
Jego ojciec stał się potworem, wielkim, ciemnym bogiem-świnią z parą rozedrganych, czerwonych oczek i gorzką, chmielową mgiełką w około twarzy. Tym się stał.
(jacky a ty powinieneś słuchać ojca)
Jack Frost zadarł głowę w górę, a niebo, 
(bo gdy niebo jest niebieskie)
naprawdę było niebieskie, niemal granatowe.
(łatwo wtedy o sztorm)
Zacisnął kamień w dłoni i zamknął oczy.
(a on sunie)
(Kość, krew...)
Wiatr dął w około niego, mieszał się z rykiem samochodowych silników i ich klaksonów.
Jedna wielka, kakofoniczna papka zakleiła mu uszy, by słyszał już tylko ją.
(Kość, krew...)
I coś jeszcze, tą strunę... Piętno tego pijackiego, ochrypłego głosu. 
(tuż za sobą jacky)
Nie, to nie mógł być jego ojciec. Był tego pewien.
(tuż za tobą ty kurewski sukinsynu)
(tuż za tobą z twoim...) 
Bo jego ojciec już nie żyje. Umarł gdy spił się po raz pierwszy. Ugodził kieliszkom prosto w serce i skonał nim jeszcze wytrzeźwiał na dobre.
(... prezentem) 
Jack Frost uśmiechnął się delikatnie, podczas gdy w około niego kilkunastu kierowców próbowało nie rozsmarować go na przedniej szybie, hamowali z piskiem, wymijali i klęli na czym świat stoi.
On stał dalej, beznadziejnie wpatrzony w to równie beznadziejne, niebieskie niebo.
(Zawsze jest niebieskie, gdy ktoś umiera)
(Kość, krew...)
A gdzieś za jego plecami sunął z rykiem sztorm. Sztorm, którego trasa przejazdu ciągnęła się od Barre w stanie Maine, aż po Portland w stanie Oregon. Sztorm z wielkim, czerwonym napisem „Piwo King. Pij po królewsku” na boku.
(Kość, krew...)
Cokolwiek się potem stało, cokolwiek co potem stało się z Jackiem z jego nikłą po środku ulicy sylwetką... Jakaś kobieta krzyknęła gardłowo, bardzo głośno, a do niej przyłączyły się z piskiem inne, paru mężczyzn odwróciło wzrok i aż ich zamurowało. Ktoś stanął w miejscu, potem jeszcze paru i cały tłum na chodniku skupił się na jednej, jedynej osobie. 
Jack mógłby być z siebie dumny, w końcu zwrócono na niego uwagę; ciesz się świnko ciesz się, dziś wrzucamy cię na ruszt.
Parę sekund wcześniej, rozpędzona do sześćdziesięciu mil na godzinę ciężarówka marki Ford, wioząca przez Brams tonowy ładunek, jak na ironię, ulubionego piwa Marka Frosta, zmiotła Jacka z powierzchni ulicy, jak płomyk świeczki na urodzinowym torcie. 
„Puf” i po sprawie...
Coś zgruchotało mu nogi, dziesięciocentymetrowe, chromowane zderzaki wybiły mu kolana, a piszczele trzasnęły jak zapałki. Potem jego poharatana głowa, targnięta w tył, mocno grzmotnęła w metal maski i znów pękła na potylicy jak arbuz potraktowany baseballowym kijem. Coś eksplodowało mu w kręgosłupie, na odcinku lędźwiowym, dokładnie w tym samym momencie, gdy jego czaszka zawierała bliższą znajomość z białym lakierem ciężarówki, a usta bryzgały kanonadą krwi. Wszystkie myśli, posypały mu się w głowie jak domino; ułamek sekundy i już nawet nie wiedział gdzie góra, a gdzie dół. 
Kierowca miał pięćdziesiąt pięć lat i przekrwione oczy, ale zareagował bardzo szybko - jeszcze zanim najechał na Jacka, nim jeszcze buchnął wianuszkiem przekleństw jak zawodowy raper, zanim to wszystko - zadziałał jego mityczny, trenowany od piętnastu lat refleks kierowcy. To on szarpnął mu nogą i wcisnął hamulec do podłogi. Zabrakło tych szczęśliwych paru metrów, by ten rozpędzony pocisk kalibru pięćset zatrzymał się zupełnie. Stratował chłopaka, jak domek z kart i rzucił z impetem po blacie jezdni. 
Choć tu, bardziej pasowałoby słowo „zdmuchnął” bo stratować to mogą konie, a on po prostu zmiótł go z asfaltu, jak jakiś papier, czy puszkę...
A wtedy, ludzie krzyczeli już bardziej ochoczo, zwłaszcza ci, którzy stali najbliżej tego... Miejsca, w którym nogi Jacka, połupane strzeliły w górę, jak potraktowane młotem klawisze fortepianu. Kość, krew... Tyle z nich zostało. 
Parę sekund później tarczowe hamulce zaciśnięte na kołach do tego stopnia, że aż rozgrzane ku czerwoności, w końcu uspokoiły ciężarówkę, a po chwili zatrzymały zupełnie. Siedzący za kółkiem mężczyzna w poplamionej smarem, flanelowej koszuli, poleciał głową do przodu i odbił sobie fioletowy ślad kierownicy na czole. Gdy ogłuszony i nie zdający sobie sprawy z tego, co się przed chwilą stało, podnosił się do góry, zobaczył coś, co ocuciło go lepiej niż kubeł zimnej wody. Po prostu oberwał nim prosto w łeb i wyskoczył z kabiny, kopniakiem otwierając drzwi.
Jack, choć Jacka przypominał już tylko od pasa w górę, leżał na asfalcie jakieś dziesięć metrów dalej. Poskręcany, pokrwawiony, a jego nogi... Kość, krew... Tyle z nich zostało. Gruby pas szkarłatu czerwienił się za nim na przestrzeni paru, cholernie długich metrów. 
Jakaś kobieta w wielkim białym kapeluszu, zezna potem, że „on się uśmiechał, stał na środku drogi, chyba ranny i się uśmiechał.” Ktoś inny, mężczyzna w zamszowym płaszczu i z cygarem w zębach powie, że „on musiał być chyba naćpany, bo nikt o zdrowych zmysłach, nie wyskoczyłby tak sobie, przed ciężarówkę z niczym niezmąconym uśmiechem na twarzy”
A Jack leżał sobie na wznak i patrzył w niebo,
(Nieb... Niebieskie, umiesz myśleć, dzięki bogu)
chyba w niebo, bo co chwile odzyskiwał i tracił przytomność tak, że już niczego nie był pewien. Widział, ale takie to widzenie, jak... - zawiesił się, cholera już drugi raz, jeszcze trzeci i pójdzie z tym do lekarza (wtedy właśnie coś zaskoczyło, jakiś trybik wpadł na swoje miejsce, śrubka się dokręciła, a umysł ruszył starym torem - Jack zamrugał lekko zagubiony)
... jak przerywany przekaz telewizyjny, ziarnisty i pełen zakłóceń. Tak...
Pomyślał, że jak wróci do domu, to nakaże ojcu wymienić mu kamerę w głowie, bo ta całkiem się spieprzyła. Chyba soczewka pękła, albo coś...
W głowie szalało mu pięć milionów myśli i drugie tyle pytań, na które nie znał odpowiedzi. Chciał się odezwać, ale z jego ust wydobył się tylko niewyraźny bulgot; były pełne krwi, którą po chwili wolał zresztą połykać, niż się w niej utopić. 
Poruszyć się, ruchy do cholery! 
Tym razem drgnął, chyba ręką, sam już nie wiedział do końca, podobnie jak tego co się z nim teraz działo. Pamiętał tylko obraz przytulonych rodziców wytapetowany na powiekach i głośny ryk czegoś za plecami. „Sztorm, sunie” - przyszło mu namyśl i wtedy właśnie potrącił go jakiś samochód. To pewne, bo gdy człowiek tępo wychodzi na ulice, nie zważając na okoliczności i myśląc tylko o jednym, to naturalne, że go w końcu coś trafi. Jak Kennedy’ego prosto w łeb, albo gdziekolwiek indziej z wiadomym skutkiem.
Wpierw, po raz wtóry dzisiejszego dnia, coś w nim trzasnęło. Z potwornym hukiem, a 
Głowa, nagle zapiekła z bólu, potem chyba nogi, tak nogi, potwornie zabolały, jakby płonęły.
Słyszał ich krzyk... Jakby suchych szczapek. A cały on, jego ciało poleciało wpierw do tyłu i rozsmarowało się na masce tamtego auta, jak mucha na przedniej szybie, pędzącego samochodu. I potem... Zwolnił. Chyba czas, a jeśli nie on, to na pewno jego percepcja postrzegania świata,
(Dobre sobie) 
gdy oderwał się, odkleił od tamtego pojazdu i przekoziołkował w powietrzu kilka... 
(Tak właśnie musi czuć się nadczłowiek)
Kilkanaście... Kilometrów, tak kilkanaście kilometrów jak szmaciana lalka, nim zarył twarzą w asfalt, doszczętnie zdzierając sobie z niej skórę. Aż do kości... Do kości i krwi...
Ale bólu już nie czuł, nie. Wciąż musiał być otumaniony blaskiem kamienia, bo ból odszedł. Dobranoc, papa, lulu spać... Wyparował. Zostało jedynie uczucie kręćka szalejące mu w głowie. I tyle, dostał kręćka, miał bzika, kuku na muniu, zgubił piątą klepkę, szlag go trafił. Taaak, szlag na pewno. Jasny szlag z boskim autografem...
A potem, nagle... 
Jakaś twarz, wyrosła mu przed oczami i kolejna, tuż nad nim. Do góry nogami. Przeraził się, bo jakieś głupie przeczucie nakazało mu myśleć, że to twarze demonów uśmiechniętych w cynicznym chichocie, przez chwilę wyglądali jak...
Dwaj mężczyźni, a jednak... Ludzie. Tym razem bez rogów na skroniach i piany wokół ust. Mieli zatrwożone miny. Krzyczeli coś do niego, kiwali głowami i krzyczeli machając rękoma, tak był tego pewien, bo czas, percepcja, albo nawet obie naraz, wreszcie przyspieszyły i skończyły artystycznie rozmazywać obraz przed jego oczyma. Tak, to nie podlegało dyskusji... A ci mężczyźni... Chyba go pocieszali, uspokajali (równie dobrze, mogli mu życzyć śmierci - był głuchy jak pień i opierał się tylko na własnych domysłach)
Jak można pocieszyć kogoś, krzycząc mu prosto w twarz? Bez sensu, zwłaszcza, jeśli on i tak, nic z tego nie słyszy? Równie dobrze, mogli ślepemu pokazać pokaz slajdów - pomyślał Jack i byłby zachichotał, gdyby tylko był w stanie.
Przyszło mu na myśl, że tak pewnie, pięć lat temu, musiał się czuć Rocky, gdy wpadł pod tego niebieskiego, dostawczego vana z napisem „cmoknij mnie w wydech” na zderzaku. Pewnie tak. Zupełnie tak... 
Z Jackiem, było nawet podobnie... Tyle, że jakimś cudem nie w mieliło go pod koła i nie rozpadł się w krwawej fontannie kości, krwi i... 
(Flaków?)
(Tak, flaków...)
Nie rozniosło go na sto metrów jak z bicza strzelił... 
Jedynie przeleciał, jak stąd od Alabamy. I tyle...
Ale mimo wszystko czuł się jak potrącony pies. Przez głowę, przebiegła mu myśl, że tak chyba czują się wszyscy potrąceni, przez samochody, ludzie (innych pojazdów nie brał pod uwagę). Przynajmniej ci, którzy nie umierają jeszcze w locie. I on należał do tej grupy, czy mu się to podobało, czy też nie.
I potem... Jakby ktoś kopnął go w skroń, wiedział, że to głupie porównanie, ale nic lepszego na myśl mu nie przychodziło... No wiec ktoś go kopnął w skroń, a on odpłynął. 
I zupełnie był na jakimś chaju, no i odpłynął gdzieś... Tam... Odpłynął gdzie złoty blask koił mu oczy. Tak, złoty choć równie dobrze mógł być fioletowo... Gówniany albo jakikolwiek inny, umysł mu się zawieszał jak u osiemdziesięciolatka z alzheimer’em na karku, więc musiał się sprężać z tym kumaniem.
Dobrze, że przynajmniej rozumu nie mu rozniosło na sto metrów. To chyba najważniejsze. Co najmniej na dwadzieścia z kawałkiem, z małym cholernym haczykiem, ale na tym koniec. Gdyby była setka, to nie byłoby co zbierać. W żadnym wypadku. 
Zamknął oczy, po czym szeroko je otworzył, tak szeroko, że miał chwilowo durne wrażenie, iż powieki zaraz spotkają się za gałką i uścisną sobie rzęsy. Zachichotał gdzieś głęboko wewnątrz swojej jaźni. Tak, był kompletnie narąbany. Teraz obie soczewki z kamery w jego głowie doszczętnie nawaliły. Albo film się urwał...
Niebo nad nim gdzieś wywiało. Widział tylko czerń, cholerną czerń, jakby obudził się w pieprzonej ciemnicy. Zdobył się na nad wyraz trzeźwą myśl i cofnął wprost do momentu otwierania oczu. Otworzył je, na pewno... Czuł, że są otwarte, to tak jak z przeciągami, albo wiatrem... Wiesz, że okna są otwarte bo wieje, wiesz, że wieje choć nie widzisz wiatru, ani nie wiesz o oknach... Na tym to polega, cholernie proste. 
Miał nosa i tyle, to cieszyło. Miał nosa.
Lecz o nosie szybko zapomniał, gdy coś błysnęło mu po oczach, coś złotego. 
Jasne, idziesz ciemnym tunelem do światełka na końcu. A im bliżej niego, czujesz się coraz lepiej i lepiej, aż w końcu rozpływasz się jak wielka kostka masła, na jeszcze większej patelni i masz taki niezmywalny banan na ryju, jakby ci usta skostniały. 
Powoli zaczynał wierzyć tym wszystkim skubańcom, którzy mówili, że przeżyli własną śmierć. I widzieli tunel z białym światełkiem na końcu, więc...
... gówno prawda. To światełko na końcu JEGO tunelu wcale nie było białe. Było cholernie żółte, wręcz chorobliwie i wciąż migotało, jak pieprzona żarówka będąca o krok od przepalenia. Dopiero w miarę zbliżania się, rosło i stawało bardziej złote, owszem jak bursztyn. Ale białe? Nie, w żadnym wypadku... Przynajmniej nie dziś i z nim na pokładzie. 
Cholerne wesołe miasteczko, znów siedział na rollercoasterze i szalał jak wściekły. 
Światło urosło z wielkości półdolarówki do rozmiarów arbuza 
(Taak... Lubię arbuzy) 
(Zwłaszcza te, rozpieprzanie na miazgę baseballowym kijem? Tak?)
i stale rosło. Dopiero później zdał sobie sprawę, że nie rosło w miarę tego jak ON się zbliżał. On stał... Jak kołek, albo nawet leżał i to było nad nim. Wiedział to, bo to tak jak z przeciągami... Miał cholernego nosa. 
A światło? ONO... Pędziło, boże ono naprawdę pędziło, sunęło, rosło mu w oczach. 
A on? Leżał, do cholery leżał i nie mógł nawet drgnąć. A to spadało dalej, jak cholerne kowadło, albo fortepian z czterdziestego piętra, jak w kreskówkach; na łeb na szyję, prosto w jego czerep. Wielki, złoty pocisk. Zjadliwy świst przechodzący w metaliczny ryk. Pal się dziecino pal, ma sześćdziesiątkę na liczku i choćby chciało, to nie stanie. Pal się dziecino pal! PAL!
Spalił się, jak liście jesienią, gdy ojciec grabił je z trawnika przed domem, na małe kupki i polewał benzyną. Spalił się, jak Kennedy gdy oberwał wtedy w łeb. Spalił się... 
Od nóg w górę, jak na stosie.
Krzyczał głośno, darł się w niebogłosy, 
(owinięty płonącymi firankami)
(oczy mu zabulgotały język zwinął się w skwarek)
(hahaha to lepsze niż maraton)
(widmo pękło...)
Jack Frost otworzył oczy. 
Pieprzony rollercoaster: pomyślał i zamrugał powiekami.
Minął moment zanim jego oczy przystosowały się do świata; choć przebywał w tamtej... Ciemności zaledwie chwilę, to czuł jakby ta owa „chwila” rozciągnęła się w czasie do przynajmniej tygodnia. Tak, tydzień w ciemności. Inaczej patrzenie tak by nie piekło; gotów był się o to założyć nie zahaczając nawet o logikę. 
Gdzieś nad nim, zza kurtyny otępiająco-białego światła, łypała na niego jakaś zbitka cienia. Tak i jeszcze dwie kolejne po bokach. Cienie, wyglądające jak muchy rozpaćkane na samochodowej szybie. Tak, to razem daje trzy muchy, brawo chłopcze, zgadza się - masz tu cukierka.
Dalej schylali się nad nim, a było ich trzech... Faktycznie trzech, miał nosa. 
To byli ci dwaj mężczyźni z minami (na twarzach) jakby właśnie wrócili z wojny w Wietnamie i jeszcze ktoś trzeci. Ktoś kto klepał go po policzku i pstrykał mu palcami przed nosem („No wstawaj piesku, aport. A jeśli uwiniesz się w niecałe trzy sekundy to dostaniesz ciasteczko. Hau! Hau!”). Pewnie lekarz, szybko przyjechał, ledwie w tydzień; Jack wybuchnął ironicznym śmiechem, i choć śmiała się tylko jego jaźń, to miał dziwne wrażenie, że gdzieś obok, coś jakby śmiało się razem z nim... 
Śmiech, najlepszym przyjacielem człowieka - więc śmiej się do cholery, jeśli nie chcesz zostać sam; mądry slogan, kiedyś zbierzesz te wszystkie myśli do kupy i wydasz tomik lepszy niż „Mądrości Forrest’a Gump’a”
(jaacky)
Jack zamigotał wzrokiem. 
(spójrz na mnie)
Dobre sobie, chyba faktycznie musiał być już jedną nogą w grobie, skoro jakimś cudem dosłyszał głos kogoś, kto jest przecież martwy, zdechły na amen. Kogoś, kto nie miał prawa być gdzieś blisko... 
(i tu cię mam) 
Głos ten, słyszany nawet we mgle, tak to był na pewno on... Jak owad zaklęty w bursztynie, zapamiętany raz na cholerne zawsze i odgrywany co chwilę, jak z zepsutej płyty. Tak, to musiał być ten cholerny ON... Wygrawerował się na kamieniu jego umysłu, wyrył napis, coś co będzie tkwiło tam, jak słowa („Na zawsze razem”) wycięte w korze drzewa, („Po wieki”) ten głos... Słyszany nawet we mgle szarej, cholernie szarej, gęstej mgle tępoty... On i napis, wypalone w jego jaźni i lśniące groźną, czerwienią rozżarzonej poświaty... 
Jedno słowo, zdanie... Imię. Blair...
Tyle wystarczyło, wystarczyło w zupełności i jeszcze na zapas, by gdzieś głęboko w świadomości Jacka, wściekle zapaliła się lampka z podpisem: „UWAGA niebezpieczeństwo” 
(jaacky) 
(och straszny z ciebie gbur wiesz o tym)
(cholerne smarkate gówniarzerstwo) 
Nie... To był jednak on, tym razem czysto angielski, niemal arystokratyczny i w stylu każdego starego Anglika, który punktualnie o osiemnastej wypija swoją filiżankę herbaty. 
Jack, owszem poznał go, po typowo brytyjskim połykaniu głosek, ale to i tak nie zmieniało faktu, że był to głos Blaira. Słyszany nawet w tym bajorze swej prywatnej tępoty, grzmiał, mruczał... Był w około i w samym środku, jak powietrze, Bóg i czas...
Tak, to mógł być tylko on... Nicość, diabeł i... Koniec. 
(jaacky)
Zawołał po raz trzeci, tak ten stary skurwiel nigdy nie dawał za wygraną, nawet jeśli był już martwy... Cholerne perpetum mobile. 
(czyżby)
Ktoś miał pilota. Kurewski regulator wzroku. Jack widział, jak trzy cienie zlały się w jedno i zawirowały, ktoś zakręcił karuzelą. Jack patrzył właśnie w głąb załączonego miksera, gdzie bez wyjątku wszystko, zawsze zamieniało się w bezkształtną papkę. Faktycznie, ktoś zamieszał... Artysta, malarz zamieszał na płótnie jego psychiki... 
Obraz Tygrysiego Oka wyrżnął mu się w myślach, potem zalany falą czerni, chlusnął mu w oczy postacią Blaira z promieniejącym uśmiechem na ustach, a potem znowu i znowu, mocniej i mocniej bo prawdziwy artysta potrzebuje poświęcenia, raz za razem; chodź Jack, zataaańczymy Taaango... 
(taaango)
I coś jeszcze. Najpierw jedna, pojedyncza kropla, tuż obok chlapnęły kolejne dwie. Czerwone jak krew, krwawa farba, deszcz krwi... Całe ich wiadro chlusnęło mu w pysk i odniósł wrażenie, jakby wpadł wprost do basenu krwi. 
Znowu zobaczył Blaira. Miał rozłupaną czaszkę, od potylicy, aż pod skroń, jak po ciocie siekierą; na starych ustach gościł drżący, niewesoły uśmiech. Majaczył gdzieś przed nim, unosił się i... Chyba tak, machał mu, machał swoją suchą, kościstą łapą i Jack musiał się ze cztery razy zastanowić, czy aby na pewno, to co widzi, jest tam naprawdę. Po chwili jednak, słowo „jest tam” zaczynało tracić na autentyczności i już bardziej pasowałoby stwierdzenie „był tam” bo Blair zniknął, ot tak jakby od początku go tam nie było.
Był duchem, który rozpłynął się w szkarłacie, jak cukierek w ustach (Jack wiedział, że jest na to milion innych określeń, lecz to było akurat najtrafniejsze), zwyczajnie się rozpłynął! Tyle go było widać. I choć dziwnie to wyglądało, zostały po nim tylko oczy. Jak dwie muszle na piasku.
Lekko zmrużone ślepia, pełne tej znajomej, zwierzęcej pychy. Tkwiły na miejscu, z uporem maniaka świdrując go wrzącym spojrzeniem. Wyglądały, jak kamienie, które kiedyś zbierał z plaży na Florydzie, a gdy przyniósł je pokazać ojcu, ten powiedział, że to nie kamienie, lecz muszle i kazał uważać jakie się zbiera, bo w niektórych żyją jadowite stworzenia. Miał rację... I choć oczy Blaira nie były muszlami... Były jadowite, ich spojrzenie nie mniej zabójcze. 
Cały Blair...
(boisz się)
(prawda)
Chciałby przetrzeć oczy. Szast-prast i po sprawie, to tak jak z obrazkami w książce, przewróć kartkę, a znikną. Boże jak bardzo tego potrzebował (przyszło mu nawet na myśl, że jego ojciec czuje się podobnie gdy ma kaca, ale to odegnał). 
A to korciło dalej, korciło i to cholernie, podobnie jak ze swędzeniem, gdy za żadne skarby świata, nie można dosięgnąć ręką by się podrapać, wtedy ludzie wyczyniają różne dziwne rzeczy, na przykład ocierają się o ściany, czy tarzają na podłodze (raz wyczytał w gazecie, że gdzieś w Wisconsin, jakiś farmer dostał ataku swędzenia, bo żona kupiła proszek do prania, na który akurat był uczulony i kiedy wszystkie inne środki zawiodły, zabrał z piwnicy swoją dubeltówkę i tak nią wymanewrował, że dosięgnął wreszcie pleców... Ale nie to było najlepsze i nie spowodowało, że przez następne pięć godzin Jack śmiał się do rozpuku, najlepszy był fakt, że ta dubeltówka była nabita i w końcu wypaliła rozrywając faceta na wylot; czasem chirchrał się z tego przy obiedzie, wyobrażając sobie tego gościa odstawiającego ze swoją dubeltówką coś na kształt murzyńskich harców, skaczącego po pokoju z miną na twarzy z gatunku „ambitnie: niech to szlag”, aż w końcu paf; był to bodajże dziewięćdziesiąty ósmy rok i ten facet zgarnął nawet nagrodę Darwina, przyznaną w Ameryce za najgłupszą śmierć.). 
(hahaha) 
(śmieszne na serio dobre)
(to może opowiem coś jeszcze lepszego normalnie boki zrywać)
(szalony dzieciak narąbany po uszy niewiadomo czym) 
(rozjechany przez ciężarówkę wiozącą ładunek ulubionego piwa jego ojca-alkoholika)
(to jest dopiero zabawne normalnie boki zrywać)
(hahaha jaki ojciec taki syn)
(co ty na to że alkohol wykończył was obu)
Minęło jeszcze jakieś parenaście sekund (choć równie dobrze mogło to być pięć minut, albo i nawet dwie godziny), nim w końcu, gdzieś w oddali zamajaczyły cienie, które stracił wtedy z oczu, a które byłoby już najwyższy czas poznać. 
Teraz było już znacznie lepiej, ktoś podkręcił ostrość i kolory; z odmętów kompletnej tępoty powoli wyłonił się jasny obraz, najpierw jedna twarz, potem następna i w końcu trzecia, 
(„Którą bramkę pan wybiera?”)
ta majaczyła najdłużej, jakby, 
(„Trzecią tak... ?”)
potrzebowała czasu by ulepić się z cienia. Kawałek po kawałku...
(„Brawo! Wygrał pan WSTRZĄS!”)
I aż go zatkało; wielki, masywny korek ciężkiego szoku.
(Boże... Nie, nie Boże, nie, nie, nie, tylko nie to...)
Czytał o ludziach twierdzących, że mają podsłuchy CIA w złotych plombach, czytał o człowieku któremu zaszyto skalpel w czaszce i o bandyckiej szajce emerytów, napadającej na konwoje z pieniędzmi i banki... 
Ale jeszcze, jak długo żył na tym zafajdanym świecie (nawet jeśli piętnaście lat to stanowczo za mało by poznać go i zrozumieć w całości), to jeszcze nigdy nie spotkał się z przykładem kogoś, kto był martwy, kto wyglądał w stu procentach na takiego, bo tak go urządzono, że hej! A on, tak sobie po prostu... 
Kennedy oberwał w łeb i już więcej nie wstał... Nie podniósł się z siedzenia z uśmiechem na ustach i nie wyszczerzył zębów do zamachowca, nie pomachał mu „na dzień dobry i do widzenia od razu” oj nie... Bo czaszka rozpieprzyła mu się wprost na jego na żonę! Bo białe kawałki mózgu i krew chlapnęły jej na twarz i żakiet... Tak, dokładnie TAK było! 
Więc do jasnej cholery, jakim cudem Blair, który powinien leżeć teraz martwy na podłodze swego sklepu ze sztyletem w oku... Nachylał się teraz nad nim, z tym swoim kurewskim uśmieszkiem na ustach i cwanym, kocim spojrzeniem?! BEZ CIENIA KRWI!? Bez śladu tego, że coś sterczało mu z oczodołu, a czaszka była pęknięta, jak szklany klosz? 
(kopę lat jacky)
(wyglądasz jakbyś zobaczył ducha)
Dreszcz... Mógłby go rozpoznać z zawiązanymi oczami, jego zapach, obecność... 
Już zawsze, gdy jego nerwy rozedrgają się jak druty telegraficzne, to będzie znak, że ON jest gdzieś w pobliżu... Bo koszmarów się nie zapomina, a takich koszmarów zwłaszcza. Bo one wycinają dłutem strachu swoje piętno w jaźni, pojawiają się zawsze gdy tylko zamknie się oczy, stoją za plecami, gdy tylko spojrzy się w lustro. Takie są... A ich matką: paranoja. 
Coś w nim wezbrało, jakaś beznadziejna słabość. Pierwszy raz ją poczuł tak silną, jakby pił samą jej, czarną jak noc, esencję, żadne tam rozrzedzone smutkiem, czy otępieniem roztwory; co to takiego proszę pana? Mały, to najmocniejszy trunek po tej stronie oceanu, raz łykniesz i już się nie podniesiesz... Smacznego chłopcze. Dziękuję panu.
Chciał krzyknąć na cały głos: „Zabiłem cię! Widziałem jak zdychasz!” wywrócił jednak tylko oczyma bo głos, podobnie jak czucie i reszta zmysłów, uwiązł gdzieś głęboko niego, jego miejsce zajął paraliż, ostatni, wielki gwóźdź do jego trumny.
(pewnie zastanawiasz się jak to się stało prawda)
(nie możesz tego pojąć)
Odezwał się znowu, a tym razem Jack nie wziął go za kolejny majak, choć trzymał język za zębami; pamiętaj Jacky, nigdy nie rozmawiaj ze zmarłymi. Dobrze mamo!
(mój drogi jacky tak się składa że...)
Minuta, dwie... A uśmiech wrednie wisiał nad nim, jak katowski topór.
Cisza, po prostu tępa cisza; Blair milczał, jakby połknął własny język.
(nie jestem do końca tym za kogo mnie uważasz)
Blair pochylił się nieco ku niemu i uśmiechnął jeszcze szerzej. Jack odniósł wrażenie, że jeszcze chwila i kąciki jego ust spotkają mu się zaraz z tyłu starczej głowy.
Najchętniej coś by teraz odpowiedział, najlepiej odpysknął ale... Nie, to już nie na jego nerwy, lada chwila szlag go trafi, więc po cholerę ma się wdawać w jakieś telepatyczne bzdury? Logiczne, ma nosa i wie, że to już nic mu nie pomoże, a mama, gdyby tylko to przewidziała, zakazałaby mu rozmawiać w ten sposób z nieznajomymi, nie wspominając już o starych, martwych szarlatanach.
(nie jestem do końca tym za kogo mnie uważasz)
No jasne ty sukinsynu, bo jesteś po prostu zafajdanym kosmitą, prawda? Przyleciałeś na ziemię po to, by ją podbić, prawda? No jasne, to takie proste, prawda? A teraz pozwól mi proszę, wezwać gwardię narodową. 
Albo nie... Jesteś reinkarnacją jakiegoś starego demona, El Chupacabra czy jak mu tam, albo nawet samym szatanem! Mam rację!? No jasne, bo nawet jeśli dostałem kręćka, mam bzika, kuku na muniu, zgubiłem piątą klepkę, albo szlag mnie trafił... Taak, szlag na pewno, jasny szlag z boskim autografem, to i tak wiem, że człowiekiem nie jesteś! Mam rację, prawda? 
Ty nim po prostu nie możesz być! A czujne oko Jacka wyłapie wszystko... 
Blair błysnął ochoczo ślepiami.
(tak naprawdę, to nie nazywam się blair)
Jack zrobił dokładnie to samo - zalśnił, i gdyby był tylko w stanie uśmiechnąć się lisio - zrobiłby to, jakby właśnie rozpracował samego diabła.
(blair to moje drugie imię którego rzadko zresztą używam)
(nie wiem co mnie podkusiło by ci je podać no ale tak jakoś wyszło)
(więc nie miej mi tego za złe chłopcze choć nie byłem z tobą szczery)
Oj, Jack coś tu nie gra; był tego pewien. 
Ten starzec ma jeszcze w rękawie niejednego asa, albo nawet całą ich talię: myśli przebiegały mu przez głowę jak prąd elektryczny i równie spontanicznie kopały wyobraźnię.
(co się natomiast tyczy tygrysiego oka)
Jack uśmiechnął się w myślach i przesyłał ten uśmiech Blairowi, jak psychiczną pocztówkę. Poczuł ciepło na sercu, przyjemne mrowienie, które zdołało przedrzeć się na scenę, przez kurtynę paraliżu i stanąć dumnie po środku. Tak, to było to znajome ciepło, a zresztą jakże by inaczej? Ciepło o barwie złota. Tylko jego pragnął... Więc przyszło, bo ono wiedziało... 
(to wszystko co ci o nim powiedziałem było prawdą)
(wszystko co do joty)
Blair znowu przybliżył się do Jacka, którego wnętrze, powoli zaczynało trząść się ze strachu. Coś ci umknęło Jack, nie doceniłeś ich obu - ani kamienia, ani Blaira. 
(to zabawne że w pewnym momencie straciłeś wiarę w łowcę dusz)
(pokusiłeś się nawet o określenie mnie takim mianem)
(to słodkie z twojej strony ale widzisz on istnieje naprawdę)
(Łowca Dusz)
(łowca dusz)
(zaklęty w kamieniu...)
(Jak owad w bursztynie)
Blair wyłowił to z kaskady myśli i wyszczerzył nad nim zęby. To co zamiast nich zobaczył Jack - szereg lśniących, zwierzęcych kłów, mogło być równie dobrze spowodowane jakimś słonecznym odbiciem, cholerną fatamorganą, a Jack bardzo chciał, żeby tak właśnie było...
(cieszę się że w końcu to pojąłeś) 
(cieszę się również że dopiero tak późno)
... I choć jego słynny nos, nos Jacka Frosta, podpowiadał mu, że to co właśnie skrzy się nad jego twarzą, co ciągnie się Blairowi od wargi do wargi faktycznie tam jest... To on wciąż widział w tym jakiś cholerny błąd. System wizyjny się spieprzył, trzeba wymienić soczewki, nie, to się nie dzieje naprawdę, bo ty nie żyjesz! Jasne...
(myślałeś że jesteś największym skurwielem prawda) 
(tak myślałeś)
(myślałeś że załatwienie mnie coś ci da prawda)
(tak myślałeś) 
(myślałeś że kamień należy do ciebie prawda)
(Tak myślałem)
Blair puścił mu oko, ale jego głos pozostał niewzruszony. Stoicki spokój to znak rozpoznawczy każdego brytyjskiego skurczybyka.
(to źle myślałeś)
(bo tak się składa że jestem z nim od początku z nim i łowcą dusz)
(działamy na zasadzie symbiozy wiedziałeś o tym)
(no jasne że nie ale mimo wszystko starałeś mi się go odebrać)
(jakby od początku należał do ciebie)
(inni też tak myśleli)
(i inni też tak skończyli choć ty ku memu zdziwieniu namieszałeś najbardziej)
(o mało się mnie nie pozbyłeś chylę przed tym czoła) 
(zapomniałem ci tylko powiedzieć że kamień wspaniale potrafi o siebie zadbać)
Roześmiał się, a w raz z nim, chichotało się całe wnętrze Jacka, cała jego jaźń i wszystkie myśli; wstęgi wątków splotły się w jednym wzorze haftując szyderczy uśmiech na płótnie jego wyobraźni - dziś Blair pociąga za sznurki, strzeż się Jacky. 
(przy odrobinie szczęścia sam dostarczy sobie dusze niejako pod nos)
(pamiętasz jak ci opowiadałem że przynosi pecha)
(widzisz miałem rację) 
Potem Blair zapytał się go, czy wie na czym polega symbioza. Nie, nie wiedział...
Myśli przeciekały mu przez palce jak woda, próbował je łapać, chwytać niezdarnie w locie nim roztrzaskiwały się na dnie jaźni - wszystko na nic.
Blair przerwał mu z kretesem.
(symbioza polega na tym że obie istoty żyją ze sobą w takim zazębieniu)
(że żadna z nich nie jest w stanie wytrwać bez drugiej) 
(na tym to polega chłopcze ale co ty tam wiesz)
(ja opiekowałem się kamieniem i dostarczałem mu nowe dusze)
(on za to dawał mi ich esencję - życie)
Wzrok Blaira zamigotał lekko jak płomyk świecy na wietrze. 
Jack pomyślał, że z przyjemnością by mu go zdmuchnął, nawet jeśli oznaczałoby to walkę z wiatrakami, albo całą armię piekieł. Zmrużył jednak oczy i zarzucił wzrokiem w bok.
(teraz już wiesz dlaczego tak trudno jest mnie ukatrupić)
(co niestety nie tyczy się ciebie mój drogi)
Twarze, wiele twarzy, widział je po raz pierwszy, niektóre z nich minął na chodniku zanim wyszedł na ulicę, tak, niewyraźnie pamiętał kobietę w białym żakiecie, faceta z cygarem w zębach, tak, ich pamiętał... Ale wszystko inne rozmazywało się w jego pamięci jakby ktoś oblał mu wspomnienia cholernym rozpuszczalnikiem. Jakieś trzydzieści osób gapiło się na niego z zaciekawieniem, niektórzy wytykali palcami, jak zwierzę w cyrku („Co to takiego mamo? To lisek kochanie, jeszcze młody i głupi, dlatego wyszedł na ulicę i wpadł pod samochód, lepiej chodźmy po oglądać tygrysy. Dobrze mamo”); spokojnie ludzie, nie pchać się, dziś każdy dostanie swój krwawy ochłap, do kolejki, dziś każdy dostanie i zaniesie go do domu.
Powrócił wzrokiem do Blaira.
(mam dla ciebie dobra i złą wiadomość)
(która pierwsza)
Znając mentalność Blaira to pewnie obie są złe, z czego jedna gorsza od drugiej.
Uniósł pytająco brwi w geście zdziwienia. Czego ty się boisz, gorzej być już nie może, pal licho Blaira i te jego gierki... 
Dobrze więc, najpierw zła; może tak nim wstrząśnie, że umrze na atak serca i urwą się te kurewskie chwile z Blairem wiszącym przed nosem. Oj tak, byłoby miło.
(umierasz jacky)
Też mu nowość, wie o tym przynajmniej od paru godzin. 
No, tak... Jesteś trupem Jacky. Dźgnęło go to mocno w serce, nawet mocniej niż się tego spodziewał, ale to wciąż było za mało. Niedosyt - tyle czuł.
Fakt, że wcale nie sprawiał wrażenia, że jest tym przesadnie zdruzgotany, że obyło się bez ryku rozpaczy, chwilowo zogniskował na sobie jego myśli. Zawsze myślał, że nie poradzi sobie z taką wiadomością, że nie wytrzyma nerwowo. A teraz gdy stał z tym twarzą w twarz... Boże jakie to popieprzone! 
Ludzie z czasem są w stanie zrozumieć, że los postawił na nich krzyżyk.
Jeśli dowiedzą się o tym dostatecznie wcześnie, mogą się z tym pogodzić. Mają czas się wyryczeć, wykląć, nawymyślać Bogu za te jego cholerne wyroki... 
Gdy dowiedział się, że jego babcia umiera na raka, że zostało jej jakieś pół roku życia, cierpiał okrutnie. Płakał, ryczał... Bo wszystko to, na raz spadło mu na łeb i przygniotło do ziemi. Minął miesiąc zanim zaczął się z tego podnosić... Ale ten czas dał mu w końcu do zrozumienia, że rozpacz nic nie da, że trzeba się z tym wszystkim pogodzić, albo od razu palnąć sobie w łeb, bo wiecznie zrozpaczony człowiek, to człowiek który nie da sobie rady w normalnym życiu. A gdy to wszystko pojął, to ból po stracie babci („Panie świeć nad jej duszą”), w cztery miesiące później, nie był tak wstrząsający, jak gdyby umarła natychmiast. Zupełnie jakby zażył końską dawkę paracetamolu dla psychiki i nerwów. 
(gdybyś widział teraz siebie od pasa w dół wiedziałbyś o czym mówię)
(wyglądasz jakbyś wdepnął na minę przeciwpiechotną)
Ślicznie... I to bez wyjazdu do Wietnamu. 
(albo oberwał z dubeltówki jak ten farmer z oregonu)
(korci cię pytanie czemu nie odczuwasz bólu prawda)
No jasne, ta sprawa urosła nagle do rangi Mount Everestu - „Czemu nic nie czujesz Jacky?” - niech to szlag, to normalne, że gdy ktoś ma prawdopodobnie przetrącony kark to nie czuje nic, prócz zapachu śmierci. I tyle, koniec pieśni, żadna filozofia ty stary...
(jacky problem w tym że ty wcale nie masz przetrąconego karku)
Choć to wydawało się niewykonalne, niemożliwe, to Blair po raz wtóry uśmiechnął się jeszcze szerzej; dalej ty kurewski sukinsynu, jeszcze parę centymetrów a sam się rozłupiesz!
(tygrysie oko działa na ciebie jak morfina)
(a ty choć jesteś nim narąbany po uszy zgadnij co się stanie gdy wyjmę ci kamień z dłoni)
Przebiegły skurwiel, bardzo przebiegły; Jack nawet nie mrugnął, choć gdzieś w nim buzował potężny huragan nienawiści; rozłupałby Blairowi łeb jeszcze i stukrotnie, jeśli poprawiłby tym sobie humor.
(nie będziesz długo cierpiał zapewniam)
(wraz z kamieniem zabiorę twoją duszę i zamknę ją w dłoni)
(bo taka jest właśnie polityka łowcy dusz)
(on przychodzi i zabiera)
(za ciebie da mi jakieś dwa lata życia bo jesteś młody i straszny z ciebie sukinsyn)
(dwa lata do dużo jacky na prawdę dużo)
(zwłaszcza jeśli weźmiesz pod uwagę fakt że standardowo dostaję zaledwie kilka miesięcy)
(za sztukę jacky za jedną cholerną sztukę)
(bo czarne dusze są najcenniejsze jacky)
(a twoja jest ciemna jak smoła jak ropa naftowa)
(a one zawsze były w cenie)
„Jedna zwykła dusza - dwa miesiące, dusza sadysty - cztery... Mordercy dają czasami i pół roku, że o psychopatach nie wspomnę: wybieraj, dziś promocja! Do każdej duszy dodajemy breloczek w kształcie Blaira, zabawka w sam raz dla niemowlaka, powieś mu nad łóżeczkiem (uwaga na małe części - pęcznieją w ustach i nosie)” Bosko...
(za około trzy minuty będzie tu pełno policji i pogotowia)
(popatrzę sobie z boku jak próbują miotełką pozbierać do kupy resztki twoich nóg)
(tak miotełka jest najlepsza a ubaw po pachy) 
Na zdrowie i niech cię szlag, a teraz spierdalaj i daj mi umrzeć w spokoju, znasz skrót R.I.P? „Spoczywaj w pokoju” więc zejdź mi z oczu, dobrze? 
Tracił zmysły, to pewne i doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale jedyne co mógł w tym wypadku zrobić, to przestać myśleć - kurtyną ciszy odciąć się od świata, zamknąć w ciemnej kopule umysłu. A na to nie mógł sobie pozwolić; chcesz umrzeć, droga wolna, tylko nie zdychaj jakbyś miał pieprzony autyzm - jego pierwsza dewiza umierania, właśnie nabrała kształtów. Druga dotyczyła samej śmierci i brzmiała: „Sam wiesz kiedy powinieneś umrzeć” a mówiąc prościej - palnij sobie w łeb gdy nadejdzie TEN dzień (wpadł na nią, jak pod przysłowiowy pociąg - ot tak, nagle. Wracał do domu, a była późna jesień zeszłego roku, więc przyszło mu po kostki brodzić w, na wpół zamarzniętej, papce liści i błota. Szedł pustym parkiem, a ona po prostu podeszła do jego jaźni i bum. Podobno najlepsi pisarze też dostają takich olśnień, i one są jak pocisk snajpera - raz wbiją się w głowę i już nie chcą z niej wyjść. Potem, gdy wrócił wreszcie do domu, wszystko zanotował sobie w pamiętniku; będzie miał życiowe dewizy na przyszłość. Lepsze niż te od Gump’a, a kiedyś ktoś je zobaczy, przeczyta i wyda fortunę na przedruk. Bomba). 
Trzecia pozostawała gdzieś daleko, wciąż jeszcze w sferze przypuszczeń, krążyła dookoła myśli. Ale była tam... I on czuł ją, czuł dobrze, gdy skradała się gdzieś z dna jego jaźni. A gdyby tylko miał więcej czasu, nie musiał certolić się z Blairem i leżeć teraz na jezdni z gracją szmacianej lalki. Tak to nie podlegałoby dyskusji... Coś by wymyślił. Wrócił do domu, usiadł przed telewizorem...
Blair... Blair, do jasnej cholery!?
Zniknął mu z oczu, tak był tego pewien. Prostu wyparował, jakby nigdy go tu nie było. Jasne, doskonale! Wynoś się stąd ty kurewski sukinsynu, to prywatny teren, prawie jak grób i jeśli też chcesz zdychać, to znajdź sobie inne miejsce Sayonara! Tu umiera tylko Jack! 
Wystrzelił wysoko w górę jedną, kryształową strzałę myśli. 
Tam, gdzieś wysoko malowała się szara mgła; zawisła nad nim jak ciężka, burzowa chmura i zapraszała, by wtulić się w jej ramiona, zażyć wspaniałej przejażdżki („Nie dziękuję mam chorobę lokomocyjną”). 
Pytanie czy jego babcia też widziała podobną, gdy w szpitalu reanimowano ją po raz ostatni. Nie, nie Jacky, twoja babcia widziała błękitną mgiełkę, albo standardowe światełko w tunelu, tak, je na pewno... Bo twoja babcia była dobrym człowiekiem, nikomu nie rozpierniczyła łba i szanowała ojca. Miała jasną duszę, a nie tak jak ty - czarną jak smoła. Koniec pieśni słonko, ta mgła prowadzi wprost na dno cholernego Hadesu, więc zapnij pasy i postaraj się nie zwymiotować. 
Blair... Znowu Blair, tym razem wyskoczył mu przed twarzą, jak diabeł z pudełka. 
I ryknął takim śmiechem, że aż zadzwoniło Jackowi w jaźni; to piętno Jack, jego piętno... On już nigdy się od ciebie nie odwali.
(a jacky byłbym zapomniał)
(miałem dla ciebie dwie wiadomości)
(złą już poznałeś a ja nie rzucam słów na wiatr)
No jasne, że nie rzucasz... Jak coś powiesz to koniec-kropka, a reszta niech się buja. Genialne! Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo jesteś wkurwiający: myśli szalały mu w głowie, podczas gdy Blair chytrze błyskał oczyma. 
(chłopcze twoja śmierć)
Nie ma problemu, znał ją na pamięć. A zwłaszcza ten jej cholerny uśmiech.
(ona przyniesie ze sobą coś co bardzo odmieni twoich rodziców)
(wkroczy tam z buciorami)
(i...)
(są teraz dwie drogi a którą z nich wybiorą zależy już tylko od nich)
Zaiste interesujące; dalej dzieci, zaraz pan Blair rozłoży swoje przenośne ognisko, nachyli się nad nim by płomienie mogły tańczyć mu przed twarzą, i opowie wam kolejną z tych swoich koszmarnych historii.
(twój ojciec dozna psychicznego wstrząsu i w efekcie czego rzuci picie)
(a to wszystko zupełnie na trzeźwo)
(słodkie)
Dobre sobie, Jack przez parę lat myślał, że tylko poderżnięte gardło mu to uniemożliwi, aż tu nagle pojawił się pan Blair, 
(bo rodzice mają głupią przypadłość do obwiniania się wszystkimi czynami ich dzieci)
(no i twój ojciec obwini się również bo to standard)
(zostawi alkohol by ratować małżeństwo z twoją matką i razem wyjadą na florydę)
rozłożył swe ognisko i jak prawdziwy skaut, zabrał się za cholerne bajki...
(no ale jest jeszcze druga strona medalu jacky)
(bo po dostaniu wiadomości o twojej śmierci obwini o wszystko megan)
(słodkie co nie)
(przejdzie z wersji pijany skurwiel)
(do poziomu mściwego skacowanego pijaczyny)
Boże... Nie, nie Boże, nie, nie, nie, tylko nie to... Wszystko, tylko nie to... Jeśli mamie ma stać się coś złego, tylko z powodu jego śmierci... Boże... Nie, nie Boże, nie, nie, nie, tylko nie to...
Blair popatrzył z dziwnym zrozumieniem. Faktycznie, było ono takie inne. Bądź co bądź wyglądało jakby nie gościło tam od bardzo dawna. Patrzyło zza pękniętego okna, miejsca pełnego pajęczyn i stert kurzu, patrzyło przez pryzmat jedynego ludzkiego pierwiastka, jaki miał jeszcze w sobie Blair. A co i tak wydawało się dla niego absolutnym maksimum.
(i w końcu)
(dokładnie za sześćdziesiąt trzy dni) 
Blair wygiął usta w drżącą podkuwkę. 
A widok blasku z jakim lśniły jego oczy zrodził w głowie Jacka obrazy,
(Kość, krew...) 
ojca siedzącego przy stole w kuchni, łykającego kawę ze swej ulubionej, żółtej filiżanki Nescafe. Boga-ojca w szlafroku i kapciach, rankiem patrzącego sennym wzrokiem na mamę. Tłuste, czarne włosy opadające mu grzywką na oczy, dwudniowy zarost na twarzy. Taki był właśnie widok uśpionego smoka. Kolejny łyk kawy i spojrzenie na skromną, nocną koszulę ziewającej Megan. 
(tatuś z czystym zamiarem ukręcenia komuś łba przy samej dupie)
Kula którą toczył od ponad dwóch miesięcy wreszcie wleciała do dołka, a jego oczy rozpalające się tępym, nieprzytomnym blaskiem były pierwszą oznaką tego, że padło Bingo. Padło cicho, lecz POTĘŻNIE. Prawie niesłyszalnie, szeptem, ale POTĘŻNIE, jak pocisk snajpera, tym razem wycelowany nie w głowę lecz jaźń. Jaźń jego ojca... 
Kolejna struna pękła... 
Wpierw spokojnie powie coś o farbie odłażącej z drzwi frontowych, mama odwróci się z kobiecym wdziękiem i obieca, że zamówi malarza na piątek. 
A potem filiżanka wściekle roztrzaskująca o podłogę zadziała na nią z gracją dwustu wolt. 
(rzuci nią o ścianę i o stół jacky twoja mama będzie tego dnia fruwać jak zawodowy pilot)
Jack ujrzał boga-potwora, jak za dawnych lat. Ojca chwytającego mamę za szczękę i ciosem w brzuch powalającego ją na ziemię. Usłyszał kobiecy krzyk wyrywający się jak strzała w powietrze. 
(rozetnie jej brew skręci nadgarstek rozwali wargę podbije oko)
Potem obrazy malujące mu w głowie postać kopanej matki, widział krew. Wiele krwi, w której ktoś przebierał rękoma ciągnąc jej smugami po całej kuchni. Jęk. Stop-klatka.
(jacky jak myślisz które z nich padnie pierwsze) 
(Boże... Nie, nie Boże, nie, nie, nie, tylko nie to...)
(ależ owszem że to)
Start-klatka. Wazon z kwiatami. Roztrzaskujący się o ramię Marka, potem talerz, aż wreszcie ojciec z rykiem rzucający się do zakrwawionej twarzy Megan. Pchnięcie, szafka, podłoga, ściana, stół, szafka. Ryk, płacz i ręce ojca, powoli zaciskające się na szyi mamy. Płacz, prośby, rzężenie. 
(Boże... NIE, NIE Boże, NIE, NIE, NIE, tylko NIE to...)
(!!! !!! !!!)
Żywy obraz wilka dopadającego owcy. Żywy obraz matki nędznie mielącej rękoma powietrze i czegoś co ją zabija, choć już dawno samo powinno było zdechnąć... 
Pchnięcie, szafka, podłoga, ściana, stół, szafka... Najtańsza stołowa zastawa z hukiem roztrzaskująca się o ziemię. Niewesoły uśmiech. Krew. Cios grzbietem męskiej dłoni roznoszący pasy szkarłatu po ścianie. Kobiecy jęk, kobiecy płacz, kobiecy krzyk, aż w końcu kobieca dłoń niepewnie zaciskająca się na rękojeści kuchennego noża. Widok ojca zwalającego się na Megan, a potem rzucającego nią w bok tak, że przejechała ze dwa metry po zakrwawionej posadzce. Mama uderzająca barkiem i odłamki szkła powbijane w jej nogi. Krzyk, a potem obraz sapiącego Marka, powoli kroczącego boso wśród potłuczonych talerzy.
Stop-klatka. Cisza...
Start-klatka. Ryk i coś POTĘŻNIE wibrującego w oddali. Szał. SZAŁ.
Stop-klatka i matczyne oczy, dziko patrzące z pośród jej pozlepianych krwią włosów. 
Ojciec półtora metra dalej, z krzywym uśmiechem na twarzy i tępym mordem w oczach. Kuleje od pociętych szkłem stóp. 
Start-klatka.
SZAŁ. 
Stop-klatka.
SZAŁ. 
Start-klatka.
I SZAŁ NIEPODZIELNIE ZAWŁADNĄŁ WSZYSTKIM. 
Stop-klatka.
„Ściąć mu głowę, ściąć mu głowę!” 
Start-klatka. Jęk matki podnoszącej się z podłogi, jak jęk owcy rzucającej się na wilka.
Twarz ma ściągniętą, lecz zaciekłą. 
Więc Jack zobaczył... Swoją matkę koślawo podnoszącą się z podłogi; odbiła krwawe ślady rąk na ścianie i wyrwała z krzykiem do przodu. Świst, tak... Cichy szept chłodnej stali. POTĘŻNY szept. A potem z krtani ojca trysnęła fontanna krwi, która przez chwilę wyglądała jak wielki szkarłatny kwiat. Bulgot... Obrzydliwy bulgot przepleciony z jękiem, wyhaftował się wprost w jego jaźni. Stop-klatka i potem jakby urywek starego, czarno-białego filmu, w którym KTOŚ, zamachiwał się CZYMŚ nad głową powalonego KOGOŚ. 
Megan, drewniany młotek i Mark.
(niespodzianka mały)
Szok. A zdawało mu się, że był w nim od początku... Od kiedy zobaczył Blaira, po raz drugi. Od kiedy znajomy dreszcz znów wstrząsnął jego ciałem. Ale się mylił. ON przyszedł teraz. W całej swojej sile, cholerny bóg-grom. Wbijając się w jaźń i z krzykiem szału rozrywając ją na strzępy.
Łzy bezszelestnie pociekły Jackowi po zakrwawionych policzkach. 
Zawsze zarzekał się, że nie będzie płakał... Starał się jak mógł przez ostatnie pięć lat, aż tu nagle jednego dnia...
I to trzy razy... 
Ale wspomnienie tamtych obrazów... Boże, czuł się, jakby tam rzeczywiście był! Widział to, wyłapywał zapach krwi i potu! Słyszał krzyk matki i bełkotliwe słowa ojca, na Boga! Nie mógł, nie płakać! Nie dał rady, bo gdzieś wewnątrz siebie, stale odnosił wrażenie, że w takim momencie po prosty trzeba zapłakać, że nie wypada być jak kamień. Płacz dziecino płacz; jedynie łzy mu pozostały. 
(widzisz jacky taki los może spotkać twych rodziców)
(słodkie)
(bo są tylko dwie drogi wyjścia a wiele zależy od postępowania twego ojca)
(o ile nie najwięcej)
(no ale nie przejmuj się proces twojej matki będzie trwał krótko)
Jack z trudem przełknął ślinę i krew. Wiele krwi. 
(sąd orzeknie że zabiła w afekcie i uniewinni ją)
(już ci lepiej prawda)
O tak, znacznie lepiej. Pięciotonowy kamień spadł mu z serca i roztrzaskał się z hukiem, gdzieś w oddali. 
(tak czy siak twoja mama wyjedzie w końcu na florydę)
(sama)
(w dwa lata i trzydzieści parę dni po rozpieprzeniu na miazgę łba marka) 
(tam ponownie wyjdzie za mąż i doczeka się trójki chłopców)
(a jednemu z nich nada imię jack) 
(tam też spotkam się z nią za około dwadzieścia kilka lat)
(gdy już wrócę z europy i australii)
Blair roześmiał się. 
(na razie nie chcę ci psuć niespodzianki więc nie powiem będzie dalej)
(niemniej na pewno się tego dowiesz bo zabieram cię ze sobą)
(zaklętą w kamieniu jak owad w bursztynie) 
Jack posłał mu cyniczny uśmiech myśli. 
(muszę już iść chłopcze)
(miło się gawędziło) 
(naprawdę) 
Uśmiech. Całkiem szczery zresztą. 
Gdyby Jack mógł tylko poruszyć głową, jeden jedyny ruch... Zarzucić nią, albo choć przekręcić w bok... Zobaczyłby kościstą dłoń Blaira, pełznącą wzdłuż jego ręki. A gdyby miał czucie, dostałby dreszczy. Wiedziałby z jak obleśną satysfakcją Blair wplata teraz swe palce, pomiędzy jego, jak otwiera mu skostniałą w skurczu dłoń i stuka paznokciem w kamień. Odniósł też wrażenie, a raczej pewność, że gdyby nie był tak cholernie sparaliżowany, to wgryzłby się Blairowi w krtań z dziwną gracją rasowego wampira. 
(no jasne jacky pij krew będziesz wielki) 
(!!! !!! !!!)
Nie zrobił jednak nic, wręcz przeciwnie: zaczął odpływać. Oczy Blaira tymczasem, rozpaliły się złotym blaskiem, jak dwie pochodnie; zaciskał palce na kamieniu, nie mogło być inaczej. 
(nie panikuj jacky czeka cię tylko wspaniała przejażdżka)
(rollercoaster dla twojej duszy)
Wyszczerzył zęby, gdy Jack leniwie tracił przytomność i począł odpływać nurtem szarych mroków omdlenia. Na tyle szybko, by trudno mu było się w tym wszystkim połapać, i jednocześnie na tyle powoli, by dać szansę delektowania się każdą, traconą bezpowrotnie chwilą; wszyscy na pokładzie kapitanie! Odpływamy. 
(Sunie...)
Obraz rozlał mu się przed oczyma, twarz Blaira i inne rozpłynęły się w ciemniejącej szarości. 
Został tylko on i niebieskie niebo nad nim. 
Powieki. Poczuł jak przybierają na wadze. Cięższe, coraz cięższe... Pięć, dziesięć, piętnaście kilo, potem tona, a może nawet dwie. Wbiły go w ciemność, gdy głucho opadły z impetem. A potem już nic więcej. NIC. Ciemność, gęsta i tłusta, jak ropa naftowa: przebiegło mu przez rozpadające się myśli. Pękał („Siedem lat nieszczęścia”). Rozbijane lustro. 
Widmo potargało się na strzępy, jak liście na wietrze. Zlało z cieniem i znowu wynurzyło. Potem upadło. Głęboko, jak nurek w oceanie bez dna. 
Ciemność... Bursztynowa ciemność. 
Tuż obok, pod i nad nim, dookoła jak w oku cyklonu. 
Lśniący złotem ocean burz. 
Topiło się w nim, zlewało i jednoczyło. Wpadało w błyszczącą próżnię. Szukało. Znajdowało.
Tańczyło. Śpiewało. Śmiało się. Lśniło.



***



Blair wyprostował się. Mignął w słońcu szerokim uśmiechem i przeczesał włosy.
Jack leżał u jego stóp. Nie ruszał się... Nie oddychał i ani drgnął. Nie krzyczał też w myślach, nie płakał. Miał błogą minę na twarzy i wyglądał jakby spał, a jego rozczochrane włosy płonęły czerwienią krwi. Był taki... Cichy... 
Gdy umysł śpi, budzą się potwory... Jack spał. Zamknął oczy i utonął w oceanie blasku. Ale nie śnił o koszmarach, o czerwonych ślepiach patrzących na niego z ciemności. Nie...
Śnił o mamie, tacie i sobie. Śnił o Florydzie i tym jak szczęśliwa była kiedyś jego rodzina. 
Ostatnie, ciepłe dni.
Jakaś kobieta parę metrów dalej zaczęła płakać, parę innych też, wspólnie tworząc coś w stylu nad grobowego, płaczącego chórku. 
Nie znały Jacka... Ale cierpiały z jego powodu; bo był taki młody, a w jednej chwili stracił wszystko. 
Blair wpatrywał się w niego jeszcze przez dłuższą chwilę, zbywając uśmiech z twarzy i blask z oczu. Wbrew samemu sobie, dał uwieść się jakiejś dziwnej zadumie i melancholii.
Nigdy nie rozczulał się nad swoją pracą, choć podobnych sytuacji były tysiące. Wiele, bardzo wiele i nigdy za mało. 
Teraz jednak, coś nim drgnęło. Głęboko. Ukłucie czegoś, co dawno uśpił, a teraz obudziło się po latach, targnięte impulsem i zapłonęło, jak płomyk zapałki po środku ciemnej, zimnej piwnicy. 
Nigdy nie lubił oglądać starych fotografii i filmów, tak samo jak doznawać uczuć, które dawno posłał do piachu własnej psychiki, które zakopał w niej tak głęboko, na ile tylko mógł sięgnąć, i opatrzył tabliczką R.I.P
A jednak, to coś zwane kiedyś współczuciem, rozbłysło gdzieś w oddali smutnym blaskiem. 
Stąd ta gorzka melancholia. Stąd to denerwujące wrażenie, że coś ważnego właśnie się skończyło. Urwało, w połowie jak dobry film... 
Tak, bez wątpienia Jack był jedyny. Inny niż wszyscy. Skomplikowany na płaszczyznach, o jakich niektórzy nie mieli nawet pojęcia. Mający w sobie, ten dziwny pierwiastek czyniący go tak niezwykłym. Lśnił spośród innych. Spośród stert tych szarych... Zwłok... 
Pałętających się latami po świecie i wciąż przekonanych, że żyją pełnią życia. Że ich istnienie ma jakąś zawrotną wartość... Gówno prawda.
Pierwszy raz od lat naszło go tak dziwne wrażenie. Coś zupełnie nowego, coś czego nigdy nie odczuwał... Pojawiło się, a wraz z nim gorzkość zakłopotania. 
Chyba zbyt pochopnie potraktował tego dzieciaka. Za szybko zastawił na niego sidła, dał się porwać rutynie... I zmarnował go. Zmarnował Jacka. Gdyż tacy jak on migają tylko, spośród setek tysięcy innych ludzi, a potem znikają. Toną w odmętach szarości i płyną jej nurtem. Są jak rzadki gatunek motyli, który pojawia się tylko na chwilę i znika potem wśród chmary innych. Niech to szlag, pomylił się co do niego okrutnie... 
Blair odetchnął czymś z pogranicza ulgi i żalu. Zmarszczył brwi w zadumie.
A gdy stał tak w słońcu, wpatrzony w leżącego mu u stóp Jacka, w jego poszarpane, oblepione krwią ciało... Wiedział, że coś się skończyło. Koniec sztuki. Jack się skończył, urwał... Choć nie powinien. Wstydź się Blair, zmarnowałeś taki talent. Mieliście wspólny pierwiastek i świat mógł być wasz... Teraz on leży martwy, a ty stoisz nad nim... I gówno potrafisz z siebie wydobyć. Czy tak zachowują się zwycięscy?
Nie powinien, nie powinien... Źle z nim postąpił, niewłaściwie. Daj głupiemu nóż, a się nim zadźga. Daj mu złoto, a je roztrwoni. Daj mu Jacka... A go wykończy. 
Nie powinien być tak zaślepiony, pod żadnym pozorem nie powinien! Ale kamień był szybszy... Upatrzył, wezwał i dorwał. Bo gdy łowca postawi nad kimś krzyżyk, to pal licho wszystko inne - już go ma. Jego i duszę też. Zamyka ją w sobie i uśmiecha się blaskiem.
Blair odwrócił wzrok, a gdzieś w oddali policyjne syreny śpiewały.
Posterunek był prawie w samym centrum Brams, to naturalne, że zjawią się tu prędzej niż ekipa z karetek.

„Koniec słonko, koniec
Na tym to polega 
Ty umierasz wcześniej
Potem twój kolega...”

Musiał się jeszcze ze trzy razy zastanowić, czy aby na pewno dokładnie to słyszał. Równie dobrze, mógł to być chichot, płacz, ryk... Albo nawet wszystko na raz! 
Umysł płatał mu figle, to pewne, ale pytanie brzmiało: czy sam?
Uśmiechnął się i poklepał po kieszeni. Zrobił krok w tył, a kurz zachrzęścił pod jego stopami. Teraz syreny było słychać znacznie wyraźniej, pulsowały sygnałem, pędząc osiemdziesiątką przez środek miasta. Dalej panowie, mocniej, szybciej, szybciej! Przy takich prędkościach trudno jest manewrować, a nuż ktoś wyskoczy wam przed maską. 
Parę dusz więcej nigdy nie zaszkodzi co nie? 
Włożył rękę do kieszeni, wyjął ją po chwili zaciśniętą w pięść. Uśmiechnął się jeszcze szerzej i pożegnał wzrokiem Jacka. Ciekawy chłopak, ale niektóre rzeczy były ważniejsze, zwłaszcza te które dają calutką wieczność do dyspozycji. 
Blair odwrócił się. I zostawił go za sobą... Mizerne, zupełnie samotne ciało po środku ryczącej gardzieli świata. Teraz już całkiem same... Bez duszy lśniącej złotem z radości. 
Chciałby zostać nieco dłużej, bardzo by chciał. Ale... Nie...
Stał tylko i słuchał. Potem odszedł wbrew samemu sobie i zniknął w tłumie. 
Parę kroków dalej, uniósł pięść na wysokość twarzy i złota poświata powlekła mu oczy. Jego usta roztańczyły się w rytm paru wypowiedzianych szeptem słów, i gdyby ktoś celowo nadstawił uszu, wyłapałby zdanie:
- Najadłeś się mały? - wypowiedziane w kierunku czegoś trzymanego w dłoni. Ten sam ktoś, mógłby też odnieść wrażenie, że minął go właśnie kolejny ćpun, albo jakiś psychol... Pełno ich teraz na tym świecie, namnożyli się strasznie, o a jeden wpadł nawet pod samochód! 
Ci ludzie byli głusi - poderżnij sobie gardło, inaczej nawet cię nie zauważą. 
Teraz Jacky jest pupilkiem publiczności: najsławniejsze zwłoki w mieście, nic tylko pogratulować. Bo trup, to prawie jak cyrk! Trzeba zabrać dzieci, pokazać im go jak lwa, czy tygrysa. Wytknąć palcem. Kupić watę cukrową i popcorn... Zrobić zdjęcia... Zabawa taka, że boki zrywać! 
Szlag go trafiał na samą myśl o tym, że oni nawet nie zwracają uwagi, jak bardzo niewiele dzieli ich takiego samego losu. Życie to krucha skorupka, wystarczy, że pęknie i wszystko bierze w łeb. Prawdę mówiąc, oni wszyscy byli już jedną nogą w grobie; jeszcze troszkę, jeszcze kawałeczek, a i na was dołek się znajdzie. 
Myślał o tym wchodząc na krawężnik, a kamień zalśnił ochoczo. Cieszył się, jak pies na widok swego pana. Nie miał ogona, więc merdał blaskiem („Hau! Hau! Dobry piesek”). Wydało się to Blairowi słodkie, więc odpowiedział uśmiechem i wtulił kamień w dłoń. 
Parę metrów dalej, stała biała ciężarówka Forda z ładunkiem piwa na pace i krwawym rozbryzgiem na masce. 
Nie Jacky, myliłeś się... To jest właśnie najlepszy autograf, na jaki było by cię stać w tym wieku; Blair wyszczerzył żeby i spojrzał na klęczącego przy zderzaku kierowcę. Twarz ukrywał w dłoniach i wyglądał, jak w zaawansowanym delirium. Jeszcze trochę w takim stanie i będzie nadawał się w sam raz na lokatora domu bez klamek. I to bynajmniej, nie z powodu wgniecionego zderzaka. 
Wiedział co zrobił i chyba myślał o tym tak samo, jak tamte płaczące (teraz już ryczące) nad Jackiem kobiety. Też miał syna, potem dowie się, że zaledwie o rok starszego. A przecież to mógł być on - myśli miał rozpaczliwe i Blair nieźle się bawił wyławiając je z pośród innych. 
Pierwsi policjanci przesłuchają go za niecałe dziesięć minut. Zabiorą na komendę, a następnego dnia dostarczą telefon od szefa. „Jesteś zwolniony” - i wio, koniku, przez prerię, potem alkohol, pijaństwo i katowanie żony. Biedny kutasina: pomyślał Blair i obdarzył mężczyznę chytrym spojrzeniem. 
Jutro będzie po wszystkim... Dopiero jutro. 
Uśmiech...
Miał ze dwa metry do drzwi, gdy po raz ostatni odwrócił się w kierunku Jacka. 
Był zimny, pokrwawiony... Martwy. Ale lśnił. A lśnienie to, było widać doskonale, nawet zza tłumu. 
W trzy sekundy potem trzasnęły sklepowe drzwi. Zadźwięczały klucze. Potem odezwał się zamek. Blair odgradzał się od syfu świata zewnętrznego, gdy niedaleko Jacka z piskiem hamowały pierwsze radiowozy. 




***



Blair stał niezdecydowany pośrodku sklepu, a czerwono-niebieskie światła syren tapetowały się na ścianach dookoła niego. 
Jack nie żył już od trzech godzin, była dziesiąta wieczorem.
Zmęczony...
Na zewnątrz panowało niezłe zamieszanie; policjanci rozgonili tłum, rozciągnęli taśmy ostrzegawcze i wykłócali się z dziennikarzami o przyczyny tego, że nie dopuścili ich na miejsce wypadku. Ktoś krzyknął: „Zamknij się!” ktoś mu odpowiedział, że „Zaraz was każę aresztować!”
Burdel jakich mało. 
Ściemniło się, niebo przeszło z jasnego w mocny granat i nakryło płaszczem gwiazd. 
Blair czuł, że tej nocy, nikt w okolicy nawet nie zmruży oka. Zbyt duży hałas, zbyt durzy szum... Za dużo światła. 
Był zdenerwowany, jednak nie z powodu tego co działo się na dworze. To dało się jeszcze przełknąć: przyjadą-pojadą. Nic wielkiego. 
Zapomniał jednak zabrać szkatułkę, wraz z którą uciekł Jack. Przypomniał sobie o tym dopiero parenaście minut temu, gdy przepchanie się przez tamten tłum graniczyło już z cudem. Pewnie walała się teraz gdzieś pomiędzy czyimiś nogami i właśnie dlatego szlag go trafiał. Gdy już ją znajdzie, jutro, czy kiedykolwiek indziej, pewnie nie będzie się nadawała do użytku. Już lepiej by zrobił, gdyby załatwi sobie nową. Ale szkoda mu jej było. Miał ją od początku. Pamiątka z Afryki. 
Blair staruszku! Pamiętaj, że zawsze mogło być gorzej... Zamiast kamienia, mógłbyś przecież mieć teraz samą szkatułkę. A tego byś nie zniósł. 
Fakt, krew by go zalała. Jego i po chwili każdego w pobliżu.
Spojrzał ukradkiem na ladę i gdyby nie te okulary na nosie, to pewnie dojrzałby tylko ją. 
Tygrysie Oko stało tam już od dwóch godzin. Było matowe i zdawało się, że 
ciemniejsze nawet niż sam blat: mała grudka najczarniejszego z cieni. 
Spało. A raczej czuwało. Robiło tak od początku i nic nie zapowiadało, by miało to ulec zmianie. 
Blair zapalił jakiegoś starego papierosa, którego znalazł za ladą; ostatnie cygaro wypalił wtedy przy Jacku. I koniec. Nie lubił papierosów, wydawały mu się takie... Prymitywne, w sam dla plebsu. Czuł się koneserem, przez te wszystkie lata, zwiedził tyle miejsc, ze chyba spróbował już wszystkiego, wyrobił sobie zdanie. I teraz z niego korzystał. Cygaro owszem, najlepiej somalijskie, a do tego z filiżanką kawy, albo herbaty... Od razu poprawiało mu humor. Och, tak wiele by dał, w zamian za jedno, małe cholerne cygaro. 
Tak... Ale dopiero jutro. Dziś nie opłacało się już błądzić po ulicy w tym cholernym tłumie i choć sklep był naprzeciwko, to pewnie przedarcie się do niego, zajęłoby mu z godzinę drogi. 
Musiał się więc zadowolić tym mizernym papierosem (oderwał nawet filtr, by poczuć się choć w połowie tak dobrze, jak z cygarem w zębach). 
Schował zapalniczkę do kieszeni. Wyjął notes. Ten sam do którego dorwał się wcześniej Jack, i którym podobnie, jak złotym piórem Parkera, rzucił gdzieś za siebie.
Cholerne gówniarzerstwo: przyszło mu myśl, gdy wertował kartki. Zaciągnął się dymem i buchnął nim przez nos. Otworzył na szukanej stronie; choć było ciemno, to światła na ulicy działały jak samo słońce. Widział więc wszystko. 
BRAMS
Jack Frost
Z drugiej kieszeni wyjął czarne pióro i otworzył nakrętkę w palcach. 
Zrobił krzyżyk przy jego nazwisku i popatrzył ironicznie. 
Gdzieś przed nim Tygrysie Oko uśmiechnęło się blaskiem. Blair odpowiedział mu tym samym i wrócił do notesu. 
Przewrócił stronę na ostatnią i zmarszczył brwi. Gdyby Jack stał tu teraz obok niego, pewnie zrobiłby dokładnie to samo, tyle, że raczej z powodu zupełnie innych pobudek; gdy swego sprawdzał tu kartki - Brams widniało na końcu, wypisane na wewnętrznej stronie okładki. Teraz w wiadomym jedynie notesowi sposobie, kolejna kartka po prostu sobie wyrosła...
I koniec. Dla Blaira oczywiście, nie stanowiło to żadnego problemu. Pstryk i niemożliwe czyni od ręki, a cuda w trzy dni... Więc dlaczego powinien go dziwić rozrastający się notes, zwłaszcza, że pióro, którym pisał, nie miało uzupełnianego atramentu od czasów pierwszej wojny światowej (kiedy to musiał je rozłożyć i wyczyścić, po zadźganiu nim pewnego francuskiego oficera). Mało się nad tym nie zastanawiał, choć czasu miał dużo. Chyba wszystkie z tych przedmiotów, od pióra, poprzez notes, na jego okularach kończąc, miały w sobie jakiś nieskończony pierwiastek. A czy przejęły go od niego, czy z Tygrysiego Oka to już ich sprawa, która w ogóle go zresztą nie interesowała. Ubolewał tylko nad tym, że nie miał jakiegoś magicznego pudełeczka, zawsze pełnego cygar. Ale, no cóż... Nie można mieć wszystkiego; rozumiał to doskonale, dlatego więc nie dawał się porywać jasnemu szlagowi od czasu do czasu i w sytuacjach takich jak ta...
Blair podniósł leniwie wzrok i spojrzał na Tygrysie Oko lśniące światłem policyjnych syren. Zamigotało, a on uśmiechnął się, gdy po chwili rozpaliło znajomym blaskiem. 
Wiedziało o czym myślał, bo przez te wszystkie lata jakie im wspólnie upłynęły od antycznych już niemal, czasów w Afryce, aż po dziś, poznali się doskonale, na wylot i wszystkie inne strony.
Był opiekunem kamienia - zrozumienie było wymagane.
Blair poprawił okulary na nosie, potem zachrobotał stalówką pióra o papier kartki i zaczął coś kreślić. Słowa. Powoli, starannie... Litera po literze... C, A, potem S i T, L... 
Przerwał na chwilę i znów popatrzył na kamień, lśniący teraz ambitnym, uśmiechniętym blaskiem. Wrócił do pisania. Jeszcze cztery litery i zamknął pióro; powędrowało do kieszeni w imię zamiennego handlu na zapalniczkę. Bo papieros i ten jego cholerny, stary tytoń z uporem maniaka nie chcący się zażyć, był kompletnie drażniący. Więc wspomógł go płomieniem i obiecał sobie, że jeśli zgaśnie jeszcze raz do wypluje go w jasną cholerę. 
Zaciągnął się. Zapalniczka powędrowała do kieszeni, a on buchnął dymem przez nos.
Odezwał się po chwili, chytrze wpatrzony w Tygrysie Oko:
- No i co ty na to?
Kamień nie przestawał lśnić. Tak, zdecydowanie merdał ochoczo blaskiem.
- Mi też się podoba. Słyszałem, że to piękne miasteczko w Maine. - Uśmiechnął się ciepło - 
Przyda nam się trochę podróży... Przyda nam się też mała odskocznia, gdy tutaj już nie będzie co zbierać. - Roześmiał się na krótko, a wolną dłonią przeczesał włosy.
Spojrzał na dopiero co zapisany tekst. Dwa słowa, jedno zdanie i czarne litery spozierające na niego z nad bieli kartki. Uśmiechnął się szeroko, patrząc na nazwę miejsca, w którego strony niebawem zawita. A w raz z nim uśmiechnięte piekło.
Dwa słowa, jedno zdanie i dziesięć czarnych, finezyjnych liter. 
CASTLE ROCK

 
Raziel [raziel16@autograf.pl]

|strona 37|