spis treści | poprzednia strona | następna strona
36 Zło z długimi zębami

PROLOG 

Mag wsparł się na kosturze i pokonał ostatni odcinek dzielący go od szczytu wzgórza. Był starcem. Siwe, rzadkie włosy niemal dotykały wątłych i zgarbionych ramion. Był chudy i kościsty, jak gdyby od dawna cierpiał trudy podróży i tułaczki. Tak zresztą pewnie było, wskazywały na to poszarpane szaty i stary, kilkudniowy co najmniej zarost w kolorze włosów.
Westchnął ciężko. Daleko, co najmniej sześć godzin szybkiego marszu z tego miejsca, z mgły wyłaniały się poszarpane, stare mury, blanki, baszty, wieże i wieżyczki. Serce starca zabiło szybciej. Czyżby wreszcie, po tak długim czasie, znalazł cel swojej podróży? Szybkim krokiem ruszył w stronę zamku.

***

Stalowe odrzwia były ogromne. I ciężkie. Zamknięte na głucho broniły wejścia do twierdzy, do celu podróży naszego maga. Stał chwilę przed nimi, zastanawiając się nad odpowiednim zaklęciem. Wreszcie wyciągnął przed siebie poskręcany, brązowy kostur i dotknął jego końcem miejsca zetknięcia obu skrzydeł drzwi. Wyszeptał zaklęcie, zrazu cicho, stopniowo coraz głośniej, a powietrze wokół gęstniało, stawało się lepkie i ciężkie. Koniec laski zaczął jarzyć się na niebiesko, blask ten stawał się z każdą chwilą jaśniejszy. Wreszcie huknęło potężnie, skrzydła drzwi rozdzieliły się i wpadły do środka, powoli i ze złowróżbnym zgrzytem, który echem odezwał się w opuszczonych od wieków salach i korytarzach.
Mag uśmiechnął się. Twierdza Stoneheris. Cała jego.

1
<i>Drogi Aleurze,
Dni, które spędziłem wraz z tobą w Tus Erę wydają się dziś tak odległe. Pięć blisko miesięcy minęło, od czasu gdy pan nasz i władca, Eredur, wyruszył z naszego pięknego miasta na czele olbrzymiej, i prawdopodobnie ostatniej armii, jaką zdołaliśmy wystawić. Pięć tysięcy pieszego luda, trzy tysiące ciężkozbrojnych i ledwie trzydziestu sześciu magów, w tym ja, miało się wkrótce spotkać z dwakroć silniejszą armią demonów. Jak ci wiadomo, nie było wśród nas Cyrpiana Ossidorsena, najpotężniejszego z żyjących obecnie magów, który jakiś czas temu zaginął bez wieści - a szkoda, bo bardzo przydałaby się jego pomoc. Dwa miesiące podróżowaliśmy na wschód, wcielając po drodze w swoje szeregi jeszcze z tysiąc żołnierzy. A do bitwy doszło nad brzegiem morza Tunga. Zamierała odwaga w sercach naszych na widok zastępów piekielnych bestii. Jedne były wielkie, poskręcane i zaiste cudaczne. Inne potrafiły nawet latać, jeszcze inne ryć w glebie, by wyłonić się spod niej nagle i wciągać ludzi pod ziemię. Przyjęliśmy bitwę i - o dziwo -szala zwycięstwa zaczęła przechylać się na naszą stronę, gdy do bitwy wkroczył sam dowódca tejże armii, potężny Ebug o imieniu Jahert'fall. Wielkie zaiste siał spustoszenie wśród armii naszej, dopóki nie stawił mu czoła mój czarnoksięski mistrz, znany tobie Melden. Choć nikłe się wydały szanse małego człowieka stojącego naprzeciw olbrzymiego, i budzącego respekt samym tylko wyglądem demona, to za chwilę powietrze wypełniło się grzmotami, powstałymi od czarów. Mimo iż tarcze ochronne Meldena wytrzymały długo, a magiczne błyskawice i płomienie wielce nadwerężyły już cielesną powłokę demona, to jednak w końcu prysły. W chwili gdy potężna, upazurzona łapa spadła na niechronione już ciało Meldena, z rąk jego uniosła się ognista kula, godząc w demona. Umarli jednocześnie, Melden zmiażdżony i rozszarpany, a Jahert'fall poparzony.
I wtedy dwie armie znów rzuciły się na siebie, nasza ze zdwojoną siłą i pieśnią na ustach, a demonia z przestrachem. Długo jeszcze walczyliśmy, i ponieśliśmy wiele ofiar, ale w końcu nadeszła Wiktoria. Święto trwało przez kilka dni, ludzie cieszyli się i tańczyli od rana do nocy. Stopniały wszystkie troski, i choć każdy niemal stracił kogoś mu bliskiego, to radość z wygranej przyćmiła wszystko. Ale nie trwała długo.
Trzeba ci wiedzieć, że tylko dwóch magów przetrwało Bitwę pod Tunga, jak zaczęto już ją nazywać - ja i potężny Jeremiasz, mistrz przywołań.
Wkrótce przyszła jednak wieść, która wszystkich wbiła w smutek i przygnębienie, która z impetem wdarła się w przepełnione radością ludzkie serca i radość tę zniszczyła. Padło królestwo Riil, a armia demonów sunie na północ, niszcząc na swej drodze lasy i zabijając wszystko, co żywe.
Nasz pan podjął błyskawiczną decyzję - pchnął gońców do Krotwy, zarządził natychmiastowy wymarsz. Już następnego dnia maszerowaliśmy na południe, w stronę Zamku Ter'na. Wszyscy, oprócz Jeremiasza - jego Eredur wysłał z poselstwem do smoków - choć tak naprawdę to mało kto wierzy w ich istnienie i większości ludzi uważa tę misję za bezcelową.
Podróż przebiegała bez zakłóceń i w czternaście dni później byliśmy na miejscu. Przyjęto nas z należytą gościnnością, ludzie ucieszyli się na nasz widok. Zastaliśmy tam niemal wyłącznie kobiety i dzieci, wszyscy inni wyruszyli stąd dawno temu, by pomóc Rill.
Nikt nie wrócił.
Teraz, siedząc w komnacie na szczycie wieży i pisząc ten list, zastanawiam się, jak to się wszystko skończy. Roztacza się stąd piękny widok na kotlinę, ale daleko na południu widać już pierwsze oznaki zbliżającej się armii demonów. W niebo biją dymy, a w nocy dostrzegamy nikłą, odległą poświatę. Łuny pożarów.

Z pozdrowieniami i nadzieją 
szybkiego spotkania 
(a także ze świadomością płonności tej nadziej) 

Reveth

PS Jeśli zechcesz, odpisz i daj wiadomość temu, kto przyniósł ci mój list. Będzie wiedział, gdzie go zanieść.

PPS Uważaj na swoją rodzinę... Mogą być zaniepokojeni tak... nietypowym posłańcem.</i>

Aleur podniósł oczy znad listu i uśmiechnął się. Stwór, który przyniósł mu wiadomość rzeczywiście był nietypowy. Miał mocno zbudowane, pokryte łuskami i zielonkawe ciało. Chodził na mocnych, tylnych łapach, przednie natomiast były o wiele krótsze, zakończone trzema wyposażonymi w pazury palcami. Masywny, prostokątny pysk znajdował się pół metra nad ziemią. Oczywiście, gdy stworzenie opierało się o nią łapami, miało bowiem również skrzydła, błoniaste i całkiem spore, sprawiające wrażenie niezwykle delikatnych - ale i wydajnych.
- Jesteś głodny? - zapytał z uśmiechem. Stwór tylko przechylił na bok głowę i pokazał rzędy ostrych, białych i zakrzywionych do tyłu zębów.
Aleur pokręcił z niedowierzaniem głową. Pamiętał tego stwora sprzed kilkunastu miesięcy, kiedy zaczął pojawiać się u boku Revetha, który nazywał go chowańcem. Chowaniec jest towarzyszem i sługą maga, tłumaczył mu przyjaciel, zmienia się wraz z nim pod względem duchowym; pomaga, otwiera zamknięte na ścieżce do potęgi drzwi, sam staje się coraz doskonalszy, rośnie jego moc. Chowaniec zmienia się także zewnętrznie, jego materialna forma ulega udoskonaleniu, z czasem staje się naprawdę potężny.Zlewają się z magiem w jedno, ich moce są ze sobą powiązane... A kiedy jedno zginie, drugie jest jak wilk z obciętą nogą; staje się tylko cieniem swej dawnej postaci, swej dawnej mocy i swych dawnych umiejętności. Dlatego niewielu magów chce mieć chowańce... Ale ja się zdecydowałem.
W słowach Revetha było chyba sporo prawdy - od tamtego czasu jego pupilowi urosły ostre zęby, zaczął chodzić na tylnych nogach i w jakiś sposób porozumiewać się z Revethem. A w czasie podróży doszły do tego skrzydła.
Aleur wstał, kulejąc, chwycił laskę i pokuśtykał w stronę stołu z resztkami śniadania. To właśnie była przyczyna, dla której musiał pozostać w pustynnej stolicy - wrodzona wada, kalectwo niemal, które nie pozwalało mu normalnie chodzić, nie mówiąc już o bieganiu.
Zabrał ze stołu kilka kawałków mięsa i podał je chowańcowi. Ten zjadł ze smakiem, popatrzył nań wyczekująco, Aleur dał więc mu więcej. A potem zabrał się do pisania listu.
Jeszcze tego samego dnia chowaniec Revetha wyleciał z położonej w centrum wielkiej pustyni Loca stolicy państwa Rukdu i skierował się na zachód. Z początku leciał nad żyznymi polami i zielonymi, sztucznie stworzonymi oazami, które wkrótce ustąpiły miejsca nieprzebranej masie gorącego piasku. Leciał długo, aż wreszcie natrafił na morze Tunga. Stąd odbił na południe, mijając granice państwa Krotwa, przeleciał niezauważony nad głowami licznego wojska, które Krotwa wystawiła, słysząc wieści posłańców Eredura, pana Tus Erę. Wojsko zmierzało tam, gdzie chowaniec - do położonej w głębi dżungli twierdzy Ter'na.
Wkrótce pojawiły się położone na południe od pustyni tropikalne lasy, nad którymi stwór leciał całkiem długo. A potem na horyzoncie pojawiła się Ter'na, miejsce pobytu armii Tus Erę i Revetha. Na myśl o swym panie chowaniec jeszcze przyspieszył; wkrótce znalazł się nad okalającym twierdzę polem o promieniu kilometra, przeleciał nad jedyną bramą, jaka pozwalała wejść za grube mury. A potem przez okno śmignął do wieży, w której czekać miał na niego Reveth.

2
Reveth otworzył oczy i powoli rozejrzał się dookoła. Nie było baldachimu wielkiego łoża, do którego wczoraj położył się spać, a okalająca go puchowa kołdra była jakoś dziwnie mało miękka. Najpierw się zdziwił, a potem tylko z cicha zaklął. Bo przypomniało mu się gdzie jest, że wczoraj wcale nie położył się do łoża z baldachimem, ale usnął w namiocie, na twardym posłaniu i przykryty cienkim kocem. A gdy poczuł wilgoć i usłyszał brzęczenie moskitów, rzeczywistość uderzyła w niego z siłą tarana, uderzającego we wrota zamku. I paralernie do niego w pył rozbiła resztki snu, które kryły się w jego wnętrzu.
Usiadł na posłaniu, przeciągnął się i po raz setny w ciągu ostatnich dwóch dni zapytał sam siebie: "Dlaczego dałem wrobić się w ten podjazd?"
Trzeba ci bowiem wiedzieć, drogi czytelniku, iż nasz bohater miał, wraz z kilkudziesięcioosobową grupą, wyprawić się w dżunglę, zagłębić nieco na południe i poszukać śladów nadciągających demonów. W twierdzy bowiem spodziewano się ujrzeć je lada dzień, a dowódcy i sam Eredutr, pan Tus Erę, woleli mieć raport dotyczący liczby i rodzaju czoła nadciągającej armii. Reveth poszedł na prośbę samych uczestników podjazdu, którzy, zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa ciążącego nad ich misją, woleli mieć w składzie maga. Pewniej - i lepiej - się czuli.
Ja natomiast lepiej bym się czuł, będąc teraz w twierdzy i schodząc na śniadanie w towarzystwie Eredura - myślał nasz bohater, ubierając się, a potem wychodząc ze swego namiotu na okoloną drzewami polankę. Demonów ani widu, ani słychu, wszędzie spokojnie jak makiem zasiał .Nawet mój talizman, którego użyłem wczoraj do sprawdzenia okolicy pod kątem istot nadprzyrodzonych,niczego nie wykrył.
Westchnął ciężko i zanurzył ręce w balii pełnej wody, a następnie chlupnął sobie na twarz, by się orzeźwić. Ledwie się wyprostował, podszedł do niego Orren, podstarzały wojownik o siwych włosach. Ukłonił się lekko, wyraźnie z szacunkiem, jak gdyby brakiem etykiety bał się urazić czarodzieja. Reveth machnął tylko ręką, a potem przywitał się:
- Witaj Orrenie. Z czym do mnie przychodzisz?
Wojownik pociągnął nosem i odpowiedział nieco śmielej, choć, widać to było, słowami wcześniej ułożonymi:
- Otóż przyszedłem powiadomić, iż musi nastąpić zmiana planów.Początkowym konceptem, który zrodził się jeszcze w głowie Pana Eredura, było, iżby przez pięć dni iść prosto na południe. Ta skarpa jednak skutecznie staje na drodze naszym planom - urwał dla zaczerpnięcia oddechu, wskazując jednocześnie za plecy Revetha.
Nasz bohater odwrócił się. I westchnął. Rozciągający się stąd widok zapierał dech w piersiach.
Obóz był bowiem rozbity na skraju stromej, opadającej dobre sto pięćdziesiąt metrów w dół przepaści. U jej stóp rozciągało się duże, podłużne jezioro, do którego z jednej strony wpadała, z drugiej zaś wypływała rzeka. Ponadto na samym środku jeziora rozbijał się olbrzymi wodospad, którego wody opadały z drugiej, większej jeszcze i położonej naprzeciw oczu Revetha skarpy, rozbryzgując się malowniczo.
Tak więc obóz położony jest nad kanionem, pomyślał Reveth, i zdziwił się, iż wczorajszego wieczoru nic nie zauważył. Od razu doszedł jednak do wniosku, iż była to wina snującej się wszędzie mgły i później pory, a co za tym idzie - szarówki.
-...simy tedy obejść to miejsce, skoro świt wysłałem zwiadowców w obie strony, żeby sprawdzili, gdzie najdogodniej będzie się przeprawić, niedługo powinni wrócić.
Reveth chciał powiedzieć, iż nie będzie to konieczne, że zna znacznie szybszy sposób, oparty na magii Tworzenia. Nie zdążył.
Spomiędzy drzew na przeciwległym brzegu polany rozległ się krzyk, a w sekundę później wybiegł na nią człowiek. Zataczał się lekko, a gdy upadł, ukazała się stercząca spomiędzy jego łopatek strzała. Orren pierwszy dopadł do niego, uklęknął i przewrócił go na bok.
-Mów - szepnął łagodnie.
-Oni... - przerwa, spazmatyczny oddech i przestraszone spojrzenia ludzi - Jarr... - nagłe zakrztuszenie, fontanna krwi płynąca spomiędzy sinych ust. A potem świst lotek.
Niemal wszyscy, jak na komendę, rzucili się do broni. Nie każdy zdążył, wielu padło w biegu, kilku kolejnych, gdy pochylali się nad orężem, by go podnieść. A potem z krzaków wyskoczyła zgraja czarnych, humanoidalnych demonów. Reveth nie czekał, szybkim ruchem ręki wytworzył wokół siebie niebieską tarczę ochronną. Przymknął oczy, skupiając się na formule zaklęcia, które zamierzał cisnąć w drzewo, z którego sypało się najwięcej strzał. Zanim skończył, na polanie trwała już zażarta bitwa, wszędzie były trupy - tak demonów, jak i ludzi.
A potem zdarzyło się coś, co miało w bezpośredni sposób zaważyć na losach świata; z zarośli po lewej stronie Revetha wybiegł spłoszony Lobr - spory, włochaty roślinożerca. Już wtedy mag wiedział, iż stwór przetnie drogę jego ognistej kuli. Ale było za późno. Myśli wyrwały się z mózgu czarodzieja, tworząc materialną, rozpaloną kulę płomieni. Poleciała lekkim łukiem, zapalając po drodze krzaki i z impetem uderzyła w roślinożercę.
Nawet sam Reveth zdziwił się, poczuwszy siłę wybuchu. Przypadkiem rzucił całkiem potężne zaklęcie, które rozerwało zwierzę na strzępy i wytworzyło potężną uderzeniową falę, spalającą wszystkich, których dotknęła. Paradoksalnie, na ułamek sekundy przed tym gdy fala zetknęła się z nim samym, poczuł się dumny. A potem było potężne uderzenie, długi lot i uderzenie miażdżące kości. Ostatnią rzeczą, jaką widział było niebo, szybko zalewane karmazynową falą krwi.

***

Rozległ się suchy trzask. Połamane i poprzesuwane kręgi wskoczyły na swoje miejsca, popękane kości zrosły się, a te wyrwane ze stawów powróciły na swoje dawne miejsca. Oklapłe ciało Revetha podniesione zostało metr nad ziemię, jak gdyby przez niewidzialną rękę. Rozległ się cichy szept. A potem Reveth otworzył oczy i spadł na ziemię.
Jęknął cicho. Z trudem wstał na nogi, czując dotkliwe ukłucia bólu w każdej części ciała. Podniósł głowę i rozejrzał się.
Znajdował się wewnątrz jakiejś małej, skalnej formy przypominającej pusty w środku wulkaniczny stożek. Podstawa miała promień kilkunastu metrów, a otwór w stropie, przez który wpadało światło gwiazd, był o połowę mniejszy. Rozejrzał się dookoła, bliżej ziemi, gdyż zdawało mu się, iż dobiega z tamtej strony jakiś odgłos. Nic nie widział, jednak po chwili rozległ się mocny i czysty ,a jednak jeżący włosy na głowie głos:
- Tak więc, Revthu, nareszcie się przebudziłeś.
Reveth nie odpowiedział. Bał się. Było w tym głosie coś, co krzyczało żeby uciekał, żeby oddalił się stąd jak najszybciej, aby nie słuchał więcej tylko teleportował się. Ale było również coś, co ostrym, wdzierającym się do mózgu rozkazem kazało mu zostać.
- Nie bój się mnie. Ja... nie skrzywdzę cię.
Reveth ciągle się bał. Ale zadał pytanie.
- Kim jesteś?
- Ja? - odparł stwór, wyłaniając się z mroku - Ja jestem wampirem.
Na zalaną światłem gwiazd cześć krateru powolnym krokiem wyszedł cudaczny kształt. Miał niemal dwa metry wzrostu, niebieską skórę. Jego tylne nogi zakończone były dwupalczastą łapą zaopatrzoną w masywne pazury, ręce opatrzone były identycznymi szponami, tylko że trzema. Miał masywną, przykrytą częściowo jakąś chustą głowę, z której spozierały wielkie, żółte oczy z czarnymi źrenicami.
Reveth zdziwił się. Raz, że istota do złudzenia przypominała wizerunek przedstawiony na kilkusetletniej rycinie, znalezionej w starych ruinach. Dwa, że ludowe baśnie przedstawiały legendarną rasę wampirów, starożytnych władców świata i największych wrogów smoków, jako istoty dwa razy większe od tej, która przed nim stała, splamione od stóp do głów krwią i zabijające każdego śmiertelnego w zasięgu wzroku. Ten tylko budził strach.
- Nie bój się mnie - powtórzył wampir - nie po to cię tu ściągnąłem, aby robić ci krzywdę. Nie po to poskładałem twe pokiereszowane ciało, aby teraz je zniszczyć. Mam wobec ciebie inne plany. Całkiem inne...
Urwał na chwilę. Revethowi nie podobała się ta pauza ani lekka nutka szyderstwa w głosie rozmówcy. Ale nic nie robił. Nie mógł nic zrobić.
- Choć jest to potwarz dla mnie, to zmuszony jestem opowiedzieć ci historię mojego wspaniałego ludu... Jeśli bowiem nie poznasz jej choćby pobierznie, nie będziesz rozumiał po co tak naprawdę chodzi w twym zadaniu.
"Jakim zadaniu?" - przemknęło Revethowi przez myśl, ale wampir już kontynuował.
- Dawno temu, tak dawno, że istota taka jak ty nie jest sobie w stanie tego nawet wyobrazić, tym światem rządzili moi bracia. Wampiry. Twoi krewniacy natomiast służyli im niewolniczo... I tak miało być po wsze czasy, jednak na drodze stanęły smoki. Pierwotna rasa gadów, starsza jeszcze niż my, gdy zobaczyła jak rośniemy w siłę, jak niewolimy was i panujemy nad światem - postanowiła nas zniszczyć. Wiedz, że nie było to łatwe. Zaszyci w naszych twierdzach, takich jak Ter'na czy Stoneheris...
- Przecież Stoneheris nie istnieje! To legenda, tak...
- Jak Ter'na? Głupcem jesteś, jak wszyscy zresztą ludzie. Myślisz, że ten zamek, z którego macie teraz zamiar bronić się przed hordami demonów jest dziełem waszych przodków? Człowieka nie warta ta teoria!
- Ciekawe przysłowie. Zatem "Niewart funta kłaków" jest tylko parafrazą waszego sposobu wysławiania się, co?
- Nie kpij, Człowieku. Nie jesteś godzien ze mną rozmawiać, a twój sarkazm utwierdza mnie tylko w przekonaniu, iż nie rozumiesz zaszczytu jaki cię spotkał. Słuchaj. A gdy skończę, pozwolę ci zadać pytania.
Urwał na chwilę, a gdy ponownie zaczął mówić, w jego głosie dało się słyszeć nutkę żalu.
- Ja byłem jednym z najważniejszych wampirów w naszej hierarchii. Służyłem u boku naszego pana i dowodziłem potężnym korpusem wojska. Ale wiedzieć ci trzeba, że nasz Pan był surowy. Zawiodłem w jednej z ważniejszych bitew ze smokami. Ma armia została rozbita, a mnie samego wzięto do niewoli. Jakże wielkie było moje zdumienie, gdy wykupiono mnie od smoków, oddając w zamian jedno z piskląt, należących do pewnej białej smoczycy. Lecz kiedy wracałem do Stoneheris, nie zdjęto ze mnie magicznych pętów. Zacząłem wtedy rozumieć swój los i ubolewałem nad nim. Wiedziałem bowiem, że za porażkę czekają na mnie najgorsze tortury...
- Ale było jeszcze gorzej, niż się spodziewałem. Zamknięto mnie w najgłębszych, i najlepiej ukrytych lochach. Nigdy nie zdjęto ze mnie więzów, a mechanizm tam zastosowany miał po wsze czasy zadawać mi dotkliwy, straszny ból.
Wampir zauważalnie się wzdrygnął, jak gdyby na wspomnienie tortury. Reveth słuchał.
- Przez tysiąclecia cierpiałem niewypowiedzianą mękę, ale wreszcie poczułem, że zaklęcie słabnie. Udało mi się wydrzeć z lochu, ale natychmiast pojąłem ogrom swej pomyłki. Otóż gdy u schyłku ery naszego panowania smoki zdobyły Stoneheris, obłożyły go potężnymi zaklęciami strażniczymi. Zadbały o to, aby żaden człowiek nie mógł nigdy znaleźć dziedzictwa moich przodków, ukryły je przed wami. A o mnie nie wiedziały wcale.
Przestał mówić. Po dość długiej chwili milczenia Reveth zdecydował się zapytać:
-A co to ma wspólnego ze mną?
-Z tobą? Bądź cierpliwy, jeszcze do tego nie doszliśmy. Widzisz, smoki znały potęgę naszej twierdzy. Nie potrafiły jej zniszczyć, bo zresztą nie ma takiej siły,czy to na niebiosach, czy to w piekielnych otchłaniach, która mogłaby tego dokonać. Choć doszedłem do tego z niemałym trudem,wiem, że istnieje klucz, jakiś przedmiot lub zaklęcie, pozwalający odnaleźć drogę to siedliska moich... braci.
-Ale... Przecież ty żyłeś tam przez wiele lat... Nie wiesz, gdzie znajduje się twierdza?
-Widać, żeś człowiekiem. Zaklęcia nałożone przez smoki są tak potężne, że pewnie nawet w pełni swych mocy nie umiałbym dostać się do twierdzy. A już na pewno nie teraz. Świat zmienia się ciągle, choć wy tego nie widzicie. Tam, gdzie niegdyś stały wody wielkich oceanów, teraz jaśnieje złoty piasek pustyni. Skute lodem, wysokie góry zmieniły się w tę dżunglę, a miejsca równe, porośnięte trawą i drzewami stały się górami. I tylko jedno miejsce pozostaje takie samo... Sześć Kłów, odwieczne siedlisko smoków.
Reveth pokiwał głową. Sześć niebotycznych, wyrastających z płaskich równin na północy gór, otaczało nieprzeniknionym pierścieniem mityczną, zamieszkałą podobno przez smoki krainę. Nikt nigdy tego nie sprawdził. Sześć Kłów zajmowało olbrzymie terytorium, a nikt jeszcze, nawet żaden czarodziej, nie sforsował gładkich, pionowych ścian. W niższych partiach gór siedliszcza swoje mieli barbarzyńcy, którzy rzadko wpuszczali obcych na swoje dziedziny.
-Ale zaraz, zaraz. Skoro te zaklęcia są takie silne, jak udało ci się wydrzeć z więzienia?
-Nic nie zrozumiałeś. W lochu trzymało mnie zaklęcie rzucone jeszcze przez mojego pana, to była kara za porażkę. Wyrwałem się z mocy tego zaklęcia, a magiczna siła, jaką w to włożyłem wyrzuciła mnie z twierdzy, powodując, że znacznie przesunąłem się po Spirali Czasu i Przestrzeni. Nagle znalazłem się tutaj. Nie wiem, gdzie jest twierdza, ale czuję strażnicze zaklęcia smoków, które nie pozwolą mi wejść do środka. Jak widać, pozwoliły mi jednak wyjść. Pojął?
-Czego chcesz ode mnie? - zapytał Reveth, zerkając podejrzliwie na wampira.
Stwór długo patrzył na niego w milczeniu, mrużąc wielkie,żółte oczy. Wyglądało, jak gdyby chciał przypaść do człowieka i szybko, łapczywie,w yssać z niego krew... Kiedy jednak przemówił, jego głos był spokojny i opanowany.
- Ty będziesz moim wysłannikiem. Muszę dostać się do domu moich braci i moich przodków, zaszyć się tam i zamieszkać do końca tego świata. Ale nie mogę znaleźć twierdzy. Kto ma klucz? Smoki. Jak myślisz, co one zrobią, gdy pojawię się w ich siedlisku i poproszę o klucz do twierdzy?Zniszczą mnie! Ale do smoków pójdziesz ty. Weźmiesz klucz i udasz się do twierdzy... A wtedy nic nie stanie mi na przeszkodzie.
-Twój plan ma jednak trzy słabe punkty - skąd wiesz, po pierwsze, że się zgodzę? Że pomogę istocie, która tysiące lat temu niewoliła moich przodków? A jeśli nawet się zgodzę, jak wytłumaczysz tezę, że smoki podzielą się kluczem właśnie ze mną? I czemu wreszcie, jeśliby nawet udało się wypełnić dwa powyższe punkty, nie weźmiesz po prostu ode mnie klucza i nie udasz się tam sam?
Oczy wampira znów przybrały złowróżbny odcień, zamalował się w nich głód i pragnienie krwi. Szybko się jednak opanował.
-Co do pierwszej części twojego pytania... To zmusi cię sytuacja. Dobrze wiesz, że ludzie nie mogą przetrwać nadchodzącej wojny, nawet za murami naszej twierdzy. Ja oferuję ci pomoc. Jeśli przyniesiesz mi klucz, nim wrócę do Stoneheris, pomogę twemu ludowi. Mam wielką moc. Znam wiele sekretów, potrafię stworzyć broń, która przeważy wasze szale w walce. Jeśli zajdzie taka potrzeba, sam stanę do bitwy.
-A to, czy smoki dadzą ci klucz, to już tylko twój problem. W interesie twoim i twego ludu leży, abyś go zdobył. Bez mojej pomocy nie macie szans przetrwania.
-Boisz się, że wygrawszy wojnę z demonami, staniecie twarzą w twarz z jeszcze potężniejszym przeciwnikiem? Głupie są twe obawy. Jeden wampir nic nie zdziała przeciw wam wszystkim. Przetrwanie i dalsze rządy twego gatunku zależą tylko od tego, czy dzisiaj przyjmiesz mą ofertę.
-Jeśli zaś chodzi o twoje trzecie pytanie, to nie wiem czy wiesz, ale ja się ukrywam. Przed smokami. Na ten niepozorny krater nałożyłem mnóstwo zaklęć strażniczych i maskujących. Nie mogę się uganiać po świecie z kluczem, gdyż wtedy z pewnością zostanę wykryty. Tymczasem ty sam dotrzesz do Stoneheris i tam odnajdziesz salę tronową. Jest to miejsce, gdzie przez wieki zasiadał wampirzy król. Jest tam szczególny i prosty w obsłudze mechanizm. Wystarczy, iż stanąwszy po prawej stronie tronu położysz prawą dłoń na podwyższeniu i wypowiesz słowa: "Gonzo murhk Asasel" - a ja natychmiast zostanę tam przeteleportowany. To stara maszyneria, służąca memu królowi do przywoływania swoich sług, gdy te były mu potrzebne. Jeśli któregoś z moich braci nie wiązały akuratnie wyjątkowo silne magiczne pęty, to natychmiast pojawiał się u boku władcy.
Reveth zagryzł wargi. Wreszcie, miotany wątpliwościami, zadał swe ostatnie pytanie.
-Dlaczego ja, wampirze?
-Bo jesteś czarodziejem - odparł natychmiast rozmówca. - Niewielu już zostało spośród takich jak ty. Wiem, że masz o wiele większe szanse niż jakikolwiek inny człowiek. Wybieraj. Jeśli się nie zgodzisz, przeniosę cię do Tus Erę. W przeciwnym razie teleportuję cię w pobliże Sześciu Kłów, może nawet na jeden z nich. Ponieważ chroni je potężna magia, nie mogę sprawić, byś znalazł się w środku. Wybieraj.
Zagrzmiało. Drobniutkie krople deszczu poczęły wpadać przez dziurę w stropie, chmury niespodziewanie zasłoniły księżyc. Reveth już wiedział, co odpowie. Zagrzmiało ponownie.
-Dobrze.

***

-Podsumujmy - powiedział na zakończenie półgodzinnej niemal tyrady, dwa dni później, Teren-Pierwszy Czytacz, do zgromadzonej przy stole w najwspanialszej komnacie Ter'na grupy podległych mu doradców i samego Eredura, Pana Tus Erę, który nie podlegał nikomu. - Niespełna pół roku temu, zanim wiosna zakwitła na dobre w naszym kraju, z położonego na południu, w głębi dżungli, państwa Rill, przestały docierać do nas ich wyroby i - nade wszystko - wspaniałe, soczyste owoce. Z początku zmartwiło to głównie smakoszy i sprzedawców owoców - ale po miesiącu również nasz Pan, obecny tu Eredur, zaczął się niepokoić.
Teren skinął głową i z szacunkiem umilkł na chwilę, ale sękaty starzec, zajmujący miejsce u szczytu stołu, tylko ponaglająco machnął ręką i rozsiadł się jeszcze wygodniej. Czytacz kontynuował.
-Wysłaliśmy posłów do Rill, zaskoczeni tymi wydarzeniami. Z Rill zawsze mieliśmy wzorowe wręcz stosunki, a przerwy w dostawie owoców mogły oznaczać ich ochłodzenie. Minęły dwa miesiące, nim powróciła grupa naszych posłów - a raczej to, co z niej zostało. Pięciu ocalałych ludzi opowiadało o wojnie, jaka toczyła się w Krainach Południa - o armii demonów, która pojawiła się jak gdyby z nikąd, o bohaterskiej obronie ludu Rill, o tym,że mieszkańcy Ter'na ruszyli już z odsieczą. I o tym, że ludzkie siły wydają się znikome i długo nie oprą się istotom piekielnym. Decyzja była natychmiastowa. Nasz Pan zaczął gromadzić wojsko, lecz ledwie cztery dni po wydaniu tego rozkazu do Tus Erę przyszło kolejne poselstwo - tym razem był to mag z Rill, który oświadczył, iż na naszą stolicę również idą demony, z tym że od zachodu. Zebraliśmy armię - w sumie osiem tysięcy ludzi, w tym trzy tysiące regularnego wojska i ledwie trzydziestu sześciu magów i ruszyliśmy na spotkanie demonom. Do bitwy doszło nad morzem Tunga - i z pomocą bogów udało się nam ją wygrać. Mimo wszystko ofiary były wielkie - przetrwało ledwie trzy tysiące ludzi, w tym dwóch magów. Jeremiasz, którego nasz Pan niemal natychmiast wysłał z poselstwem do smoków - po sali przetoczył się szmer, ale Teren nie przejął się,tylko mówił nadal - i młody Reveth, któren cztery dni temu udał się, z własnej woli, na zwiad.
Eredur uśmiechnął się.
-Wróćmy jednak do wydarzeń z nad Tunga. Kilka dni po zakończeniu bitwy, gdy wszyscy radowali się ze zwycięstwa, w naszym obozie pojawił się jeszcze jeden czarodziej z Rill. Krwawił ,był poparzony i chyba cudem tylko zdołał się tam teleportować - powiedział, iż Rill padło, że ludzkie armie, zarówno ta z Rill, jak i ta z Ter'na zostały rozmyte, że demony niszczą i pustoszą całe królestwo. Szepnął jeszcze, że demony świadome klęski swej armii, którą my pokonaliśmy, wyruszą wkrótce na północ. Potem wyzionął ducha.
I znów decyzja naszego pana była natychmiastowa. Wyruszyliśmy na południe, by tutaj, w Ter'na stawić czoła naszemu wspólnemu przeciwnikowi. Wysłaliśmy także posłów do Krotwy - położonego na północy państwa, z prośbą o wsparcie. Jeżeli padnie Ter'na, to Krotwa prędzej lub później zginie również.
Zaczerpnął głęboko powietrza po długiej przemowie i skłonił się, wyraźnie w stronę pięknej, odzianej w zieloną suknię kobiety zajmującej miejsce po prawej stronie Eredura. Później usiadł.
-Dziękuję ci Terenie, gratulując jednocześnie twemu panu tak mądrego i dwornego sługi - powiedziała wstając swym aksamitnym, wysokim głosem. Teren mógłby przysiąc że się do niego uśmiechnęła ,a serce zabiło mu szybciej.
-Cieszę się słysząc o waszych sukcesach na północy, cieszę się również niezmiernie z waszego przybycia, które wlało nową otuchę w nasze serca i przywróciło nadzieję na to, że koniec znanego nam świata jeszcze nie nastąpił. Jako królowa tego miejsca, a pod nieobecność mego - wargi zadrżały jej lekko, przełknęła ślinę, ale kontynuowała - męża władczyni, pragnę powitać was tutaj i zapewnić o przychylności mojej i mojego ludu. Niektórzy z was zauważyli być może, iż miejsce u szczytu stołu, a więc także dowództwo na czas oblężenia, oddałam tymczasowo Eredurowi - jest władcą potężniejszym i bardziej doświadczonym niż ja ,więc myślę, że lepiej poradzi sobie z tym zadaniem.
Urwała na chwilę i rozejrzała się po twarzach zgromadzonej wokół stołu szlachty i doradców. Choć na twarzach jej podwładnych malowało się raczej niezadowolenie, to ludzie Eredura byli wyraźnie uszczęśliwieni i chyba... uspokojeni.
Tak będzie lepiej, zapewniła siebie po raz któryś.
-Celem natomiast dzisiejszej narady...
Nie zdążyła dokończyć. Potężny wstrząs szarpnął murami, z wysokiego sufitu posypał się tynk. Kilka osób spadło z krzeseł, ktoś zaklął, ktoś inny wezwał imię boga. Zapadła sekunda ciszy ,a później kolejny wstrząs obwieścił, że dzieje się coś niedobrego. Pęknął jeden z witraży w oknach, wpadł przez nie płonący i wrzeszczący człowiek i - zakreśliwszy w powietrzu malowniczy łuk - wylądował na stole. Królowa wrzasnęła, wszyscy poderwali się z krzeseł i wybiegli z sali, w akcie przerażenia szukając bezpiecznego miejsca...
Tylko Eredur nie wybiegł. Miał już ponad pięćdziesiąt lat i wiedział, co się dzieje.
Mury zachwiały się pod naporem kolejnego wstrząsu.
Oblężenie zaczęło się na dobre. A demony miały katapulty.

3
Było zimno.
Wielkie, białe płatki śniegu wirowały w powietrzu, pląsały w tańcu dyrygowanym przez mroźny, północny wiatr. Spadały pomiędzy białymi gałęziami ogromnych, starodawnych drzew, tylko po to, aby dodatkowo powiększyć biały, puchowy dywan okrywający ziemię.
Albo roztopić się w żarze dogasającego ogniska, przy którym, owinięta futrem i częściowo zasypana, kuliła się mała postać człowieka.
Było zimno.
Księżyc wyszedł niespodziewanie zza chmur, na chwilę oświetlił polanę swym niesamowitym, magicznym blaskiem.
Znów pełnia! - krótka myśl przebiegła przez udręczoną mrozem i głodem głowę podróżnika. - Miesiąc minął, odkąd opuściłem Twierdzę...
Wspomnienie Ter'na sprawiło, że przed oczami przesunął się szereg obrazów - dzień, w którym jego i podległych mu ludzi zaatakowały demony, późniejszą walkę z demonami i rozmowę z tajemniczym wampirem...
Długie, żałosne wycie przerwało ciszę. Reveth drgnął, a trochę świeżego śniegu osypało się z niego na ziemię.
To już, cholera, drugi raz.
Zaniepokojony podniósł kilka z przygotowanych wcześniej gałązek i rzucił je w żar. Zasyczało, a cała polanka oświetlana była teraz tylko blaskiem księżyca. Mocnym, co prawda.
Gdzieś daleko, z drugiej strony lasu odpowiedziało wycie, teraz głośniejsze i jakby pewniejsze. Reveth zaklął cicho. Wiedział, że musi znów użyć magii. Nie mógł zostać bez ognia. Zamruczał cicho, z końca wyciągniętej ręki wystrzelił płomień - ledwie dotknął mokrych gałęzi, te już zaczęły mocno płonąć.
Reveth schował zmarzniętą rękę i skulił się jeszcze bardziej.
Tak zimno...
Jak gdyby chcąc go jeszcze pognębić, gdzieś daleko, na prawo od niego, znów zabrzmiało wycie.

*** 

Było zimno.
Zaspy były tak głębokie, że owinięte szmatami nogi Revetha zapadały się po kolana. Śnieg ciągle sypał, spowijając las białą zasłoną i dodając cichej, leśnej scenerii tajemniczości i magicznej atmosfery.
Reveth nie wiedział, ile już tak szedł. Pamiętał tylko ranek, gdy obudził się z czapką przymarzniętą do ziemi, cały podkurczany i obolały, pamiętał że, podobnie jak poprzedniego dnia, ruszył dalej bez śniadania. Reszta dnia sprowadzała się do monotonnego i niezmiennego parcia naprzód, przez zaspany śniegiem las.
Noga w górę, noga w dół. Druga noga w górę, i w dół. Wyszarpnięcie nogi z zaspy, uniesienie jej w górę...
Potknął się. Grunt uleciał mu spod nóg, poczuł, jak przewraca się i leci w powietrzu. Potem uderzył o coś plecami, zaczął się toczyć, zbierając po drodze śnieg i obijając o pomniejsze drzewka. Trwało to chwilę - a potem, z impetem równym wystrzeleniu z armaty, uderzył o coś głową.
Ból był straszny, wydało mu się, jakby głowa rozpadła mu się na pół; momentalnie przed oczami zaczęły gonić mu różnokolorowe plamy. Z trudem, i ciężko oddychając, usiadł i oparł się o coś. Powoli odzyskiwał wzrok, zamrugał kilkakrotnie i rozejrzał się, by ocenić sytuację.
Był na dnie głębokiego wąwozu o stromych ścianach. Drogą,którą pokonał staczając się tutaj, wyraźnie znaczył ślad w świeżym, miękkim śniegu. Zatrzymał się natomiast na wielkim, przewróconym pniu wiekowego drzewa, który miał u podstawy obwód co najmniej siedmiu metrów.
Zaklął. Ściany wznosiły się pod naprawdę ostrymi kątami, w dodatku były oblodzone i pokryte pierzyną świeżego śniegu. Nie było szans, aby wydostał się na górę drogą wspinaczki, a użycie magii też nie wchodziło w rachubę. Był zbyt wyczerpany - pięciodniowe trudy podróży dawały o sobie znać. Było zimno, bolały go nogi, a teraz w dodatku śnieg nasypał mu się za koszulę, przeszywając ciało serią dreszczy. Od niemal tygodnia jadł bardzo mało, a ostatnie dwa dni w ogóle nie miał pożywienia. Znów przeszył go dreszcz.
Rozluźnił napięte mięśnie - nagle zdał sobie sprawę, że nie przeżyje dostatecznie długo, aby dotrzeć do smoków, że nie ma dość sił, aby opuścić ten las, a co dopiero pokonać wznoszące się za nim Sześć Kłów. Przymknął oczy. Śnieg sypał, jego płatki spadały z drzew, szumiąc cichutko i monotonnie jak pomruk rozmów w sali balowej Tus Erę - z tym, że tam akompaniamentem była muzyka, a tu - tylko jego własny, głęboki oddech.
Leżał tak chwilę... A im dłużej leżał ,tym było mu cieplej - fala gorąca okrywała całe jego ciało i sprawiała, że jeszcze bardziej chciało mu się spać. Tylko nie zaśnij! - odezwał mu się w głowie ostrzegawczy głos. Czyj? Przecież nie jego. Ktoś mu to mówił... dawno.
Śnieg szumiał. Odgłos jego oddechu wypełniał powietrze. I nie było już zimno.
Ogień trzaskał wesoło w olbrzymim kominku, a do niego zbliżał się Eredur, Pan Tus Erę. Podał kieliszek, pełen wytrawnego wina, swemu władcy - a ten przyjął go i razem poczęli rozmawiać o różnych rzeczach: polityce, wojnie, demonach... Trwało to chwilę, a potem zagadała ich jeszcze jakaś kobieta ,która jednak szybko odeszła... Nagle w sali zaczęło robić się nieznośnie gorąco, a Eredur, miast przemawiać swym starym, spokojnym głosem zaczął warczeć. A później ryknął potężnie - w sekundę później Revetha mocno zabolały żebra...
Powrót do rzeczywistości był bardzo nieprzyjemny. Nagle zorientował się, że leci, w ustach poczuł smak krwi, a później z impetem wyrżnął o ziemię. Z trudem wstał. Popatrzył w stronę, z której przyleciał - i zadrżał. Oto bowiem, nie dalej jak sześć metrów od niego, u stóp skały tworzącej ścianę wąwozu, stała jedna z potężniejszych istot magicznych, jakie dane mu było w życiu oglądać. I w dodatku całkiem nie pasująca do scenerii.
Stwór miał w ogólnych zarysach postać ludzką - z tym, że świecące na czerwono w malutkiej główce oczka znajdowały się niemal cztery metry nad ziemią. W dodatku całe ciało, każdy najmniejszy jego element, płonął żywym, czerwono-żółtym ogniem. Może z wyjątkiem czterech wielkich, zakrzywionych pazurów, wieńczących każdą z dłoni.
Żywiołak ognia.
Reveth już wiedział, dlaczego zrobiło mu się gorąco. Wiedział, dlaczego Eredur wydawał takie dźwięki w jego śnie. I wiedział, że Żywiołak, z pewnością rozdrażniony zimnem i padającym śniegiem, pragnący wrócić do wnętrza ziemi, skąd z pewnością przywołał go jakiś potężny czarodziej, będzie agresywny.
Nie mylił się. Stwór zaryczał ponownie i rzucił się do ataku. Reveth nie czekał. Puścił się biegiem w przeciwną stronę.
Biegł wzdłuż pnia powalonego drzewa, na którym uprzednio się zatrzymał. Odwrócił głowę - prawie na czas, aby zobaczyć zbliżającą się dłoń żywiołaka.
Znów dostał pod żebra. Poleciał w bok, odbił się od pnia i spadł na ziemię.K ątem oka spostrzegł lecącą ku niemu, zaopatrzoną w ogromne pazury łapę - odtoczył się w bok , słysząc za sobą potężne uderzenie. Czym prędzej wstał i począł uciekać - tym razem w drugą stronę. Żywiołak zaryczał. Tuż nad głową Revetha przeleciał gorący strumień ognia - instynktownie padł na ziemię, potoczył się kawałek, wstał i pobiegł dalej. Słyszał głośne stąpnięcia. Czuł, jak ziemia trzęsie się pod naporem olbrzymich stóp. Biegł ze wszystkich sił, całe zmęczenie i głód zniknęły, jak gdyby pozostały w miejscu, gdzie przed chwilą został po raz pierwszy zaatakowany.
Miał już plan. Kilka metrów przed nim zwisała z drzewa długa, szeroka gałąź. Wejdę po niej na pień, a później na drugą stronę! - szybka myśl przebiegła mu przez umysł.
Jak pomyślał, tak zrobił. Odbił się mocno od ziemi i złapał upatrzoną gałąź. Lewa ręka ześlizgnęła się, ale zaparł się nogami o pień. Wspiął się wyżej...
Jedna z kończyn żywiołaka ognia znów go dosięgnęła, ale tym razem cios był o wiele silniejszy niż przez dwa ostatnie razy. Poczuł jeszcze, jak pazury przeorały skórę na plecach - a potem wyleciał wysoko w powietrze. Żywiołak zaryczał.
Zdawało mu się, że leci bardzo długo - a potem, przy akompaniamencie ogromnego bólu, uderzył o pień jakiegoś drzewa. Poleciał kilka metrów w dół, obijając się po drodze o mniejsze gałęzie - a na koniec zawisnął na brzuchu na jednej z grubszych gałęzi. Uderzenie wytoczyło całe powietrze z jego płuc, przez kilka chwil nie mógł oddychać. Próbując odciążyć nieco brzuch, zaparł się o felerną gałąź rękami - i potoczył wzrokiem dookoła, chcąc zorientować się w sytuacji.
Był na brzozie, rosnącej mniej więcej w połowie ściany wąwozu - rzecz jasna po ścianie przeciwnej do tej, po której wcześniej się stoczył. Jego przeciwnik przełaził właśnie przez pień ogromnego drzewa, zostawiając w korze długie ślady po pazurach - i przypalając ją lekko samą swoją bliskością.
Reveth wiedział, że nie będzie miał drugiej szansy na zebranie myśli. Skupił się maksymalnie. Wyszeptał zaklęcie, a palce lewej ręki złożył w skomplikowany sposób. Nigdy jeszcze nie rzucał tego czaru, znał go tylko z książek - ale jednocześnie nie przypominał sobie niczego innego, co mogłoby ostudzić zapał żywiołaka ognia.Tak, to dobre określenie.
Skończył szeptać. Wyrzucił przed siebie rękę - lecz zamiast śnieżnej kuli, która miała zawisnąć nad żywiołakiem i nękać go lodowymi kolcami, wystrzelił z niej tylko pojedynczy, biały sopel.J ednocześnie jemu samemu zakręciło się w głowie, z nosa buchnęła krew, a niemal całe ciało nagle ścierpło. Zsunął się z gałęzi, spadł na niższą i wreszcie uderzył o ziemię. Nie stoczył się dalej, bo zatrzymał go pień. Jęknął cicho. Przesadził. Nie był dość doświadczony, by rzucać tak zaawansowane zaklęcia - a teraz mógł już tylko czekać na ognistą śmierć.
Kroki bardziej czuł, niż słyszał - z jego uszami też coś się chyba stało, bo kapała z nich krew - ale ziemia drżała leciutko pod ciężarem ogromnego stwora.
Żywiołak szedł powoli i majestatycznie - w jakiś sposób wiedział, że jego ofiara jest już bezbronna. Stanął nad Revethem. Przestąpił z nogi na nogę.
Jednocześnie Reveth poczuł, że i jemu powoli wraca władza w ciele. Odrętwienie powoli ustępowało, poruszył palcami u prawej nogi...
A potem zobaczył cień wznoszącej się nad nim, upazurzonej łapy. Było za późno. Zamknął oczy... W lewym uchu poczęło coś dzwonić...
Gdy kilka miesięcy później przypomniał sobie to wydarzenie, stwierdził, że najgorsze było właśnie oczekiwanie na cios. Ale nic się nie stało. Otworzył oczy i stwierdził, że cień potwora zniknął. Była tylko spora połać gołej ziemi, stopniały śnieg wyparował, pozwalając jej po raz pierwszy od długiego czasu ujrzeć świat. Reveth odetchnął i niemal się roześmiał. Każde zaklęcie przywołujące miało określony czas - a ten żywiołak został odesłany do swojego domu, do wnętrza ziemi w najodpowiedniejszym momencie.
Niemal jednocześnie jednak radość przytłumił prosty, acz nieprzyjemny wniosek, który sam się nasuwał: ktoś musiał tego stwora przywołać ktokolwiek to był, musiał zrobić to niedawno. I być potężnym czarodziejem.
Choć po tym, jak zniknął żywiołak Reveth poczuł się w tej głuszy jedyną żywą istotą ,to teraz uświadomił sobie jedno: Nie był w tym lesie sam.
Śnieg padał.

***

Znów było zimno.
Kiedy kilka godzin temu Reveth leżał bez czucia na stromej skarpie, pod brzozą, był niemal pewien, że nie znajdzie w sobie dość sił, aby podnieść się i ruszyć dalej. Miał chyba kilka pękniętych żeber i praktycznie nic nie słyszał. Oddychanie utrudniał mu wielki, umieszczony w nosie skrzep, a w dodatku strasznie bolała go głowa. Wymiotował kilkakrotnie ,a wymiotował krwią, bo od dwóch dni nic nie jadł. Płuca bolały przy każdym oddechu, co jakiś czas świat zasnuwała różnokolorowa ławica plamek, idąca w parze ze wzmocnionym bólem głowy.
Cóż, to, jak rzucał nim żywiołak, z pewnością nie było miłe dla jego organizmu. W dodatku chyba coś sobie zrobił chcąc potraktować żywiołaka Śniegową Kulą - jakby nie było, magia była narzędziem potężnym, ale jeśli jej niewprawny adept igrał z jej bardziej zaawansowanymi aspektami, zazwyczaj nie kończyło się to dobrze.
Ten przypadek nie był odstępstwem od reguły.
Jedyne, co było dobre, a co mógł wtedy powiedzieć o swojej sytuacji, to fakt, że zniknął paraliż i odrętwienie - wręcz przeciwnie, teraz każdy ruch przeszywał ciało seriami dotkliwego bólu. Nie ma róży bez kolców...
Pod brzozą leżał długo, bo gdy w końcu zmusił się, by wstać,księżyc świecił już mocno. Nadal była pełnia, a Reveth nie wiedział, kiedy śnieg przestał padać i kiedy zniknęły chmury, zwłaszcza, że nie było żadnego wiatru. Powodem natomiast, dla którego zdecydował się ruszyć dalej, było wycie. Zaczęło się tuż po zmroku, najpierw daleko, z jednej strony, później z drugiej, trzeciej... kolejne głosy odpowiadały na wezwanie w różnych częściach lasu, napełniając go złowróżbnym odgłosem.
Auuuuuuuuuuuu!
Wycie zbliżało się coraz bardziej, z każdą chwilą, aż w końcu jego do tej pory bezcieleśni twórcy ukazali się. Tylko na sekundę lub dwie, przemykające pomiędzy pniami drzew i gałęziami krzaków, wilki dawały oczom Revetha świadectwo swojego istnienia. Wtedy właśnie w udręczonej głodem i tułaczkami głowie człowieka na nowo obudziła się chęć walki. Gdy podnosił się na nogi, dziesiątki oczu mrugało do niego żółto spośród gałęzi. Wilki bały się zaatakować. Bardzo silnie wyczuwały magię, były mądrymi zwierzętami i czuły przed nią respekt. Ten pozwijany strzęp człowieka śmierdział magią... strach nie pozwalał zaatakować, ale świeże mięso i ciepła krew kusiły... nie pozwalały odejść...
Reveth stanął wtedy zgięty w pół i oparł się rękami o pień brzozy. Zachwiał się, bo głowę znów zaatakował mu ból i zamęt, ale ustał na nogach. Chwilę kołysał się, to na prawo, to znów na lewo, aż w końcu zwymiotował. O dziwo, obryzganie pnia falą czerwieni i śluzu przyniosło dziwną ulgę-w głowie mu się rozjaśniło, zaczął lepiej widzieć. Usłyszał też jakieś szelesty w krzakach. Zwłaszcza to ostatnie było dobrym znakiem.
Rozejrzał się dookoła. Stwierdził, że wtedy, gdy walczył z żywiołakiem, źle ocenił sytuację. Brzoza rosła prawie na szczycie skarpy, na granicy tego, co można nazwać stromą polanką otoczoną krzakami, a tego, co nazwać trzeba przepaścią. Z krzaków łypały na niego złowrogo wielkie, żółte ślepia. Ponieważ nie było liści, a wilki same zrzuciły na ziemię część śniegu, po dłuższym wpatrywaniu się ujrzał ich chude, kościste ciała. Ta zima dla nikogo nie jest łaskawa, pomyślał.
Ruszył chwiejnym krokiem w stronę, w którą-jak mu się wydawało-powinien iść. Było tam kilka-sześć? Siedem? Nie, to niemożliwe... - oczu, zastanawiał się, co się stanie, gdy podejdzie bliżej .Nie dowiedział się.
Właściwie nie wiedział, kiedy to się stało. W jednej chwili szedł pewnie przed siebie, w drugiej w głowie czuł tylko wirującą pustkę (o ile pustka może wirować) i siedział na ziemi, podparty drżącymi rękami. Przed oczami znów zaczęły przesuwać mu się plamy, na kilka chwil zniknęły wszystkie odczucia i myśli.
Gdy powrócił wzrok i świadomość, stwierdził, że już nie siedzi, a leży, a z kępy krzaków, ku której przed chwilą się kierował, wyszedł wielki, szary wilk z białą plamą w kształcie trapezu nad nosem. Kawałek za nim spośród gałęzi inny osobnik wychynął nieśmiało głowę, rozglądał się dookoła.
Wtedy właśnie w sercu naszego bohatera obudziła się złość i chęć walki. On, człowiek, mag, i to w dodatku jeden z ostatnich, ma zginąć od szczęk tych psów? Bez walki, leżąc na ziemi i czekając na rozszarpanie oślinionymi pyskami? Nigdy! Jeśli ma zginąć, to zginie, ale, na wszystkich bogów i wszystko, co mu drogie, zabierze ze sobą choćby jednego z tych skurczysynów. Ale przecież on nie może zginąć! Musi dojść do smoków, musi zdobyć od nich klucz i położenie Stoneheris... Musi! Wstał. Powoli, najpierw na czworaki, później, podparłszy się leżącą w pobliżu gałęzią, na dwie nogi. Wyprostował się.
Ze zdziwieniem stwierdził, że osobnik, który przed chwilą jeszcze zbliżał się do niego, teraz zatrzymał się i, skuliwszy uszy, wykrzywiał dziwnie pysk. Chyba warcząc ,ale Reveth nie słyszał tego. Ucieszył się w każdym razie i, podpierając się znalezionym przed chwilą patykiem, ruszył przed siebie.
Człowiek, który przed chwilą jeszcze leżał na ziemi i zdawał się niemal martwy, nagle wstał. Lider zebranego nie tak dawno ,dzięki jego własnemu sygnałowi, stada poczuł bijącą nagle od niego aurę zdecydowania... Silniejsza stała się też magia w tej istocie, przez jedną krótką chwilę była tak mocna, że niemal zabarwiała powietrze swoją obecnością...
Przywódca powoli zaczął się cofać. Jeszcze nie teraz... To na pewno za chwilę osłabnie...
Ale to wcale nie osłabło tak szybko. Szło, kiwając się i podpierając na lasce, czasem runęło na ziemię lub oparło się o jakieś drzewo, by odpocząć, ale zawsze wstawało i ruszało dalej... Wilki były jednak cierpliwe. Bały się magii, czuły ją w tej istocie i nie atakowały... Ale szły za nią, wokół niej, czasem nawet przed nią, tak jednak, aby nigdy nie tracić kontaktu wzrokowego...
Po kilku godzinach Reveth miał dość. Ogień buntu, chęci walki i przetrwania był powoli, acz sukcesywnie gaszony przez zimno, śnieg i głód przez cały czas, gdy szedł, potykając się i słaniając. Gdy złamał się patyk, na którym się podpierał, szedł na czworakach. Powoli odzyskiwał słuch. Rozróżniał już poszczególne odgłosy wilków przedzierających się przez las, ich warknięcia i szczeknięcia. Ich obecność była kolejnym faktem, który odbierał mu chęć walki... i życia.
W końcu, na niewielkiej polanie, padł na ziemię. Nie miał już sił, dyszał ciężko i cały się trząsł. Każdy najmniejszy mięsień w jego ciele odzywał się bólem, płuca również go bolały, ale tylko gdy brał oddech. Nie mówiąc o żebrach...
Leżał tak dłuższą chwilę, rozkoszując się momentem odpoczynku. Żółte, błyszczące plamki otoczyły go już ze wszystkich stron, wydawało mu się, że za każdym krzakiem stoi wilk. Uzmysłowił sobie dwie rzeczy: że dzisiaj nie przejdzie już ani centymetra, i że musi rozpalić ogień, bo bez niego wilki prędzej czy później zbiorą się na odwagę, wyjdą na polanę i zakosztują jego mięsa...
Jęcząc, z trudem usiadł. Miał szczęście ,bo na polanie pełno było mniejszych i większych gałęzi. Pozbierał je na kupkę, a później wyjął z kieszeni małą fiolkę,którą kilka dni temu dał mu jeden stary barbarzyńca.Wylał część jej zawartości na gałązki,zakorkował ją dokładnie i schował.Następnie wyciągnął dwa małe,ociosane kawałki krzemienia i zaczął nimi o siebie pocierać.Ledwie jedna iskra spadła na płyn,wszystkie gałązki zajęły się płomieniami.Wyciągnął ręce nad małym ogniskiem,z satysfakcją obserwując,jak część żółtych oczu wycofuje się do tyłu,by po chwili zniknąć całkowicie z pola widzenia.
Większość jednak została.
Po kilkunastu minutach Revetha znów zaczęła ogarniać senność.Gdy leżał pod drzewem,ból i nudności nie pozwalały nawet pomyśleć o śnie.Teraz nudności praktycznie całkowicie ustąpiły,a do bólu nieco się przyzwyczaił.Ognisko,choć małe,dawało nieco ciepła,zresztą-Reveth już dawno zorientował się,że przynajmniej od godziny towarzyszy mu gorączka,która także ogrzewała.Teraz,w tej chwili odpoczynku,dała o sobie znać,wbijając go powoli,acz nieustępliwie,w rozkoszne objęcia Królowej Snu.
Oczy miał półprzymknięte,gdy,zupełnie niespodziewanie,przypomniały mu się wydarzenia sprzed pięciu dni,po tym,jak wampir teleportował go na północ...
Znalazł się wtedy na ogromnej,zasypanej śniegiem równinie.Daleko,daleko na północy wznosiły się majestatyczne, spowite mgłami i chmurami góry-Sześć Kłów.U ich podnóża,przyprószony śniegiem,jak chyba wszystko w tej krainie,leżał ogromny,liściasto-iglasy las.Od miejsca,gdzie rosły pierwsze drzewa,do miejsca,gdzie stał obecnie Reveth,było conajmniej cztery dni drogi-bardzo,bardzo dużo.W dodatku nasz bohater przeniesiony tu został tak,jak stał-w lekkiej,zwiewnej szacie z południa.Wtedy nie był to jednak kłopot-jeden ruch ręki wystarczył na wytworzenie wokół siebie ochronnej tarczy,która nie przepuszczała zimna.
Skierował się wtedy prosto na północ,bo wydawało mu się,że tam,wśród zasp i zamarzniętych strumyków,targany wiatrem,wzbija się w niebo wątły obłok dymu.Nie mylił się.Dotarł,ku swemu zaskoczeniu,do całkiem dużej osady.Ludzie byli tam wysocy,krępi,niemal wszyscy czarnowłosi.Mężczyźni nosili długie,czarne brody i takież włosy.Każdy w tej wiosce odziany był w skóry nieznanych Revethowi zwierząt,niemal każdy nosił też broń-ostre kawałki kamieni osadzone na długich na pięć łokci drzewcach.Domy również były ze skór,rozpiętych na drewnianych rusztowaniach.Pośrodku paliło się wielkie ognisko,a w pobliskiej skale widniał okrągły,czarny otwór jaskini.
Ku jego zaskoczeniu powitany został ciepło i w Dialekcie Wschodu-starym,nieużywanym obecnie języku,który przetrwał jedynie w uczonych pismach i salach lekcyjnych szkół magów i lingwistów.Choć Reveth,jako mag,władał tym językiem całkiem dobrze,to lata ewolucji w odizolowaniu sprawiły,że Dialekt bardzo różnił się od tego podręcznikowego.Ogólne zarysy i podstawy były jednak identyczne-i,choć z niemałym trudem,Reveth dowiedział się wielu ciekawych rzeczy.
Jak na przykład to,że przodkowie tego plemienia przywędrowali na te obszary przed wieloma setkami lat,że żyli tutaj od pokoleń,w swych przenośnych jurtach,żyjąc z polowania-a w czasie krótkiego lata-z uprawy roślin.Wódz plemienia pytał o cel podróży naszego bohatera,a gdy ten go wyjawił-okazał wszelką dostępną dla niego pomoc.Dali mu ubrania,jedzenie,krzemień i fiolkę tego dziwnego płynu,który tak mocno się palił.Reveth był zafascynowany tymi ludźmi-od pokoleń żyli w tej dzikiej,nieustępliwej i nieprzyjaznej krainie,żyjąc z tego,co udało im się upolować i z tego,co udało im się wyhodować.Żyli na uboczu,z dala od wielkich królestw i ich spraw,a jednak,gdy usłyszeli o spustoszeniu,jakie demony sieją na południu,nie zawahali się pomóc osobie,która miała temu zapobiec.Oczywiście Reveth słowem nie wspomniał o wampirze,powiedział po prostu,że idzie z poselstwem do smoków.A w istnienie smoków nikt tutaj nie wątpił...
Otworzył oczy.Ognisko przygasło,a na polanie były już dwa wilki,w tym jego znajomy z trapezem na głowie.To dziwne,ale w ogóle nie przejął się tym faktem.Znów zamknął oczy.Pogrążył się w przerwanych wspomnieniach.
W wiosce spędził jeden dzień.Dostał na drogę wszystko,czego mógł zapragnąć,wskazówki,jak dotrzeć na Sześć Kłów,a także kilka dobrych rad.Często odpoczywaj,pij dużo ciepłej wody,rozpalaj ogień.I,najważniejsze,nie zaśnij.Tylko nie zaśnij...
Barbarzyńcy byli ponadto święcie przekonani,że w lesie działają jakieś złe siły.Ktokolwiek się tam zapuszczał,nigdy nie wracał.I nie chodziło tylko o wilki,które stadnie przemierzały porośnięte lasami równiny.Było tam coś więcej...
Coś więcej...
Na drugi dzień wyruszył.Przez trzy dni podróżowało mu się dobrze,ale wtedy stracił wszystkie zapasy,jakie niedawno otrzymał.Przechodził po pokrytym lodem strumieniu,gdy kra nagle pękła.Wpadł do środka,z trudem wydostał się z powrotem na ląd,a pakunki popłynęły z prądem-albo spadły na dno.To był przełomowy moment-aby nie zamarznąć,użył kilku bardziej zaawansowanych czarów.Kolejne dwa dni były już męką.A gdy spotkał żywiołaka...
Głośne wycie,zlokalizowane tuż przy jego uchu,wyrwało go ze snu.Gorączka trawiła go teraz naprawdę mocno,oczy miał zamknięte i chyba leżał na brzuchu.A może to brzuch leżał na nim?I patrzył na niego swymi wielkimi,żółtymi ślepiami,które wyglądały zza każdego krzaka...
Nie wolno ci zasnąć!-upomniał sam siebie.Ale już przecież spałem...
Uchylił nieco powieki.Ciemne kształty przemykały wśród drzew,ale oczy przestały już błyskać.Ze zdziwieniem uświadomił sobie,iż cała polana upstrzona jest wilczymi śladami...A później usłyszał szelest,zobaczył wielkie,okute żelazem buty...I usłyszał głosy....
Wilki chodzą w butach?Mówią ludzkimi głosami?Nie,to niemożliwe....
W krainie Królowej Snu wszystko jest możliwe...
4
Było bardzo ciepło.
Reveth odzyskał świadomość nagle,tracąc jednocześnie szczegóły swojego snu.A był to sen dziwny-szedł mrocznym,zatęchłym korytarzem pełnym wielkich pająków i innego plugastwa.Walczył z tymi stworami,a gdy w końcu każdy z nich padł już martwy na ziemię,otworzył znajdujące się na końcu wrota.Wielkie,dwuskrzydłowe i skrzypiące drzwi...
Za drzwiami ujrzał dziwną scenę:on sam gryzł w kark jakiegoś młodego mężczyznę,krew bryzgała na wszystkie strony,a tamten tylko stał i ze stoickim spokojem wpatrywał się w przestrzeń...A potem w ciemności zobaczył parę wielkich,żółtych oczu i dwa długie kły...zorientował się równocześnie że ten,kogo gryzie,to jego przyjaciel Aleur.Wtedy się obudził.
Nie otwierał jeszcze oczu.Czuł za to,że jest nagi i przykryty czymś włochatym.Nozdrza,z których zniknęła skrzepnięta krew,atakowało mu mnóstwo najróżniejszych zapachów : zapachy potu,dymu,skór i ziół mieszały się ze szczególnym,zatęchłym odorem dawno nie wietrzonego pomieszczenia.
Leżał tak jeszcze przez chwilę,a później otworzył oczy.
Był wewnątrz sporej,kopulastej jurty zbudowanej ze skóry.Pośrodku paliło się niewielkie ognisko,dym z niego powstały wylatywał przez dziurę w tym,co z braku lepszego określenia nazwać trzeba dachem.Pod ścianami natomiast stało mnóstwo półek,obwieszonych wysuszonymi ziołami i małymi,dziwnymi talizmanami.Był tam również mały stolik i położone obok niego dwa taborety.Na jednym siedziała starsza,raczej gruba kobieta,na drugim zwalisty mężczyzna w sile wieku.Obydwoje odziani byli w skóry,mężczyzna miał na plecach piękny,dwuręczny miecz.Siedział odwrócony do niego tyłem,podczas gdy kobieta patrzyła na niego swymi wielkimi,uderzająco zielonymi oczami.Opary ze stojących na stoliku kubków przesłaniały nieco jej twarz.
-Zbudził się-powiedziała cicho.
Mężczyzna odwrócił się.Przez jego policzek biegła szeroka,chyba bardzo stara blizna.On również miał zielone oczy,które świdrowały teraz Revetha.
-Witaj,nieznajomy.
Jego głos był gruby i donośny,ale w żadnym razie nie nieprzyjemny.Budził zaufanie.
-Kim jesteście?-zapytał Reveth,nim zdążył cokolwiek pomyśleć.
Wiatr zawył na polu,przynosząc gdzieś z daleka wycie wilka.Mężczyzna patrzył na niego przez chwilę.
-My?My jesteśmy Strażnikami.
***
Po pół godzinie siedział już przy tym samym stole i pił gorący,parujący wywar-taki sam,jaki mieli jego rozmówcy.Urduk i Feledana...Te imiona poznał niemal od razu,zaraz po tym,jak się obudził i wyjawił swoje.Dostał gruby płaszcz z garbowanej skóry,którym mógł się owinąć i swój amulet,który dostał tego samego dnia,gdy przystąpił do bractwa magów.
-Tak więc,zaczął Urduk,byłem na polowaniu wraz z dwoma moimi najlepszymi myśliwymi.Naszą uwagę przykuły zapach dymu i widok ognia...Znaleźliśmy cię nieprzytomnego na małej polance.Leżałeś przy resztkach czegoś,co nazwać by można ogniskiem,gdyby nie dawało tyle światła i ciepła co świeca-a dookoła roiło się od wilków.Nie atakowały cię jeszcze.Krążyły dookoła,węszyły,a ślina kapała z ich pysków,ale nie atakowały.To mądre zwierzęta...Czuły magię,jaka w tobie buzuje.My też ją czuliśmy...Dlatego zabraliśmy cię do obozu.Każdego innego,kto zapuszcza się w te lasy,zabijamy.Takie jest rozkazanie od czcigodnej Hempulepthe-nie puszczać nikogo.Ale czarodziej,który wałęsa się w tych północnych,niedostępnych krainach nie mógł się tu wziąć bez powodu.Powiedz,co cię tu sprowadza?
Feledana patrzyła na niego zmrużonymi oczami znad splecionych dłoni,na których oparła podbródek.Urduk pociągnął tęgi łyk ze swego wywaru,a później również zaczął wpatrywać się w Revetha z uwagą.Miecz na jego plecach zabrzęczał cicho,a Revethowi wydało się,że słyszy odgłos szalejących płomieni.Ale tylko przez sekundę.
-Dziękuję wam-zaczął Reveth po chwili milczenia,wpatrując się w swoje parujące zioła-Dziękuję,bo bez waszej pomocy z pewnością zginął bym w tamtym lesie,zjedzony przez wilki lub zamarznięty...
-Jesteśmy świadomi tego faktu,o nieznajomy-przerwała Feledana,nadal wpatrując się w niego z uporem godnym lwicy pędzącej za ofiarą-interesuje nas dlaczego znalazłeś się w tej sytuacji.
Reveth skłonił głowę.Nie jest dobrze,pomyślał.Ciekawe,kim są ci ludzie?Dlaczego wyczuwają magię?I kim,do diabła,jest ta Hempu-coś tam?
-Tak...Wszak na imię mi Reveth...
Grał na zwłokę.Powiedzieć im o celu mej misji,czy też raczej wymyślić coś na poczekaniu?Może gdybym wiedział,co to za jedni...
-Wspominałeś o tym,Revethu.Nie jesteś jednak członkiem klanu...Członkiem plemienia...-wyjaśnił Urduk.
-Jesteś tedy Obcym.Nieznajomym.I nie odpowiedziałeś na pytanie mego Tirhana...-dokończyła Feledana.
Co robić?Powiedzieć,czy nie?Gdybym tylko wiedział,kim oni są...I co,do cholery,oznacza termin Tirhan?
-Tirhan to nic innego jak partner,którego wybiera się na całe życie-rozległ się melodyjny,dziewczęcy głos od strony wejścia,zza pleców Revetha-A jesteśmy Strażnikami świętego miejsca,a raczej wejścia do niego.Jesteśmy Strażnikami Uldsur.
Urduk i Feldana momentalnie skłonili głowy.Reveth odwrócił się,zaskoczony tym oświadczeniem, i ujrzał piękną,młodą kobietę.Lata spędzone na królewskich dworach wypracowały w nim wiele nawyków-jednym z nich było wstawanie,gdy do pokoju wchodziła przedstawicielka płci pięknej.Teraz również nie oparł się odruchowi.Dziewczyna zgrabnym krokiem zbliżyła się do stołu.
-Usiądź-powiedziała cicho-wyczuwam wielki niepokój w twoich myślach.Wiesz coś ważnego...Ale boisz się mówić o tym,bo nam nie ufasz.Boisz się,bo nie wiesz jak zareagujemy i kim właściwie jesteśmy.Boisz się wreszcie,bo nie wiesz czy umożliwimy ci wykonanie zadania,którego natury nie chcesz ujawnić.Nawet w twoich myślach...Coś kryje się za zasłoną,której nie potrafię przebić nawet ja...
Urduk i Feledana wymienili spojrzenia.W tych spojrzeniach był niepokój...I cień strachu.
-Nie obawiaj się,czarodzieju.Jesteśmy dumnym,szlachetnym i pełnym prawości rodem.Pójdź za mną...Poznasz historię naszego ludu.Dowiesz się wszystkiego,co trapi twój umysł.A później wyjawisz to,o co pytali cię czcigodni Urduk i Feledana.Pójdźmy.
"Czcigodni" znów wymienili spojrzenia.Dziewczyna odeszła już w stronę wejścia,a Reveth ruszył za nią.W ostatniej chwili odwróciła się.
-Nie obawiajcie się,o Ker'din.Prawe serce bije w tej pulsującej magią piersi.
Odwróciła się i opuściła chatę.Reveth rzucił jeszcze przelotne spojrzenie swoim gospodarzom,a później ruszył za nią.
***
Gdy wyszedł,nie ujrzał jej w pobliżu.Ujrzał za to kilkanaście dużych,zbudowanych głównie ze skór chat i jedną wielką,umieszczoną na środku,drewnianą budowlę.Śnieg prószył leciutko,a dookoła uwijało się wielu barbarzyńców.Zagadał jednego.Spytał o kobietę,która dopiero co wyszła przed nim z chaty.Nie uzyskał odpowiedzi,tylko nerwowe i zdziwione spojrzenia.
Westchnął ciężko.Dlaczego ci goście mnie nie rozumieją,skoro rozumiała mnie tamta trójka?
-Bo my jesteśmy Wybrańcami spośród Narodu Wybranego-spokojny,dziewczęcy głos odezwał się tuż obok jego ucha.Wzdrygnął się przestraszony i odwrócił-stała tuż obok niego,nie wiadomo skąd się pojawiła.
-Och...To znaczy ja...
-Oni nie mogą zrozumieć,co ty mówisz.Wskazała ręką dookoła.-Czcigodna Hempulepthe nie obdarzyła ich umiejętnością rozumienia języków.Tylko para,która nam przewodzi,czyli Urduk i Feledana oraz Jasna,czyli w chwili obecnej ja ,otrzymaliśmy ten wielki dar.Nie za darmo,mój nieznajomy,nie za darmo...Lecz...Służba wymaga poświęceń.
Schyliła głowę.Nastała chwila kłopotliwego milczenia.
-Kim jest "jasna"?-zapytał.Chciał przerwać tę ciszę.
Uśmiechnęła się.I spojrzała na niego.
-To kobieta,która potrafi widzieć rzeczy dla innych niewidzialne.Potrafi widzieć przyszłość,a przynajmniej jej część.Potrafi rozmawiać ze zmarłymi,interpretować i wywoływać sny,a także je tłamsić.Potrafi także...
-Czytać w myślach-teraz on się uśmiechnął,a ona ten uśmiech odwzajemniła.
-Tak...To potrafimy również.Jestem Jasną od niedawna.Ale teraz chodź za mną,obcy.Czuję pytania,które kłębią się pod futrzanym kapturem twego płaszcza,ale nie wypowiadaj ich głośno.Zaraz dowiesz się wszystkiego.
Szli pomiędzy chatami,by dojść na końcu do sporego,ciemnego otworu w ścianie skalistego urwiska.Gdy Reveth spojrzał w górę,zorientował się,iż znajduje się o wiele bliżej sześciu kłów niż przypuszczał.Wydawało się,że ośnieżone szczyty są na wyciągnięcie ręki...Pomyślał,że być może uda mu się tam dotrzeć.
Weszli do jaskini.Było tu niemal całkowicie ciemno,Reveth już pomyślał że wyczaruje nieco światła,ale prowadząca go dziewczyna szepnęła cicho:Nie.Posłuchał jej.
Kierowali się do jedynego jasnego punktu,czerwonej poświaty bijącej z małej,usytuowanej nieco z boku komnaty.Wejście było za skalnym załomem,toteż gdy znaleźli się w środku,okazało się,iż łuna jest mocniejsza,niż się w pierwszej chwili wydawało.Biła z ogromnego,wystającego z ziemi i wrastającego w sklepienie kryształu.Miał on kolor krwi.Albo wina.I był bardzo,bardzo piękny.
-Jest niezwykle ładny-powiedział cicho,wpatrując się w pulsującą światłem powierzchnię.
-I stary-dodała cicho Jasna.-Dotknij go.Nie,nie tak.Połóż na nim obie dłonie.
Poczuł dziwne mrowienie,gdy jej posłuchał.Wydawało mu się,iż kryształ zaczął nieznacznie drgać i buczeć.
-Nie obawiaj się,to normalne.Zamiast tego zamknij oczy i rozluźnij się.Jeżeli twój umysł będzie czysty od jakichkolwiek myśli i uczuć,wiedza i wspomnienia zawarte w krysztale same go wypełnią,a...
Świat zawirował.Nic już nie słyszał,a komnata utonęła za czerwoną zasłoną-a była to taka sama krwista czerwień,jak kolor kryształu.Wydawało mu się,że spada,a później zobaczył olbrzymią,białą smoczycę.Stała pośrodku olbrzymiej kawerny,po ścianach której spływała woda,a dookoła niej klęczało mnóstwo ludzi.Wszyscy byli odziani w skóry.
Nie słyszał nic.Ale wiedział,jakie słowa wypowiedziała smoczyca.A raczej znał ogólny sens jej wypowiedzi,bo poszczególnych wyrazów nie umiałby powtórzyć.
Smoczyca mówiła do ludu przed nią zebranego.Wychwalała ich siłę,honor i mądrość,dziękowała nawet za pomoc w wojnie,która dopiero co się zakończyła.Powiedziała,że nastała Nowa Era-że zarówno smoki,jak wampiry,osiągnęły zbyt wielką potęgę i swymi rozmiarami przytłaczają malutki kwiatuszek,jaki zaczął niedawno rozkwitać:ludzkość.Wampiry w swej arogancji pomyślały,iż mogą ludzi uczynić swymi niewolnikami-a smoki zniszczyć.Za to zostały zgładzone i starte z oblicza tego świata.Teraz smoki odejdą,schowają się w krainie,w której w czasach naprawdę zamierzchłych pojawił się ich pan,Czerwony Smok Rister'fahsyyr.Najznamienitsza rasa ludzi miała pozostać na straży Uldsur-tunelu łączącego Krainę Smoków,Sześć Kłów,z resztą świata,która miała od tej pory należeć do śmiertelnych.Niewiadomym jednak było,czy zebrani dookoła smoczycy ludzie podpiszą magiczny pakt-czekała na odpowiedź.
Jeden z mężczyzn wstał.Skłonił nisko głowę,a później powiedział,że jako wódz plemienia ogłasza,iż jego ludzie,a także on sam,gotowi są do przyjęcia brzemienia.Smoczyca zaryczała przeciągle,a w ryku tym była wdzięczność,ulga,radość,i jakiś dziwny smutek.Oto bowiem skazywała najszlachetniejszych z ludzi na banicję.W powietrzu pojawił się miecz-ten sam,który Reveth widział dzisiaj na plecach Urduka.Spłynął on w ręce stojącego mężczyzny,a później pobłogosławiła ten lud,jeszcze bardziej zwiększając jego przymioty.A potem wszystko zaczęło się rozmazywać,nikło powoli za czerwoną poświatą,aż w końcu Reveth zdał sobie sprawę,że wpatruje się w karmazynową powierzchnię kryształu.Jasna stała nieopodal.Powoli wracał mu słuch i inne zmysły.
-A więc już wiesz.Jesteśmy Barbarzyńcami-prawdziwymi,nie jak te koczownicze plemiona,które mieszkają przed lasami.Tamte ludy są młode,i nie są nawet cieniem tego,co reprezentujemy my.My jesteśmy Narodem Wybranym-wybranym nie tylko przez los i obdarzonym przez niego przewagami w sile,mądrości i innych cechach nad pozostałymi ludźmi,ale także wybranym przez smoki,do strzeżenia wejścia na Sześć Kłów.Bo wiesz chyba,że po tych skałach nie można się wspiąć i że magia smoków gwarantuje,że nikt nie przeleci nad szczytami?Jedyna droga prowadzi przez Uldsur-tunel,w którego przedsionku właśnie stoimy.Nasz lud ma za zadanie chronić ludzkość przed tym,co znajduje się po drugiej stronie-przed smokami.Bo wielu ludzi zapragnęłoby zniszczyć je i zagarnąć ich skarby,a gdyby powzięli taką próbę-podzieliby los wampirów.
Urwała na chwilę.Reveth wciąż był nieco oszołomiony.
-Widzę,że po tym,jak twój mózg zajrzał do wnętrza Kryształu,nie możesz do siebie dojść.Wróćmy do wodzów naszego plemienia.Świeże powietrze dobrze ci zrobi,a później porozmawiamy o celu twojej podróży.W czwórkę.Szczerze.
Revet uśmiechnął się,na poły smutno,na poły przymilnie.
-Czyż przy tobie można rozmawiać inaczej?
***
Znów siedzieli przy stole,choć tym razem we czwórkę.Urduk i Feledana nie skomentowali uwagi,że Reveth już wie o roli i przeznaczeniu ich ludu.Choć miny mieli nietęgie,najwyraźniej nie śmieli zakwestionować lub poddać krytyce czyny Jasnej.Te kobiety chyba rzeczywiście były tu bardzo poważane.
-Tak więc,zaczął Reveth,popijając tęgi łyk ze swojego wywaru-abyście zrozumieli cel mej misji,musicie dowiedzieć się,jakie wydarzenia miały niedawno miejsce na południu.A były to wydarzenia iście przerażające:niewiadomo skąd na ziemi pojawiła się armia demonów-nie zwrócił uwagi na jednocześnie niedowierzające i zdziwione spojrzenia-i zaczęła pustoszyć królestwo Rill,położone głęboko w dżungli na południu.Później druga armia zaatakowała Rudku-moją ojczyznę.Sam byłem w oddziale,jaki pokonał tę armię-ale jednocześnie padło południe.Każdy zdolny dzierżyć broń ruszył do Ter'na,znanej wam z pewnością wampirzej twierdzy,zamieszkałej teraz przez ludzi.Tam moi bracia zostali,bo było nas na tyle mało,iż nie mogliśmy przyjąć otwartej bitwy w polu.Mamy natomiast szansę przetrwać oblężenie.
Ja natomiast wysłany tu zostałem z poselstwem do smoków.Teraz już nikt prawie w nie nie wierzy,ale jeśli przyjąć,że mit o nich i o wampirach jest prawdziwy, względem czego od pewnego czasu nie mam już żadnych wątpliwości,to istnieje szansa,że te istoty ponownie zechcą pomóc ludzkości.
Nastała cisza.Urduk siedział zasępiony,Feledana nadal patrzyła na niego w ten sam sposób,oparłszy podbródek na splecionych dłoniach.Jasna wpatrywała się w niego w skupieniu-był pewny,że wyczuwa iż nie mówi całej prawdy i że próbuje coś wyczytać w jego myślach.Ze wszystkich sił starał się przed nią ukryć spotkanie z wampirem.
-Jak mogliście zamieszkać w twierdzy wampirów?Wy nie możecie wyobrazić sobie nawet ułamka tego zła i potęgi,jakimi była wampirza rasa.Zaprawdę,dobrze,że smoki okryły całunem Stoneheris.Jesteście głupcami.-w głosie Urduka brzmiało niedowierzanie.
Znów nastała chwila ciszy.Reveth nie uznawał za stosowne skomentować,Feledana nadal świdrowała go spojrzeniem,a Urudk oglądał swoje stopy.I tylko zachowanie Jasnej się zmieniło.Zakryła ręką usta,a z jej piersi wyrwało się krótkie westchnienie.Wódz ani jego partnerka nie zwrócili na to uwagi,ale Revetha przeszył dreszcz-wiedział już,że ta dziewczyna odczytała wreszcie to,co chciał przed nią ukryć.Spojrzała mu w oczy.Nie wytrzymał spojrzenia.
-Odejdź teraz,nieznajomy-przemówiła Feledana.Jutro dowiesz się,jaki będzie twój los.
Reveth wstał,nie bardzo świadom,gdzie miałby odejść.Ale równocześnie do jurty wszedł podstarzały barbarzyńca,i gestem pokazał mu,żeby za nim szedł.Reveth rzucił jeszcze przelotne spojrzenie Jasnej,a później opuścił chatę.
***
Nie wyspał się tej nocy.Jego myśli zaprzątały różne pytania:czy Jasna powie Urdukowi i Feledanie o prawdziwych założeniach jego misji?Czy powie,że został wysłany tutaj przez starego,naprawdę bardzo starego wampira by wykradł klucz do Stoneheris?Ci barbarzyńcy,choć z pewnością dumni i honorowi,nie zrozumieją,że to szansa dla ludzkości,która sama nie ma szans w starciu z potęgą demonicznej armii.Przewrócił się na drugi bok.
A gdyby rzeczywiście pójść do smoków i błagać je o łaskę?Z ich pomocą ludzie także mieliby szansę...Ale do smoków wyprawił się przecież jego przyjaciel,Jeremiasz-był potężnym magiem,a mimo to nie wrócił.Czy zgładziły go smoki?A może zamarzł gdzieś w tych lasach,by stać się później łupem wilków?
A może zniszczyli go ci barbarzyńcy,mający rozkaz zabijać każdego,kto pojawił się w tych lasach?Ale dlaczego w takim razie nie zabili jego,Revetha?Bo jest magiem?Jeremiasz też był przecież magiem,i to potężniejszym.A może stanął do walki?
Nawet nie wiedział,kiedy ogarnął go sen.Śniło mu się chyba coś nieprzyjemnego,bo obudził się cały zlany potem.Nie potrafił sobie przypomnieć szczegółów,ale do ranka,oddalonego o dwie godziny,nie usną ani na chwilę.Wtedy to przysłaniające wejście skóra odsłoniła się,a w wejściu pojawiła się twarz Urduka.
-Zapraszamy na śniadanie,nieznajomy.
Wstał,nic nie mówiąc i ruszył w stronę wyjścia.
Świat był jakby jakiś inny.Było cicho,a choć śnieg ciągle padał,a barbarzyńcy dalej krzątali się po obozie,to to wszystko działo się jakby obok,w jakimś bliskim,choć nierealnym wymiarze.A może to raczej ja jestem jakiś inny,poprawił się w myślach.Widmo rozmowy z Urdukiem i Feledaną ciążyło nad nim od dwóch godzin,wypełniało jego myśli obawami,wlewało się mroczną,czarną falą do serca,rwało oddech,czyniąc go niespokojnym i głębokim.To wszystko dookoła było po prostu nieważne,nie dotyczyło go,było zbyt małe i przyziemne,by zwracał na to uwagę.
Był niemal pewien że Jasna powiedziała o tym,co wyczytała w jego myślach.Był pewien,że wkrótce go zabiją-tak,jak przed wiekami poprzysięgli smokom.Gdyby nie fakt,iż dogadał się z wampirem,pewnie by go puścili.A tak...
Uruduk klepną go w ramię,wyrywając z zadumy i wskazał na skórę zakrywającą wejście do jurty,w której się wczoraj obudził.Wszedł posłusznie,później zajął swoje miejsce przy stole,przy którym siedziała już Feledana i Jasna.Ta pierwsza wskazała mu miskę pełną czegoś,co przy dużej dozie dobrej woli nazwać mógłby dziwaczną,śmierdzącą papką.Ale wziął łyżkę i zaczął jeść.Naprzeciwko niego usiadł Urduk.Nie jedząc,zaczął mówić.W jego głosie brzmiała niechęć.
-Wiedz,nieznajomy,iż podjęliśmy już decyzję,co się z tobą stanie.
Z twarzy Feledany,jak zwykle,nic nie udało się odczytać.Jasna uśmiechnęła się pokrzepiająco.
Ale jednocześnie smutno.
-Nie strasz naszego gościa,mój miły-przemówiła cicho Feledana-bo grobowy ton twojego głosu każe mu przypuszczać,iż zgotowaliśmy mu jakiś zły los.A nie jest tak,o nieznajomy.Wszak uradziliśmy,dzięki,przyznać to muszę,wstawiennictwu obecnej tutaj jasnej,abyś mógł podążyć ze swą misją,ze swym poselstwem,do naszych opiekunów.
Serce w piersi Revetha targnęło się mocno,poruszone radością-ba!Euforią wręcz.Pójdzie dalej,dotrze do smoków i-co najważniejsze-nie zgładzą go w tej wiosce...Aż chciało mu się wrzasnąć z radości.
Jasna patrzyła na niego ze smutnym uśmiechem,ale on tego nie widział.
-Tak-rozległ się twardy głos Urduka-pójdziesz tam,gdzie siedzisko swoje mają smoki,wiedz jednak,iż ja się sprzeciwiałem.Wstał gwałtownie.
-Nie jestem potrzebny w dalszej części tej rozmowy.
Wyszedł.Do izby wpadło trochę śniegu,niesionego wiatrem,i ten sam wiatr zgasił kilka świeczek,stojących przy wejściu.Feledana nie zwróciła na to uwagi.
-Nerwowego mam partnera-powiedziała,jak zwykle cicho-ale nie wiem w istocie,czy dobrze czynimy-spojrzała na Revetha.
-Tę kwestie już rozcząsaliśmy,i doszliśmy do porozumienia.Nie ma sensu na nowo rozpoczynać sporu.Powiedz mu,Feledano,nasze warunki.I ruszajmy.
Jakie warunki?-przemknęło Revethowi przez myśl.
-Niezbyt uciążliwe-Jasna sama przemówiła,nie czekając,wbrew swym własnym słowom,na Feledanę.-Wyruszysz natychmiast,to po pierwsze.A po drugie...
Tak?-pomyślał Reveth
-Żaden obcy nie powinien przechodzić korytarzami Uldsur,ale jeżeli już idziesz,to nie możesz tam być sam.Ktoś musi z tobą iść...I to będę ja.
Uśmiechnęła się,a Reveth,sam tego nieświadomy,uśmiechną się również.
5
Wyruszyli niemal natychmiast,wziąwszy ze sobą prowiant i wodę-wszak w ciemnych zakamarkach tunelu przez dwa dni nie mieli natrafić na żadne źródło.Tak przynajmniej mówił Kerin-emerytowany i bardzo stary myśliwy,jedyny żyjący człowiek,który odwiedził Uldsur.
Z początku droga była prosta.Bite trzy godziny maszerowali wąskim,kwadratowym w przekroju korytarzem o szerokości i-jak łatwo obliczyć,wysokości również-dwóch metrów.Później korytarz rozszerzał się co raz bardziej,by wreszcie,po kolejnych dwóch godzinach maszerowania,skończyć się wąskim wylotem o poszarpanych krawędziach.
Dalej była olbrzymia,pełna kilkudziesięcio metrowych stalaktytów i stalagnatów kawerna.Przez jej środek biegła szeroka i przepastna rozpadlina.W jej głębi,chlupocząc wesoło,płynęła rzeka.
Zapytasz pewnie,drogi czytelniku,dlaczegóż to nie westchnęli nasi bohaterowie z zachwytu po dotarciu do opisanej wyżej kawerny?Pytanie w istocie na miejscu,ale już śpieszę z odpowiedzią:otóż w jaskini ciemno było jak w zupie u murzyna,i to w dodatku przypalonej.A Reveth i Jasna jedyne światło czerpali z niewielkiej,zawieszonej nad głową tego pierwszego,czarodziejskiej kuli.
Rozbili tutaj obóz-to znaczy,wyciągnęli zrobione ze skór śpiwory i rozpalili ognisko,które jednak nie rozjaśniło mroku na tyle,by mogli dostrzec piękno otaczającej ich jaskini.
Nie odzywali się.Reveth czuł się nieco zakłopotany,nie znał nawet imienia Jasnej.Spytał o nie na samym początku-ale nie zdradziła go.Powiedziała,że on jest Obcym-a ona Jasną.Nie mógł znać jej imienia,bo tego zabraniała złożona smokom przysięga.W ogóle była jakaś dziwna,jakby inna czy smutna...Później rozmawiali jeszcze-ale krótko,dialog rwał się i był obojętny na próby podtrzymania go obu ze stron.Wreszcie zagłuszyły go całkowicie głębokie,urywane oddechy-korytarz zaczął wspinać się ostro do góry.
Poza tym nasz młody mag obawiał się tematu,który musiał wreszcie nadejść.Wiedział,że Jasna znała jego sekret.Zastanawiał się,dlaczego nie powiedziała nikomu o jego tajemnicy.Zbyt mocno.
-Wiem,co cię trapi.
Spojrzał na nią.Ze zdziwieniem stwierdził,że w kącikach jej oczu szklą się małe kropelki łez.
-Czy naprawdę nie wiesz,co mną powodowało?Do tego nie trzeba umieć czytać myśli,tak,jak ja.Wystarczy patrzeć...I słuchać.
Podeszła do niego.
-Jesteśmy w Per da Relfa,Pieczarze Przysięgi.Zmieniała się przez tysiąclecia,ale to wciąż to samo miejsce,gdzie moi przodkowie przysięgli wierność i służbę.Złamałam przysięgę...Reveth,jutro dotrzemy do Schodów.To niecałe pół godziny drogi stąd,a przejścia strzeże Gerber,trójgłowy pies-strażnik.Możemy nie przeżyć.Z tą nadzieją Urduk zgodził się na twoją wyprawę.Powiedziałam,że chcę ci towarzyszyć.Nie zgodzili się.Ale zmusiłam ich...
Milczał.
-Zdradziłam swój lud,zdradziłam smoki.Przecież ty działasz z rozkazu wampirów...
Zaczęła łkać.Objął ją ramieniem,przytulił.Znał odpowiedź,ale zadał pytanie.
-Dlaczego?
Popatrzyła mu w oczy.
-Wiesz,dlaczego.I nie muszę czytać w twoich myślach,aby to wiedzieć.Reveth,wszystko poświęciłam.Prawie.Nie pozwól mi żałować...
Głośny,przerażający krzyk rozdarł ciszę,odezwał się echem wśród ścian i stalaktytów.Automatycznie spojrzeli w górę,tam gdzie było źródło tego krzyku.
Po stromej ścianie,położonej naprzeciwko ich oczu,wiła się wąska,kamienna ścieżka.Prowadziła do samej góry,do sklepienia tej pieczary,ale teraz ktoś nią zbiegał-ktoś,nad kogo głową leciała mała,świecąca kula.Za tym kimś,kto wrzeszczał jak opętany,zwijało się w skokach coś dziwnego-dużego,lecz słabo widocznego,jak gdyby ten kształt pochłaniał światło.
-Gerber...-szept jasnej zjeżył mu włosy na karku.
A potem kształt dopadł człowieka-mroczny cień na chwilę przysłonił magiczną kulę,człowiek wrzasnął i wyleciał wysoko w powietrze,by po chwili runąć w dół.Nie miał szans tego przeżyć.Gdy leciał,przestał krzyczeć.Wykonywał dziwne gesty rękami,nagle zawisnął w powietrzu,niczym skoczek spadochronowy,i zaczął powoli opadać.Mroczny kształt na górze zaryczał przeciągle-i skoczył.W locie chlasnął maga-to musiał być mag-łapą,tamten poleciał w bok, i-okręciwszy się kilka razy wokół własnej osi-uderzył w ścianę.Przestał lewitować.Zsunął się na ścieżkę,później potoczył się jeszcze niżej,przechylił się przez krawędź i potoczył na sam dół,po łagodniejszym niżej zboczu.
-Chodź-szepnęła mu do ucha-musimy pokonać Gerbera,żeby przejść dalej.
Podbiegli.Mag,który przed chwilą spadł z urwiska,powoli zaczął się podnosić.Jego prześladowca podchodził co raz bliżej...
Z bliska był naprawdę przerażający.Miał cztery masywne,silnie umięśnione nogi,długi,niski z tyłu i rosnący w miarę zbliżania się do pyska tułów i...trzy szyje.Każda długości jednego metra,każda opatrzona masywną głową z czerwonymi ślepiami.W każdym pysku rzędy ostrych,zakrzywionych zębów.Cały tułów był czarny,a opatrzone pazurami stopy miały kolor ciemnozielony.Do tego wzdłuż linii grzbietu,sterczały rzędy wygiętych do tyłu kolców.Stwór zaryczał,powoli podchodził do skulonego na ziemi czarodzieja.Tamten powoli podniósł się na czworaki,zobaczył zbliżającą się do niego bestię,otworzył usta do krzyku i...zamarł.Zobaczył coś jeszcze.
Reveth nie zastanawiał się.Gdy tylko dobiegli na odległość rażenia,stworzył piorun.Wiedział,że jeden cios nie zabije Gerbera,ale chociaż odwróci jego uwagę od tamtego człowieka.
Jasna wstęga wyładowania elektrycznego przecięła powietrze,na chwilę rozświetliła całą jaskinę.Błyskawica uderzyła potwora od tyłu,przewróciła go na ziemię i poleciała dalej,by odbić się od ściany i polecieć gdzieś w górę.Zagrożony mag wstał szybko i,nie czekając,stworzył własny piorun.O wiele silniejszy od Revethowego.Ten rzucił Gerberem o ścianę,rozwalił spory jej kawałek i zgasł.Zapadła cisza.Mag podbiegł do Revetha i Jasnej,ale nim zdążył otworzyć usta,potwór zaczął się podnosić.Gdy stanął na nogi,zaryczał przeciągle,każdym z pysków z osobna i rzucił się do szarży.
-Strumień!-wrzasnął czarodziej tuż do ucha Revetha.Nasz bohater nie znał dobrze tego zaklęcia.Było trudne i wymagało sporych umiejętności magicznych i skupienia.Można je było rzucić minimum we dwójkę,ale lepiej w większej grupie...
-Zaczynaj!
Wyrzucił wszystkie myśli ze swojego mózgu.Był tylko on i magia,którą czuł wszędzie w powietrzu,bo promieniowała od każdego z nich i Gerbera.Zamknął oczy,skupił się.Trudne formuły,których nie tyle się uczył co słyszał jako ciekawostkę,powoli wypływały z jego ust,zaczęły się mieszać z tymi,które zaczął wymawiać jego partner.Po chwili wdarła się kolejna nuta,delikatna acz zdecydowana-to Jasna mówiła razem z nimi,jej melodyjny głos wzmacniał wszystko i spajał.Zrobiło się ciepło,bo słowa zmieniały się w rzeczywistość,a ich myśli i magiczne formuły w rozpalony,tętniący żywym ogniem magiczny Strumień...
Byli blisko,ale nie zdążyli.Gerber dopadł do nich,magiczna energia,nagromadzona dookoła i trzymana przez nich na wodzy,by w odpowiednim momencie zmienić się w ognisty słup,została uwolniona,gdy tylko potwór rozproszył ich skupienie.A rozproszył,bo każda z jego głów uderzyła w jednego z nich,posyłając wszystkich w inną stronę.
Reveth poleciał aż nad krawędź rozpadliny,w głębi której płynęła rzeka.Przez kilka sekund nie zdawał sobie sprawy,co się wokół niego dzieje,a potem poczuł drgania gruntu.Podniósł głowę akurat,aby zobaczyć zbliżającego się Gerbera.Z jego pysków kapała ślina.
Wrzasnął.Przetoczył się na bok,usiłował wstać,ale poślizgnął się i wyrżnął o ziemię.Kątem oka zobaczył biegnącą w jego stronę Jasną...
Ognista kula uderzyła Gerbera akurat w chwili,gdy miał zatopić swe zęby w ciele naszego bohatera.Potwór wywrócił się,przejechał po ziemi kilka metrów i zaryczał głośno,wstając od razu.Reveth też wstał,jednym ruchem wytworzył wokół siebie ochronną tarczę-chociaż wiedział,że to bibuła stojąca na drodze tarana.Rzucił się do ucieczki,słysząc za sobą postękiwania Gerbera.
Nie uciekł daleko.Jeden pysk przewrócił go na ziemię,drugi zaryczał triumfalnie.Trzeci wzniósł się wysoko na giętkiej szyi,otworzył się i opadł...
Z cichym pyknięciem,tuż nad piersią Revetha,aportowała się Jasna.Olbrzymi pysk potwora zacisną się na jej wątłym ciele,bryzgnęła krew.Dwa pyski zwróciły się w stronę tego,który złapał ofiarę,ale wszystkie były zdziwione.Reveth po prostu zaniemówił,wmurowało go.Nie zdał sobie w pierwszej chwili sprawy z tego,co się właśnie wydarzyło.
A potem,z hukiem głośnym jak wystrzelenie z armaty,ale z pewnością większą siłą,w bok Gerbera uderzył wielki,lodowy pazur.Przebił skórę,wdarł się do wnętrza organizmu i rzucił potworem daleko w stronę przepaści.Jasna wyleciała bestii z pyska,i dopiero gdy jej ciało uderzyło o ziemię,a z ust popłynęła krew,Reveth zdał sobie sprawę z tego,co się stało.Wrzasnął.Nie myślał,nie skupiał się,był po prostu wściekły i pełen nienawiści.Krzyczał coś,ale sam nie wiedział co.Z jego rąk wystrzeliła różowa wstęga,smagnęła Gerbera po pyskach,urywając jeden z nich i raniąc straszliwie pozostałe.Natychmiast zamieniła się w wielką,ognistą kulę.Nie uderzyła,tylko zawisła na chwilę w powietrzu.A potem wystrzeliło z niej równocześnie kilka ognistych strumieni,które bezbłędnie trafiły w leżącego na ziemi potwora i po prostu go spaliły.Na popiół.
Reveth już tego nie widział.Biegł w stronę Jasnej,rzucił się na kolana i ślizgiem przesunął w jej stronę...Chwycił zakrwawione ciało,podtrzymał głowę,a ona otworzyła oczy...był w tych oczach jednocześnie smutek i radość,zmęczenie i jakaś ulga...Chyba chciała coś powiedzieć...
Z jej ust wypłynęła krew,spojrzała mu w oczy.Wiedział,że ona wie,iż umiera.Wiedział nagle,że gdy teleportowała się przed chwilą,to miała świadomość,że zginie.A ona wykrzywiła dziwnie usta i,mówiąc swe ostatnie słowo,oddała jednocześnie ostatnie tchnienie.
-Marianne
***
Czarodziej,który spadł niedawno ze skarpy był zszokowany.Zaklęcie,którego przed chwilą użył ten młodzian było tak silne,że w niektórych miejscach popękała skała,a ze sklepienia urwał się olbrzymi stalaktyt i wpadł z pluskiem do rzeki.Sam był doświadczonym i dość potężnym magiem,o ile można mówić o potędze gdy ma się lat czterdzieści parę,ale nie miałby cienia szansy,by rzucić coś chociaż podobnego.Zwłaszcza,że tamten młody nie wykazywał wcześniej żadnych oznak specjalnej siły magicznej...
W ciszy,jaka przed chwilą zapadła,miarowe kroki naszego czarodzieja rozbrzmiewały zwielokrotnionym i nienaturalnie głośnym echem.Podszedł do miejsca,gdzie podbiegł przed chwilą i padł ten młody czarodziej,zastanawiając się jednocześnie,gdzie podziała sie kobieta,jaka z nim była.Wszystko wyjaśniło się,gdy dotarł na miejsce.
Nie żyła,ciało leżało w wielkiej kałuży krwi,a na nim leżał ów młodzian.Oddychał,ale był nieprzytomny.Nasz czarodziej zwlókł go z jej ciała i zaniósł go do ogniska,które uprzednio Reveth i Jasna rozpalili.Ciało kobiety zostawił tam,gdzie leżało.
Dopiero światło ognia rozświetliło rysy młodego czarodzieja.Ten starszy uśmiechnął się.Znał go.
***
-Najgorzej było z jedzeniem-opowiadał Jeremiasz-nie mogłem wziąć ze sobą wiele prowiantu,a polowanie to nie jest moja specjalność...Dlatego wzywałem żywiołaki ognia.Dawały ciepło,polowały dla mnie...Niestety co parę dni zmuszony byłem powtarzać rytuał.
-A wiesz,że jeden z twoich Żywiołaków o mały włos mnie nie zabił?Chyba udało mu się przełamać twoje zaklęcia i w ostatniej chwili wrócił do wnętrza ziemi...W każdym razie niewiele brakowało.Łamałem sobie głowę nad tym,czyj to stwór...
Jeremiasz wzruszył ramionami.
-A co ja jestem,prorok jaki,czy co?To mnie Eredur wysłał z poselstwem,nie miałem pojęcia,że jeszcze inni ludzie są w tym lesie.Nie wiedziałem nawet o twoich barbarzyńcach...
-Moich?
-A kto siedział u nich tyle czasu?Ja,mój drogi,musiałem przekraść się chyłkiem,nocą,pod osłoną niewidzialności.Później nie potrafiłem znaleźć wejścia do tego tunelu,a kiedy wreszcie znalazłem,to po dwóch dniach zaatakował mnie trójgłowy pies,strzegący przejścia.Walnąłem go Ognistą Kulą,ale nie przejął się bardzo,zacząłem więc uciekać,wypadłem na ścieżkę, a wtedy wy...
Reveth wyłączył się na chwilę,nie słuchał,chociaż uważnie patrzył na Jeremiasza.Znał go od dziecka i bardzo lubił,z wzajemnością zresztą.Z bitwy nad morzem Tunga ocalało tylko dwóch magów-Reveth,czarodziej początkujący i niedoświadczony,i Jeremiasz właśnie-mag dojrzalszy i potężniejszy.Tego drugiego Pan Tus Erę,Eredur,wysłał z poselstwem do smoków,z prośbą o pomoc.Widać,że wybrał tą samą drogę,co Reveth.
-...to było niesamowite,nie mam pojęcia,jak udało ci się rzucić ten czar.Co to właściwie było?
Reveth uśmiechnął się.
-Nie wiem.Ale powiedz mi,jak dowiedziałeś się o Uldsur, o tym tunelu?
Teraz Jeremiasz wyszczerzył zęby.
-Podsłuchałem.Jest jedno zaklęcie,o którym nic ci nie mówiłem,a które sam opracowałem,bardzo przydatne w podsłuchiwaniu.Jeśli chcesz...
-Nie.
Przez chwilę było cicho,jeśli nie licząc trzaskania ognia,na którym piekł się królik,złapany jeszcze przez Jeremiaszowego żywiołaka.Wreszcie odezwał się właściciel królika.
-A ta kobieta...Kim ona była?
Reveth milczał.Od chwili,gdy otworzył oczy i rozpoznał w czuwającym przy nim człowieku Jeremiasza,starał się o niej nie myśleć.Zajął się rozmową o przygodach przyjaciela,zajął się wspomnieniami i planami,opowiedział ze szczegółami o swojej podróży.Nie przemilczał wampira,a Jeremiasz powiedział,że lepiej się jeszcze zastanowić,jak to rozwiążą i zaczął opowiadać swoją historię...Teraz Reveth nie miał wyjścia.Musiał stanąć twarzą w twarz z wydarzeniami,które miały niedawno miejsce.
-Była kimś ważnym?
Nie odpowiedział.Wstał.
-Gdzie ona leży?
-Tam-Jeremiasz wskazał ręką.
Reveth odszedł bez słowa i długo siedział przy ciele kobiety.Do ogniska wrócił,gdy Jeremiasz dawno już spoczywał w objęciach Królowej snu.
***
Następnego dnia ruszyli ścieżką w górę ściany.Dalej była wielka,okrągła komnata-miejsce,gdzie,jak powiedział Jeremiasz,siedział pierwotnie Gerber.Dalej zaczynały się schody,wysokie,kręte i bardzo strome.Szli cały dzień.Odpoczywać musieli na schodach,to znaczy jeden spał,a drugi pilnował pierwszego,by nie spadł.Kolejnego dnia obaj byli zmęczeni i niewyspani,ale szli dalej.Po dwunastu godzinach schody były nadal tak samo strome,ale nogi bolały o wiele bardziej.Znów się nie wyspali,ale nazajutrz okazało się,iż ledwie pół godziny dalej schody urywały się nagle,a drogę zagradzały drzwi.Wielkie,masywne,pokryte runami.
Nie mieli pojęcia,jak przejść dalej.Inskrypcje wyryte na wrotach na pewno nie należały do języków,które znałby jeden z naszych bohaterów.Postanowili użyć czarów-trzy zaklęcia,rzucone wspólnymi siłami,ani o centymetr nie ruszyły przeszkody.
Rozwiązanie znalazł Jeremiasz-całkiem przypadkowo.Oparł się o ścianę,coś kliknęło głośno i rzeczona ściana zapadła się do środka,a czarodziej poleciał na plecy,do małej,okrągłej komnaty pośrodku której znajdował się niewielki,okrągły otwór.Pech chciał,że właśnie tam wpadł..Reveth,przerażony,podbiegł do krawędzi studni.Było cicho.
-Jeremiasz?-krzyknął cicho,pochylając się nad ziejącym pustką otworem.Był chyba bardzo,bardzo głęboki.Revetha przeszył dreszcz-przyzwyczaił się już do towarzystwa i wcale nie podobała mu się perspektywa utraty przyjaciela.
-Jestem!-głośny,basowy głos odezwał się gdzieś z głębi,a w chwilę później z otworu wylewitował jego właściciel-Jeremiasz.Uśmiechał się.
-Głębokie jak cholera-powiedział,przeleciawszy nad otworem i wskazując nań ręką.Wydaje mi się,że wylot jest gdzieś w jaskini na dole,gdzie walczyliśmy z...jak go nazywasz?Gerberem?
Reveth kiwnął głową,ale nie słuchał.Po przeciwległej stronie komnaty stał rodzaj kamiennego pulpitu,ustawionego na podwyższeniu.Podszedł do niego,przeczytał runy.
Beware
A niżej:
fdfqwwq
I jeszcze:
[fiwq
Nie znał znaczenia żadnego z tych słów,ani wyrytej poniżej w kamieniu całej tyrady.Tym natomiast,co przykuło jego wzrok,była dźwignia,zamontowana w ścianie.Pociągnął za nią,stęknął-ani drgnęła.Pomógł mu Jeremiasz-razem przesunęli ją w dół.Coś zazgrzytało,a z korytarza usłyszeli odgłos otwieranych drzwi.Gdy wybiegli na schody,powitało ich świeże powietrze i wspaniała,zimowa panorama.Drzwi wychodziły na małą półkę skalną.W dole ujrzeli piękną,zieloną dolinę.Było ciepło.
-Twoi barbarzyńcy wspominali o tych drzwiach?-spytał starszy z magów
-Nie-odparł Reveth,a później zaczął chodzić w dół krętą ścieżką.
6
Cwemur był młody i niedoświadczony-myślał sobie,że zapewne to jest przyczyną ogromnego strachu,jaki teraz odczuwał.Gdy spojrzał w oczy swego dowódcy,zaprawionego w bojach czterdziestolatka,ze zdumieniem odkrył w nich to samo uczucie.
Dziwny jest ten świat.
Niebo przecięła jasna wstęga palącej się kuli posplatanych ze sobą ludzkich i zwierzęcych ciał,a później uderzyła w mury za plecami młodzieńca i spadła na dziedziniec.Jednocześnie basztą,na szczycie której siedział nasz młody żołnierz,szarpnął potężny wstrząs.To kamień z katapulty musiał uderzyć gdzieś niżej.
Dowódca wyjrzał ostrożnie,a potem krzyknął:
-Nasi są za murami!Tłuką ich!Naciągnąć łuki,gdy wrócą za bramę,prać w demony!Na mój znak...
Cwenur wyciągnął strzałę i niezdarnie napiął łuk.Siedzący po jego prawej stronie żołnierza zrobił to samo,tylko że z większą wprawą,i posłał mu krzepiący uśmiech.Cwemur nie odwzajemnił.Nie potrafił.
-Przygotować się...
Cwemur wstał na kolana,wyjrzał pomiędzy zębatymi krawędziami muru...Aż krzyknął.W ich stronę leciał wielki,wyobijany kamień.
-Teraz!Walcie!-głos dowódcy był jakby odległy i niewiele znaczący.Niemal nikt nie wypuścił strzały,wszyscy patrzeli na zbliżający się nieuchronnie wielki kawał skały.
Równocześnie dowódca zobaczył,że nikt nie wykonuje jego rozkazu,podążył za wzrokiem swoich żołnierzy i cicho zaklął...
Pocisk poleciał po paraboli,idealnie trafiając w szczyt baszty.Zginęli wszyscy,całe piętnaście osób,a kamień odbił się i poleciał na dziedziniec,miażdżąc jeszcze dwóch ludzi.Zginęli tego dnia jako pierwsi,lecz nie jako ostatni.Gdy trwa oblężenie,ofiary są nieuniknione...A oblężenie Ter Na trwało w najlepsze.
***
Mocne,błoniaste skrzydła mieliły powietrze już od kilkunastu godzin.Chowańce,niezależnie od swojej postaci,są zawsze istotami magicznymi-i pewnie tylko dlatego chowaniec Revetha żył jeszcze po całym tym czasie,jaki spędził w drodze na północ.Gdy nie zastał swojego pana w Ter Na,natychmiast zaczął jego poszukiwania.Najpierw obecność Revetha wydawała się bliska,poleciał więc na południe.A później sygnał urwał się,by dać o sobie znać gdzieś daleko,daleko na północy.Chowaniec nie zastanawiał się.Poleciał.
Znajdował się teraz nad ogromną,zasypaną śniegiem równiną.Gdzieś daleko,daleko na horyzoncie rysowały się odległe szczyty Sześciu Kłów i rozciągający się u ich stóp ogromny las.I nagle chowaniec przestał czuć więź,jaka łączyła go z panem.Jak gdyby tamten znikł.
Ale Reveth nie zniknął,po prostu przekroczył barierę świata smoków.Znalazł się wewnątrz Sześciu Kłów,i żadna siła nie mogła go teraz wytropić.Podobnie,jak Jeremiasza.
***
Dookoła nich znajdowały się góry.Sześć ogromnych,niebosiężnych szczytów,kształtem przypominających kły,wznosiło się dookoła,tworząc zwarte,nieprzepuszczalne koło.Na tej wysokości śnieg leżał wszędzie-chodź nie padał-a niżej znajdowała się dolina-piękna,zielona,pełna stawów,rzek i jezior....
Od wylotu Uldsur prowadziła w dół zasypana,lecz widoczna ścieżka nad skrajem przepaści.Szli,rozprawiając cicho na temat tego,jak mają się zachować wobec smoków.Jeśli,oczywiście,w dole znajdą jakieś smoki.
-Ja uważam-mówił cicho Jeremiasz-że powinniśmy złożyć smokom propozycję.
-Ale...
-Daj mi skończyć.Jeżeli istnieją,to znaczy,że dawno,dawno temu wystąpiły w obronie ludzi i zniszczyły rasę wampirów,która,zadufana w swojej potędze i arogancji,zapragnęła zniewolić ludzi,unicestwić smoki i zapanować niepodzielnie nad światem,tak?
-Zgadza się.
-No widzisz.Teraz okazuje się,że światu zagraża nowe niebezpieczeństwo-armie demonów opuściły swoje piekielne siedliska,znów chcąc zniszczyć ludzkość.Chcą zapanować nad światem,i to nie swoim!Bo o ile wampiry mogły jeszcze rościć sobie jakieś prawa do naszej ziemi,to demony nie,prawda?
-W sumie tak.
-No właśnie.Stąd już tylko krok do konkluzji,że w tych mrocznych czasach,gdy ciemność zstąpiła na ludzkie dziedziny,smoki,jak przed latami,przyjdą nam z pomocą!Wypędzą najeźdźców...
Reveth zatrzymał się,odwrócił i popatrzył Jeremiaszowi w oczy.
-Chyba źle oceniasz motywy działania smoków,Jeremiaszu.To istoty szlachetne i mądre,pełne spokoju,wierzące w pokój,harmonię i równowagę sił.Przy swej potędze mogłyby zniszczyć wszelkie inne rasy i niepodzielnie zapanować nad światem-ale one tego nie robią.Trzymają się tutaj(wskazał ręką na dolinę)na uboczu,spowite mgłą mitu i niepamięci.
-Dlaczego wieki temu zniszczyły wampiry?Tu dobrze powiedziałeś:przez ich arogancję.Wampirom wydawało się,iż są lepsze od innych ras-pod wieloma względami z pewnością tak było-ciągnął Reveth.Ale za swą impertynencką naturę zostały starte z tego świata-chciały mieć wszystko,chciały,by każdy element tego świata im podlegał-albo by został zniszczony.
-Wsłuchaj się teraz we własne słowa,Jeremiaszu.Ludzkość zbyt się rozbestwiła,jest zbyt pewna siebie i własnej wartości.Zwróć uwagę na fakt,jak wiele potrafimy zniszczyć-lasy,zwierzęta,pozatruwane rzeki,tereny zagospodarowane tak,by nam służyły-urodzajne pola na pustyni i wielkie miasta,bez cienia zieleni w środku dżungli.Zmusiliśmy do uległości pomniejsze zwierzęta,te,które nie dały się udomowić,prześladujemy.Nie widzisz paraleli?
-Widzę,w istocie.Ale marne to paralele-porównujesz niewolonych niegdyś ludzi do krów,kóz i kur?W końcu jesteśmy istotami rozumnymi,potrafimy tworzyć przedmioty i posługiwać się nimi,ba!Potrafimy nawet posługiwać się magią!Ludzie są...
-Niczym!-wpadł mu w słowo Reveth.-Myślisz,że dla smoków jesteśmy warci więcej niż te kury albo krowy?Wobec ich potęgi jesteśmy niemal równi!Myślisz,że ich zdaniem jesteśmy godni panować nad innymi gatunkami?To wampiry mogłyby być w miarę równymi wrogami-czy też partnerami-smoków.Miały by takie samo prawo panować nad nami,jak my nad twoimi krowami.My potrzebowaliśmy ochrony i opieki-bojowników i opiekunów.Smoki nam pomogły-ale nie dlatego,by uratować cudowny naród ludzi-pomogły nam,bo nie pozwoliłyby na niepodzielne,niesprawiedliwe i pyszne rządy wampirów.One nie są strażnikami ludzkości-one są bardziej...strażnikami równowagi i sprawiedliwości,o ile można je w ten sposób zakwalifikować.
-Widzę do czego zmierzasz.Powiesz zaraz,że smoki,widząc nasze poczynania,powiedzą,abyśmy pocałowali własne nosy i sami się bronili.A jak nam się nie uda,to już nasz problem,one nie zamierzają bronić kogoś,kto względem pewnych praw i istot sam jest agresorem.Tak?
-Nie mówię,że tak będzie.Po prostu się tego obawiam,i zwracam uwagę na błędy naszego gatunku,nad którymi mało kto i rzadko kiedy się zastanawia.-Ruszył dalej w dół oblodzonej ścieżki.-to po prostu nie jest pewne,że uzyskamy pomoc.Dlatego mój plan jest taki:Ty rozmawiał będziesz ze smokami,próbując wybłagać pomoc.Ja w tym czasie rozglądał się będę bacznie,a gdy znajdę to,po co tu przyszedłem,odejdziemy razem.Czy z armią smoków,gotowych walczyć z demonami,czy też bez niej,każdy ruszy w swoją stronę.Może być?
-Szalony plan.A w twej przemowie dajesz prawdziwy pokaz ludzkiej arogancji.Ale cóż-nie mamy innego wyjścia.Mam tylko nadzieję,że na dole znajdziemy jakieś smoki...
Cichy pomruk,zlokalizowany tuż za ich plecami,sprawił,że odwrócili się jednocześnie.Ogromna,biała fałda śniegu nabrała nagle zwiewnego kształtu,uwidoczniły się wielkie,błoniaste skrzydła,dwie tylne,długie i umięśnione nogi,para krótszych,przednich,długi ogon,nieco krótsza szyja i osadzony na niej jaszczurzy łeb.W całej okazałości stanął przed nimi wielki niczym sześciopiętrowy dom smok-cały bielusieńki.
-Znajdziecie-odezwał się wysoki,barwny głos- o ile tam dotrzecie.Bo wiedzcie,że wcześniej dane wam było trafić na Hempulepthe,Śnieżną Panią.
***
Znajdowali się w wielkiej,pełnej stalagnatów pieczarze.Wszystko było tutaj oblodzone-od sklepienia zaczynając,na wspomnianych stalagnatach kończąc.Pośrodku,na wielkim,zbudowanym chyba z lodu podwyższeniu,rozsiadła się Wielka Hempulepthe,Śnieżna Pani.U jej stóp,małe niczym mrówki,kuliły się dwa ludzkie kształty-Reveth i Jeremiasz.
-Tak więc-głos smoczycy rozbrzmiał echem w olbrzymiej,kamiennej komnacie-przychodzicie tu błagać mnie o pomoc.Wiedzcie,że problem wojny,jaki trawi świat od niedługiego czasu,jest nam znany.Rozważaliśmy możliwość przyjścia wam z pomocą.To ja zwołałam radę,która miała uzgodnić tę kwestię.Mimo moich sprzeciwów i dobrych chęci,nic nie udało się wskórać.Reveth-miałeś rację,podobne słowa jak twoje podczas schodzenia z gór padały z ust mych braci i sióstr,gdy rozważaliśmy możliwość przyjścia wam z pomocą.Ludzkość błądzi.Dobrze,że są ludzie,którzy te błędy widzą-ale nic nie zmieni faktu,że zasłużyliście sobie na karę.
Urwała.Cisza zapanowała a komnacie,przerywały ją tylko ciche odgłosy kapiącej tu i ówdzie wody.Gdzieś na zewnątrz zawył wicher.
-Wiedzcie jednak,że ja,Hempulepthe,Śnieżna Pani i pierwsza spośród białych smoków,kocham ludzi.To ja zawarłam przymierze z Tir na le,narodem wybranym.Teraz będę również tą,która wstawi się za wami-bo przychodzicie ukorzeni i błagający.W mojej jaskini zostaniecie przez dwa dni.Przez ten czas ja porozumiem się z moimi braćmi i siostrami.Gdy wrócę,poznacie swój los.Swój,i reszty waszej rasy,bo jeżeli nie uzyskacie pomocy smoków,wkrótce ugniecie się potędze demonów.
-Odejdę od razu.Mój syn się wami zaopiekuje.
Rozwinęła swoje wielkie skrzydła,a ludziom wydawało się,iż spadły z nich białe płatki śniegu.Zamruczała cicho,a później,stwarzając potężny,lodowato zimny podmuch,wzbiła się w powietrze.Powoli,bardzo powoli wyleciała z jaskini.
Niemal równocześnie z małego otworu po drugiej stronie jaskini wychynął biały łeb-był o wiele mniejszy,lecz poza tym łudząco podobny do głowy Hempulepthe.
-Synek?-uśmiechnął się Jeremiasz.
***
Synek okazał się być ośmiometrowej wysokości smokiem,który albo nie potrafił,albo nie chciał mówić w języku zrozumiałym dla naszych bohaterów.Mruczał tylko cicho,z rzadka ryczał i próbował wziąć naszych bohaterów do łapy,co wywoływało mnóstwo śmiechu.Przyniósł też olbrzymi kawał mięsa,który Reveth z Jeremiaszem upiekli na magicznym ogniu.Później wyczarowali olbrzymi latwiec,za którym smoczek gonił,wywołując niemałe wcale wstrząsy ziemi i zrzucając ze stropu olbrzymi stalaktyt.Tak było przez cały pierwszy dzień.
Gdy słońce skryło się za szczytami Sześciu Kłów,a stało się to,dzięki wysokości gór,zadziwiająco prędko,młody smok ułożył się w rogu jaskini w kłębek,niczym kot,i chyba zasnął.Wtedy właśnie czarodzieje postanowili wprowadzić w życie plan "b",to znaczy wykraść klucz.Kłopotem był fakt,iż nie mieli pojęcia gdzie się klucz znajduje-ani jak wygląda.
Pierwszym krokiem,jaki przedsięwzięli,było użycie czaru,który wykrywał skupioną w przedmiotach magię-a tym samym magiczne przedmioty.Zaklęcie miało spory zasięg,ale nic nie wykryło-oprócz leciutkiego sygnału gdzieś na północy.Postanowili,że rzecz wymaga zbadania.Pierwszy wyszedł Jeremiasz,a Reveth,choć miał spać,czuwał.Potężniejszy z magów miał wrócić po trzech godzinach,wrócił jednak po pięciu.Nic nie znalazł,oprócz rozpadliny przykrytej śniegiem-do niej miał nieszczęście wpaść.W środku znalazł smoczą czaszkę,starą i zupełnie białą-to prawdopodobnie ona roztaczała wokół siebie aurę magii.
Obydwaj poszli spać.Ułożyli się niedaleko smoka i szybko wpadli w objęcia Królowej Snu.Jeremiaszowi przyśniło się coś dziwnego-był w tej samej,smoczej jaskini,w której przed chwilą usnął,ale nie było tu ani Revetha,ani młodego smoka. Zniknęła gdzieś większa część zwisających ze stropu stalagnatów,a pośrodku jaskini,na podwyższeniu,stała dwumetrowa istota,podobna do człowieka lecz cała niebieska,i wołała do niego:
-Głupcze!Tutaj!Obudź się!Posłuchaj mnie,wsłuchaj się i usłysz...
Z głośnym wdechem i rozszerzonymi źrenicami usiadł na posłaniu.Reveth spał w najlepsze,podobnie zresztą jak smok,a wszelkie stalaktyty wróciły na swoje miejsca.Panowała cisza-jedynie gdzieś w głębi jaskini woda kapała cicho do utworzonej już wcześniej kałuży...Wiedziony jakimś przeczuciem wstał i rozejrzał się dookoła.Podszedł do centrum jaskini,spojrzał w górę,a później pod nogi.Nic tu nie było.To jakiś dziwny,nie do końca normalny sen,ale tylko sen.Już miał wracać na swoje miejsce,gdy przeczucie znów dało o sobie znać,dziwnym dreszczem w dole pleców zmuszając go do spojrzenia w górę...
-Chodź...W górę...
Cicho powtórzył myśli,jakie kołatały mu się obecnie w głowie,nawet nie zdając sobie sprawy z ich istnienia.Wymruczał zaklęcie,i,sam nie wiedząc dlaczego to robi,wzniósł się w górę,pod samo sklepienie...
Była tam niemała,skalna wnęka,której wylot skierowany był nieco ku górze.Ciągle nie wiedząc dlaczego to robi,wszedł do środka,a to,co do tej pory było obcymi myślami w jego głowie,przeszło powoli w ciche,ledwo słyszalne,ale jednak rzeczywiste słowa:
-Podejdź...No chodź,człowieku...
Poszedł do samego końca wnęki.Na sporym,szczerozłotym cokole stała tam przezroczysta kula-niewielka,jej średnica mogła mieć co najwyżej trzydzieści centymetrów.W jej wnętrzu zdawał się płonąć ogień,a chociaż wyglądała na szklaną,to jedno spojrzenie wystarczyło Jeremiaszowi do wysnucia wniosku,iż jest bardzo,bardzo trwała,może nawet niezniszczalna?Podszedł do niej,zajrzał w jej głąb i wsłuchał się w słowa,które teraz się zmieniły:przestały zachęcać do podejścia,mówiły całkiem coś innego...
-Wreszcie,głupcze.Mów mi natychmiast,kim wy naprawdę jesteście i dlaczego prosicie smoki o pomoc?
W pierwszej sekundzie te słowa zaskoczyły Jeremiasza,ale nagle z głębi kuli popatrzyły na niego dwoje wielkich,czerwonych oczu-i powiedział wszystko.Nie mógł nie powiedzieć.Po prostu musiał mówić o nagłym pojawieniu się demonów,o bitwach i królewskich decyzjach,o jego poselstwie,o spotkaniu Revetha i prawdziwych celach tego drugiego.Ostatnia z opowieści wzbudziła szczególne zainteresowanie kuli.
-Tak więc Asasel wciąż żyje...A moje narzędzia okazały się rzeczywiście wspaniałe!Wiesz,kim jestem?Czy twój marny mózg może to wymyślić?
-Nie-Jeremiasz odpowiadał tylko na pytania,w ogóle nie zastanawiając się nad zaistniałą sytuacją.
-Jam jest Gorto,największy z wampirzych wodzów i najpotężniejsza z istot,jakie kiedykolwiek chodziły po tej ziemi.Smoki dawno zniszczyły moje ciało,ale duszę uwięziły w tym krysztakle-a potem zabrały ze sobą tutaj,by na zawsze zatrzymać mnie w ich krainie.Tej kuli nie można wynieść z tej jaskini-dlatego ani ty,ani twój przyjaciel tego nie zrobicie.
-Tak
-Wiem,że tak.Słuchaj teraz,co powiesz drugiemu człowiekowi,który z tobą przyszedł:powiedz,że Pan przebaczył Asaselowi,i że jego kara trwała już dostatecznie długo.Natomiast klucz do Stoneheris to...
***
Jeremiasz obudził się obolały i w całkiem innym miejscu,niż uprzednio położył się spać.Zamiast obok Revetha,leżał na środku jaskini,rozkrzyżowany i wyobijany.Usiadł powoli,a jakieś niejasne uczucie zaczęło go nagle nękać-coś miał zrobić,coś powiedzieć przyjacielowi,coś bardzo ważnego.Coś, o czym zapomniał.Przeszedł kilka metrów,przeciągnął się i nagle...
Przypomniał sobie.Sen.Król wampirów.Klucz do Stoneheris...
-Reveth!
W kilka sekund był już przy swoim przyjacielu i budził go.
-Reveth!Mam!Klucz!
Każdy z nas został chyba kiedyś wyrwany ze snu nagle,a niespodziwanie,a zaraz po tym osobnik,który raczył nas obudzić,zaczynał mówić szybko i dużo.Zazwyczaj musiał później każde słowo powtórzyć,bo człowiek nagle ze snu wyrwany i niespodzianie obudzony nie wie,co się dookoła niego dzieje.Tak też było z Revethem,toteż treść rewelacji Jeremiasza dotarła do niego dopiero później,podczas prostego śniadania,mówiona cicho,a nie wykrzyczana,składna i poukładana,a nie chaotyczna .
-...no więc myślę,że ta kula o której ci mówiłem jest jakąś formą więzienia,w której zamknięta została dusza króla wampirów.On wiedział,kim jest ten twój zleceniodawca,nazwał go imieniem Asasel.I zdradził mi klucz do Stoneheris...
-Czekaj,czekaj...skąd wiesz,że nie jest to jakiś rodzaj pułapki zastawionmej przez smoki?Jakiś niezwykły,magiczny obiekt...
-To jest niezwykły,magiczny obiekt!To jest szklana kula,w której zamknięto duszę wampirzego króla....Zresztą,sam się przekonaj-to mówiąc,wykonał serię skomplikowanych ruchów-i zarówno on sam,jak i Reveth,uzyskali na pewien czas zdolność lewitacji.
-Za mną.
Jeremiasz wzniósł się wysoko,pod samo sklepienie,omijając po drodze stalaktyty.Nie zdziwił się,gdy tam,gdzie wczoraj w nocy,zobaczył wnękę w skale,otworem skierowanym ku górze.Uśmiechnął się do Revetha a potem obydwaj spłynęli do wejścia tajemniczej komnaty.Gdy przeszli kilka kroków i minęli zakręt,okazało się,iż złoty cokół nadal stoi na swoim miejscu,a niewielka,szklana kula spoczywa na nim,błyszcząc ze środka parą wielkich,czerwonych oczu.
-Nas,wampiry,zawsze intrygowała ludzka ciekawość i niedowiarstwo.Jesteś więc Revethu,wiesz już,że ja istnieję,w co zresztą nie powinieneś wątpić,biorąc pod uwagę twe spotkanie z Asaselem.Po co jeszcze tu przyszliście?Żeby Hempulepthe zobaczyła,że niewolnicy pozwalają zaszczycać się moją rozmową i obecnością,i żeby was za to pozabijała?Mówcie otwarcie i prosto.Nie będę ingerował w wasze umysły,tak,jak to wczoraj zrobiłem z tobą,Jeremiaszu.
Nastała chwila ciszy.Przerwał ją Reveth.
-Kim ty właściwie jesteś?
-Cóż za pytanie,jak zadane!Bez należytego szacunku i pokory.W czasach,gdy byłem panem tego świata,za coś takiego człowiek cierpiałby bardzo.I długo.Bo,odpowiadając jednocześnie na twe pytanie,niewolniku,ja jestem Gorto,Król wampirów i Pan świata.Były,niestety.Wiele wieków temu,tak wiele,że nawet nie próbujcie sobie tego wyobrażać,toczyliśmy ze smokami wojnę.Między innymi przez Asasela,i jeszcze przez kilku innych nieudolnych generałów,tamtą wojnę przegraliśmy.Smoki nie mogły zniszczyć mego ducha,dlatego zamknęły go w tym więzieniu,bo wiedziały,że pozostawiona sobie samej moja dusza prędzej czy później znajdzie drogę powrotną do tego świata.Nie ma siły na ziemi,która mogłaby to więzienie zniszczyć,czy chociażby zarysować.Nie można również tej kuli wynieść z tej jaskini-czar wiążący jest tak potężny,że pewnie nawet ja,w pełni swej chwały,nie byłbym w stanie go złamać.Zaprawdę,śmiesznie poczynia sobie czasami los-ja,król wampirów i najpotężniejsza istota,jaka kiedykolwiek chodziła po tej ziemi,zamknięty jestem tu...
Głos wampira ucichł.Ale tylko na chwilę.
-Czuję Hempulepthe.Zbliża się.Nienawidzę tych istot,i dlatego wam pomagam:Jeremiasz zna klucz do twierdzy,pójdźcie tam wraz z Asaselem.Powiedzcie mu,powtarzam to raz jeszcze,że choć grzech jego porażki był wielki,to kara i czas zmazały jego szramę.Idźcie,bo gdy smoczyca zobaczy was tutaj,zginiecie.
Reveth otworzył jeszcze usta,aby coś powiedzieć,ale Jeremiasz już ciągnął go w stronę zejścia.Usłuchał,nie oparł się,i już kilka minut później stali na środku jaskini,rozmawiając cicho.
-Słuchaj,Reveth...Jeżeli smoki zgodzą się nam pomóc,to...idziemy z nimi,prawda?
-Tak.
-Dobrze że się ze mną zgadzasz.Jeżeli jednak się nie zgodzą,to pomożemy temu twojemu Asaselowi.Co do twierdzy natomiast...Dowiedziałem się wczoraj,co się z nią stało.Stoneheris Znajdowała się daleko,daleko na południu.W czasach jej świetności stała na olbrzymim,piaszczystym i kamienistym pustkowiu,gdzie tylko wiatr hulał wśród ciszy.Na tych pustkowiach rozegrało się wiele bitew pomiędzy smokami a wampirami,spłynęło tam wiele krwi tych dwóch potężnych ras.W wojnie padł też niejeden śmiertelny człowiek,w końcu jednak smoki odniosły zwycięstwo.Do ostatniego wybiły wampiry(oprócz Asasela,ale o nim nie wiedziały),a duszę ich króla,który był tak potężny,że siła jego myśli z pewnością pozwoliłaby mu wrócić zza grobu,zamknęły w tej tajemniczej,kryształowej kuli.
Tego dnia nad światem zajaśniało słońce.Ludzie mieli pozostać na ziemi,aby rozwijać się bez przeszkód,smoki natomiast wrócić miały za Sześć Kłów.Ale wcześniej...Stoneheris,największe dziedzictwo wampirów,trzeba było zniszczyć.Ukryta za tymi murami zła moc i niebezpieczna wiedza nigdy nie powinna stać się udziałem ludzi,śmiertelników,ponieważ taka potęga stanowi zagrożenie dla ich niepozornych umysłów.Ale tutaj smoki zawiodły się-ani ich potężne pazury,ani jeszcze potężniejsza magia,nie były w stanie znieść tamtych wspaniałych murów.
Wobec takiego obrotu sprawy,smoki postanowiły poradzić sobie inaczej.Stoneheris stała na samym południu,niedaleko Krawędzi Świata i Wielkiego Wodospadu.Użyły niewyobrażalnie potężnej magii,aby w ziemi zrobić wyrwę i oderwać jej część,tą z twierdzą,a potem odsunąć ją daleko na spirali czasu i przestrzeni.Fizycznie,"wyspa"na której stoi twierdza leży kilka długości naszego świata na południe.Jeżeli jednak chodzi o aspekt czasu,to on tam nie płynie.Akt przesunięcia twierdzy wywołał spore zawirowania na spirali czasu i przestrzeni,co smoki i planowały,i wykorzystały.Użyły jeszcze potężniejszych zaklęć,aby tę część spirali,na której umiejscowiona jest twierdza,wyłączyć z biegu czasu-to z kolei oznacza,że jest jakby poza wszelką przestrzenią.Nie da się więc tam dostać konwencjonymi metodami-ani za pomocą teleportacji..
-Niewiarygodne...
-Czyż nie?Widzę teraz prawdę w twych słowach,że dla smoków i wampirów jesteśmy jak kury i krowy.Potęga tych istot jest niewyobrażalna...Posłuchaj jednak,jak się dostać do twierdzy.Daleko na północy,w górach Gorru znajduje się jeszcze jedna,po Ter'na,ocalała wampirza budowla.Mało znana,ponieważ jest całkowicie niewielka.Wystarczy stanąć w jej środku,pomiędzy trzema pionowymi głazami i wypowiedzieć słowa :Styr de kerin Gorto.W języku wampirów oznacza to :Gorto jest moim panem.Ta kaplica to był niegdysiejszy portal,skracający podróżowanie po świecie i znoszenie surowców przez niewolników.Każdy może tamtędy przejść-o ile tylko zna odpowiednie słowa.
-Smoki nie zniszczyły tej drogi?
-One po prostu o niej nie wiedziały.Przynajmniej tak mi się wydaje.Albo kaplica wydała im się niegroźna?
Nastała cisza,wśród której wiatr zawodził żałośnie na zewnątrz,a gdzieś w głębi jaskini cicho kapała woda.Nasi bohaterowie rozmyślali,rozważając ostatnie wydarzenia,gdy nagle w wejściu pojawiło się olbrzymie,białe i muskularne cielsko Wielkiej Hempulepthe,śnieżnej Pani.Za nią człapał radośnie młody smok,który z samego rana opuścił jaskinię.
Magowie schylili głowy w pełnym szacunku ukłonie.Smoczyca majestatycznie podeszła do swego lodowego podwyższenia,rozsiadła się na nim i dopiero wtedy przemówiła.
-Ludzie!Przychodzę z narady,na której zebrały się wszystkie niemal smoki,a która trwała jednak bardzo krótko.Przedstawiłam mym braciom i siostrom sytuację i moją propozycję,wedle której mielibyśmy ruszyć wam na ratunek.Jesteście mimo wszystko istotami rozumnymi,które-w mym mniemaniu-na istnienie zasługują.Większość jednak smoków nie do końca podziela moje zdanie-twierdzą,iż powtarzacie błędy wampirów,i że sami jesteście na tyle zaradni i pyszni,że należy zostawić was własnemu losowi.Nie podzielam tego zdania,wiedzcie,iż będę nadal próbowała wyperswadować pomoc dla was-ale póki co,ze strony smoków nie możecie liczyć na pomoc.Musicie też opuścić naszą dolinę-natychmiast.Wróćcie na wojnę i pomóżcie waszym braciom-bo z tego co wiem,a informacje mam bardzo dokładne,Ter'na trzyma się nadal,a codziennie co raz większa ilość demonów żegna się ze swoją cielesną powłoką,by wrócić do piekła.Być może sami poradzicie sobie na tej wojnie?Chwilami ludzki naród zdaje się być twardszy,niż wydaje się być na pierwszy rzut oka.Żegnajcie...I powiedzcie mi,gdzie życzycie sobie,abym teraz was przeniosła?
Reveth spojrzał porozumiewawczo na Jeremiasza.Ten drugi przemówił.
-Śnieżna Pani,jeśli w swej łaskawości życzysz sobie ułatwić naszą podróż teleportacją,przemieść nas,proszę,w góry Gorru,w dolinę Rau pod szczytem Tis.
Smoczyca nic nie powiedziała.Powiało mrozem,błysnęło,a w następnej chwili nasi bohaterowie leżeli już na trawie,w cieniu wielkich,choć mniejszych od Sześciu Kłów,gór.Daleko pod nimi rysowała się niewielka kapliczka z trzema pionowymi głazami w środku.
7
Eredur stał na szczycie południowej wierzy i patrzył smutno na w dół.Daleko przed nim,a równocześnie głęboko pod nim,rozciągało się olbrzymie pole bitwy.Zasłane ciałami ludzi i potwornymi trupami demonów,stanowiło arenę walki dla sporej części ludzkiej armii i kilka razy większych sił istot piekielnych.Nawet tutaj dochodziły krzyki i potworne,nieludzkie skrzeki.W momencie,gdy Eredur przemówił,nad głową jego i ludzi z jego świty przeleciał olbrzymi klucz strzał,by spaść daleko,na tylne szeregi nieludzkiej armii.
-Na jak długo starczy nam zapasów,poruczniku?
-Tych jest pod dostatkiem.Problem stanowią ludzie...Chociaż każdy taki wypad-tu młody,jasnowłosy człowiek wskazał głową na rozciągające się poniżej pole bitwy-więcej strat przynosi naszym przeciwnikom,niż nam,to ich jest jednak znacznie,znacznie więcej.W tym tempie do końca tego miesiąca nie zostanie nam więcej ludzi,niż jest potrzebne do urządzenia wytwornego wesela.
Wojak chrząknął.
-No i pozostaje kwestia pocisków...Już to,czego używamy teraz,można nazwać resztkami.
Eredur pokręcił siwą głową,a poorana zmarszczkami twarz stała się jeszcze smutniejsza,niż zwykle podczas ostatnich tygodni.
-Nie możemy posyłać więcej ludzi na śmierć.Niechaj ten wypad będzie ostatnim.Od tej pory będziemy się tylko bronić.
Młody porucznik mówił coś jeszcze do swojego władcy,ale szum strzał zagłuszył ciche słowa.
***
Chowaniec siedział skulony,ze złożonymi skrzydłami,na szczycie potężnego dębu,rosnącego gdzieś na granicy klimatu umiarkowanego a tropikalnego.Od ponad dwóch dni nie mógł wyczuć obecności swojego pana-a to mogło oznaczać,iż on zginął.Śmierć jest właściwie jedynym ostrzem,jakie może przeciąć solidną więź pomiędzy magiem a chowańcem-jednakowoż,jak było wcześniej wspomniane,zerwanie tej więzi i śmierć jednej ze stron wiąże się z poważnym upośledzeniem-zmniejszeniem możliwości-strony drugiej.Nasz-a właściwie Revethowy-chowaniec oznak upośledzenia nie wykazywał wcale-wręcz przeciwnie,dnia wczorajszego nie bez zdziwienia odkrył,iż może się teleportować-i to na znaczne odległości.Takie nagłe zwiększenie umiejętności wskazywało na to,iż jego pan nie tylko żyje,ale również ma się dobrze i sam zwiększa swoje umiejętności.
Nic jednak nie zmieniało faktu,że chowaniec nie czuł obecności swego pana.Nigdzie,ani daleko,ani blisko.
Pomarańczowa kula słońca skryła się do połowy za równą,daleką linią horyzontu.Ruch trawy gdzieś nisko,u korzeni potężnego dębu,zwrócił uwagę skulonego do tej pory chowańca-spod błoniastego płaszcza skrzydeł wychynęła nagle zielona,kwadratowa głowa i przechyliła się nieco na bok.Duże,żółte oko ruszało się szybko,śledząc niewielki kształt przedzierający się przez trawiastą równinę gdzieś nisko...Atak był błyskawiczny.Stwór zwinął się jak sprężyna,by w następnej sekundzie mknąć już w dół z rozłożonymi szeroko skrzydłami.Kłapnął paszczą,przerażony szczur przyspieszył gwałtownie i skręcił w prawo,pod spory,wystający z ziemi korzeń.Chowaniec w jednej chwili wyhamował i,wyciągając do przodu paszczę,pomknął za swą ofiarą...
Zatrzymał się równie niespodziewanie,jak przed chwilą wystartował.Błoniaste skrzydła mieliły powietrze,a pysk chowańca skierowany był na północ...Gdzieś daleko znów poczuł obecność swojego pana.
Szczur siedział już bezpiecznie pod osłoną wystającego korzenia i z triumfem patrzył na swego prześladowcę.Jakże wielkie było zdziwienie stworzonka,gdy drapieżca nagle zniknął w rozbłysku niebieskiego światła i przy akompaniamencie dziwnego,przenikliwego wizgu.
***
Reveth i Jeremiasz szli szybko w dół trawiastego zbocza.Za nimi wznosił się potężny,poszarpany masyw górski,którego wierzchołek zanurzony był w gęstym kłębowisku chmur,skupionych tylko na nim.Tak właściwie to podobne do tej góry otaczały ich z trzech stron-łańcuch ciągnął się bowiem od morza na zachodzie,aż po wielką i mroźną krainę Mahefar na wschodzie.Daleko przed-i pod-nimi ciągnęły się iglaste i liściaste lasy,równiny i wzgórza.Widzieli naprawdę ogromną połać lądu-na południu majaczyły nawet szczyty Sześciu Kłów.
Cel naszych bohaterów był jednak znacznie,znacznie bliższy.Jakieś pół kilometra dalej wznosiła się kapliczka,która miała jakoby stanowić przejście do Stoneheris.
-Powiedz mi,Jeremiaszu-zagadnął Reveth,wystawiając twarz do słońca,miast patrzeć,gdzie idzie-Jak to jest.No bo ten wampirzy król mówił ci,iż teleportacja do Stoneheris jest niemożliwa.Tak?
-Aha.Patrz pod nogi.
-No właśnie.A ta kapliczka,do której właśnie idziemy,działała przecież za pomocą teleportacji,czyż nie?Któż może wiedzieć,czy nie zawiedzie nas w tej ważnej chwili?
-Wampir wytłumaczył mi to.W czasach świetności ludu,któremu przewodził,w tych górach znajdowały się kopalnie.Codziennie setki niewolników,z plecami obładowanymi surowcami,używało tej drogi aby przenieść się w pobliże twierdzy.Ta droga nie opiera się jednak na teleportacji.Teleportacja polega na natychmiastowym przeniesieniu z jednego miejsca w inne.Po prostu jesteś tu,mówisz zaklęcie i nagle-pyk!-już jesteś w Stoneheris.Z uwagi na fakty,iż twierdza umieszczona jest poza czasem,a tym samym równocześnie jakby poza przestrzenią,nie można w ten sposób przenieść się do niej.
Potknął się,zaklął szpetnie i kontynuował.
-Mechanizm zastosowany w kaplicy działa całkiem inaczej-rozbija ciało na miliardy malutkich kawałeczków,które spokojnie podróżować mogą po spirali czasu i przestrzeni.Po drugiej stronie składa ciało z powrotem.Oczywiście,gdy wampirzy konstruktorzy zbudowali to urządzenie,to nie musieli borykać się z tymi wszystkimi przeszkodami-wystarczyło zwykłe przesunięcie się w przestrzeni.Reszta to prosty zbieg okoliczności.
-Aha-mruknął przestraszony nieco Reveth-a co jeśli to-to nie poskłada nas po drugiej stronie?
-Podobno-Jeremiasz uśmiechnął się-Nie ma takiej możliwości.
***
Było południe,gdy stanęli pomiędzy trzema wąskimi,szerszymi nieco w środku i stopniowo zwężającymi się ku końcom,a także pokrytymi tajemniczymi runami kamieniami.Stały one w równych odstępach na obrzeżu kamiennego koła,pokrytego trzema koncentrycznymi kręgami,wyrytymi w twardym materiale.Z trzech stron otaczały ich solidne,grube ściany,i tylko jedna droga,otwarta ku szczytowi góry,prowadziła na zewnątrz.
-No cóż-rzekł Jeremiasz,rozglądnąwszy się dookoła i przyjrzawszy dokładnie wszelkim runom,którymi pokryta była także część ścian-Proponuję nie czekać na nic,tylko od razu przenieść się do Stoneheris..
-Ano...Więc..Kto idzie pierwszy?
Nastała cisza.
-Zagrajmy w nóż,kamień,pergamin-zaproponował wreszcie Jeremiasz,zwijając pięść.
-No dobrze...Jeden...Dwa...Trzy...
-Dwa kamienie!Jeszcze raz!Jeden...
-Cicho!Teraz ja.Jeden...Dwa...Trzy...Nie!
Zwinięta pięść Jeremiasza przeciwstawiała się właśnie otwartej dłoni Revetha.
-Ha!Właśnie,że tak!Pergamin owija papier-tu schwycił w dłoń pięść Jeremiasza-i lecisz pierwszy!
Starszy z magów niechętnie ustawił się w centrum kręgu,zamknął oczy i...
-Styr de kerin Gorto!
Głos czarodzieja brzmiał mocno i czysto,jednak nic się nie stało.Nieśmiało otworzył jedno oko.
-Co...?
W tym samym momencie każda,nawet najmniejsza i najlepiej ukryta runa w pomieszczeniu zaczęła jarzyć się błękitnym światłem.Jeremiasz krzyknął rozdzierająco,i niemal w tej samej sekundzie zniknął.Runy przestały świecić.
Reveth stał chwilę zdezorientowany,a później sam wszedł powoli w te dziwne,wyryte w kamieniu kręgi.Wyglądało na to,że urządzenie działa.
***
Chowaniec był nieco oszołomiony,choć jednocześnie bardzo szczęśliwy.Gdy próbował się teleportować,przypadkowo przeniósł się nad dolinę Sześciu Kłów-a panująca tam magia strażnicza smoków zagięła tor jego zaklęcia i wyrzuciła go gdzieś daleko na północy.
Niezmiernie blisko Revetha.Czarodziej był chyba na tej trawiastej równinie,u stóp góry,której szczyt spowijały chmury i mgły...
Przyspieszył jeszcze,błoniaste skrzydła poczęły mielić powietrze we wzmożonym tempie...
Nasz stwór nagle coś poczuł.Coś,co zagłuszyło nawet obecność jego pana-jak gdyby nagle gdzieś w pobliżu nastąpiła olbrzymia eksplozja czystej,niczym nie skażonej magii.
W chwilę później wiatr przyniósł do lecącego ciągle co raz szybciej chowańca głośny,straszny krzyk,który jednak urywał się nagle.
Już blisko...To chyba w tej kapliczce...
Z początku Reveth myślał,iż grozi mu jakieś niebezpieczeństwo-stał sobie spokojnie w centrum kaplicy,otwierał już usta,aby po raz drugi od niezliczonych tysiącleci wypowiedzieć tajemnicze słowa,gdy nagle z nieba uderzył na niego ciemny,niewyraźny kształt.Przeturlał się na bok,wstał szybko na klęczki,poczęstować intruza jakimś zaklęciem,gdy wtem zdał sobie sprawę,iż niespodziewany atak był wyrazem nie agresji,a przyjaźni.Z niezmierną radością poznał te zielone skrzydła,masywny tułów,umięśnione łapy,kwadratowy łeb i duże,mądre oczy...Czułościom nie było końca,a gdy Reveth wreszcie się opamiętał,wszedł w krąg wraz ze swoim chowańcem.Gdy mówił,nie zamykał oczu.
-Styr de kerin Gorto.
Tym razem mechanizm zadziałał niemal od razu.Ściany i słupy rozjarzyły się intensywnym,niebieskim światłem,a w kilka sekund później Reveth poczuł straszliwy ból-jakby tysiące igieł wbiło się równocześnie w jego ciało,jakby każda z nich ruszała się,rwąc tkanki i przedostając się co raz głębiej...Usłyszał gdzieś z boku skrzek chowańca,ale nagle wszystko zniknęło za potężną zasłoną ciszy.Reveth zorientował się,iż wisi gdzieś w powietrzu,ponad kaplicą,i widzi jak ciało jego i chowańca rozpada się na miliardy malutkich cząstek-tak malutkich,że normalnie nie powinien ich zobaczyć.Cząstki ułożyły się w długą i szeroką smugę,a później,nagle,z niewyobrażalną prędkością pomknęły gdzieś w lewo i do góry...Poczuł mocne szarpnięcie za pierś,i,ku swemu zdziwieniu,w następnym momencie leżał już na wznak na wilgotnej trawie,otoczony białą mgłą.Skrzek chowańca dowodził,iż wrócił mu słuch.
W następnej chwili znalazł się obok niego Jeremiasz.Sam był jeszcze nieco oszołomiony,ale po kilku minutach dwaj ludzie i jeden chowaniec ruszyli przed siebie,na szczyt wielkiego wzgórza,górującego nad nimi.Z tyłu otwierała się ogromna przepaść,a niebo i wszystko dookoła tonęło w śnieżnobiałej mgle.
Obaj męższczyźni i chowaniec pokonali ostatni odcinek dzielący ich od szczytu wzgórza.Reveth westchnął ciężko.Daleko,niemal sześć godzin szybkiego marszu z tego miejsca,z mgły wyłaniały się poszarpane,stare mury,baszty,blanki,wieże i wieżyczki.Serca obu magów zabiły szybciej.Czyżby wreszcie,po tak długim czasie,dotarli do kresu swojej podróży?Szybkim krokiem ruszyli w stronę zamku.
***
Stalowe odrzwia były ogromne.I ciężkie.Chociaż wedle wszelkiej logiki powinny być zamknięte na głucho i bronić dostępu do twierdzy,do celu podróży naszych magów,to otwarte były na oścież,a oba ze stalowych skrzydeł ginęły w środku,tworząc dwa wolne od kurzu półkola.Magowie popatrzyli po sobie.Czyżby ktoś odwiedził to miejsce po tym,jak zapieczętowały je smoki?Wolno weszli do środka,a echa ich kroków ozwały się w ogromnej sali,jaka okazała się być pierwszym pomieszczeniem witającym wchodzących.Było ciemno,jednakowoż w mdłym świetle dochodzącym z okrytego mgłą pola dojrzeli w ogromnym zdziwieniu ludzkie ślady,odciśnięte wyraźnie w głębokiej warstwie kurzu pokrywającej tu niemal wszystko.
Jeremiasz już otwierał usta,aby skomentować sytuację,jednak przerwał mu Revethowy chowaniec-zaskrzeczał głośno,budząc w odległych salach i korytarzach echa,a później wyleciał na zewnątrz.Reveth wzruszył ramionami.
-Nigdy nie lubił takich zatęchłych miejsc-a od czasu,jak się tu zjawiliśmy,zachowuje się nieco dziwacznie.
Starszy z magów machnął lekceważąco ręką i wskazał pod nogi,na odciśnięte ślady stóp,które ginęły gdzieś we wnętrzu budowli.
-Mamy większe zmartwienia.Ktoś był tu przed nami.A być może nadal jest.
Reveth wymruczał cicho zaklęcie,a nad jego głową pojawiła się niewielka,lecz oświetlająca wszystko dookoła,magiczna kula.Ich oczom ukazały się szeregi wysokich,półkolistych przejść pod każdą z bocznych ścian.Przed nimi rozciągała się kolejna wielka sala.Tam też prowadziły ślady.
-Chodźmy więc za tymi śladami i znajdźmy naszego poprzednika.I rozglądaj się za salą tronową-tam będziemy mogli sprowadzić Asasela.
Ruszyli powoli w głąb twierdzy,rozglądając się ciekawie i podziwiając kunszt i wspaniałość otaczającej ich architektury.Przechodzili pod białymi,kamiennymi i pokrytymi tajemniczymi runami łukami,mijali wspaniałe,smukłe kolumny pełne wyrzeźbionych scen.Gdzieniegdzie znajdowali posągi,raz wielkie,innym razem mniejsze,przedstawiające istoty,jakie znane były już Revethowi osobiście-wampiry.Znajdowali olbrzymie,kamienne fotele i łóżka(przynajmniej tak im się te przedmioty kojarzyły,bo prawdziwego ich przeznaczenia znać nie mogli) oraz długie stoły.Znaleźli coś na kształt ołtarza,umieszczonego na podwyższeniu,na które prowadziły schody-małe,ale całkowicie odkurzone-widocznie ich poprzednik badał je dokładnie.Centrum ołtarza stanowiła zrobiona z jakiegoś metalu balia w kształcie anteny satelitarnej,tylko nieco głębsza i dużo,dużo większa(oczywiście naszym bohaterom takie skojarzenie przez myśl nawet nie przeszło,ale nie zmienia to faktu,iż naczynie tak właśnie wyglądało)oraz duży posąg-tak jednak zniekształcony i powyszczerbiany,iż nie można było określić,co pierwotnie przedstawiał.Jeszcze dalej natknęli się na olbrzymie,powykręcane urządzenie pełne szklanych soczewek i zwierciadeł.Dwa największe z nich znajdowały się po przeciwnych stronach wykonanego z jakiegoś niebieskiego metalu łuku,tworzącego główną oś urządzenia.Po bliższych oględzinach doszli do wniosku,iż był to teleskop-ogromny,wspaniały i z pewnością niezwykle dokładny.Cudo techniki,które po dokładnym zanalizowaniu można by wykorzystać do zbadania tajemnic nieba.Konstrukcja również cała była odkurzona,tak więc ich poprzednika pioniera również musiała zainteresować.
Kolejna sala była największa ze wszystkich,a jej centrum zajmowała monumentalna budowla-tak piękna,że nic,co dane było ujrzeć wcześniej oczom naszych bohaterów,nie mogło przyćmić jej urody.W samym środku znajdowało się olbrzymie jezioro,a właściwie basen,bo spokojna,krystalicznie czysta woda znajdowała się w zrobionej w podłodze dziurze w kształcie elipsy,o ścianach i dnie upstrzonych gęsto najróżniejszymi płaskorzeźbami,przedstawiającymi chyba najwspanialsze chwile z wampirzej historii.W oczy rzucił się naszym bohaterom przede wszystkim obraz trzech wampirów niosących olbrzymi smoczy łeb.
Nad basenem wznosiło się tysiące białych,czystych i po prostu pięknych,kamiennych łuków-idealnie płaskich,jeżeli nie liczyć pokrywających je run.Jedne z nich były większe i grubsze,inne mniejsze i cieńsze,ale każdy niemal z nich przecinał się z innymi,tworząc zadziwiające swą dokładnością i urodą kłębowisko.Z każdego łuku kapała do basenu woda,a nad tym wszystkim wznosiła się cudowna,ośmiokolorowa tęcza.Tak,tak-nie myli cię wzrok,czytelniku,ani nie jest to błąd w druku.Ósmy kolor był pierwszym,najmniejszym łukiem tęczy i był trudny do opisania-mówiąc krótko,aby bez potrzeby nie zajmować cennego miejsca,było to pomieszanie brązowego z białym.
Długą chwilę podziwiali tą wspaniałą konstrukcję,a później rozejrzeli się dookoła.W przeciwieństwie do innych sal,tutaj nie było pod każdą z bocznych ścian szeregu łukowatych przejść-była za to para(po jednym w każdej ścianie)dwuskrzydłowych,stalowych i zamkniętych na głucho drzwi.Pełno było pod nimi śladów,które tutaj już mieszały się z innymi,należącymi do tej samej osoby,ale wiodącymi w różnych kierunkach.Pod jednymi drzwiami odkurzone były dwa spore półkola,tak,jak gdyby wrota były otwierane..Po dłuższej chwili nasi bohaterowie odnaleźli miejsce,gdzie wszystkie tropy się skupiały-a było to spore,ale umiejscowione w rogu i przez to trudno widoczne przejście do jakiegoś średniej wielkości pomieszczenia.
Pomieszczenie z pewnością pierwotnie było biblioteką-znajdowały się tu szeregi wysokich,białych i kamiennych półek,pełnych pergaminów.Gdy Reveth spróbował wziąć jeden z nich do ręki,ten po prostu się rozsypał.
-Przestań!-krzyknął Jeremiasz-To cud,że te wszystkie pergaminy jeszcze się zachowały.Umocnimy je później zaklęciami i wtedy przejrzymy.Wiesz,że mogłeś właśnie zniszczyć coś cennego dla ludzkości?Jakieś plany albo coś?
Reveth wzruszył tylko ramionami i powoli ruszył pośród zapomnianych półek.Na końcu pomieszczenia,które okazało się mieć kształt prostokąta,znajdowało się przepierzenie,za którym nasi bohaterowie znaleźli szereg kamiennych stołów,przytwierdzonych na stałe dookoła ścian.Nie było tutaj żadnych zwojów,a ścian nie pokrywały płaskorzeźby.
Na podłodze natomiast widniał stary,czarny ślad-z pewnością po ognisku-i walały się najprzeróżniejsze przedmioty codziennego użytku-kubki,butelki,metalowe pojemniczki po jedzeniu,które długo się nie psuje.Stoły,choć zbyt wysokie dla człowieka,zostały przez tajemniczego pioniera zagospodarowane-leżały na nich różnorakie cyrkle,alembiki,lupy,ludzkie książki i słowniki starych dialektów.Znalazło się tam również kilka pergaminów z biblioteki,świecących niebiesko i z pewnością utwierdzonych za pomocą magii.
-Chyba go nie ma-mruknął cicho Jeremiasz,przyglądając się leżącemu pod ścianą śpiworowi.
-Chyba tak.Poczekajmy na niego,może się zjawi-a jak nie,to połazimy trochę po twierdzy,poszukamy...
Reveth w milczeniu usiadł na śpiworze i zaczął bawić się swoim medalionem.Jeremiasz począł przeglądać leżące na biurku książki.
-Revalossa Morina,Zapomniane Dialekty,Umb Far...same białe kruki.
Przerzucił jeszcze kilka książek i skupił się na najbliższym pergaminie.Miał on wymiary trzydzieści na sześćdziesiąt centymetrów i przedstawiał jakieś skomplikowane plany,opatrzone tu i ówdzie komentarzami w nieznanym,runicznym języku.Jeremiasz wzią go delikatnie w ręce i ze skupioną miną począł studiować.
-Wiesz-powiedział Reveth,wstając z trudem-poczekaj tu,a ja tymczasem poszukam mojego chowańca.Został na zewnątrz,a wolę mieć go przy sobie...
-Jak chcesz-Jeremiasz odłożył delikatnie pergamin na miejsce i zaczął przeglądać leżące na sąsiednim stole pakunki.Reveth wyszedł,jego kroki przez chwilę rozbrzmiewały echem w sali z basenem,a potem całkowicie zniknęły.Nastał ten szczególny,martwy i niepokojący rodzaj ciszy,który nakazuje bić sercu nieco szybciej a oczom baczniej rozglądać się dookoła.Jeremiasz odrzucił wrażenie osamotnienia,po czym wrócił do pakunków.
Było tu pełno małych,metalowych pojemników pełnych wysuszonego mięsa i innych trwałych produktów.Było sporo szat i ubrań,były też dwie książki.Jedna, wielka i grubaśna,w twardej,skórzanej oprawie głosiła,zaraz z okładki złotymi literami:Benedicto apolloni,legendy zapomniane.Dzieło znane było Jeremiaszowi-stanowiło kompendium mitów,podań i historii dotyczących dawnych czasów,jak na przykład dni świetności Stoneheris.Druga książeczka była mała,w miękkiej oprawie i strasznie powyszczerbiana.Na okładce widniał tylko wizerunek Eredura,Pana Tus Erę.Zaintrygowany czarodziej zajrzał do środka,na przypadkową stronę.
19.02.3789 POCZĄTEK
Dzisiaj zaczyna się pierwszy dzień mojej podróży.Czytając uczone księgi,rozpamiętując legendy i podania,mam wreszcie niemal pewność,że któraś z wampirzych budowli zawierała w sobie pewien rodzaj przejścia czy portalu,prowadzący do Stoneheris.Udaję się dzisiaj na południe,do Rill,bo tam prawdopodobnie znajdę kaplicę,która przeniesie mnie do Stoneheris.Niniejszym,za pośrednictwem tego niebieskiego atramentu,oświadczam,iż dnia dziewiętnastego drugiego miesiąca,roku czwartej ery 3789,opuszczam Tus Erę.Droga,której dostrzegam zaledwie początek,zaczyna się tutaj,w Klejnocie Pustyni,a skończyć się musi u bram Stoneheris.
Niewiarygodne!Dziennik!Człowiek,który przed nimi zwiedzał te sale,nie tylko robił to niedawno(bo podróż zaczął dwa lata temu,a dziennik nie należał przecież do najszczuplejszych),ale również pochodził z Tus Erę!Gdyby napisał gdzieś tutaj swoje imię...
Jeremiasz począł szybko przerzucać kartki.W oczy rzucały mu się nagłówki kolejnych wpisów w dzienniku:19.04.3789-PORAŻKA W RILL,10.05.89-WIZYTA W BIBLIOTECE,01.07.89-TER'NA-przesunął dziennik o kilkanaście stron do przodu,gdzie jeden wpis przypadkowo ściągnął jego uwagę:
15.06.3790 ZWYCIĘSTWO
Dokonałem porównania nieba sprzed tysięcy lat,zachowanego na opisanej wcześniej rycinie z tym,co widzę gdy w bezchmurną noc spojrzę w niebo.Wiem już na tysiąc procent,gdzie znajduje się kapliczka której szukam tyle czasu.Jeszcze dziś ruszam w drogę-Stoneheris czeka na mnie.
Kolejne wpisy dotyczyły trudnej drogi na północ,przez lasy,równiny i góry.Osobnik,do którego należał ten dziennik,niejednokrotnie używał w tym czasie teleportacji,co wskazywało na to,iż jest magiem.Wreszcie,po dwóch miesiącach,dotarł on do tej samej kapliczki,do której Śnieżna Pani przeniosła Jeremiasza i Revetha.
10.08.3790 PORTAL
Wszystko się zgadza.Niewielkie,trójścienne pomieszczenie bez dachu,z trzema pionowymi głazami w środku.Znalazłem miejsce,z którego można przenieść się do Stoneheris!Niestety,procedura wymaga chyba wypowiedzenia jakiegoś zaklęcia-o o takowym wszelkie kroniki i legendy milczą.Jeszcze dziś poszukam rozwiązania-bo runy,którymi pokryta jest cała kaplica,mogą kryć w sobie tę tajemnicę.
12.08.3790 ŻEGNAJCIE!
Wspaniale!Dwa dni ślęczałem nad tymi runami,ale wreszcie znalazłem to,czego szukałem.Niemal na przeciwko wejścia wyryte są w kilku językach słowa:To musisz powiedzieć,aby znaleźć się w Wampirzej Stolicy.Każdy z tych języków jest już dawno nie używany,ale księgi lingwistyczne wraz z moją wiedzą wystarczyły,aby przetłumaczyć przytoczony wyżej ogólny sens.Słowa,które należy wypowiedzieć,zachowam póki co dla siebie.Niechaj wszelkie dobre i złe siły mają pieczę nad mym przedsięwzięciem.Wyruszam!
12.08.3790 NARESZCIE!
Przeniesienie było szybkie,ale bardzo bolesne i jakieś dziwne...To w każdym razie nie ma już znaczenia.Znajduję się na skraju jakiejś głębokiej przepaści,a wszędzie dookoła zalega mgła.Nie wiem tedy,co jest po drugiej stronie ani na dnie,nie wiem też,gdzie właściwie się przeniosłem.Wiem za to,że zaraz wejdę na piętrzące się przede mną wzgórze i stamtąd postaram się wpatrzeć twierdzę.Nie mogę być daleko od niej.
Jeremiasz wrócił do początku i przeczytał napisane na odwrotnej stronie okładki,ozdobne słowa:Cyrpian Ossidorsen.Zaniemówił.To nazwisko znane było na każdej uczelni,każdym uniwersytecie i w każdej szkole tego świata.Powtarzano je z czcią i szacunkiem w bibliotekach,na zamkach,dworach,i w każdym domu.Ten człowiek cieszył się szacunkiem i respektem każdego-od najprostszego wieśniaka po największych władców.W chwili obecnej był bowiem najpotężniejszym z ludzi-władał niewyobrażalną dla większości i nieosiągalną dla najzdolniejszych czarodziejów magią,potrafił dokonywać naprawdę cudownych rzeczy.Już w młodości zadziwiał rówieśników i wykładowców poziomem swych umiejętności i niezwykłym potencjałem.Ten sędziwy czarodziej był po prostu kwintesencją tego,co człowiek może osiągnąć w dziedzinie wiedzy,nauki i umiejętności.Od tysiącleci nie notowano tak zdolnego człowieka,i nic nie wskazywało na to,aby miał się taki pojawić w przyszłości.
W ciągu kilkunastu ostatnich lat Cyrpian poświęcił się bez reszty studiowaniu historii starożytnej,nie było dla nikogo tajemnicą iż fascynowały go legendy o wampirach i smokach,co czyniło go w oczach innych ludzi ekscentrykiem i dziwakiem.Przez jakiś czas usiłował dostać się poza Sześć Kłów,ale gdy okazało się to niemożliwe(Jeremiasz poczuł nagły przypływ dumy) sędziwy mag poświęcił się bez reszty zakurzonym księgom i starym pergaminom,przetrzymywanym w najróżniejszych częściach świata.Zyskał w ciągu tych ostatnich lat opinię samotnika i odludka,a kilka lat temu niespodziewanie zniknął.Po prostu któregoś dnia Eredur zapragnął jakiejś przysługi od Cyrpiana,a wysłannicy znaleźli tylko pusty i-jak się później okazało-magicznie zapieczętowany dom.Wiadomość o zniknięciu maga lotem błyskawicy obiegła cały świat-później widywano go jeszcze w bibliotekach i kilku innych miejscach,aż wreszcie zniknął na dobre.Jeremiasz już wiedział,gdzie się przez ten czas podziewał.
Z rozmyślań wyrwały Jeremiasza echa kroków w pobliskiej sali,tej z olbrzymim basenem.Czy to Reveth wraca,czy może sławny czarodziej,autorytet w połowie znanych nauk...
W ciemnym prostokącie drzwi pojawiła się młoda twarz Revetha.
-Nie ma go nigdzie,kur...
-Nigdy byś nie zgadł,kto był naszym poprzednikiem w eksplorowaniu tego miejsca-przerwał mu bezceremonialnie Jeremiasz-To był Cyrpian Ossidorsen.
***
12.08.3790 STONEHERIS
Nareszcie jestem na miejscu-przed sobą widzę wnętrze twierdzy i już zaraz wejdę do środka.To niesamowite,gdy uświadomię sobie od jak długiego czasu nikt,żadna żywa istota,nie przebywał w tych salach,jak długo było tu pusto,cicho i martwo.Przede mną dziedzictwo wampirów,ich największa i najwspanialsza twierdza.Już teraz raduję się,gdy wyobrażę sobie miny i nastroje tych,którzy moje badania uważali za bezsensowne,a wiarę w istnienie wampirów-za idiotyczną.Zostanę tu może przez tydzień,dokonam wstępnej analizy.A później spróbuję powrócić do cywilizowanego świata i zabrać w to miejsce najdoskonalszych naukowców i czarodziejów.Jakże potężną kopalnią wiedzy i nauki jest to miejsce!
12.08.3790 WIECZÓR
Pierwszy wieczór i pierwszy dzień spędzony w twierdzy.Zadziwia mnie kunszt wykonania i piękno tego miejsca-wszędzie,na każdym dosłownie kroku znajduję coś godnego uwagi,jakąś rzecz czy element wystroju nad którym zapalony naukowiec spędzić może wiele,wiele lat badając i dowiadując się co raz to nowych rzeczy o przeszłości.
Twierdza jest ogromna.Olbrzymia.Dopiero wstępnie zbadałem to wszystko,przechadzałem się w ogromnych salach i podziwiałem,pozwalając sercu napawać się pięknem,skąpiąc uwagi na rozmieszczenie pomieszczeń i różnorakich przejść.Tym zajmę się jutro i w dniach następnych,bo przecież czasu mi nie brakuje.
Największe wrażenie zrobiła na mnie ogromna sala z czymś na kształt olbrzymiego basenu w środku i przecinającymi się nad nim,kamiennymi łukami.Ciągle jest tutaj tęcza-ale jakaś niezwykła,ośmiokolorowa.Rzecz wymaga głębszego zbadania.
Te słowa piszę siedząc we wnętrzu jakiejś prastarej biblioteki.W tym miejscu założyłem swoją bazę i stąd prowadził będę badania.Pełno tutaj prastarych papirusów i innych zwojów,które o dziwo przetrwały te wszystkie wieki.Rozsypują się jednak przy najlżejszym dotknięciu-muszę znaleźć sposób,aby je utwardzić.Mogą kryć niewyobrażalną wiedzę!
13.08.3790 RANEK
To niewyobrażalne!Równie fascynujące co zatrważające.W nocy słyszałem jakieś ryki i inne odgłosy dochodzące z dolnych poziomów.Trwoga ogarnęła mnie nie lada,tak,że bałem się powstać i sprawdzić co było przyczyną tych nieludzkich wrzasków.Dzisiaj zbadam wstępnie twierdzę,układ pomieszczeń i przejść.Zwłaszcza przejście na dolny poziom-muszę je znaleźć.Czy to jakaś maszyneria czy może...żywa istota?
15.09.3790 WIECZÓR
Nie mam głowy do pisania.Szkoda mi tracić czasu,który przeznaczam teraz na badania-wszelkie opisy przeżyć zawrę może kiedyś w swoich memuarach,kwestie naukowe i architektoniczne natomiast w naukowych dziełach i sprostowaniach.Muszę jednakowoż wstępnie chociaż określić,jak wszystko tu wygląda.
Parter twierdzy składa się generalnie z trzech olbrzymich sal,zakończonych biblioteką.Po prawej i lewej stronie ciągną się w każdej z tych sal szeregi półkolistych przejść,prowadzących do kolejnych pomieszczeń,wielkości średniego domu w Tus Erę,tak jednak,iż za pierwszymi drzwiami schody prowadzą w górę za drugimi natomiast w dół.I tak w kółko.Z tych mniejszych pomieszczeń niejednokrotnie można dostać się do kolejnych,lub do małych wież i baszt.
Cechą charakterystyczną drugiej sali jest wielki i wspaniały teleskop-patrzyłem z jego pomocą na nocne niebo,lecz twierdza otoczona jest bez chwili przerwy całunem mgieł i nic nie zobaczyłem.Muszę zbadać go dokładnie,gdyż nie bardzo rozumiem jak działa plątanina luster,soczewek i zwierciadeł.
Ostatnia sala jest wyjątkowa.Pomijając już cudowny,znajdujący się pośrodku basen,który opisany był już wcześniej,a którego z braku czasu opisywać drugi raz nie będę, pod ścianami nie ma tu małych,półkolistych przejść.Jest za to para wielkich i solidnych,dwuskrzydłowych drzwi,które zamknięte są na głucho i za nic nie chcą się otworzyć.Gdy oparły się nawet zaklęciu,dzięki któremu złamałem pieczęć broniącą dostępu do głównych drzwi twierdzy,zaniechałem na razie dalszych prób.Sądzę jednak,iż jedne odrzwia prowadzą do lochów,drugie zaś na wyższe poziomy,na nowe piętra pełne nowych zagadek i nowych tajemnic.Jakież to wszystko jest fascynujące!
23.09.3790 WIECZÓR
Minął już tydzień i jeden dzień,odkąd postawiłem swoją stopę w tym miejscu.A wciąż tyle pozostaje nie odkryte...Zbadałem dokładnie ołtarz,na którym najprawdopodobniej składano jakieś ofiary.Zbadałem górujący nad nim posąg,tak jednak zniszczony,iż nie mam pojęcia,kogo-lub co-mógł on przedstawiać.Zacząłem tłumaczyć pergaminy z biblioteki-trafiłem akurat na coś,co opisywało sposób działania wspomnianego wcześniej teleskopu.Wszystkie te równania,liczby,wzory i plany jeszcze bardziej zwiększyły moje wątpliwości i niewiedzę.Trzeba się w to po prostu wgryźć...
24.09.3790 RANEK
Dzisiejszej nocy po raz drugi,tak,jak na początku,usłyszałem z głębin tego miejsca jakieś zawodzenia.Co tam pergaminy!Muszę znaleźć sposób,aby pootwierać tamte drzwi...
25.09.3790 14:21
Piszę,bo nie wiem cóż dalej czynić.Nie mam najmniejszego pomysłu,jak otworzyć drzwi stojące na drodze do niższych i wyższych poziomów.Czy wracać do cywilizowanego świata?Ale JAK?Ogarnięty gorączką odkrywcy i naukowca nie zastanawiałem się dotychczas nad tym,jak wrócić-ba,ja nie wiem nawet,w jakiej części świata się znajduję!Wszystko skrywa tutaj mgła,przez którą nie przebija się ani światło słońca,ani blask księżyca oraz gwiazd.Myślę,że wkrótce poszukam "wyjścia" jednakowoż na razie pozostanę jeszcze przez jakiś czas.Gdy stąd odejdę,wrócę ze stadem magów i naukowców,z których każdy będzie chciał dla siebie chwałę,splendor i własne,chociaż najmniejsze,odkrycie-tu zaś nie chodzi o konkurowanie i wyścig ku sławie,ale o zbadanie wampirzego dziedzictwa i poznanie tajemnic tej rasy.
25.09.3790 WIECZÓR
Eureka!Mam!Jakież to było proste!Wystarczyło rozglądać się dookoła,aby przejście się otworzyło!Kluczem są kolorowe płyty,tworzące na podłodze przed każdymi z drzwi prostą linię:w każdej linii inna jest kolejność kolorów,a płyt jest tyle,ile kolorów tęczy-jedna płyta odpowiada jednemu kolorowi,oprócz brązowego.Na szerszym boku basenu,po tej stronie co biblioteka,znajduje się zrobiona z podobnych płyt piramidka,którą wieńczy płyta brązowa.Wystarczy w takiej kolejności ponaciskać kolory na piramidzie,jak te pod drzwiami,licząc od prawej do lewej i zatwierdzić wybór brązowym-i drzwi stają otwarte.Z głębin znów usłyszałem te dziwaczne wrzaski i odgłosy.Zaraz z rana ruszam na dół!
27.09.3790 POŁUDNIE
Te podziemia są ogromne.Olbrzymie.Pod powierzchnią ziemi twierdza rozrasta się ogromnie i już pierwszy poziom jest kilkakrotnie większy niż parter,na którym się teraz znajduję.Do biblioteki wróciłem po dwóch dniach,co wywnioskować zresztą można po datach przy śródtytułach.Na dole znalazłem wielkie sale,pełne posągów-są ich tutaj tysiące,i są po prostu niewypowiedzianie piękne.Znaleźć można małe i duże,przedstawiające pojedynczych wampirów lub najróżniejsze sceny:batalistyczne,uroczyste i inne.Wszystkie posągi stworzone są z pięknego,białego kamienia-przypomina nieco marmur,jest jednakże bardziej gładki i jak gdyby aksamitny...W ogóle nie widać na tych posągach brzemienia lat.
Oczywiście nie zbadałem całego poziomu dokładnie,i nie wspomniałem o rzeczach,które choć nie są posągami to również znajdują się na pierwszym piętrze podziemi i są godne uwagi.Kończy się jednak miejsce w moim dzienniku,i od tej pory pisać zamierzam rzadko oraz o rzeczach najważniejszych.Jutro z rana znów ruszam na dół-znalazłem prowadzące w dół schody.Ani śladu tajemniczych odgłosów i ich źródła.
30.09.3790 WIECZÓR
Nie wiedziałem o czym mówię,pisząc o rozległości tego miejsca.Za poziomem drugim jest i trzeci,a później czwarty i piąty...I kolejne miejsca,których nie zbadałem,gdyż za mało zabrałem ze sobą jedzenia i musiałem wracać.Przez cały pierwszy dzień nie dały znać o sobie tajemnicze odgłosy,kiedy jednak zszedłem na poziom czwarty,momentalnie wypełniły korytarze i sale.Trwa to aż do teraz,nieprzerwanie od dwóch dni.Dźwięki dochodzą gdzieś z samego dołu,z najgłębszych lochów.Tak,tak!O ile bowiem pierwsze trzy poziomy były pięknymi i niegdyś zadbanymi miejscami,to od poziomu czwartego w dół twierdza przekształca się w ponure,wilgotne,odpychające swą obrzydliwością i panującymi tam warunkami miejsce.Nic to!Tym razem biorę ze sobą dużo jedzenia i ruszam w dół.
1.10.3790 RANEK
Jestem spakowany i gotów do kilkudniowego wypadu.W nocy odgłosy nie ucichły,co wróży dobrze,gdyż pozwolą mi one zlokalizować swoje własne źródło.Biorę ze sobą kredę-choć znajdę drogę na bliższych poziomach,to doświadczenia ostatnich dni mówią,iż mogę zgubić się w lochach.A na to nie mam ochoty.
Reveth podniósł wzrok znad dziennika i spojrzał na przechadzającego się wśród porozrzucanych przedmiotów Jeremiasza.
-Skończyłem-mruknął cicho,odrzucając na bok dziennik-wygląda na to,iż naszemu magowi przydarzyło się na dole coś niemiłego.Wpisy urywają się dość niespodziewanie.
-Mmmhyy-przytaknął Jeremiasz,schylając się i zaglądając jednocześnie na najniższą półkę najbliższej kamiennej półki-albo znalazł wyjście i ulotnił się.
-Nie wziął swoich rzeczy.Nie wziął książek,dziennika ani wyników dotychczasowych badań.To niemożliwe.Na dole coś mu się po prostu przydarzyłoś.
-Teoretycznie.Mógł przecież przypadkowo uruchomić jakowyś mechanizm,który przeniósł go daleko stąd.A że od czasów,gdy twierdzy na co dzień używano świat bardzo się zmienił,to teraz nasz czarodziej mógł znaleźć się na dnie morza,rzeki czy stawu.Albo nagle zorientować się,że leci w dół w Północnych Górach.
-Jest jeszcze jedna możliwość...
-Wiem-twarz Jeremiasza zrobiła się nagle zatroskana,a sylwetka zgarbiła się-Powstrzymaj się jednak z mówieniem tego na głos.Pójdźmy na górę i znajdźmy ten portal,o którym mówił Asasel.Później wrócimy na dół i podążymy śladem Cyrpiana.Może tam dowiemy się czegoś nowego o tym,co się z nim stało,może znajdziemy też radę i sugestię co zrobić później.
-Pójdźmy tedy.
***
Zgodnie ze wskazówkami zawartymi w dzienniku bez problemów otwarli drzwi,które wedle słów ich poprzednika miały prowadzić na wyższe piętra.Procedura otwarcia przebiegła bez żadnych komplikacji,a gdy masywne wrota rozchyliły się na prawo i lewo,po raz pierwszy od tysięcy lat,wznosząc w powietrze mnóstwo kurzu i budząc w salach odległe,głuche echa,oczom naszych bohaterów ukazały się szerokie,niebieskie,potwornie zakurzone i prowadzące w górę schody.
Powoli,z nabożnym szacunkiem do otwierających się przed nimi dziewiczych terenów ruszyli w górę schodów,wznosząc za sobą tumany kurzu.Trafili na kolejne,kamienne wrota,te jednak ustąpiły łatwo pod naporem siły ich mięśni.
Przed nimi otwarła się olbrzymia,wyłożona białymi płytami sala o wypukłym sklepieniu.Strop ten podtrzymywany był przez cztery wysokie i grube kolumny,zwieńczone gdzieś hen wysoko pod sufitem wizerunkami czterech czerwonych kłów,tak ustawionych,że stanowiły przejście pomiędzy dachem a samą kolumną.Poza tym, w sali pełno było rzeźb,fontann-z jednych ciekła woda,inne natomiast były suche-i pomniejszych ołtarzyków.
Centralne miejsce zajmował natomiast tron,z wysokim i zakrzywionym do tyłu oparciem i takimi bocznymi ściankami,na których trzyma się zazwyczaj ręce.Tron znajdował się na podwyższeniu,a uwagę naszych bohaterów przykuł znajdujący się obok właściwego siedziska postument.
Był nie wyższy niż jeden metr,szary,o zaokrąglonej końcówce z odciśniętą trójpalczastą łapą z potężnymi pazurami.Poza tym niczym się nie wyróżniał.
-Myślisz że to jest ten portal?-spytał Jeremiasz,kładąc dłoń na postumencie,w odlaną formę.Jego wąskie palce bez problemu zmieściły się w szerokie,przystosowane do wampirzej ręki ślady.
Reveth nic nie odpowiedział.Podszedł do tronu,dotknął oparcia i wtedy dopiero spojrzał na przyjaciela.
-Wiesz o tym,że jeśli Asasel...
-Poczekaj.Ja nie ufam tej istocie.Jeżeli wampir Asasel...
Nim myśl,że właśnie rozpoczął rytuał przyzwania dotarła do mózgu Jeremiasza,cała sale rozbrzmiała złowróżbnym,grzmiącym echem tego imienia.Wydawało się,iż każda kolumna,fontanna,każdy posąg i każda cegła z tej sali grzmią,wypowiadając dawno zapomniane słowo.A później,niespodziewanie i bez żadnego ostrzeżenia,powietrze na po lewej stronie tronu wybuchło płomieniem.Ogień chwilę huczał po prostu bezładnie,a później ukształtował się w koło o średnicy dwóch metrów.
W tej postaci również chwilę płonął,a później jego środek został jak gdyby wessany gdzieś do środka,skąd napłynął na chwilę zielonkawy blask,a później,przy akompaniamencie rozdzierającego uszy ni to ryku,ni to krzyku ze środka wyleciała wysoka,dumna postać Asasela,Ostatniego Wampira.
Hałas ucichł równie niespodziewanie jak przed chwilą się zaczął,a płomienie po prostu znikły.Żółte oczy wampira zwęziły się,i chociaż dolną część jego twarzy okrywała chusta,to obaj ludzie mogliby przysiąc,iż w tym momencie się uśmiecha.
Zdawał się w ogóle ich nie dostrzegać.Rozglądał się dookoła,zginając i rozprostowując ręce w łokciach,a potem rozległ się cichy odgłos węszenia.
Nasi bohaterowie nie otrząsnęli się jeszcze z pierwszego szoku,patrzeli pełni zdumienia,podziwu i strachu na stojącą przed nimi postać,która nie zwracała na razie na nich najmniejszej uwagi.W końcu jednak wielkie,żółte oczy wampira spojrzały w dół,przeczesując okolicę,aż wreszcie natknęły się na małą postać Revetha.Przeniosły się na Jeremiasza,później znów na Revetha,aż wreszcie wampir przemówił.
-Udało ci się!Ja...znów jestem w Stoneheris...
Reveth spojrzał na przyjaciela.Tamten wyraźnie nie był zadowolony.
-Ty...-ręka Asasela wystrzeliła w stronę Jeremiasza-Nie ufasz mi.Boisz się.Jednak ja nigdy nie łamię danego słowa.Revethu!Zostaniesz wynagrodzony,chociaż wbrew mym zamiarom i poleceniom wziąłeś ze sobą pomocnika.Obaj zostaniecie wynagrodzeni.Bo w końcu ty-spojrzał na Jeremiasza-również przyczyniłeś się do mojego powrotu.
Powoli ruszył w stronę wyjścia z sali.
-A nagroda przejdzie wasze najśmielsze oczekiwania.
Magowie spojrzeli po sobie,a w oczach drugiego każdy z nich dojrzał to,co wypełniało również jego serce-mieszaninę zdziwienia,strachu,niepewności i konsternacji.Ruszyli jednak bez słowa za swoim nowym przewodnikiem.
W zupełnej ciszy,niczym wilcze cienie przemykające w mrocznej gęstwinie lasu,zeszli na parter,do pomieszczenia z wielkim basenem oraz tęczą.Tutaj Asasel znowu przemówił.
-Bądźcie cierpliwi.Zapewne nie byliście jeszcze w lochach,zaraz tam jednak zejdziemy.Tam otrzymacie swoją nagrodę...Jej pierwszą część.
Nacisnął w odpowiedniej kolejności znajdujące się na podłodze płytki,a łoskot rozwierających się drzwi zagłuszył cichy szelest błoniastych skrzydeł gdzieś wysoko pod sufitem.Gdyby któryś z nich zerknął teraz w górę,zobaczył by Revethowego chowańca,który zataczał pod powałą powolne koła.
Żaden jednak nie spojrzał.
Wampir poprowadził w dół,po szerokich i prostych schodach.Zagłębiali się w lochy pradawnej twierdzy,mijając na swej drodze piękne sale,pełne kolumn,łuków i rzeźb,które po zejściu o kilka poziomów niżej ustąpiły jednak miejsca obskurnym i wilgotnym lochom,dzwoniącym z ciemnych zaułków łańcuchami i straszących pełnymi podejrzanych plam ścianami.Jeremiasz dostrzegł w kilku miejscach stare ślady należące do człowieka,i cała ta sytuacja co raz bardziej przestawała mu się podobać.Nic jednak nie mówił.Panowała cisza,i tylko echa ich kroków odbijały się wśród starych i zakurzonych sal i korytarzy.
Czas nie wpłynął widać na pamięć Asasela,który pewnie i szybko prowadził ich najkrótszą drogą w dół.Dotarli wreszcie do okrągłej sali o gładkich i skrzących się ścianach,z której wąski korytarz prowadził w dół pod kątem jakichś czterdziestu stopni.
-Już niedaleko-na małej przestrzeni głos wampira zabrzmiał niczym dzwon kościelnej wieży-bądźcie cierpliwi,albowiem na końcu tego korytarza czeka na was nagroda,o jakiej nie mogliście nawet śnić.
Ruszyli,teraz znacznie szybciej.Korytarz okazał się być bardzo długi i schludny,bardziej przypominający piękne sale z parteru lub wyższych poziomów niż obskurne lochy.A gdy się skończył,oczom naszych bohaterów ukazał się obraz tyleż piękny i tajemniczy,co w jakiś irracjonalny sposób zatrważający.To tak,jak pierwszy raz patrzysz na dentystyczne wiertło lub najeżoną kolcami pałkę-nie wiesz,do czego to służy,sam wygląd budzi jednak dreszcz w dole pleców.Dreszcz jednocześnie niepokoju i jakiejś chorej ciekawości.
Obraz ten stanowiła natomiast wielka sala,pośrodku której czerniał głęboki i złowrogi otwór,którego dna nie dało się dojrzeć.Ściany były lśniące i idealnie gładkie,przywodzące na myśl powierzchnię wypolerowanego miecza.Zwężały się ku górze,by gdzieś wysoko,co namniej kilkadziesiąt metrów nad głowami naszych bohaterów,połączyć się w coś na kształt stożka,u szczytu którego także czarniał spory otwór,z tym,że mniejszy niż ten w podłodze.
Znacznie bliżej,bo na okalającej otwór w podłodze przestrzeni,znajdowało się mnóstwo zębatych kół,dźwigni,rur i przekładni,które wspólnie tworzyły na podwyższeniu po prawej stronie Revetha i Jeremiasza wielki,choć cichy i w tym momencie nieruchomy mechanizm.
W centrum każdej z pozostałych ścian również znajdowało się podwyższenie z niebieskiego kamienia,a za nim coś na kształt płaskorzeźby,przedstawiającej...zegar.Takie było przynajmniej pierwsze skojarzenie naszych bohaterów,choć przyznać trzeba,iż miast godzin było tam dwadzieścia tajemniczych run,a fantazyjnie wyrzeźbione wskazówki występowały w liczbie dwóch.
W oczy rzucał się także rząd klatek o kwadratowych podstawach z bokiem długości metra i wysokości dwóch metrów.Wszystkie były teraz otwarte,a wisiały,niczym skazańcy na szubienicy,nad ciemnym otworem w posadzce.
Nim Reveth zdążył ochłonąć po pierwszym-i ogromnym-wrażeniu,jakie wywarło na nim to miejsce,poczuł silne uderzenie w okolicach nerek.Świat utonął na chwilę za zasłoną milionów kolorowych plam różnorakiej wielkości,a tył głowy zapłonął silnym bólem.Później upadł na kolana i niżej,na ziemię.Plamy zgęstniały,nabierając jednocześnie co raz ciemniejszego odcienia,aż wreszcie zasłoniły sobą wszystko.Na końcu pochłonęły świadomość Revetha.
***
Cichy i jednostajny turkot był tak daleki,a jednocześnie natrętny i wyrywający ze snu.Snu miękkiego i ciepłego,przyjemnego,o łące pełnej kwiatów i...
Zgrzyt głośniejszy i wyraźniejszy niż stanowiący dla niego tło,ciągły,a wspomniany już turkot,znów nie pozwolił naszemu bohaterowi zapaść w słodką krainę zapomnienia.Zamiast łąki pełnej kwiatów w jego mózgu pojawiły się pytania:Co się stało?Gdzie jestem?Powoli przypominał sobie ostatnie wydarzenia:zeszli,wraz z Asaselem,do podziemi,później...
Otworzył oczy.
Siedział,poskręcany na dnie jednej z klatek,wiszących nad otchłanią.W klatce obok niego znajdował się Jeremiasz-najwyraźniej nieprzytomny.Z jego ust ciekła cienka stróżka krwi,a spora rana na szyi tworzyła na podłodze jego klatki kałużę tej samej cieczy..Złożony z kół zębatych i przekładni mechanizm turkotał jednostajnie,a obok świecącego pulpitu krzątał się wampir.Nie była to jednak ta sama,zgarbiona i wymizerowana istota,jaką Reveth spotkał w dżungli-w twierdzy swoich przodków,w swojej ojczyźnie,z postawy Asasela biła cała duma i dostojności jego rasy,cała ukryta pod lśniącą błękitnie skórą potęga.Gdy przemówił,jego głos brzmiał czysto i dostojnie.
-Znów-powiedział,odwracając się w stronę młodego czarodzieja-przyszło mi powitać cię po podróży w pięknej krainie Królowej Snu.Choć tym razem,przyznam ci się do tego,to ja byłem tym,który cię w ową podróż wysłał.
-Co to ma znaczyć,wampirze?Co się tu dzieje?
Asasel odchylił głowę nieco do tyłu i wydał gardłowy charkot,który miał być chyba śmiechem.
-Spełniam swoją obietnicę,człowieku.Powiedziałem,że zarówno ty,jak i twój przyjaciel zostaniecie wynagrodzeni.To,co się teraz dzieje to właśnie...rytuał nagrodzenia.
Ruszył wzdłuż ściany,w stronę jednej z zegaropodobnych płaskorzeźb.
-Nie wiesz,Revethu,gdzie właściwie się znajdujemy.Wyjaśnię ci...to,i wiele innych rzeczy.Część tu i teraz,część-później.Gdy już otrzymasz swoją nagrodę.
Wampir zatrzymał się przy pierwszym zegarze,wszedł na podwyższenie i ustawił wskazówki pod kątem prostym.Jak gdyby miały wskazywać godzinę trzecią lub piętnastą.Następnie ruszył dalej.
-To miejsce-wyrzucił ręce do góry w zamaszystym geście-jest najmłodszą częścią twierdzy.Dwadzieścia tysięcy lat temu,na niedługo przed końcem naszej ery,zstąpił tu nasz wódz,by ukształtować tę jaskinię.Nie pojmujesz i prawdopodobnie nigdy nie pojmiesz magii i potęgi,jaka tkwi w tych ścianach,jaka zamknięta jest w tych runach i jaka drzemie w tych narzędziach.Gorto stworzył je w jednym celu-miały stworzyć nowe pokolenie wampirów.
Revethowi dreszcz przeszedł po plecach,a wampir tymczasem dotarł do kolejnego podwyższenia.Ustawił wskazówki na szóstą zero zero i przeszedł dalej,wracając do swojej przemowy.
-Dla was,ludzi,już epoka w której moi bracia panowali nad światem jest niewyobrażalnie odległa,a co dopiero czasy ją poprzedzające.Jest to historia długa i nie ma potrzeby,abym ci ją teraz opowiadał.Abyś jednak zrozumiał to,co chcę przekazać ci przed wręczeniem nagrody,musisz poznać jeden jej wątek.Mianowicie,początek mojej rasy.
Stworzył ją przed mileniami jeden z bogów.Dziś,tak zresztą jak i w chwili gdy zamknięto mnie w więzieniu,nie było go już ani w Niebie,ani w Piekle,ani na Polach Tiznajskich.I dlatego nasza rasa nie mogła zdobywać nowych członków-bowiem tylko ów bóg mógł,przy niemałym wysiłku,stworzyć wampira.Gdy bogów zabrakło,zostaliśmy zdani na siebie.I tak po prawdzie,gdy patrzę na to z perspektywy wieków,to wydaje mi się iż zdani na zagładę.
Zatrzymał się.
-Było nas wielu,to prawda.I choć każdy z nas był nieśmiertelny,to jednak wiadomym było,iż nie będzie już nowych wampirów.A jak ci wiadomo,nieśmiertelny oznacza tylko,iż nie starzeliśmy się,nie chorowaliśmy i nie umieraliśmy wraz z upływem czasu-można nas jednak było zabić za pomocą magii lub zwyczajnie,pociąć czy rozerwać.
Znów ruszył wzdłuż ściany.
-Ostatnia wojna ze smokami pochłonęła wiele ofiar.Mieliśmy co prawda niewolników-ludzi-w starciu z jaszczurami ci ginęli jednak jak mrówki w ognisku.Do tego smoki,wzorem istot niższych,mogły się rozmnażać.A my nie.
Dlatego Gorto stworzył to miejsce.Wygląda może niepozornie,ale jedno jest jego przeznaczenie.Zmieniać ludzi w wampiry,a raczej ich karykaturę,słabszą,śmiertelną(choć długowieczną) i ogólnie bardziej mizerną od Pierworodnych.
Dotarł do trzeciego podwyższenia.Gdy nań wchodził,noga zaplątała mu się w jakąś postrzępioną szmatę.Podniósł ją.
-Wiesz,co to jest Revethu?Odzienie maga,który parę lat temu dostał się tu sam,bez niczyjej pomocy.Nawet ja muszę przyznać,że był potężny.Zbadał to miejsce i poznał wiele z jego sekretów,ale popełnił jeden błąd.Nie wiedział że tam,w dole(wskazał w czerniącą się pod Revethiem otchłań)Gorto urządził więzienie.Wzywałem go,odką tylko poczułem jego obecność,krzyczałem,ryczałem a on w swej ciekawości,gmerając przy przełącznikach,przypadkowo mnie uwolnił.Długo potem żałowałem tego czynu,ale mój głód był wielki,a w połączeniu z zaskoczeniem zaowocował...posiłkiem.
-Głód?
-Głód.Głód krwi.My,wampiry,żywiliśmy się krwią.We mnie głód narastał przez wszystkie tysiąclecia zamknięcia.Nie mógł mnie ów głód zabić,ale palił mnie od wewnątrz,stawał się olbrzymi,nie do wytrzymania.Gdy zobaczyłem tego człowieka-to nie była moja decyzja.W jednej sekundzie zacząłem spijać słodką ciecz,w drugiej nie było w nim już ani kropli,a ja dopiero zorientowałem się,co zrobiłem,że nie jestem już uwięziony i że ból minął.Zresztą-głód czuję nadal.Tamten czarodziej był potężny,a jego krew pyszna i szlachetna,ale czym jest ten jeden śmiertelnik?Jak zresztą mówiłem-później żałowałem.Mogłem od razu wprowadzić w życie mój plan,a tak-musiałem uganiać się po puszczy...za tobą.Wiesz zresztą,co jest najdziwniejsze?W kilka sekund po tym jak zabiłem tamtego maga,przeniesiony zostałem do mojej puszczy właśnie.Nie mam pojęcia,dlaczego.Może to pozostałości jakiegoś zaklęcia strażniczego smoków,a może ostatni prezent mojej ofiary?Tego nie wiem i pewnie już nigdy się nie dowiem.Choć,w zasadzie,gdybym nie zabił maga,a został przeteleportowany to wszystko mogłoby się jeszcze bardziej się skomplikować,więc w sumie chyba jednak dobrze się stało.
Wszedł na podwyższenie i ustawił wskazówki na pięć minut przed dziesiątą.Cała sala wypełniła się zielonkawym blaskiem,a wampir poszedł dalej,by zamknąć koło i wrócić do buczącej maszynerii i pulpitu.
-Wracając jednak do przeznaczenia tej maszynerii,które wkrótce stanie się twoim...waszym udziałem.Zmieniała ona ludzi w istoty mi podobne bardzo skutecznie-zabijała ludzkie uczucia i słabości,zmieniała ciało tak,iż rozrastało się i stawało podobne nam.Dawała głód krwi i możliwość-ba!-potrzebę zaspokajania go.Co ważne,te nowe wampiry potrafiły także się rozmnażać,a każde dziecko było pod jakimś względem doskonalsze od swego rodzica.Te istoty umierały jednak po kilku wiekach i ogólnie były słabsze niż ja i moi bracia.
Teraz nastanie nowa era.Stanę na czele odrodzonego narodu wampirów i zdobędę należną mi pozycję w tym świecie.Zniszczę-popatrzył na Revetha-zniszczymy ludzi oraz smoki i zapanujemy niepodzielnie.
Odwrócił się tyłem do obu ludzi i począł gmerać coś przy pulpicie.
-Twój przyjaciel jako pierwszy dostąpi zaszczytu przemiany.Potraktuj to jako nagrodę-wiem,że w tej chwili boisz się i opierasz,a za to,że mi pomogłeś,pozwolę ci nieco dłużej cieszyć się człowieczeństwem.
Zaparł się nogami i mocno,obiema rękami pociągnął zamocowaną w podłodze dźwignię.Zgrzytnęło,a gdzieś wysoko,pod stropem,pojawiła się błyszcząca,żółta kula.
-Nic nie mówisz,mój przyszły poruczniku.Ja tak długo milczałem,iż teraz nawet towarzystwo człowieka wydaje się całkiem miłe.Więc może będę mówił dalej?
Zbliżył się do ściany i nacisnął ręką niebieską płytkę,jaka była w nią wmocowana.Z cichym kliknięciem schowała się gdzieś w środku,a nad głową Revetha zapaliła się kolejna kula,tym razem niebieska.
-Aby stworzyć wampira,trzeba skazić ludzką krew.Właściwie skazić to złe słowo-może uszlachetnić?W każdym razie naznaczyć swoją obecnością.Zrobiłem to już z twoim przyjacielem-zaczął schodzić z podwyższenia,wskazując jednocześnie na Jeremiasza-a teraz wszystko jest już przygotowane.
Reveth spojrzał na Jeremiasza i musnął wzrokiem ranę na jego szyi .Wampir kontynuował.
-Wiesz,jak wielkim wysiłkiem było zakosztować tej krwi i zaraz się oderwać?Przygotowywałem się na ten moment przez cały czas,odkąd wysłałem cię na twą misję.Wiedziałem,że to będzie najtrudniejsze w całym moim planie.Ale przeszedłem próbę pomyślnie.
-Patrz,Revethu!Patrz,albowiem na twoich oczach zaczyna się nowa era,era wampirów,era mojej władzy.Będziesz najwyższym spośród moich poruczników,chociaż teraz twoje serce wzdryga się i nie pojmuje zaszczytu,jaki spotkał jego właściciela.Z czasem zrozumiesz.
Odwrócił się do Revetha bokiem i cicho coś zakrzyknął.Jeremiasz drgnął i powoli otworzył oczy.Revetha przeszył dreszcz.
Nie był to już te same co kiedyś,jasnoniebieskie i pogodne,pełne przyjaźni i inteligencji źrenice.Jarzyły się teraz żółto-zielonym blaskiem,a wyrażały tylko zmęczenie i pustkę.Ich właściciel otworzył z trudem suche usta i,unosząc się jednocześnie na łokciu próbował chyba coś powiedzieć.
Wampir krzykną i w gwałtownym geście wyrzucił obie ręce do góry.Wargi Jeremiasza ułożyły się w imię:Reveth,ale nim ten zdążył zareagować na nieme wezwanie, z niebieskiej,zawieszonej pod sufitem kuli wystrzelił gruby jak ludzka ręka promień i ugodził w plecy leżącego.
Jego ciało podskoczyło i całe wygięło się do tyłu,a na twarzy zamalował się wyraz cierpienia.Reveth spojrzał szybko na wampira.Stał odwrócony bokiem i szeptał cicho zaklęcia-jego oczy były zamknięte i wydawał się całkowicie zaabsorbowany.Może się udać,pomyślał Reveth.
Jak zawsze przy rzucaniu zaklęcia zamknął oczy i wyciszył swój umysł,nie pozwalając dochodzić doń rzadnym bodźcą zewnętrznym.Wyrzucił nawet myśli o cierpiącym obok przyjacielu i skupił się na magicznej energii,która znajdowała się wszędzie dookoła,pulsowała,naciskała na skronie,ręce,całe ciało...
Chciał przemienić tę moc w ognistą kulę,piorun,cokolwiek,co mogłoby przerwać wampirowi...zdecydował się na to pierwsze i cicho wyszeptał zaklęcie.
Niewielka część pulsującej w sali magii wdarła się do świata materialnego w postaci rozpalonej kuli płomieni i pomknęła w stronę wampira.Reveth nie docenił swego przeciwnika.
Asasel błyskawicznie zwinął się w półobrocie i wyciągnął naprzeciw nacierającej kuli rękę z rozcapierzonymi palcami.Ta,jak gdyby natknęła się na niewidzialną barierę tuż przed zetknięciem z ową ręką eksplodowała,choć żaden z płomieni nie skierował się w stronę wampira.
-Nieźle,przyznaję-w głosie wampira dało się wyczuć cień aprobaty-ba!-podziwu nawet-Ty zawsze będziesz walczył,prawda,czarodzieju?Ale twe próby są próżne.Nie dysponujesz mocą wystarczającą,aby przeszkodzić mi w moim dziele.Chociaż jednak nawet ręka najwytrawniejszego malarza może zadrżeć pod ukłuciem natrętnego komara,to zmuszony jestem na chwilę cię pożegnać.
Wampir ruszył ręką i Reveth poczuł,jak spada w stronę krainy Królowej Snu.W czasie tego upadku dojrzał jeszcze wykrzywione bólem i metamorfozą oblicze Jeremiasza oraz mały,skrzydlaty kształt pod sufitem-i dopiął celu.
***
Odgłosowi rwanego ciała zawtórowało przeciągłe bulgotanie.
Reveth otworzył oczy.Siedział,oparty o ścianę w pobliżu całej tej maszynerii z dźwigniami i przekładniami.Kawałek przed nim stał odwrócony tyłem wampir,który jednak przemówił niemal natychmiast.
-Dobrze,że się budzisz,Revethu.Twój przyjaciel powoli staje się lepszy(znów dało się słyszeć ten sam,nieprzyjemny odgłos co przed chwilą)choć jest to nieco bolesne.
Odwrócił się do Revetha przodem.
-Mamy jeszcze chwilkę,więc może wyjaśnię ci jeszcze kilka rzeczy?
Splótł szponiaste dłonie za plecami i zaczął przechadzać się tam i z powrotem,przy akompaniamencie wspomnianych już dwukrotnie,przerażających odgłosów.
-Wyróżnia się trzy stadia na drodze pomiędzy istotą ludzką a takim niby-wampirem,jakim stanie się już niedługo twój kolega.Pierwszy,o którym już ci mówiłem,to naznaczenie człowieka swoją obecnością,zanurzenie kłów w jego szyi.To coś jakby przygotowanie gruntu pod budowę,że pozwolę sobie na użycie tak prymitywnego porównania.
-Drugi etap jest już bardziej skomplikowany i wymaga całej tej maszynerii-wyciągnął ręce do góry,pokazując salę-polega na przekształceniu ciała.Z wątłego,ludzkiego,w bardziej krępe i masywne,a przede wszystkim żywiące się czymś innym-krwią.Oczywiście taki pseudo-wampir nie jest w stanie stworzyć nowego pokolenia.
Znów ruszył przed siebie,ale nagle się zatrzymał.
-Aha.Twój przyjaciel właśnie jest na tym etapie.
Znów rozległ się ten wstrętny odgłos,Reveth nie mógł jednak zlokalizować jego źródła,gdyż widok zasłaniała mu część maszynerii.
-Trzeci etap,który zacznie się wkrótce,to zniszczenie ludzkiej duszy,wszystkich wspomnień,marzeń,uczuć,myśli i ogólnie pojętego człowieczeństwa.A także zasianie ziarna duchowej istoty wampirów,zaczerpniętej od samego Gorto.
Wampir podszedł do najbliższego pulpitu.
-No cóż,twój przyjaciel jest gotowy na trzeci etap.
Wykonał kilka szybkich gestów i wyszeptał coś niezrozumiałego,a z jednej z zawieszonych pod sufitem świetlistych kul wystrzelił promień,który ugodził gdzieś w miejsce zasłonięte dla Revetha.
-Tak...on niech się nam przekształca,a ja...Cóż,właściwie to my-podszedł do Revetha-musimy zająć się tobą.
Ruchem tak szybkim,iż umykał oku,Asasel złapał Revetha za gardło i podniósł do góry,tak jednak,że palce czarodzieja dotykały ziemi.
-To ostatnie sekundy twojego życia w postaci człowieka,bowiem już pierwszy etap odciśnie na tobie piętno.Zresztą,być może stracisz przytomność i obudzisz się już odrodzony.Żegnaj.
Wolną ręką wampir odsłonił dolną część twarzy.Kryły się pod nią duże usta bez warg,opatrzone dwoma nie przesadnie długimi kłami.Dolna szczęka,zanikająca,gładko przechodziła w szyję,zdawała się być tylko jej przedłużeniem.W każdym razie Asasel przekrzywi nieco głowę,jak by szykował się do pocałunku,nachylił...
8
Bitwa nie toczyła się już za murami twierdzy.Przeciwnie,potworne,demoniczne istoty zwaliły główną bramę,wdarły się do środka i obecnie pustoszyły zewnętrzną część miasta.
Trzeba ci bowiem wiedzieć,drogi czytelniku,iż twierdza Ter'na,o której teraz mówimy,oprócz zewnętrznego,grubego wału murów posiadała jeszcze jeden,położony głębiej,a otaczający mocną barierą z trzema bramami główny zamek i obecne miejsce przebywania Eredura i wszystkich ważnych osobistości,jakie brały udział w obronie miasta.
Rzeczony Eredur stał właśnie w oknie,które wychodziło na główną bramę miasta i ze smutną,acz spokojną twarzą patrzył na wlewające się przez zniszczoną bramę hordy demonów i dokonujące się zniszczenie.Dokonującą się zagładę.
Westchnął głośno.
Stojąca za nim królowa Ter'na,która,jak pamiętamy,oddała mu dowodzenie nad armiami ludzi na czas oblężenia,zrobiła dwa kroki w stronę władcy i położyła mu rękę na ramieniu.
-Nie obwiniaj się,panie-rzekła cicho,również ze smutkiem w głosie-To musiał tak się skończyć.
Odwrócił się i spojrzał na nią.
-Wiem.Tak jak wiedziałem o tym w dniu,w którym objąłem dowodzenie.Ale w głębi serca...
-Wciąż się łudziłeś-dokończyła za niego.
Skinął głową.W tym samym momencie w głębi pomieszczenia drzewce włóczni zastukało o posadzkę.Przemówił sługa.
-Panie,twe rozkazy zostały wykonane.Wszyscy żołnierze zebrani,czekamy jedynie na ciebie.
-Żegnaj,pani.Zaszczytem było dla mnie dowodzić obroną tej twierdzy.Dziękuję za twe wsparcie i obecność.
Skłoniła się tylko.Władca wyszedł.
Udał się prosto na dziedziniec.Ten zapełniony był wojownikami,wedle zresztą rozkazu Eredura.Nie miał ochoty na przemówienie.Musiał jednak jakoś zwrócić się do swych podwładnych.Ten jeden,ostatni raz.
-Panowie!-zaczął,gdy stanął już naprzeciw resztek swojej armii-Oto nadeszła chwila,gdy po raz ostatni przyjdzie nam chwycić za miecze i wykąpać je w gorącej krwi tych piekielnych istot.Tak naprawdę,to twierdza już padła,leży,dogorywa,czeka na ostatni,śmiertelny cios,jakim jest zabicie ostatniej garstki obrońców.Którą my stanowimy!Jest nas za mało,aby utrzymać wewnętrzny krąg i wszystkie trzy bramy.Nie czekajmy na śmiertelny cios!Powstańmy i ten ostatni raz,z dumą i honorem,ruszajmy do bitwy!Zginiemy,to pewne.Ale zginiemy z podniesioną głową,nie czekając biernie...na śmierć.
Żołnierze zakrzyknęli równo,silnie,jak gdyby byli wcześniej umówieni i ćwiczyli ten okrzyk z cierpliwością:
-Za ojczyznę!
-Za ojczyznę-powtórzył król i, wzniówszy miecz do góry ruszył pięknymi ulicami w dół,gdzie szalała śmierć i zniszczenie.
***
Nie musieli długo czekać na pierwszych przeciwników.Ludzie bili się z siłą i zaciętością tygrysa rannego i osaczonego,ale cóż może największy zapał zdziałać naprzeciw tysiąckrotnej przewagi?
Wkrótce demonów przybyło,otoczyły ludzi na dużym dziedzińcu z którego prowadziło wiele wyjść w postaci wąskich uliczek.Każdą z nich jednak nadciągały piekielne istoty.
Eredur walczył w pierwszym rzędzie.Jakiś prosty żołnierz osłaniał jego boki,a Eredur osłaniał boki tego żołnierza.Z zaciekłością atakował ich pokraczny demon o ciele świni,z tym że większym i bardziej obrzydliwym,skarlałymi skrzydłami i dwoma głowami.Eredur ciął go swym potężnym,dwuręcznym mieczem z boku i z dołu,w nasadę prawej szyi.Odpadła,wrząca krew chlusnęła na prawo i lewo,Eredur zaś zatoczył się,w chwili dezorientacji wpadł tyłem na demona o ciele modliszki i jęknął rozdzierająco.
To jedna ze szpikulcowato zakończonych kończyn przebiła go od tyłu.Zsunął się ze szpikulca,upadł na kolana i jęknął po raz drugi.Rycerze ze wzniesionymi ostrzami biegli mu na pomoc,ale było już za późno.Wszystko zrobiło się szare,zamazane,nieistotne...ciche.Nawet nie wiedział,kiedy leżał już na wznak na spływającym krwią bruku.W tym szarym świecie dojrzał jeszcze nad murami miasta kilka świetlistych postaci,które nie tylko na sekundę przywróciły mu wzrok,pozwalając się ujrzeć w kolorach białych,czerwonych i niebieskich,ale także słuch,który to zmysł wyłowił wśród zgiełku bitwy donośny krzyk żołnierza:
-Smoki!Smo...
Później nastała ciemność.
***
Asasel przekrzywił nieco głowę,nachylił się,jakby szykował się do pocałunku i zbliżył swoją głowę,która teraz wydała się Revethowi iście demoniczna i ...
Gdzieś wysoko pod sufitem cicho zaszeleściły szerokie,błoniaste skrzydła.Oczy Revetha instynktownie skierowały się w tamtą stronę i,chociaż nie mógł ruszyć głową,dojrzał mały,gadzi kształt z wielką prędkością zbliżający się w jego stronę...
Chowaniec Revetha,on to był bowiem,z siłą pocisku wystrzelonego z katapulty uderzył w bok zaabsorbowanego swoją ofiarą wampira.Asasel,skupiony na tłumieniu w sobie głodu i powstrzymywaniu się od natychmiastowego(i całkowitego) wyssania Revetha,a ataku z boku spodziewający się najmniej,stracił równowagę i poleciał w bok,w stronę buczącej maszynerii.Lecąc,jeszcze przez chwilę zaciskał rękę na szyi Revetha,tak że pociągnął go za sobą i człowiek,gdy go wreszcie wampir w połowie swego lotu puścił,wyleciał jeszcze ze dwa metry w górę.
Wylądowali niemal jednocześnie.Asasel wyrżnął o buczącą maszynerię,wzniecając iskry i zmieniając położenie połowy dźwigni oraz przełączników,Reveth natomiast uderzył o posadzkę,tuż nad krawędzią przepaści,w pobliżu klatek.
O ile w przypadku tego drugiego trochę to trwało,to wampir natychmiast zerwał się na równe nogi i rozdzierająco ryknął.Jego wzrok padł na chowańca,który właśnie zataczał krąg by uderzyć ponownie,lecz w tym momencie ręce Asasela wystrzeliły w powietrze,a z nich wytrysnęła wąska błyskawica która pomknęła w stronę Revethowego podopiecznego.
Chowaniec uchylił się a później sam stworzył błyskawicę i posłał ją w stronę wampira.Ten jednak nie silił się nawet na uniki;po prostu odbił zaklęcie,tak jak wcześniej odbił ognistą kulę Revetha.
Rzeczony przedstawiciel rasy ludzkiej właśnie pozbierał się z ziemi i,splunąwszy tęgo krwią zaczął szeptać zaklęcie.Znalazł się w stanie podobnym,jak kilkanaście dni temu w jaskini,gdy wraz z Jeremiaszem i Jasną walczyli z Gerberem.Nienawidził tego potwora za to,że go zdradził i oszukał,za to,co zrobił Jeremiaszowi i za to,co chciał zrobić jemu samemu.Nie skupiał się bardzo na zaklęciu,zaślepiony nienawiścią,jednak trudne formuły same się tworzyły,magiczna energia gęstniała,stając się częścią materialnego świata i śmiercionośnego zaklęcia...
Reveth nie usłyszał ryku.Poczuł natomiast,jak coś z wielką siłą uderzyło go z boku,pod żebra i poleciał do tyłu,w stronę ziejącej czernią przepaści.
Z wielką siłą odbił się od jednej z klatek,musnął palcami krawędź przepaści i zaczął spadać...Krzyk wyrwał się z jego gardła,lecz jednocześnie jakaś siła zatrzymała go w powietrzu,szarpnąwszy tak jak spadochron gdy się otwiera szarpie skoczkiem i wyciągnęła go do góry.
Przez ułamek sekundy omiótł wszystko wzrokiem.Asasel,z którego jednej ręki,otoczonej fioletowym blaskiem płynęły posplatane wiązki magicznej energii w tym samym kolorze,by później dotrzeć do Revetha i utrzymać go w powietrzu,drugą ręką wyczyniał różne skomplikowane gesty,a poskręcana,dziwaczna istota pod ścianą zdawała się jakby do niej przyciśnięta.Kawałek dalej,przy wejściu do sali,leżał skrzydlaty,konwulsyjnie drgający,mały kształt.W następnej chwili Asasel przerwał działanie lewitacji,Reveth znów uderzył boleśnie o posadzkę i w tem samym ułamku sekundy uświadomił sobie,że to coś pod ścianą to jego przyjaciel Jeremiasz.A raczej to,co z niego zostało.
Wampir,który miał teraz obie ręce wolne,wykrzyczał zaklęcie i wyrzucił wspomniane członki przed siebie,a stwór pod ścianą zachwiał się i upadł na ziemię.Wampir odwrócił się w stronę Revetha,który właśnie zbierał się z posadzki.Jeden rzut oka na Asasela wystarczył,aby ocenić iż jest wściekły.Szybkim krokiem skierował sie w stronę człowieka.
-To coś-wskazał na drgającego u wejścia chowańca-przeszkodziło mi.Ale już więcej nikomu nie przeszkodzi.
Uśmiechnął się.
-A ty,głupcze,miałeś więcej szczęścia niż myślisz.Tam na dole znajdowało się moje więzienie i właśnie tam,tysiące lat temu,mnie zrzucono.Zabawne,prawda?Jeden mały kroczek i tysiące lat udręki.Zresztą ty jako słaby człowiek zginąłbyś po jakimś czasie.Jednak jesteś mi potrzebny.Twój przyjaciel...No cóż,nie ma już przed sobą świetlanej przyszłości.Rytuał został przerwany,nie jest już człowiekiem,nie jest też jeszcze wampirem.I taki już pozostanie...do końca życia.
Skoczył ku tej strasznej istocie,która niegdyś była Jeremiaszem.Reveth dopiero teraz się jej przyjrzał-guzowate ciało,pełne ran i świeżych blizn,całe popękane i jakby napuchnięte,z głową bez szyi i kończynami zaopatrzonymi w pazury,miało kolor brązowo-szary.Oczy natomiast były żółte,podobne do Asaselowych,z tym że kolor ich był mniej intensywny,podobny do barwy wyblakłej farby.Nie mógł uwierzyć,że to Jeremiasz.Po pierwsze,to ciało,po drugie,ten stwór chwilę wcześniej zrzucił go do przepaści-a przyjaciel raczej by mu pomógł,niż przeszkadzał.
W momencie,gdy Asasel dopadł Jeremiasza,Reveth przypomniał sobie wcześniejsze słowa wampira;że druga część rytuału zmieniała ciało człowieka,trzecia zaś-duszę.Asasel tymczasem złapał ogłuszonego Jeremiasza i szybko zamknął go w jednej z klatek.Później wrócił do Revetha.
-Niestety,tamten na zawsze pozostanie już bezmyślnym potworem,krwiożerczą bestią i głupim zwierzakiem.Gdy poleciałem na te dźwignie-wzrok jego przemkną się po wciąż drgającym ciele chowańca i spoczął na przedmiocie przemowy-rytuał został przerwany,a ten człowiek zatrzymany w połowie drogi.Będzie dla mnie...dla nas,niczym pies-posłuszny,gotów zrobić wszystko dla kilku kropel krwi,nawet najbardziej parszywej.Ty zaś nie opieraj się.Jeszcze dzisiaj podziękujesz mi za dar,jakim zaraz cię obdarzę.
Po raz drugi wampir schwycił Revetha z zamiarem naznaczenia go swym piętnem i po raz drugi plan jego nie został zrealizowany.Z akompaniamentem rozdzierającego uszy wizgu Jeremiasz rozchylił na prawo i lewo pręty swojej klatki i wyskoczył z niej,kierując się na wampira i jego ofiarę.Asasel ze złością odtrącił Revetha,zirytowany stanął na drodze Jeremiasza i,rozszerzając nogi w rozkroku,złapał go za głowę,całą twarz zasłaniając swoimi opazurzonymi palcami.
Wtedy stało się coś,czego Reveth nigdy by się nie spodziewał : miast paść na ziemię ze zgniecioną czaszką,Jeremiasz złapał w łokciu rękę Asasela,szarpnął i pociągnął,a wampir,wykręcając w powietrzu niejeden obrót,spadł na posadzkę.Reakcja Jeremiasza była natychmiastowa:wbił pazury w pierś Asasela,tamten ryknął rozdzierająco,lecz już znowu był w powietrzu,leciał na ścianę,machając rękami i nogami.
Reveth nie czekał;gdy tylko Asasel został rzucony,czarodziej pomyślał,iż w Jeremiaszu wzięła górę resztka człowieczeństwa-zaczął szeptać zaklęcie,i w chwili,gdy wampir uderzył w ścianę,w niego uderzyła ognista kula.Reveth krzyknął z aprobatą,podniecony ciosem zadanym przeciwnikowi już odwracał się w stronę Jeremiasza,ale zachowanie tamtego zupełnie go zaskoczyło-dawny jego przyjaciel zwalił się na niego całą siłą swego wstrętnego ciała,przewrócił,przygwoździł do ziemi i wielkimi zębami sięgnął do szyji.
Reveth szamotał się przez chwilę,jednak była to walka komara i tygrysa.W chwili,gdy ręce miał już unieruchomione i miażdżone w potężnym uścisku opazurzonych dłoni,a wielkie zęby wystrzeliły w stronę szyi,jego napastnik znieruchomiał.W jednej chwili,całkowicie zamarł w takiej samej,sztywnej pozycji.I tylko jego oczy wciąż wściekle się ruszały,oczy żółte,straszne i dzikie,przepełnione bólem,nienawiścią i dzikością.
Pod ścianą coś się ruszyło;Reveth spojrzał w tamtą stronę i zobaczył Asasela,z pokrwawioną piersią i przyciśniętą do niej ręką,jak powoli się podnosi i idzie w jego stronę.
-Jestem geniuszem-powiedział,gdy stanął już nad unieruchomionym ciałem Jeremiasza Revethem.Mój eksperyment się powiódł.Wprowadziłem pewne modyfikacje do rytuału przemiany,tak,aby uczynić nowe pokolenie silniejszym.To coś jest niewiarygodnie silne.Słabsze oczywiście ode mnie,przed chwilą po prostu mnie zaskoczyło i w rzeczywistości nie stanowi dla mnie większego wyzwania.Dowodem łatwość,z jaką go sparaliżowałem.
Reveth spojrzał w oczy swego dawnego przyjaciela:nadal były takie,jak opisane zostały przed chwilą,zimne,okrutne,głodne...rzucały się na prawo i lewo,a umysł chyba w ogóle nie rozróżniał słów Asasela.
Wtedy Reveth cicho,tak cicho że Asasel nie mógł tego dosłyszeć,wymówił imię Jeremiasza.Na sekundę oczy przestały błądzić,a gdy Reveth powtórzył także swoje imię,zatrzymały się i spotkały z jego oczami.
-Przyjacielu...-powtórzył,widząc że w jakiś sposób jego głos oddziałowuje na Jeremiasza.
Tymczasem Asasel ciągnął swoją przemowę.Lubił widać przemawiać.
-To proste zaklęcie,znane zapewne nawet tobie.Ale,my tu gadamy co raz dłużej,a czas ucieka...
-Pomóż mi...szepnął Reveth
-...a czas wreszcie zmienić cię w wampira.Choć przyznać muszę...
W oczach tego potwora,którego kły zastygły o kilka centymetrów od jego szyi,Reveth dojrzał małą iskierkę człowieczeństwa.Nieśmiały promień wesołych,niebieskich i piekielnie inteligentnych oczu Jeremiasza-tak,Jeremiasza a nie tego potwora-przebił się na chwilę przez żółć,którą stworzył rytuał.
-...że kłopoty jakie mi sprawiłeś...
"Jeden mały krok i tysiące lat cierpienia"-słowa Asasela rozbrzmiały w głowie Revetha,a wzrok powędrował na skraj przepaści,wejścia do więzienia,później przemknął po kłach Jeremiasza by spocząć wreszcie na Asaselu.
-...że kłopoty,jakie mi sprawiłeś,znacznie...
"To proste zaklęcie,znane zapewne nawet tobie..." Rzeczywiście,znał to zaklęcie paraliżujące.Znał też przeciwzaklęcie.
-...zmniejszyły moją...
Reveth znów spojrzał w oczy Jeremiasza.Teraz były po prostu smutne.Spokojne i wręcz niewyobrażalnie smutne.I choć kły znajdowały się centymetry zaledwie od jego szyi,to zaryzykował.Chyba lepiej zginąć od razu,niż stać się czymś takim.
-...sympatię do ciebie.No,pożegnaj się z przyjacielem.
W chwili,gdy to powiedział,Reveth zniwelował czar paraliżujący.Zamknął oczy,będąc pewnym,że cios kłów rozchlasta mu szyję,ale nic takiego się nie stało.Ciężar nadal go przygniatał,a gdy otworzył oczy zobaczył Jeremiasza nadal w takiej samej pozycji jak przed chwilą,z tymi samymi,smutnymi i nieruchomymi oczami.Czy to przeciwzaklęcie nie podziałało,czy też Jeremiasz zastanawia się co zrobić?
W tym samym momencie w tych oczach zapłonęła znów iskra determinacji.,iskra pochodząca zapewne z płomienia,jaki palił się w tych oczach dawniej.Jeremiasz skoczył do gardła Asaselowi,a Reveth natychmiast,w jednej chwili,jakby ćwiczył to wielokrotnie,poderwał się na równe nogi i z szybkością jaka zaskoczyła nawet jego samego stworzył magiczną błyskawicę.Ta bezbłędnie trafiła Asasela w sam środek skroni,a on zachwiał się,choć nie upadł.Z Jeremiaszem uczepionym u szyi szybko wykrzyczał zaklęcie i we wszystkie strony wystrzeliła magiczna energia,niewidzialna,a przecież tak silna,że zarówno Jeremiasz,jak i Reveth polecieli do tyłu.Ten drugi jednak natychmiast zerwał się na równe nogi i posłał w stronę przeciwnika kolejną błyskawicę,która chybiła jednak celu.
Jeremiasz ryknął,jak gdyby zmagał się ze samym sobą,a później,z determinacją i siłą zrodzoną z nienawiści skoczył do Asasela;jak uprzednio,wbił pazury w jego pierś,lecz tym razem z rozmysłem,a nie krwiożerczym szałem zwierzęcia cisnął nim za siebie,prosto w ziejącą czernią i świecącą pustką otchłań,otchłań którą przez tysiące lat była jego więzieniem i która miała nim być jeszcze długo.W akcie ostatniej desperacji wampir wykrzyczał jeszcze zaklęcie lewitacji,ale posłana z góry błyskawica Revetha popchnęła go w dół,w czerń,w mękę i wieczne potępienie.
Reveth spojrzał na stojącego kawałek dalej Jeremiasza.Tamten stał,dysząc ciężko i wpatrując się w przepaść otwierającą mu się pod nogami.Dłonie zacisnął tak mocno,że żyły uwidoczniły się na wydatnych muskułach,poruszał też niezdarnie obrzmiałymi ustami,jak ryba,która wyciągnięta z wody usiłuje złapać nieco 
powietrza.Wreszcie przemówił.Z trudem,niewyraźnie.
-Revethu...Czym ja się stałem?
Stał,zdezorientowany,ogłuszony i zaskoczony.Cóż mógł odpowiedzieć?
Jeremiasz uniósł głowę i jego oczy po raz kolejny spotkały się z oczami Revetha.Smutek,jaki wyrażały,jeszcze się pogłębił,a był tym gorszy,że był to smutek świadomy,rozpacz człowieka szlachetnego i przeznaczonego do czynów wielkich,który został zbezczeszczony i splugawiony,którego życie,choć już się zakończyło,trwa nadal.Stwór spojrzał na swoje ręce,pomacał swe kły i znów,z wyrazem wręcz rozpaczy i strachu,popatrzył w oczy Revetha.Zrozumiał,tak jak zrozumiał to Reveth,że to koniec,że wszelkie jego plany i marzenia przeminęły.Reveth mógłby przysiąc,że po tym skalanym obliczu popłynęła łza.Taka zwykła,ludzka,słona łza.
-Zabij mnie-wybełkotał cicho Jeremiasz.
-Nie mo..
-Musisz.Wszystko znika powoli za zasłoną z czerwieni i czuję,że człowiek,jakiego przed chwilą obudziłeś,zginie zaraz na dobre.Ja nie chcę być zwierzęciem,Revethu.Wyświadcz mi przysługę.
Reveth zorientował się,że również po jego obliczu zaczęły cieknąć łzy.
-Proszę.
-P-pp-rzyjacielu...-szepnął Reveth,a płakał już teraz rzewnie i głośno.Z ociąganiem uniósł ręce i w tym samym momencie zorientował się iż nie potrafi.
Ciszę przerwał odgłos wyładowania elektrycznego i od strony drzwi wyleciała błyskawica,która trafiła Jeremiasza bezbłędnie w tył głowy.Na sekundę twarz jego rozjaśnił,dający się rozróżnić nawet mimo strasznego zniekształcenia ciała,wyraz błogości.Ukojenia śmierci.
A potem,jakby w zwolnionym tempie,Jeremiasz osunął się na kolana i padł na wznak,odsłaniając stojącego koślawo chowańca,który właśnie go...uwolnił.
Reveth padł obok przyjaciela i jeszcze długo wstrząsały nim spazmy płaczu.
EPILOG
Ter'na,twierdza będąca ostatnią nadzieją i ostatnim punktem oporu ludzkości padła by niezawodnie,gdyby nie pomoc nieoczekiwana,bajkowa i niezwykła.Tak niezwykła,że niektórzy z obrońców na widok odsieczy wzięli ją za majaki swych umysłów,bądź za nową sztuczkę demonicznych przeciwników.Dopiero widok rzeczonych kreatur piekielnych,palonych ogniem i kwasem,rażonych prądem i zmienianych w lodowe figury,napełnił ich przeświadczeniem,iż naprawdę widzą to,co widzą.
A widzieli dziesięć ogromnych,skrzydlatych kształtów,dwa zielone,trzy niebieskie,cztery czerwone i jeden biały,rysujących się na tle zasnutego dymami nieba wyraźnie i jaśniejąco,niczym świetliki w czarną,bezksiężycową noc,zalewających wszystko dookoła potokami ognia,kwasu,lodu i rażących błyskawicami.
Widzieli smoki.
Te,niczym mściciele zesłane przez mitycznych bogów,niczym anioły zemsty i wcielenie zniszczenia wygnały najpierw demoni pomiot z miasta,a później ruszyły dalej,przez pokryte niezliczonymi ciałami przedmurze aż na wykarczowane wzgórza,gdzie swoje siedlisko miała reszta armii,wraz ze swym dowódcą,demonem Kerdensakiem.I ci,którzy mieli szczęście i okazję wyjść na mury,zobaczyli piękny zaiste widok,jak osłabiona miesiącami walki armia demonów ugina się przed tymi dziesięcioma wielkimi,pierwotnymi gadami,jak w ciągu trzech niespełna godzin liczebność demonów,których ani czary,ani pazury nie mogły przebić grubej-i magicznej,smoczej skóry,zmniejszyła się wielokrotnie.
Na końcu do starcia stanął sam Kerdensak.Nikt nie miał wcześniej pojęcia o jego prawdziwej potędze-wysokości trzydziestukilku metrów,z wielkimi,choć w przeciwieństwie do reszty ciała skarlałymi skrzydłami,dzierżąc w prawej ręce Ruk,straszliwy miecz wykuty w głębinach piekieł,władający potężną magią był iście potężnym przeciwnikiem.Wiele godzin upłynęło,nim padł wreszcie martwy,bez czucia,by natychmiast zamienić się w popiół i burzę szalejących płomieni.
Smoki były po tej potyczce poważnie poranione,jednak mogły teraz spokojnie odpocząć.Pozbawione swego przywódcy,który nie tylko wiązał swoją wolą każdego z pozostałych członków armii,ale też stanowił autorytet niepokonanego tytana,zastępy demonów rozpierzchły się i nie stanowiły już zagrożenia.
Wtedy gady powróciły do miasta,teraz oczyszczonego już z niedobitków grupy uderzeniowej demonów,i zostały przyjęte z należną im czcią pierwotnych,najpotężniejszych i najdostojniejszych z istot.
Ludzki wódz,Eredur,choć ciężko raniony wyszedł na spotkanie wybawicielom jego i całej jego rasy i pokłonił się.Później nastał czas wyjaśnień.Smoki opowiedziały o przybyciu do ich krainy dwóch ludzi,magów,podały nawet ich imiona,a wieści o tym,że przeżyli,wzbudziła wielką radość i zwiększyła jeszcze szacunek ludzi do Eredura,bo gdy zaczynało się oblężenie,tylko on wierzył w powodzenie misji Jeremiasza.Następnie biały smok opowiedział o swojej naradzie,i tym,jak to większość z jego ziomków była przeciwna pomocy ludziom.W końcu jednak Hempulepthe udało się przekonać czwartą część swego ludu do swojego zdania-czyli do tego,aby ruszyć z odsieczą.
Na pytania,gdzie podziali się obaj magowie,Śnieżna Pani,bo to oczywiście ona była tym białym smokiem,odpowiedziała,iż kazali przenieść się daleko na północ.Sama przypuszczała że poszli szukać pomocy u barbarzyńskich ludów,które tam zamieszkiwały.
A później,za pomocą niewiarygodnie silnej magii smoki zaczęły leczyć.Na końcu sama Śnieżna Pani zasklepiła ranę Eredura,który upierał się,by najpierw uśmierzyć ból jego poddanych.W momencie gdy jego rana zniknęła,gdzieś daleko,poza czasem i przestrzenią,w czarną otchłań spadł Asasel,a kolejne niebezpieczeństwo,ciche i skryte,jednak niemniej groźne od demonicznej armii,przestało zagrażać światu.
A Reveth?Spędził jeszcze kilka dni w fortecy,żywiąc się pozostałościami prowiantu,jaki pozostawili mu barbarzyńcy z Sześciu Kłów.Pochował Jeremiasza przed główną bramą i nawet usypał mu mały kurchanik,na szczycie którego zatknął kamienną płytę z wygrawerowanym za pomocą magii napisem:"Tu spoczywa Jeremiasz,wspaniały przyjaciel,potężny czarodziej i cichy obrońca ludzkości.Jeśli czytasz ten napis-zawróć,bo dziedzictwo wampirów,jakie się przed tobą otwiera sprowadzi na ciebie tylko śmierć.Niechaj nie muszą twoje kości spoczywać na przeklętej ziemi,tak,jak kości Jeremiasza."
Obok wbił jeszcze jedną kamienną płytę,na której wygrawerował słowa: Ku pamięci Cyrpiana.
Wyjście znalazł przeglądając jeden z manuskryptów,utwardzonych magicznie przez Cyrpiana.Poczynione na marginesie notatki jednoznacznie sugerowały obecność na pierwszym piętrze portalu prowadzącego gdzieś w okolice Tus Erę.
Kierując się wskazówkami bez większych problemów odnalazł przejście.Z niejakim żalem zostawiał za sobą tą kopalnię wiedzy,zastanawiał się nawet,czy by nie wziąć ze sobą kilku manuskryptów,lecz w tym momencie z dna lochów doszło do niego wycie,jakie opisywał w swym dzienniku Cyrpian.Wściekłe,bolesne,bezsilne.Przypomniał sobie Jeremiasza.Tego potwora,jakim się później stał.Zęby Asasela oddalone o kilka centymetrów od jego twarzy.Stare szaty na kupce kości,o które potknął się Asasel.To i wiele innych rzeczy.
Wszedł w portal.
Ku swemu zdziwieniu pojawił się przed domem Aleura,swego starego kamrata,do którego wysłał na początku wojny list z Ter'na.Aleur był też jedynym człowiekiem,jaki po wielu latach usłyszał prawdziwą wersję opisanych tu wydarzeń i śmierci ich wspólnego przyjaciela.


KONIEC
01.08.2004 (choć na poprawienie błędów zbierałem się przez niemal rok...) 

 
[cava@vp.pl]

|strona 36|