spis treści | poprzednia strona | następna strona
35 Szklany Człowiek

Siedzę na dachu siedmiopiętrowego wieżowca. Siedzę i patrzę na malutkie sylwetki, wędrujących na dole ludzi. Pędzą, sami pewnie nie wiedzą dokąd. Nikt nie wie o tym, że tu jestem. Nikt już nie spogląda w niebo. A niebo jest piękne. Chmury skąpane kolorem zachodzącego słońca, leniwie przesuwają się po ciemniejącym niebie, zmieniając co chwilę swoje kształty. I jeszcze te ptaki. Nieświadome piękna swojej wolności, fruwają w poszukiwaniu pożywienia. Często śniłem o lataniu... Spojrzałem w dół. Pomyślałem, od czego się to wszystko zaczęło. Co przywlekło mnie na dach siedmiopiętrowego wieżowca z zamiarem zejścia krótszą drogą. To tylko dwie sekundy lotu...

+ + +

Otwarłem oczy. Wyłączyłem budzik zanim jeszcze zaczął dzwonić. Wstałem i wyjrzałem przez okno. Niebo rozjaśniało się w moich oczach. Poczułem ciepło wschodzących promieni słonecznych na moich policzkach. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Kilkanaście minut później posuwałem się powoli w kierunku szkoły - dzisiaj wyniki matur pisemnych.
Minąłem stare boisko do piłki nożnej. Grupka małolatów niewiele większa od piłki z zaangażowaniem próbowała udawać podziwianych w telewizji piłkarzy. Ubrany w czerwone spodnie dresowe zrobił zwód i oddał strzał. Piłka przeleciała dwa metry ponad poprzeczką i wylądowała przed moimi nogami.
- Podaj, podaj - zakrzyczały przyszłe gwiazdy futbolu.
Podniosłem piłkę, zrobiłem zamach, wyrzuciłem piłkę w ich kierunku. Ech. Dawno nie grałem.
- Dzięki!
Pomachałem im tylko ręka i poszedłem dalej. Na rynku spotkałem koleżankę. Gdy mnie tylko ujrzała, jej twarz się rozpromieniła, podbiegła do mnie rozpościerając swoje smukłe ramiona. 
- Dawno się nie widzieliśmy - powiedziałem, kiedy obejmowaliśmy się w przyjacielskim powitaniu. Lubię się tulić. Czuć ciepło drugiego człowieka. A szczególnie jej ciepła.
- I co, do szkoły idziesz? - zapytała.
Nie wiem, co w niej takiego jest, ale coś w jej gestach, zachowaniu mnie urzeka. Kiedy się uśmiecha, to śmieje się całym ciałem. I teraz kiedy się spytała czy idę do szkoły, co jest oczywiste, jej twarz domaga się odpowiedzi, czeka w niepewności, jej oczy drżą. Mógłbym się na nią patrzeć bezustannie.
- Ta... Dzisiaj już będą wyniki z ustnych...
- Ach, matura. Mnie to czeka dopiero za dwa lata. Jak Ci poszło?
- No boję się trochę wyników. Zrobiłem kilka małych błędów z maty, nie miałem jednego podpunktu w trzecim zadaniu...
- Eee tam, zobaczysz będzie dobrze... Ale zaraz, zaraz - jakby się jej coś przypomniało - spóźnię się do szkoły.
Znowu uwiesiła się na mnie, pocałowała w policzek i znikła za rogiem.
Stałem jeszcze chwilę patrząc się w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą stała. Westchnąłem. Troszeczkę roztrzepana, ale... mógłbym się w tej dziewczynie zakochać. A może właśnie jestem zakochany? Nasze spotkania zawsze tak wyglądają. Zawsze spotykamy się przypadkiem. Może w końcu zaprosiłbym ją gdzieś na spacer czy do pubu...
- O kurde! - powiedziałem sam do siebie w duchu - zaraz też się spóźnię. 

+ + +

Wbiegłem do szkoły. W szatni siedziało kilka kumpli z klasy, których autobus przyjeżdżał zbyt wcześnie i zawsze musieli siedzieć dwadzieścia minut w szatni przed początkiem lekcji w piątki.
- Cześć
- Cześć - wymieniliśmy się uściskami dłoni.
Usiadłem na ławce. Rozmowa toczyła się dalej.
- I wiesz, baby są gupie - ciągnął Damian - bo to one wałki kręcą i hyhy w ogóle to mam przerypane z tą moją. Bo ona kiedyś mówi, że ja ją zdradziłem z Jolką, ale to ona jakaś, wiesz, byliśmy raz we czwórkę i Baton poszedł rzygać, bo za dużo wypił, a ja odprowadziłem już swoją, a tamta Jolka mnie ciągnie, tam do tego całego, klubu i wiesz i kurde, i co ja mam, że to moja wina...
Zadzwonił dzwonek. Chwała mu za to. Poszliśmy wszyscy na sale gimnastyczną. Jakoś przecisnąłem się między ludźmi i usiadłem na ziemi przy ścianie. Jeszcze didżeje z radio-węzła ustawiali dźwięk, więc pewnie zacznie się za jakieś dobre pięć minut. Wyciągnąłem komórkę.

Hej!Co ty na to,zeby
sie spotkac,porozmawiac
w spokoju,bez pospiechu?
Mozemy pojsc do tej nowej
knajpki,gdzie graja reage,
ktore tak lubisz?Odpisz.

Poszło. Wstałem z ziemi, rozejrzałem się dookoła. Jeden kumpel stojący pod ścianą z zaangażowaniem coś mówił. Zaciekawiony podszedłem bliżej. 
- ...będziemy grać w niedziele. Co niedziele na trzech boiskach odbywają się mecze. Mamy już prawie cały skład, ale brakuje nam jeszcze bramkarza. Ej! - Robert spojrzał w moim kierunku - ty umiesz bronić, co nie?
Tak, byłem bramkarzem. Z kilka miesięcy nie grałem, ale ostatnio mam wielką ochotę.
- No jestem.
- Chciałbyś pograć sobie w naszej lidze?
- Lidze?!
- Wiesz.... Taka tam liga, co z koziej dupy trąbka, ale można sobie pograć no i jest w miarę dobry poziom i nie ma takich leszczy.... - rozejrzał się i powiedział ciszej - jak na naszym wuefie.
- Spoko, mogę zagrać.
- To przyjdź dzisiaj do parku. Zbieramy się dzisiaj całą drużyną, poznamy się dokładniej, bo większości w ogóle nie znam, potrenujemy se... Zobaczysz, będzie dobrze.
- O której?
- O szes.... 
W tym momencie zapiszczał mikrofon. Zatkaliśmy sobie odruchowo uszy. Dyrektorka podeszła i zaczęła swoją nudną, i nieszczerą przemowę. Musieliśmy się wszyscy w tej ciasno upchanej maturzystami sali gimnastycznej stać i wysłuchiwać przeszło piętnaście minut paplania, żeby potem wyczytywali najlepszych maturzystów. Na początku wyczytali Olka, który zdał na dwie piątki. Kto by się spodziewał? Taki przeciętny, czwórkowiczo-trójkowicz... Ale się cieszy, pewnie jest zupełnie zaskoczony. Uścisnąłem mu rękę i pogratulowałem. Uśmiech nie schodził mu z twarzy.
- Grzegorz Michalak - ciągnęła dyrektorka, dumnie wymawiając nazwisko swojego ucznia - język polski - bardzo dobry, matematyka - celujący. To byli najlepsi maturzyści. Gratuluje wam chłopcy i dziewczyny. A teraz możecie już iść do swoich klas z wychowawcami dowiedzieć się o reszcie wyników.
W klasie, w której było miejsc siedzących dla szesnastu osób, wcisnęła się nasza trzydziestoosobowa klasa. Jakimś cudem udało mi się dorwać krzesło i siedziałem. Teraz kolejna przemowa, tym razem bardziej szczera, na luzie, naszej wychowawczyni. Gratulowała nam, że nikt nie oblał. Zaczęła wyczytywać oceny.

+ + +

Wracaliśmy ze szkoły w dobrych humorach. Sam byłem zadowolony z tych ocen: piątka z polaka i czwórka z matematyki. Z maty na koniec zawsze trója, a teraz cztery z matury. Szliśmy rybnicką tacy wyluzowani, radośni, długo będę pamiętał tą chwilę.
- Ej, idziemy do Ripa? - zaproponował Krzysiek, który "zaliczył maturę" lepiej, jak sądził. Nie było nikogo, kto by nie był zadowolony z ocen z matury. Poza dwoma marudami, którzy szli lekko zachmurzeni z tyłu i narzekali, że dostali z matematyki tylko piątki, a nie szóstki, a przecież mieli obaj wszystko dobrze napisane.
- Jasne - zakrzyczała większa część grupy absolwentów ZST klasy elektronicznej.

+ + +

Wpadliśmy do Riplaya grupką dwudziestu czterech osób, ubranych w garnitury. Połączyliśmy ze sobą chyba siedem stolików. Każdy zamówił piwo. Potem drugie. Piliśmy, żartowaliśmy, śpiewaliśmy czasem też, jak ktoś puścił jakaś fajną piosenkę z szafy grającej. Kelnerka - drobna, szatynka o zielonych oczach, latała co chwilę w jedną i drugą stronę z nowymi piwami. Lokal był nasz!
Kiedy kelnerka przechodziła obok mnie, zamówiłem jeszcze dwa piwa - do mnie i do Roberta. Kiedy przyniosła, dałem wyliczoną kwotą w drobnych monetach i dorzuciłem napiwek w wysokości dwudziestu groszy, mówiąc dumnie, jakbym dawał jej co najmniej 20 złotych, "reszty nie trzeba". Kelnereczka przeliczyła pośpiesznie pieniądze, zmierzyła nas szpetnie i wycedziła "Ty to masz gest..."
Bawiliśmy się tak chyba ponad dwie godziny.
Kiedy wracałem nadal byłem jeszcze w nastroju, ale później przypomniałem sobie, że czekają nas jeszcze matury ustne. Ja piszę z maty już w poniedziałek. Z polskiej jestem zwolniony, ale na studia, na które się wybieram patrzą tylko na oceny z maty. Więc w poniedziałek decydujące starcie.

+ + +

Otwarłem drzwi do domu.
- Już jestem.
Mama siedzi w kuchni, Tata w pokoju. Powietrze jakieś dziwne. Pewnie znowu się kłócili.
- Co na obiad? - spytałem.
Żadnej odpowiedzi. Mama chyba płakała. Nałożyłem sobie bigosu, poszedłem do pokoju. Włączyłem kompa, odpaliłem Winampa. Jadłem słuchając Apocalyptic'i. Żadnego zainteresowania moją maturą. Zwiększyłem głośność.
Monika jeszcze nie odpisała. Pewnie nie wzięła komórki do szkoły i mi odpisze wieczorem.
Po obiedzie poszukałem swoich rękawic, bluzy, spodni i butów. 
Telefon zaczął pikać - dostałem SMS-a. Cały podekscytowany podniosłem go i pośpiesznie odczytałem treść.

Jo jo. Za kwadrans
widze cie na boisku
- Robert.

Ech. A już myślałem. No cóż pora się ubierać.

+ + +

- No, ale bramkarza mamy konkretnego - zakrzyczał Wojtek. 
Podniosłem się z ziemi, otrzepałem. Uśmiechnąłem się na komplement. Wojtek podszedł bliżej.
- Słuchaj, jesteś dobry, masz miejsce w drużynie. Dzisiaj wieczorem robimy taką małą popijawę dla członków naszej drużyny, tak więc wiesz, obecność obowiązkowa. To samo się tyczy ciebie - powiedział do Roberta, który właśnie się zbliżył.
- Super - krzyknął Robert i przybiliśmy sobie piątkę.
Wracając do domu żartowaliśmy, że będzie czym imponować dziewczynom.
- ...a bo wiesz - mówił przeciągając wyrazy - bo ja gram w lidze. - powiedział i dodał charakterystyczne zasyśnięcię powietrza przez wargi, parodiując nauczyciela fizyki, który zawsze tak robił, kiedy powiedział coś, jego zdaniem, śmiesznego.
Ja odgrywałem rolę zachwyconej fanki.
- Och, to super!

+ + +

Szliśmy trochę niepewnie z Robertem. Pierwsza taka impreza, prawie nikogo tam nie znamy. Tyle, co poznaliśmy popołudniu kilku kolesi, z którymi graliśmy tylko w piłkę. Nic o nich nie wiedzieliśmy, jacy to ludzie i czego możemy się po nich spodziewać.
- Jesteśmy na miejscu - powiedział Robert i nacisnął na dzwonek.
Otwarły się drzwi. Wojtek, lekko podpity, obejmując jakąś pannę przywitał nas wielce i zaprosił do środka.
Czuliśmy się nieswojo. Okazało się, że oprócz sześciu kolesi, poznanych na boisku było jeszcze kilku innych, no i nie wspominając o dziewczynach. Jedni leżeli na kanapie, migdaląc się, przerywając tylko po to, żeby się napić. Z drugiego pokoju dobiegały dziwne odgłosy. Zastanawiałem się, czy nie wyjść, ale Robert nalał mi już wódki.
Po kilku kolejkach zacząłem się czuć bardziej swobodnie. Spojrzałem na Roberta. Siedziałem obok niego, ale musiałem się przypatrywać, skupiać, żeby go dojrzeć. Uśmiech nie schodził z jego twarzy. Zachciało mi się sikać. Wstałem. Ściany wydały mi się falować. Lekko zakręciło mi się w głowie. Czy to tylko wódka? Nie wiem. Nigdy nie piłem. No nigdy... Na pewno nie w takich ilościach. A jeszcze po tych dwóch piwach rano... Przy każdym kroku musiałem manewrować, żeby nie wywinąć orła. Podparłem ścianę, która zdawała mi się przechylać, ziemia wymykała mi się spod nóg. Chwyciłem za klamkę. Poczułem jej chłód. Jest! W końcu znalazłem się w łazience. Cud, że nie olałem całego kibla. Podszedłem do umywalki. Spojrzałem w lustro. Przeraziłem się swojego odbicia. Obmyłem sobie twarz zimną wodą. Trochę pomogło. Powrót na kanapę był nieco łatwiejszy. Usiadłem na kanapie odwróciłem się w kierunku Roberta, ale go nie było. Poczułem czyjś dotyk na moim ramieniu.
- Jestem Paulina - powiedziała i usiadła prawie obok mnie. Nie zdążyłem się przedstawić, bo nagle poczułem jej język w moim gardle. Sufit pojawił się przed moimi oczami. Poczułem pod swoimi palcami wypukłości jej kobiecych kształtów. To nie moje ręce, nie kontrolowałem ich, nagle poczułem wielkie podniecenie. Ściągnąłem jej bluzkę. Ona rozpinała moje spodnie.
Sam nawet nie wiem kiedy leżeliśmy nadzy na kanapie w innym pokoju. Posuwałem się to do przodu to do tyłu, słuchając stęków Pauliny. Były dla mnie jak muzyka. Cały spocony robiłem wszystko, aby ją zadowolić. Nic się wtedy dla mnie nie liczyło, tylko to, żeby dać jej jak najwięcej przyjemności. Wszystko widziałem jak przez mgłę. To moje ręce. To nie moje ręce. .........
Położyłem się obok niej. Jak tylko zamknąłem oczy czułem jakbym się obracał. Wszystko wirowało. Resztką sił wychyliłem się zza łóżka i wyrzygałem się na podłogę.

+ + +

Otwarłem oczy. A więc to tylko sen. Ale zaraz, zaraz, dlaczego boli mnie tak głowa? To nie mój pokój! To nie moje łóżko. Kołdra się napięła.
- Mmmmmmhhh... Choć do mnie....... Wyskoczyłem z łóżka jak wystrzelony z procy. Byłem nagi. Zacząłem panikować. 
- Co się stało? - jęczała Paulina. Tak, chyba tak się nazywała.
Zacząłem się ubierać. Kiedy stałem przy drzwiach, trzymając klamkę, dziewczyna z łóżka jeszcze wyjęczała - A jak masz na imię...?
Jak mam na imię? To pytanie mnie dobiło. Nie miałem siły stać. Usiadłem na podłodze. Tyle razy wyobrażałem sobie swój pierwszy raz. Marzyłem o prawdziwym uczuciu, miłości. Przypomniała mi się Monika. Zacząłem płakać, ale szybko powstrzymałem łzy, podniosłem się i wyszedłem z pokoju. Reszta jeszcze spała. Leżeli na podłodze, w kiblu, gdzie popadnie. 
Znalazłem się na dworze. Zacząłem biegnąć. Pędziłem ile sił w nogach. Krok jeszcze miałem koślawy, a obraz zdawał mi się przesuwać w spowolnionym tempie. Upadłem i zwymiotowałem.

+ + +

Otwarłem powoli drzwi. Nie wiem, która była godzina, chyba coś koło piątej. Wślizgnąłem się powoli do domu. Chwiejnym krokiem dostałem się do łazienki, wpadłem do wanny i zacząłem się myć.
Kiedy wyszedłem z łazienki, drogę zastawił mi ojciec. Zmierzył mnie swoim przenikliwym wzrokiem.
- Gdzie się szwędasz po nocach, gówniarzu? - zaczął ostro i wymierzył mi silny cios w twarz.
Upadłem na ziemię.
- Myślałem, że wyrośniesz na porządnego człowieka, tak cię przynajmniej próbowałem wychować. Nic ze mnie nie masz. Rób tak dalej, brawo. Skończysz jak swoja matka.
Przerwał nagle, jakby powiedział o jedno zdanie za dużo.
- Marsz do pokoju. Nie będę gadał z pijakiem. Pogadamy jutro.

+ + +

Otwarłem oczy. Złapałem za komórkę, żeby sprawdzić, która jest godzina. Było koło 14-tej. Wstałem i czym prędzej udałem się do kuchni, strasznie chciało mi się pić. Chwyciłem za dzbanek i wypiłem połowę jego zawartości. Później, jak zrobiłem przegląd mieszkania, okazało się, że jestem sam w domu. Usiadłem w fotelu przed telewizorem. Włączyłem jakiś program. Nawet nie pamiętam co leciało. Próbowałem sobie przypomnieć jak najwięcej z tego, co się wczoraj przytrafiło. Nie byłem pewien czy to wszystko sen, czy prawda. Przecież ja nigdy bym czegoś takiego nie zrobił, a jednak.... Wszystko pamiętam - wódkę, Paulinę, pobudkę no i ojca z samego rana.
Wstałem z fotela i wyłączyłem telewizor. Musiałem się przewietrzyć.
Szedłem powoli. Pomimo słonecznej pogody, na boisku przy osiedlu nikogo nie było. Doszedłem na rynek i usiadłem na ławce. Przy fontannie bawiło się kilka dzieci, pryskali się wodą, popychali. 
Usiadłem na ławce. Zamknąłem oczy i zacząłem wsłuchiwać się w odgłosy rozbawionych, beztroskich dzieciaków.
Nagle poczułem czyjąś rękę na moim ramieniu.
- Cześć bramkarz! - powiedział Wojtek. 
Usiadł ciężko na ławce, podał mi rękę i zrobił wielkiego łyka z dużej butelki Kubusia. Jego obecność nie była czymś, czego akurat w tej chwili chciałem, ale trudno.
- Hej. - odpowiedziałem.
- Heh widzę, żeś trochę niemrawy po wczoraj...
- Ta...
- Wiesz, jutro mamy pierwszy mecz. O 16-tej na domku gramy z South-Eastem.
- Co?
- Co "co"? Aha. Na domku czyli na boisku w parku obok domku harcerskiego, tam gdzie graliśmy wczoraj. South-East to nazwa drużyny, z którą jutro gramy. Rok temu byli na jedenastym miejscu, więc powinniśmy ich złoić. - powiedział, zrobił kolejnego łyka, odwrócił głowę, przymrużył oczy, uśmiechnął się.
- Adam! - krzyknął. - Dobra, to do jutra. Ja spadam. Powiedz Robertowi, że jutro gramy. Nara. - powiedział i poleciał do Adama.
- Jutro pierwszy mecz. - powiedziałem sobie na głos i zdziwiłem się brzmienia mojego głosu.
Wyciągnąłem komórkę z kieszeni. Nadal żadnej odpowiedzi od Moniki. Ech. To chyba nawet i dobrze, nie wiem czy teraz potrafiłbym z nią rozmawiać. Puściłem jej sygnała.

Joł!Zyjesz po wczoraj? ;)
Ja ledwo.Sluchaj jutro o
16 mamy pierwszy mecz.
Gramy tam,gdzie ostatnio.

"Wiadomość wysłano" pokazał wyświetlacz telefonu, zanim schowałem go do kieszeni.

Wstałem. Postanowiłem, że zrobię sobie jeszcze mały spacer.
Przechodziłem akurat obok Pryzmatu - nowej knajpki, w której grano rocka, reage. Na drzwiach wisiała kartka, na której widniał napis:

Koncert NOD-CITY
5 lipca o 20:00
wstęp wolny

Nod-City. Skądś znam ten zespół. Tak, to ci co grali kiedyś u nas w szkole. Pamiętam, że wtedy strasznie mi się podobało. Piąty lipiec, piąty lipiec. To za jakieś dwa tygodnie...

+ + +

Wracałem z parku. Ten spacer dobrze mi zrobił. Energia wróciła. Humor też. Jak tylko nie myślałem o wczorajszym dniu, wszystko wydawało mi się takie, jak zawsze. Ból głowy też już minął.
Strumyk leniwie płynącej wody, śpiew ptaków i promienie słoneczne przedzierające się przez zieleń drzew jak zwykle podziałały na mnie kojąco.
Przechodząc przez rynek, drugi już dzisiaj raz, dostrzegłem po drugiej stronie dziwnie wyglądającą dziewczynę. Szła rozczochrana, zmarnowana. Kilka metrów później obraz stał się wyraźniejszy. Była bardzo podobna do Pauliny. Chyba, nie wiem. Nie dam sobie za to ręki uciąć.

+ + +

Nacisnąłem na przycisk z domofonu.
- Kto?
- Ja.
Pociągnąłem wrzeszczące drzwi i wszedłem do środka.
W pokoju czekał na mnie ojciec, tak jak obiecał. Siedział na kanapie i udawał, że jest spokojny. Wskazał mi fotel i kazał mi usiąść.
- Gdzie wczoraj byłeś? - powiedział spokojniej niż się spodziewałem.
- Na imprezie - po chwili ciszy zacząłem mówić powoli. - bo... przyjęli mnie wczoraj do drużyny takiej ligi... i.... świętowaliśmy początek sezonu.
- Kto tam był?
- Parę kolegów z drużyny - nie znasz ich, no i ten, Robert.
- Ile było dziewczyn? - speszył mnie lekko tym pytaniem. Przypomniała mi się Paulina i cały zabieg uspokajający w parku poszedł na nic. Najwyraźniej ojciec to zauważył i zadał kolejne trafne pytanie - Z którą spałeś? Fajne miała cycki? - tym razem już krzyczał.
- Uspokój się! - matka próbowała uciszyć ojca, ale to jeszcze bardziej go zdenerwowało.
Znowu się zaczyna. Zebrałem w sobie jak najwięcej siły i udałem oburzenie. - Za kogo ty mnie masz? - wyszło nawet całkiem przekonująco. - O co ty mnie posądzasz. - teraz mówiłem już szczerze - Jakbyś ze mną chociaż rozmawiał, jakbyś mnie odrobinę znał, to wiedziałbyś, że nigdy czegoś takiego bym nie zrobił. Mam swoje ideały, wartości, o których nic nie wiesz, bo tak na prawdę, to masz mnie w dupie! Nawet nie zainteresowałeś się ocenami z mojej matury!
Wybiegłem z pokoju. Ojciec trochę przygasł.
Po chwili wyszedł z mojego pokoju i poszedł spać. Ja zrobiłem sobie dwie kanapki i grałem w coś na kompie do jedenastej, po czym też walnąłem się na łóżko.

+ + +

Kolejny dzień. Obudziłem się, otwarłem oczy i przez chwilę miałem głupie uczucie, jakby cały wczorajszy i przedwczorajszy dzień był tylko jakimś snem. Uczucie to szybko minęło, jak reszta moich zmysłów obudziła się razem ze mną.
Czas ciągnął się niemiłosiernie. Kompletnie nic się nie działo. Nic. Cały dzień myślałem o dzisiejszym meczu. Chciałem jak najlepiej wypaść, żeby nie rozczarować drużyny.
No a jutro decydujące starcie - ustna z maty. Przy czwórce, musze dostać co najmniej drugą czwórkę, żeby myśleć o studiach na polibudzie. Ojciec coś mi mówił, jak wrócił z pracy, że mam sobie na spokojnie powtórzyć materiał i się uspokoić i wyluzować przed jutrzejszym egzaminem. Nagle się zainteresował moim życiem. Mam dzisiaj mecz i idę grać. Jeżeli chodzi o wyluzowanie, to jest najlepszy dla mnie sposób.

+ + +

Przyjechałem rowerem na boisko pół godziny przed meczem - tak jak się umawialiśmy - żeby mieć czas na rozgrzewkę.
Przywitaliśmy się wszyscy, jakbyśmy się znali co najmniej 5 lat. Luźna gadka. W końcu przyjechał kapitan z piłką. Wszedłem do bramki, rozciągnąłem ręce, rozkręciłem nadgarstki, żeby potem sobie ścięgien nie zerwać, tak jak mi się to przytrafiło jakieś dwa lata temu na wu-efie.
Posypały się pierwsze strzały. Byłem w formie. Chwyciłem kilka silnych strzałów. Wybroniłem też kilka szybkich piłek lecących po ziemi przy samym słupku. Coś tam gadali, że jestem nienormalny, że się rzucam na asfalcie, a ja im tłumaczyłem, że to tylko kwestia nauczenia się jak upadać. Na prawdę czułem się, jakbym ich znał kilka lat i byli moimi dobrymi kumplami.
Druga drużyna też się rozgrzała i zaczęliśmy mecz.
Trochę się denerwowałem. Nasi zaczęli. Kilka szybkich podań, jeden zwód, drugi, strzał. Niecelny. Szybko dostrzegłem wielką różnicę pomiędzy typową piłką nożną, rozgrywaną na wymiarowym boisku na trawie, a naszymi rozgrywkami asfaltowymi na boisku do piłki ręcznej, po pięciu zawodników w drużynie. Nasza gra była o wiele szybsza, bardziej dynamiczna i najmniejszy błąd chociaż jednego z zawodników mógł zadecydować o bramce. O wiele większą rolę odgrywała też technika.
Pędzących dwóch zawodników South-Eastu w moim kierunku szybko sprowadziły mnie na ziemię i zakończyły moje obserwacje i spostrzeżenia. Pierwszy przeszedł obrońcę i podał górą piłkę niekrytemu kolesiowi, który właśnie wchodził w pole karne i był w bardzo dobrej pozycji do oddania strzału. Instynktownie wybiegłem do przodu. Udało mi się zablokować podanie. Wybiłem piłkę sprzed samych nóg drugiego napastnika, który już oddawał strzał i zamiast w piłkę, trafił z całym impetem w mój prawy nadgarstek.
Przeraźliwy trzask, a potem ból. Zacząłem się wić i skręcać po boisku. Pośpiesznie zdjąłem rękawicę i ujrzałem coś strasznego. Wystająca kość śródręcza prawie rozcinała skórę. Ręka w sekundę spuchła. Nie mogłem ruszać żadnym palcem. Byłem w szoku. Zacząłem kląć. Nie widziałem nawet stojących wokół mnie osłupiałych ze zdziwienia zawodników. Nagle wpadła mi do głowy rozsądna myśl. Muszę iść do szpitala. Chwyciłem za rower i prowadząc go sprawną ręką udałem się w kierunku najbliższego szpitala. Mecz odbywał się dalej. Beze mnie.

+ + +

Ból, strach na zmianę zajmowały moje myśli. Byłem zły. Kląłem głośno idąc przez miasto. Raz to miałem ochotę płakać, raz krzyczeć i wyładować się na jakimś boguwinnym przechodniu. Kurwa! Na dzień przed maturą!
Zadzwoniłem do domu, po tym jak po wielu trudach i przekleństwach udało mi się wyciągnąć telefon z plecaka.
- Halo? - odebrał ojciec.
- Tato? To ja. Kurde.... Złamałem sobie rękę. Idę do szpitala, tego obok sióstr zakonnych, ja pierdziele...
- Co się stało?! Kurwa!
- Wypadek na meczu.
- A co z rowerem?
- Na meczu, przecież mówię, rower w całości...
Padła mi bateria.
Przez chwilę analizowałem rozmowę i nie umiałem uwierzyć w to, co przed chwilą słyszałem. Mówię mu, że się połamałem, a jego pierwsze pytanie to, "co z rowerem?". Pięknie, kurde pięknie.
Skręciłem w prawo i już było widać szpital. Oparłem rower przy wejściu, powiedziałem recepcjonistce, żeby rzuciła na niego okiem co chwila, żeby go nikt nie podwędził. Ona jak tylko zobaczyła moją przerażoną twarz, usłyszała dźwięk mojego głosu, a potem jeszcze dojrzała moją rękę bez wahania zapewniła mnie, że tak zrobi i jeszcze mnie zaprowadziła do poczekalni. Długo na lekarza czekać nie musiałem. Obejrzał mnie, wysłał na zdjęcie rentgenowskie, a potem powiedział wyrok: 
- Masz złamane trzy kości śródręcza z przemieszczeniem.
O mało nie straciłem przytomności. Obraz mi się zamglił. Kalectwo! To była moja pierwsza myśl. Tak obawiałem się kalectwa przez całe życie. Pamiętam dobrze te obawy, kiedy oglądałem Fight Club w kinie. Kalectwo! Ułomność, niezdolność do wykonywania najprostszych codziennych czynności. Od zawsze mnie to przerażało, a teraz stało się cząstką mojego życia i to dość znaczną cząstką...

+ + +

Dopiero następnego dnia, rano wyszedłem z szoku. Zdałem sobie sprawę, że ta ręka przecież tak nie zostanie do końca życia. Przecież lekarz ją nastawiał, zapakował w gips. Mówił, że za jakieś dwa miesiące zdejmie mi gips, a ręka będzie sprawna, jak to się wyraził, no może nie w stu procentach, ale tak w dziewięćdziesięciu dziewięciu to na pewno. Teraz jest trudny okres przejściowy, a potem wszystko wróci do normy. Jednak nieustępujący ból cały czas trzymał mnie w złym humorze. 
Poza tym niepokoiło mnie to, że przy tak poważnym złamaniu nie zdecydował się na operację. Nastawił rękami, owinął w gips, do widzenia i następny proszę. Dla niego to rutyna, a dla mnie prawa ręka!
Z trudem i trzy razy dłużej niż zwykle poskładałem swoje łóżko. 
Przypomniałem sobie o telefonie. Skończył się już ładować, więc go załączyłem. 
Po chwili doszedł sms od Roberta:

HEJ!MAM DOBRA WIADOMOSC
WYGRALISMY Z NIMI 6:2
PORADZILISMY SOBIE
NAWET BEZ CIEBIE:)PS CO U
CIEBIE?

Rzuciłem komórką o łóżko. Jasne! Super wiadomość! Mam połamaną rękę, która mnie cały czas napierdala, ale cieszę się, że mnie olaliście, graliście dalej no i jeszcze "poradziliście sobie beze mnie". Aha! PS. Co u Ciebie? Super. Nigdy nie czułem się lepiej!!! Usypiałem wczoraj ponad trzy godziny, próbując bezskutecznie znaleźć taką pozycję, w której nie zmiażdżę sobie ręki podczas snu, obudziłem się niewyspany i cały czas czuję jakby jakiś sadysta wbijał mi igły do nadgarstka, ale jest ekstra. Znakomicie!
Od Moniki nic. Żadnej odpowiedzi! Nie raczyła napisać esemesa, że nie może, że nie chcę, albo że ma mnie w dupie. Woli milczeć tchórz. Jak mnie takie coś denerwuje! Taka zawsze uśmiechnięta, radosna, podskakuje cała z radości, jak mnie tylko widzi... Fałszywa... A ja myślałem... robiłem sobie nadzieję. Ale jestem naiwny, głupi.
Poszedłem do łazienki. Chciałem się umyć. Lewą ręką, nawet twarzy namydlić nie idzie... Przy nakładaniu pasty do zębów na szczoteczkę, wymknęła mi się z palców i cały pasek został na wannie. Kurwa! Wyszedłem z łazienki jeszcze bardziej zdenerwowany.
Zadzwonił dzwonek do drzwi. Kogo to licho niesie?! Jeszcze mi tego brakuje. Otwarłem drzwi. Za drzwiami stał Maciek, ubrany w garnitur.
- Ty jeszcze nie gotowy do wyjścia?
Jasne! Przecież już po ósmej! Przez to wszystko straciłem rachubę czasu, przez Ojca, który jeszcze wczoraj zadbał, żebym się przypadkiem nie rozluźnił i zrobił mi awanturę, wyzywał od debili, że idę grać na asfalt na dzień przed maturą.
- Czekaj Maciek, już wychodzę.
- A tobie co się stało?
- Powiem ci po drodze. Poczekaj chwilę...
Lecieliśmy przeze mnie na złamanie karku. Zdążyliśmy w ostatnim momencie. Znowu krótkie przemówienie. Pod koniec dyrektor wyklepywał znaną mu od kilku lat regułkę: "Czy wszyscy zgłaszają chęć i zdolność do przystąpienia do egzaminu?".
Jakież było jego zdziwienie, jak wychyliłem się zza kumpla i pokazałem mu swoją rękę. Niestety musiałem pisać dzisiaj. Chciałem się dostać na studia przez łączoną maturę - bez egzaminu wstępnego. Musiałem złożyć papiery z wynikiem matur jeszcze w czerwcu. Egzaminu wstępnego też nie miał bym szans napisać.
W końcu dogadaliśmy się z dyrektorem, że da mi trochę więcej czasu na przygotowanie.

+ + +

Wszedłem do środka na samym początku jako trzeci. Tak więc miałem czas na przygotowanie podczas gdy odpowiadały dwie osoby.
Jednak po wczoraj wciąż byłem cały podenerwowany. Nie potrafiłem się skupić. Myśleć. Wylosowałem zestaw pytań. Przeczytałem je. 

1. Rozwiąż równanie tożsamościowe...
2. Oblicz granicę ciągu logarytmicznego, którego piąty wyraz...
3. Dany jest trójkąt, którego wierzchołek ma współrzędne (3,3), a jeden...

No to już koniec. Drugie jeszcze zrobię, bo przerobiłem kilkanaście zadań z ciągów, ale tożsamość to jest dla mnie kompletna czarna magia - jak to mówiła moja ciotka. Z geometrii analitycznej też nie czuję się najlepiej. No nic usiadłem i zacząłem się przygotowywać.
Po kilku minutach uświadomiłem sobie, że zapomniałem zabrać kalkulatora z domu. Z trudem wychodziło mi wertowanie tablic matematycznych. Do tego ręka nie dawała za wygraną i cały czas przypominała mi, że jest połamana. Zacząłem się trząść. Poczułem jak pot spływa mi po karku. Próbowałem coś notować lewą ręką, ale sam nie potrafiłem się doczytać, co nabazgrałem. Nie mówiąc już o rysunkach do trzeciego zadania. 
Nie wiem nawet kiedy cały mój przedłużony czas minął i już komisja wołała mnie do siebie. Usiadłem na krześle i zacząłem ściemniać. Gubiłem się we własnych notatkach, jąkałem. Zadania z równaniem tożsamościowym w ogóle nie zrobiłem. Jedna z egzaminatorek próbowała mi pomóc i zadawała banalne pytania, ale nawet na nie nie potrafiłem odpowiedzieć.
Wyszedłem z pokoju egzaminacyjnego i czym prędzej usiadłem ciężko na krześle. A więc to tak wygląda oblanie matury... 
Kolejne kilka godzin oczekiwania na wyniki były dla mnie najstraszniejszymi torturami. Nie umiałem nawet nic przełknąć.
Wiedziałem, że jestem skazany i tylko czekałem na ogłoszenie wyroku.

+ + +

Wracałem do domu. Sam. Reszta kolegów poleciała znowu pić, tym razem do Fraktala, a ja sam, powoli wracałem do domu. Nie miałem czego świętować. Egzaminatorki się nade mną zlitowały i oceniły moją odpowiedź na ocenę dopuszczającą. "Dopuszczający". Zabawna nazwa. Tym bardziej, że z oceną dopuszczającą nie mam praktycznie żadnych szans na to, żeby być "dopuszczonym" do studiowania na politechnice. 

+ + +

Kolejne dni mijały identycznie jeden za drugim. Wstawałem w złym humorze, siedziałem na komputerze, manewrując myszką lewą ręką, czytając wiedźmina. W domu nic nie robiłem. Rodzice jak zwykle nie przejmowali się moim losem, zachowywali się, jakby mnie w ogóle nie było. No może za wyjątkiem tego dnia, kiedy wróciłem z matury ustnej z matematyki. Ojciec wyzwał mnie od nieuków, debili, kretynów. Krzyczał po mnie, że przecież ostrzegał mnie, żebym nie grał w piłkę na dzień przed maturą. Denerwowały mnie te słowa. Przecież zawsze mi wszystkiego zabraniał, oczywiście w trosce o mnie, na nic się nie zgadzał i był zawsze po drugiej stronie. Ale co mnie denerwowało najbardziej, to fakt, iż w tym wypadku rzeczywiście miał rację.
Tak czy owak, gadanie o tym teraz nie ma sensu. Stało się, co się stało i trzeba się zastanowić nad tym, co robić dalej, a nie gadać co by było gdyby.
Powoli zaczynałem się przyzwyczajać do robienia wszystkiego jedną ręką. Nabrałem nawet wprawę w nakładaniu pasty do zębów na szczoteczkę i popychaniu myszki komputerowej. Nadal miałem problemy z myciem twarzy.
Z braku obowiązków i przyjemności, często rozmyślałem. Myślałem o tym, co się działo przez kilkanaście ostatnich dni.
Wspominałem wszystkie spotkania z Moniką. Nasze krótkie rozmowy, jej uśmiechnięta twarz... Myślałem dużo o niej i się zastanawiałem czy ją kocham. Nie poruszałem się do przodu i wszystko mi się podobało. Teraz kiedy zrobiłem pierwszy krok, choć najmniejszy i nic nie znaczący, odkryłem jej drugą stronę, nie tak przyjemną. Nie zgodziła się, to bym jeszcze zrozumiał, ale dlaczego nawet nie raczyła napisać jakiejś wymówki? Nie raczy nawet sygnała odpuścić... Zniszczyłem swoje marzenie. Choć teraz wiem, jak jest na prawdę, zacząłem żałować za tamtym pięknym złudzeniem.
Westchnąłem ciężko.
Przypomniała mi się matura i jeszcze bardziej się zdołowałem. Matura, studia. Wszyscy kumple pozdawali, złożyli papiery na studia i tylko czekają. Wydaję się dla nich takie oczywiste, dostać się na studia. Pomyślałem sobie, co będzie na moich urodzinach w październiku. Znowu przyjedzie mnóstwo ludzi, których nie znam, a muszę do nich mówić przez "ty" i się uśmiechać i udawać, że wszystko jest w porządku i się zacznie:
"A jak tam w szkole? Aha, maturę pisałeś i jak zdałeś? Uuuuu nie przejmuj się, wszystko będzie dobrze, zobaczysz. Nie przejmuj się, podaj mi sałatkę". 
Jak tylko wyzdrowieje mi ręka, będę musiał się rozejrzeć za jakąś pracą. Nie wiem czy starać się o studia zaoczne. Nawet nie wiem jak to wygląda, nie mam się nawet kogo spytać, bo wszyscy starsi kumple studiują na dziennych.
I do tego wszystkiego jeszcze ta ręka... Jak widzę się z kumplami, gadamy o byle czym i ktoś przypadkowo mnie szturchnie w rękę, to ze zdziwieniem odbiera moje "Ała!". No tak. Już się przyzwyczaili, że chodzę z gipsem. Na początku byli ciekawi, jak małe dziecko, które dostało nową zabawkę, albo chomika, a teraz im się to po prostu znudziło i dziwi ich to, że jeszcze mnie boli, że jeszcze "bawię się" czymś, co ich już przestało bawić. 
Brak zrozumienia. U nikogo. Z nikim porozmawiać tak od serca. O moich problemach, marzeniach, zmartwieniach. Rodzice to obcy ludzie, z którymi dzielę mieszkanie. Kumple to tylko znajomi. Czuję się raczej tolerowany niż lubiany. Wszystko muszę tłamsić w sobie. Czasami jest mi na prawdę ciężko.

+ + +

Otwarłem oczy. Spojrzałem na budzik. Godzina piąta. Wstałem z łóżka. Wyszedłem na balkon. Słońce wschodziło. Powietrze pachniało świeżością. Oparłem rękę o balustradę tak, żeby nie bolało. Pomyślałem o Paulinie. Zastanawiające, jak wszystko w co się wierzy, zasady, których się trzyma w życiu w jednej krótkiej chwili odchodzą i człowiek robi dokładnie coś odwrotnego. Ileż to razy zdarzyło mi się krytykować zepsucie świata, zanik wartości, hedonistyczne i egoistyczne dążenie do zaspokajania swoich potrzeb i zachcianek, gdzie nie ma miejsca na tak śmiesznie brzmiące dzisiaj słowa jak honor, uczciwość. Pojęcie miłości zostało wypatrzone i sprowadza się jedynie do zwierzęcego aktu wymiany płynów ustrojowych. Nie ważne z kim i kiedy byle dużo i często. Trzynasto-dwunastolatki obejmujące się, całują namiętnie w parku z ich wielkimi miłościami, co tydzień innymi, czytające w Bravo jak to robić, kiedy i czy można już po tygodniu "związku" czy odczekać do dziesięciu dni, żeby sprawdzić czy mu zależy...
A teraz jak mogę krytykować innych, skoro zrobiłem dokładnie to samo. Nie jestem nawet pewien jakiego koloru miała oczy. Nic o niej nie wiem. Widziałem ją tylko raz w życiu. I kiedy zaczęła nie miałem na tyle siły, żeby przestać. Mało tego, że się nie broniłem, to jeszcze przechodziłem coraz dalej. Ktoś mógłby powiedzieć, że byłem pijany... Ale ja wszystko pamiętam dokładnie. Pamiętam też swoje myśli, które w jednej chwili obróciły się o 180 stopni i kazały mi wykorzystać okazję, zabawić się.. Toczyłem krótką rozmowę ze samym sobą. Coś jak wysłuchiwanie aniołka i diabełka siedzących mi na ramieniu. W jednej chwili powiedziałem sobie "A co mi tam". I stało się. 
- Co ty tam robisz? - usłyszałem głos ojca dochodzący z mieszkania. - Właź do mieszkania! Balkon jest nie myty i teraz pobrudzisz mi podłogę.
Posłusznie, bez słowa wszedłem do środka i położyłem się jeszcze raz na łóżku. Patrzałem się na sufit. Leżałem tak bezmyślnie, aż zostałem sam w domu. Rodzice poszli do pracy. Od razu poczułem się lepiej. Westchnąłem. Włączyłem komputer, puściłem muzykę.
Spojrzałem od niechcenia na kalendarz. Piąty lipiec. Przecież dzisiaj gra Nod City w Pryzmacie!

+ + +

Rynek. Na tle fontanny zachodzące słońce. Jeszcze kilka kroków więcej i już stałem przed Pryzmatem. Już przed wejściem było słyszalne i odczuwalne dudnienie perkusji. Stroili się jeszcze. Zamówiłem piwo i usiadłem dość blisko wykonawców. Ledwie zamoczyłem usta w pienistym, schłodzonym piwie, a koncert się zaczął. Perkusista zaczął grać coś szybkiego i od razu zaczęła mi chodzić stopa. Basista się włączył nadając głębie. Później usłyszałem piękny, melodyczny dźwięk gitary elektrycznej. Co chwilę dochodziły psychodeliczne dźwięki płynące z keyboardu. Nie mieli wokalu. Nie zagrali nawet trzech piosenek, a już stałem, a raczej skakałem wraz z innymi zahipnotyzowany ich muzyką. Co chwilę ktoś mnie szturchał i zahaczał o moją rękę, ale nie przejmowałem się tym za bardzo i bawiłem się dalej.
Po kilkunastu kolejnych minutach zapach piwa mieszał się zapachem potu i zmęczenia. Czułem jak pot spływa mi po głowie, twarzy, plecach. Wszyscy obok mnie, podobnie jak ja nie zwracali zbytnio na to uwagi i tańczyli dalej. Kątem oka dostrzegłem jakąś dziewczynę. Zdawało mi się, że się na mnie patrzy. Odwróciłem się i dojrzałem Monikę. Znowu ten uśmiech. 
W koło rozentuzjazmowany tłum skacze w rytm muzyki, a ja spoglądam na ten sam uśmiech. Choć wydawało mi się to mało możliwe, serce zabiło mi jeszcze mocniej. Patrząc się na jej twarz, w chwilę wybaczyłem jej to milczenie, to już się nie liczyło. Była ubrana w obcisłe dżinsy i cienką koszulkę na ramiączkach, która znakomicie się na niej układała.
Zbliżyła się do mnie. Zaczęliśmy coś krzyczeć sobie nawzajem do ucha, ale nikt z nas nie potrafił nic z tego zrozumieć. W końcu obróciliśmy się do artystów i słuchaliśmy dalej muzyki, co jakiś czas spoglądając na siebie. Za każdym razem jak mnie szturchnęła, czy to przypadkiem czy nie, czułem się jakoś dziwacznie dobrze, jakby przypadkowe szturchnięcie, krótki kontakt z jej ręką był najszczerszym wyznaniem miłosnym. Spojrzała się na mnie i chciała coś powiedzieć. Nachyliłem się i poczułem jej perfumy. Przymknąłem oczy i delektowałem się ich zapachem.
- Dają czadu! Super są - zakrzyczała mi do ucha.
- Taak!
Słuchaliśmy dalej. Chłopcy powoli kończyli, już chcieli się żegnać z publicznością, ale nie pozwoliliśmy im na to. Zagrali potem jeszcze dwa utwory na bis i znowu chcieli "zejść ze sceny". Skończył im się repertuar i musieli grać od nowa te same piosenki, ale i tak zagrali jeszcze pięć zanim na prawdę skończyli.
Muzyka już nie rozbrzmiewała z głośników, ale atmosfera i energia wiła się jeszcze pod sufitem. Spojrzałem na Monikę, na jej wielkie, niebieskie oczy. Chciałem coś powiedzieć, ale mnie uprzedziła.
- Muszę iść do kumpli, nie jestem tu sama. Cześć - powiedziała na pożegnanie i odeszła bez żadnych uścisków, których tak mi brakowało.
Odnalazłem swoje piwo, dokończyłem je jednym łykiem i udałem się do wyjścia. Odwróciłem się jeszcze przed drzwiami i ujrzałem Monikę całującą się z jednym z chłopaków. To był Wojtek. Kapitan naszej drużyny.

+ + +

Wyszedłem rozczęsiony z pubu. Z Wojtkiem! Takim kretynem, myślącym tylko o jednym, nie szanującym w ogóle dziewczyn. Nie potrafiłem tego pojąć.
Szedłem powoli do domu, rozmyślając. Minęło kilkanaście minut i wyszedłem już w szoku. Taaaa Monika z Wojtkiem.. Co ona w nim widzi? Co w ogóle dziewczyny widzą w chłopakach, na co zwracają uwagę? Zawsze traktowałem ją i inne kumpele z wielkim szacunkiem. Starałem się w ich towarzystkie nie kląć być delikatny, słuchałem tak na prawdę, co mówiły, pomagałem bezinteresownie jeżeli miały jakiś problem, pocieszałem, rozweselałem jak były smutne. Czegokolwiek bym nie robił, myślałem tylko o dobrze danej dziewczyny. Koledzy gadali, że przejmuję się pierdołami, jak po rozmowię z Eweliną, która miała problemy w domu, chodziłem przybity, martwiłem się o nią.
Stałem już na osiedlu, ale nie miałem jakoś zamiaru, ani ochoty jeszcze wchodzić do domu. Chłodny deszcz zaczął lekko kropić. Usiadłem na wilgotnej ławce. Było już zupełnie ciemno. Światła mieszkań z bloku już były pogaszone, a ludzie pogrążeni we śnie. Było coś koło w pół do pierwszej.
Dlaczego moje kontakty z dziewczynami zawsze kończyły się na koleżeństwie? Kilka razy byłem zakochany, ale nie potrafiłem tego okazać. Tym bardziej byłem spięty, bałem się jej reakcji i nie potrafiłem zadziałać. Przecież z Magdą tyle razy flirtowałem, balansując na granicy i przychodziło mi to z taką łatwością. Wypowiadałem zdania, bez ważenia ich kilkarazy, zastanawiania się czy aby nie są za śmiałe, czy sobie pomyśli czy nie. Tak. Ale na niej nigdy mi nie zależało. Zawsze byliśmy kumplami, odkąd pamiętam. Doszedłem do wniosku, że łatwiej poderwać dziewczynę, jak mi na niej nie zależy. Wtedy nie przjmuję się czy mi odmówi czy nie, bo tak na prawdę sam niczego nie chcę i nie mam nic do stracenia, ani do wygrania. 
W bloku, przed którym siedziałem, zaświeciło się światło. Usłyszałem płacz dziecka, i głosy zaspanego rodzica, który próbuje je uśpić. Wszystko widziałem oczami wyobraźni, nasłuchując słabe odgłosy dobiegające z pokoju sąsiadki z drugiego piętra. Deszcz przestał już padać, a ja czułem na ciele przyjemny chłód. Po chwili światło zgasło, a ja wróciłem do swoich rozważań.
Jeżeli tak jest to dlaczego inni nie mają takich problemów jak ja? Czyżby im nie zależało? Czy kochają swoje dziewczyny, albo po prostu znaleźli sobie dziewczynę do macania i pokazywania się z nią kumplom.
Jestem romantykiem. Za bardzo się przejmuję. Chyba koledzy mają rację. Tylko, że nie mogę się zmienić. Bo niby jak? Taką mam naturę. Aż dziwne, bo niby po kim miałem to odziedziczyć?
Wstałem z ławki i postanowiłem się jeszcze przejść. Przemierzyłem mokry trawnik (zapach mokrej trawy!), minąłem plac zabaw i wyszedłem schodami do góry na ulicę. Szedłem chwilę po pustej jezdni, aż usiadłem na krawężniku. 
Tyle się nasłuchałem, jak to dziewczyny narzekały na swoich chłopaków, jak mówiły, że ich nie szanował, że chce wrażliwego, szczerego, wiernego.. Dlaczego więc, jak otwieram przed dziewczyną odrobinę duszy, mówię, co mnie martwi, jak patrzę na świat, oddalają się?
Coś zaszeleściło za moimi plecami. Z dziury w ścianie wymaszerował jeż. Zatrzymał się, jak mnie zauważył, zaświecił swoimi czarnymi oczami i potruptał dalej. Po chwili podbiegł do niego kot i próbował coś z nim zrobić, ale mu to nie wychodziło. Podbiegał do niego, odskakiwał, aż po paru minutach mu się znudziło i wskoczył na drzewo, potem na dach sklepu i zniknął z mojego pola widzenia.
To bzdury! Dziewczyny nie chcą romantyka. Nie chcą być kochane, noszone na rękach. Dziewczyny chcą "faceta". Umięśnionego, uczesanego, pięknego, z którym może pojechać wyszaleć się w dyskotece, iść do kawiarni. Facet musi być silny, odporny. Dlatego romantyk nie ma szans. Facet nie może być wrażliwy, delikatny. Dlatego Monika wolała Wojtka. Z nim może się pobawić...
Przejeżdżający powoli samochód zatrąbił na mnie. Podniosłem głowę, zmierzyłem kierowce. Patrzał się na mnie jak na pijaka i chciał mi powiedzieć, żebym szedł spać do domu. Pewnie dlatego zatrąbił. Myślał, że śpię. Przecież to nie jest normalne, żeby koło trzeciej w nocy ktoś trzeźwy chodził po mieście i siedział na krawężniku..
Wstałem, poszedłem jeszcze pod pierkarnię, skąd dochodził zapach świeżo-pieczonego chleba.
Spojrzałem na rękę. Jutro mi ściągają gips. Ale ten czas przeleciał. Jutro.. raczej dzisiaj.
Pochodziłem tak sobie jeszcze kilkadziesiąt minut, aż zaczęło robić się jasno i udałem się w końcu do domu.

+ + +

Otwarłem po cichu drzwi, żeby nie budzić rodziców. Jednak w pokoju świeciło się światło. Rodzice o czymś rozmawiali. Podszedłem cicho do drzwi, żeby podsłuchać rozmowę.
- ...skończony dureń, idiota - ojcowy głos. - jak mógł mi to zrobić?! To wszystko Twoja wina! Zobacz jak go wychowałaś.
- Tak, teraz to jest moja wina. Zawsze moja wina. Ty jesteś święty. Przypominam Ci, że to też twój syn, jesteś jego ojc..
Niezręczna cisza.
- Taa... moim synem. Jakbym Cię wtedy szmato nie przygarnął, to byś zgniła gdzieś w śmietniku albo w rowie. Panna z dzieckiem.
- Nie zaczynaj znowu!
- Ja mam nie zaczynać? Było się nie puszczać na lewo i prawo.. A teraz patrz, twój synuś poszedł w twoje ślady. Zrobił bachora jakiejś pierwszej, lepszej szmacie. Gamoń. Ej co to?
- Synku? Skąd ty, co ci?
Zemdlałem.

+ + +

Słońce już dawno zaszło. Ptaków już nie widać. Siedzę na krawędzi, a wiatr co chwilę to mocniejszym podmuchem rozwiewa moje włosy. Spojrzałem na swoją rękę. Nieruchome, sztywne palce, zniekształcony nadgarstek. To jest ta sprawność, o której mówił lekarz..
Wszystko na czym mi zależało, straciło możliwość realizacji. Moja wielka platoniczna miłość wybrała mojego kumpla. Straciłem szanse dostania się na studia, Rodzina okazała się tylko jednym wielkim złudzeniem, a na dodatek w jedną noc zniszczyłem sobie wszystkie plany na przyszłość. Do tego zostałem inwalidą i nie miałem szansy na żadną pracę.
Straciłem przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Nie miałem już po co żyć.
Podniosłem się i stanąłem na krawędzi. Spoglądając w dół, a potem wkoło, żegnałem się z tak podziwianą przeze mnie przyrodą, światem. Już nie będę spoglądał w gwiazdy, wąchał mokrej trawy, ani spacerował nocą w deszczu.
Umarłem. Wraz z ideałami. Umarłem.
Odwróciłem się i wróciłem do budynku. Pora rozpocząć nowe życie. Na życie, w którym nie ma miejsca dla człowieka, którym niegdyś byłem. Stałem się szklanym człowiekiem.

KONIEC

 
Alex Hornbeam [lex@aldis.one.pl]

|strona 35|